Cztery niezawodne sposoby, aby rekruter dostrzegł Cię w tłumie kandydatów. Nawet nie wiedziałeś, że to ma znaczenie

By zostać zauważonym przez rekrutera, musisz czymś przykuć jego uwagę.
By zostać zauważonym przez rekrutera, musisz czymś przykuć jego uwagę. Foto: Prawo autorskie: auremar / 123RF
Kiedy zapyta się rekrutera, jacy kandydaci są najczęściej poszukiwani, jakie muszą mieć cechy, odpowie zapewne wyuczoną na pamięć wyliczanką. Żeby dostać dobrą pracę, musisz być profesjonalny, komunikatywny, zaangażowany, zmotywowany, sumienny, elastyczny, kreatywny, uczciwy etc. Po przepytaniu kilku specjalistów wyłania się obraz pracownika idealnego. W te ramy musisz się zmieścić, by dostać dobrą robotę. Aby zostać zauważonym przez rekrutera, musisz czymś przykuć jego uwagę.

Powstaje jednak pytanie – jak udaje im się wyłowić takiego kandydata w całym morzu ludzi chętnych do pracy? Okazuje się, że rekruterzy mają swoje sposoby, dzięki którym od razu udaje im się znaleźć tych, którym warto się bliżej przyjrzeć. Jak przyciągnąć oko rekrutera i zwiększyć swoje szanse na dobrą pracę?

Po pierwsze: adres mailowy
Myślisz, że to żart? Bynajmniej. Wiele osób nie pamięta o tym, że adres mailowy jest pewnego rodzaju wizytówką.

– Z zaskoczeniem zaobserwowaliśmy, że bardzo duża część rekomendowanych przez nas i potem zatrudnianych menedżerów ma adres na Gmailu, oczywiście mowa o prywatnym adresie. Ale też nie byle jakim – zbudowanym według schematu „imię kropka nazwisko”. Tłumaczymy to sobie w taki sposób, że ci kandydaci już dawno temu interesowali się światem nowych technologii i byli aktywni w internecie. Oczywiście mogą to też być adresy na innych serwisach pocztowych, ale raczej nie z domeną typu buziaczek.pl – mówi w rozmowie z INN:Poland Piotr Goliński, partner zarządzający CTER Executive Recruitment.

Korzystanie z Gmaila mówi o kandydacie jeszcze kilka innych rzeczy. Konto jest spięte z innymi usługami, jak kalendarz, dokumenty czy system notatek. Rekruter ma więc prawie pewność, że kandydat korzysta z tych dobrodziejstw, a więc jest osobą w miarę poukładaną.
Nieco mniejszą wartość mają konta na Yahoo czy Hotmailu oraz rodzimych darmowych serwisach. Z kolei założenie sobie płatnej skrzynki typu VIP może być postrzegane jako niepotrzebna rozrzutność.

Po drugie: sport
Jeśli z Twojego CV wynika, że w młodości uprawiałeś amatorski sport, np. grałeś w studenckiej lidze w piłkę nożną, zdobywałeś medale w zawodach lekkoatletycznych lub w sportach walki, zwiększasz swoje szanse na łaskawe spojrzenie u rekrutera.

Osoby regularnie uprawiające sport znają i rozumieją takie pojęcia jak systematyczność, cele, zadania i konieczność znalezienia na nie czasu. Takie osiągnięcia jak bieganie amatorskie, przebiegnięty pół maraton już nie mówiąc o 10 ukończonych maratonach czy ukończonym „ironmanie” pokazują, że potrafisz być zaangażowany i regularny w swoich działaniach

Uwaga, nie warto kłamać w CV. Rekruterzy są na tyle doświadczeni i obyci, by szybko zauważyć, że jedynym sportem, jaki uprawia kandydat jest wyczynowe oglądanie seriali na kanapie. Kłamstwo w CV skreśla cię definitywnie. Nieuprawianie sportu – jedynie nieco obniża wartość.
Po trzecie: aktywność na studiach
Działalność w samorządzie studenckim lub NGO-sach to niezwykle cenne doświadczenie, procentujące w latach późniejszych. Wielu studentów nie docenia tego, co może im dać praca dla innych. Wolą uczyć się i korzystać z życia, zamiast poświęcać czas sprawom samorządu. A to błąd.

– Z moich obserwacji wynika, że osoby z doświadczeniem w samorządzie studenckim świetnie sprawdzają się w pracy jako menedżerowie. Dlaczego? Bo mają doświadczenie w pracy pomiędzy różnymi instytucjami, umieją sprawnie poruszać się między decydentami, podejmować decyzje. I najczęściej zwracają uwagę na koszty swoich działań, bo umieją poruszać się w ramach określonego budżetu – podkreśla Piotr Goliński.

Po czwarte: szkoła muzyczna
Jako dzieciak patrzyłeś na swoich kolegów i koleżanki chodzące do szkół muzycznych z mieszanką podziwu i współczucia? Teraz możesz im zazdrościć. Bo nauka w takim trybie była dla nich męcząca, ale dała im świetnego kopa na start. Jak to możliwe?

– Nauka w szkole muzycznej to bardzo trudna i wyczerpująca edukacja. Dziecko czy młody człowiek oprócz normalnego programu realizuje cały dodatkowy cykl muzyczny. Ale jednocześnie uczy się koncentracji i perfekcyjnej organizacji swojej edukacji. W rezultacie w przyszłości startuje do pracy zawodowej jako osoba, która jest przyzwyczajona do ciężkiej pracy i dla której nie ma rzeczy niemożliwych – tłumaczy Piotr Goliński.

Oczywiście tu również trzeba przypomnieć, że kłamstwo ma krótkie nóżki. Kreowanie się na Yehudi Menuhina, podczas gdy w rzeczywistości umiemy zagrać na flecie melodię do „Wlazł kotek na płotek”, nie przejdzie.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...