Kupić miejsce parkingowe i nie móc wyjechać z osiedla. "Niektórym puszczają nerwy, rozklejają wulgarne nalepki"

Zdjęcie jednego z osiedli na warszawskim Wilanowie
Zdjęcie jednego z osiedli na warszawskim Wilanowie facebook.com/Miasteczko Przyjazne
Przeprowadzasz się do świeżo postawionego bloku w atrakcyjnej lokalizacji. Wykupujesz miejsce w garażu podziemnym, żeby uniknąć ogranych i do bólu przewidywalnych problemów z parkowaniem. Rano wsiadasz do auta, otwierasz bramę i... utykasz na własnym podwórku. To, że tobie udało się bez przeszkód zaparkować, nie oznacza przecież, że innym poszło równie gładko.

– Wiadomo, jak to na osiedlach. Bywa tłoczno, ludzie parkują gdzie popadnie, dlatego kupiliśmy sobie miejsca garażowe. I co z tego, skoro nie możemy z nich wyjechać? Pracownicy okolicznego biurowca zastawiają wyjazdy, czasem na grubość lakieru lub tylko ze złożonymi lusterkami, czasem w ogóle nie da się przejechać – pisze Michał z Warszawy, jeden z naszych czytelników. Opowiada, że ludzie wpadają w furię, wydzwaniają do straży miejskiej, ale ta tylko rozkłada ręce. – Nie ma znaku zakazu parkowania, nie ma przewinienia. Niektórym puszczają nerwy, rozklejają po samochodach wulgarne naklejki – dodaje.
Mieszkańcy, nie mogąc liczyć na służby, próbują wziąć sprawy w swoje ręce i zorganizować zrzutkę na betonowe donice, które rozluźniłyby chociaż jedną stronę drogi.

Ich poirytowaniu trudno się jednak dziwić. W stolicy koszt kupna własnego miejsca parkingowego pod ziemią to wydatek 20-30 tys. zł, w dodatku często obligatoryjny. Wynajem to około 200 zł miesięcznie, czyli niemal 2,5 tys. zł rocznie. A potem samochód stoi i czeka na weekend, bo w tygodniu nijak nie da się nim wyjechać.

Straż Miejska? Może przyjedzie, może nie
Z podobnym problemem spotkał się Daniel. 30-latek od niedawna mieszka na warszawskiej Woli. O problemie z parkowaniem pomyślał zawczasu, wykupując miejsce w podziemnym garażu. Wydawało się, że kwestie dojazdu do pracy ma z głowy, ale to było tylko mylne wrażenie. Wyjazd z drogi wewnętrznej na główną ulicę jest bowiem notorycznie zastawiony przez samochody. Kierowcy przy samej ulicy mają prawo parkować, rzecz w tym, że nie zachowują przy tym przepisowych 10 metrów odstępu od skrzyżowania.


Mężczyzna opowiada, że początkowo mieszkańcy mobilizowali się i zachęcali nawzajem do dzwonienia na straż miejską. Ale to daremny trud. Strażnicy jednego dnia przyjeżdżają, innego nie. Nawet jeżeli wystawią mandat, następnego dnia na skrzyżowaniu znów pojawia się samochód. – Liczyliśmy, że w końcu postawią w okolicy znak zakazujący parkowania. Nic z tego – dorzuca.
– Czasami stawiają samochody nawet na samym skrzyżowaniu. Próbuję wyjechać – z jednej strony mam przód jednego pojazdu, z drugiej tył drugiego. Nigdy nie wiem, czy próba opuszczenia osiedla nie zakończy się jakąś obcierką – tłumaczy Daniel.

W innych częściach miasta mieszkańcy radzą sobie w odmienny sposób. Jedna ze wspólnot mieszkaniowych na warszawskich Stegnach, mając dość samochodów rozjeżdżających okoliczne trawniki i blokujących wyjazdy, zainwestowała w ogrodzenie, które rozciąga się obecnie na całej długości pasa zieleni. Liczba miejsc się skurczyła i osoby, które nie wykupiły miejsca w podziemiach bloku raczej nie mają już co liczyć na postawienie samochodu w promieniu 50 metrów od wejścia. Tyle, że teraz wyjazd na ulicę przestał stanowić wyzwanie godne Stiga z kultowego „Top Gear”.

Więcej samochodów niż ludzi
Obszerny raport na temat polityki parkingowej polskich miast wydał w ubiegłym roku Zespół Doradców Gospodarczych TOR i Polska Organizacja Branży Parkingowej. Czego się niego dowiadujemy? Dla mieszkańców bloków konkluzje nie będą zbyt optymistyczne – samochodów w miastach jest po prostu zbyt dużo.

– Dane nie pozostawiają wątpliwości – liczba mieszkańców miast wzrasta, a wraz z nimi rośnie liczba samochodów. Powoduje to coraz większą presję na powstawanie nowych przestrzeni parkingowych. Powierzchnia miast nie rośnie jednak tak szybko, a przeprowadzka ludzi na przedmieścia tylko potęguje problem – pisali twórcy raportu.

Najgorzej sytuacja wygląda w Olsztynie. Tutaj na 1000 mieszkańców przypadają 1094 samochody. Drugie miejsce należy do Sopotu (1081), dalej jest Warszawa (921) i Wrocław (877). Polskie miasta stoją więc w korkach, a kierowcy marnują czas, próbując znaleźć miejsce do parkowania. Co tylko pogłębia problem korków. – Poszukiwanie miejsca parkingowego w obszarze śródmiejskim generuje 25-30 proc. bezsensownego ruchu – zauważa w rozmowie z INN:Poland Adrian Furgalski z TOR.

Na mentalność prawo nie pomaga
Zdaniem eksperta, równie dużym problemem jest jednak mentalność polskich kierowców. – Według badań ponad 80 proc. kierowców ocenia swoje umiejętności bardzo wysoko. Nie przyjmują do wiadomości, że 25 proc. korków jest spowodowane kiepskim poziomem jazdy – wymienia, dodając jednocześnie. – „Suwak” jest dla nas cwaniactwem, a nieprzepisowe parkowanie – chlebem powszednim. Przez pewien czas robiłem zdjęcia samochodom łamiącym przepisy i wysyłałem je do straży miejskiej. Teraz nie mam już do tego siły – przyznaje.
Miasta starają się walczyć z nadmiernym ruchem i zakorkowaniem, tworząc strefy płatnego parkowania. Te odbijają się jednak mieszkańcom bloków czkawką. Z taką sytuacją mamy np. do czynienia na Młynowie w Warszawie. Od niedawna przebiega tam granica strefy płatnego parkowania, kierowcy zaczęli więc stawiać samochody tuż przed nią. W efekcie pod okolicznymi budynkami (powstałymi w większości w czasach PRL-u i w latach 90. z parkingami na powierzchni) wolnego miejsca nie sposób znaleźć. Jedna ze spółdzielni postawiła szlaban przed wjazdem na parking i rozdała swoim lokatorom czipy. Sęk w tym, że okolice owego szlabanu również zastawione są przez pojazdy spoza osiedla. Powtarza nam się więc sytuacja z początku tekstu.

– Dopóki się nie oduczy codziennego korzystania z samochodów z dojazdem do pracy, to problem trudno będzie rozwiązać. Oczywiście kierowcy powiedzą, że jest za mało miejsc parkingowych, ale nie jesteśmy w stanie dojść do poziomu, w którym podaż dorówna popytowi – przekonuje Furgalski.

Ekspert zauważa zresztą, że Polacy wyjeżdżający poza kraj nagle zaczynają się zachowywać zupełnie inaczej. Okazuje się, że ograniczenia prędkości da się skrupulatnie przestrzegać, a znak zakazu parkowania staje się świętością.

A to daje wymierne efekty. Przykład? W ubiegłym roku przez kilka dni zwiedzałem Oslo. Jeden z napotkanych turystów (z Hiszpanii) opowiedział mi, że przeraził się nie na żarty, bo myślał, że wypożyczony przez niego samochód elektryczny został skradziony. Pojechał więc na komisariat policji, gdzie dowiedział się, że jego auto stoi na...parkingu policyjnym. – Zaparkował pan kilka metrów od przejścia dla pieszych – wytłumaczył mu jeden z funkcjonariuszy. Za tę przyjemność przyszło mu zapłacić w przeliczeniu grubo ponad 1,5 tys. złotych. Mając w pamięci jego minę, jestem pewien, że już nigdy nie zdecyduje się na przekroczenie jakichkolwiek przepisów. Przynajmniej w stolicy Norwegii.
Trwa ładowanie komentarzy...