Polak handluje mięsem zebr, pytonów i krokodyli. Za kilogram bierze ponad 400 zł

W Polsce brakuje miejsc, w których można zamówić hurtowe ilości mięsa z najbardziej egzotycznych zwierząt świata – uznał Grzegorz Stępień
W Polsce brakuje miejsc, w których można zamówić hurtowe ilości mięsa z najbardziej egzotycznych zwierząt świata – uznał Grzegorz Stępień mat. pras.
W Polsce brakuje miejsc, w których można zamówić hurtowe ilości mięsa z najbardziej egzotycznych zwierząt świata. Grzegorz Stępień nawiązał więc współpracę z brytyjską firmą i zaczął obdzwaniać najlepsze restauracje, próbując je namówić na steki z pytona albo mięso gulaszowe z alpaki.

Patrzymy na cennik. 150 gramów szarańczy za 108 zł, ćwierć kilograma steków z zebry za 68 zł, kilogram mięsa z pytona za 424 złote. W ofercie Egzotycznych Mięs znajduje się także muflon wagyu (japońskie bydło) czy alpaka. Hodowla tej ostatniej staje się wprawdzie nad Wisłą coraz bardziej popularna, polscy hodowcy decydują się jednak zazwyczaj na sprzedaż jej wełny. Nic dziwnego, dobrej klasy samice alpaki potrafią kosztować od 15 tys. złotych wzwyż.


Skąd jednak u polskiego przedsiębiorcy pomysł, że na takie frykasy w ogóle będzie zapotrzebowanie? Jeszcze kilka lat temu Grzegorz Stępień zajmował się handlem dziczyzną. W momencie, w którym ta zaczęła wchodzić na salony, uznał jednak, że pora przeskoczyć w kolejną niszę. W 2014 roku przeglądając internet natrafił na mięso z zebry. To było olśnienie.

Stępień szperał dalej, okazało się, że nad Wisłą brakuje dostawców mięsa z egzotycznych zwierząt. Odezwał się więc do brytyjskiej firmy Kezie Ltd., pisząc, że chce w Polsce rozkręcić trend na wcinanie pytonów, wielbłądów i krokodyli. Dla wyspiarzy perspektywa okazała się kusząca – od razu podesłali Stępniowi ofertę produktową.
Telefon od Modesta Amaro
Ryzyko było duże. Brytyjczycy wycenili koszt dostawy mięsa na 10 tys. zł, niezależnie od zamówionej ilości. – Policzyłem sobie, że aby biznes był opłacalny, muszę wziąć od razu 200-300 kg – opowiada Stępień.


Przedsiębiorca stworzył katalog z dostępnym towarem i rozesłał do 80 najlepszych restauracji w Polsce. Chwila napięcia i... co za ulga. Dwa dni później dostał telefon od Wojciecha Modesta Amaro. Okazało się, że znany z m.in. z programu "Hell's Kitchen" kucharz chciał przed świętami zamówić 30 kg łososia i renifera.

– Moim pierwszym klientem została w ten sposób jedna z najdroższych restauracji w Polsce. Pierwsze zamówienie poszło za 4,5 tys. zł – wspomina Stępień. Zachęcony sukcesem biznesmen złożył od razu kolejne zamówienia – na 330 kg. I utknął.

– Amaro w rozmowie ze mną wypunktował wady i zalety mięsa, które mu dostarczyłem. Potem stwierdził jednak, że całość wychodzi zbyt drogo, mięso kupował ode mnie po 300-400 zł, a sprzedawać chciał je za 500-700 zł – opowiada właściciel „Egzotycznych Mięs”.
Negocjacje z Lidlem
W ciągu kolejnych dni do Stępnia odezwało się jeszcze kilkunastu szefów kuchni. Konkretów jednak nie było. Ostatecznie w ciągu pierwszych dwóch lat działalności udało mu się sprzedać około 300 kg – na liście znalazło się 25 restauracji i kilkudziesięciu klientów detalicznych. – Przeważali wśród nich młodzi ludzie – do 40. roku życia. Trafił się nawet 20-latek, który wziął od razu mięso za tysiąc złotych – mówi Stępień.

Sęk w tym, że klienci już nie wracali. Podobnie zachowywały się restauracje, które zamawiały mięso w ramach świątecznego menu, a potem, jak Amaro, dochodziły do wniosku, że alpaki czy zebry są tak drogie, że nie da się już nałożyć marży.

– Resztę zjadłem z rodziną i znajomymi. Termin przydatności do spożycia to 3 lata – opowiada Stępień.

Co ciekawe ze swoją ofertą biznesmen uderzył również do największych sieci handlowych – Selgrosa, Auchana i Lidla. I to właśnie z tymi ostatnimi był najbliżej porozumienia.

– Lidl szykował się do organizacji „Tygodnia Australijskiego” i był zainteresowany mięsem ze strusia i kangura. Niemal zrezygnowałem z marży, a dla sieci cena i tak była zbyt wysoka. Policzyłem koszty – po zrealizowaniu zamówienia na warunkach Lidla byłbym stratny 10 proc. – wspomina.
"Nie straciłem, za to spróbowałem czegoś nowego"
Zbyt wciąż był, do przedsiębiorcy zgłaszali się kolejni klienci, on sam zamroził jednak czasowo biznes, ograniczając się na razie do wyprzedaży zapasów. Zamówienia trafiały więc do kulinarnych eksperymentatorów oraz hoteli i restauracji w ramach przedświątecznych lub tematycznych menu.

Na dziś zostały mu resztki, więc teraz skupia się tylko na klientach hurtowych – w tygodni kilka razy dzwoni telefon od dużego klienta i często słyszy w słuchawce, że „chcielibyśmy zamówić kilka ton towaru”, ale na razie takiej dużej sprzedaży nie udało mu się zamknąć.

– Najlepiej sprzedaje się krokodyl, renifer i bizon. Trudno znaleźć tego przyczynę. Ciągle tworzę trend na egzotyczne mięso i czas, a także niewielkie ilości, które sprzedaję na razie, nie są zmiennymi, które pozwalają mi jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie: dlaczego akurat te? Jedyna prawidłowość, którą widzę, to że ludzie wolą kupować droższe steki niż mięso gulaszowe, mielone, które jest 4-5 razy tańsze. To, co mogę powiedzieć to to, które mięsa się w ogóle nie sprzedają – jest to pyton i szarańcza. Polacy mają jeszcze zbyt konserwatywne gusta smakowe – zauważa.

Stępień trwa więc w lekkim zawieszeniu, cały czas żywi jednak przekonanie, że złote lata dla mięsa z egzotycznych zwierząt jeszcze w Polsce nadejdą. – Ciągle wierzę, że to jest jedzenie przyszłości. Musi minąć 10-20 lat. A na razie na tym mięsie nie straciłem, za to spróbowałem czegoś nowego. Nie żałuję – podkreśla.
Trwa ładowanie komentarzy...