"Mile widziane doświadczenie z rzeźni". To nie jest przyjemna praca, ale zarobki są kuszące

youtube.com/MrBioclean
Wymagania: silna psychika, dyspozycyjność w nienormowanych godzinach. Mile widziane osoby pracujące w rzeźniach domach pogrzebowych oswojone z widokiem krwi – te ogłoszenie na stanowisko "sprzątania po zgonach" znakomicie oddaje charakterystykę idealnego pracownika. Trudne warunki pracy są jednak potem sowicie wynagradzane.

– To nie jest przyjemna praca. Szukanie chętnych nastręcza niemałych trudności, część osób nawet sobie nie wyobraża, z czym przyjdzie im się później zmierzyć. Trzeba mieć dużo samozaparcia i wewnętrznego spokoju, by nie dać ponieść się emocjom – przyznaje w rozmowie z INN Poland, Grzegorz Węgorowski z firmy Bio-Clean.



Przedsiębiorca zauważa, że z tego względu część osób po paru miesiącach odchodzi. – Nie są w stanie znieść widoku krwi – opowiada. Włocławska firma specjalizuje się jednak właśnie w tego typu trudnych zleceniach. Samobójstwa, morderstwa, pożary to dla Węgorowskiego chleb powszedni. Nic dziwnego, że choć klientów przybywa ("Polacy coraz rzadziej decydują się na sprzątanie na własną rękę, świadomość naszych rodaków rośnie"), to pracowników wciąż trudno znaleźć.

Ze swoich najbardziej nietypowych zleceń mężczyzna wymienia czyszczenie wraku samolotu. – Maszyna rozbiła się z dwoma pasażerami na pokładzie. Oboje zginęli. Instytut lotnictwa, który zlecił nam te prace, chciał przeprowadzić oględziny i stwierdzić, jakie były przyczyny wypadku – opowiada.
Najczęściej do włocławskiej formy zgłaszają się jednak zwykli ludzie. Bardzo często pojawia się tu następujący motyw: w mieszkaniu umiera osoba, jej rodzina chce lokum sprzedać, ale bez dokładnego zdezynfekowania jest to niemożliwe. Chwytają więc za słuchawkę i dzwonią do firm zajmujących się tego typu usługami.

Choć Bio-Clean na rynku działa już od 9 lat, Węgorowski przyznaje, że 90 proc. klientów bierze ze stron internetowych, polecenia zdarzają się sporadycznie. Walka o pozycjonowanie w Google musi być więc wyjątkowo zażarta, bo po wrzuceniu odpowiedniego hasła do wyszukiwarki pojawia nam się kilkadziesiąt takich wyspecjalizowanych podmiotów. I wszystkie deklarują, że działają na terenie całej Polski. Tak jak Bio-Clean, które choć siedzibę ma na Kujawach, codziennie zjawia się w innym mieście.

Problem stanowi również to, że inne formy reklamy bywają niezbyt przychylnie odbierane przez klientów. Kilka miesięcy temu pisaliśmy, że internauci zmiażdżyli pomysł włocławskiej spółki dotyczący wrzucania zdjęć z miejsca pracy na firmowego Facebooka. – Czy wy jesteście normalni, że wrzucacie takie zdjęcia do sieci? – można było przeczytać w komentarzach.

Na szczęście zlecenia na przeciętnym Kowalskim się nie kończą. – Mamy też zlecenia od hoteli albo nawet prokuratur, w przypadku gdy zmarły nie miał rodziny – podkreśla Węgorowski.

Od czego zaczyna się praca takiego czyściciela? Na początku trzeba zdezynfekować miejsce, które jest „nośnikiem zdarzenia”. – Zdarza się, że ktoś przez 2 miesiące leży na podłodze. Później trzeba ozonowoać poszczególne elementy wyposażenia, ale nie wszystko jest do uratowania. Pewne rzeczy typu dywany, zasłony, firany wędrują do spalarni – opowiada Węgorowski. Jak dodaje, w najbardziej ekstremalnych sytuacjach konieczne jest nawet zerwanie podłogi.
Jedno z takich zdarzeń wyjątkowo zapada w pamięć. W pokoju hotelowym doszło do podwójnego samobójstwa. Dziewczyna podcięła sobie żyły siedząc w łazience, jej partner uczynił to samo po czym wyskoczył przez okno z czwartego piętra. – Krew była dosłownie wszędzie – wspominał w rozmowie z "Dziennikiem Bałtyckim" Mateusz Węgorowski.

Koszt takiego sprzątania waha się od niespełna tysiąca do 4 tys. złotych. Czyszczenie pojedynczego pokoju zajmuje 2-4 godziny, ale w przypadku całych mieszkań potrafią się zejść nawet 2 dni – mówi Węgorowski. Z drugiej strony na rynku obecnych jest też wiele firm, które sprzątania po zwłokach podejmują się nawet za 400 złotych. Ile z tego dostaje sam pracownik? Firmy tego typu danych podawać nie chcą. W sieci można znaleźć jednak informacje o kwocie 200 zł za zlecenie warte 600 zł, czyli dokładnie 1/3 sumy, którą klient przelewa później na konto właściciela.

Przedstawiciela Bio-Clean tak niskie (jak wspomniane powyżej) ceny jednak nie przekonują. – Szmatka i wiaderko nie wystarcza. Trzeba kupić ozonatory o dużej mocy, młoty udarowe, piły, opryskiwacze, kombinezony, maski, butle na powietrze (bo czasami trzeba wchodzić w aparatach) – zauważa. Z tego względu zainteresowany wejściem do tego biznesu już na „dzień dobry” musi liczyć z wydatkiem około 50 tys. zł.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...