Fachu uczą się 20 lat i ani myślą dzielić się swoją wiedzą. A szkoda, bo zarobki są konkretne

Rodzina Kruszewskich przy pracy
Rodzina Kruszewskich przy pracy youtube.com/OdlewniaKruszewscy
Odlewanie dzwonów wydaje się profesją nomen omen przebrzmiałą, a nazwa zawodu: „ludwisarz”, brzmi dla dzisiejszych nastolatków tak enigmatycznie, jak „copywriter” dla ich dziadków. I pewnie tak zostanie, bo choć zarobki są w niej dobrze powyżej średniej krajowej, to sami ludwisarze...ani myślą dzielić się swoimi umiejętnościami.

– Rzucam dziennikarstwo, chcę zostać adeptem ludwisarstwa. Przyjmie mnie pan? – zaczynam rozmowę.

– Nigdy w życiu! Nasi konkurenci wpuścili w swoje szeregi pracowników spoza rodziny i jeden z nich założył konkurencyjny zakład. Nie po to od lat kultywujemy tę tradycję, żeby ktoś obcy nas teraz podgryzał – odpowiada Antoni Kruszewski z Odlewni Dzwonów Braci Kruszewskich.
I opowiada, że niedawno zgłosił się do niego młody chłopak. Chciał zdobyć doświadczenie, oferował, że popracuje za darmo. Nic z tego. Kruszewski odprawił go z kwitkiem.



20 lat praktyki
On sam odlewania dzwonów uczył się przez 20 lat. W firmie pracują łącznie 4 osoby – pan Andrzej, pan Adam (synowie pana Antoniego, czyli syna Jakuba Kruszewskiego - założyciela) i ich synowie – Wojciech i Antoni. Przerwanie tej rodzinnej tradycji oznaczałoby zagładę firmy. Ludwisarstwo to bowiem jeden z tych niewdzięcznych zawodów, których w szkołach nie da się nijak nauczyć.

– O ile samego odlewania czy topienia można się nauczyć, bo są od tego szkoły, tak wszystkich tajników dot. powstawania formy, sposobu zalewania, temperatury odlewu już nie. Ta wiedza przekazywana z ojca na syna – podkreśla Kruszewski.
Dlatego też przedsiębiorstwa, które zajmują się produkcją dzwonów to firmy rodzinne, a ludwisarzy, którzy potrafią stworzyć dzwon od A do Z można w Polsce policzyć na palcach dwóch rąk.

Proces produkcji niezmienny od kilkuset lat
W przypadku Antoniego Kruszewskiego wejście w zawód ludwisarza przebiegło bardzo naturalnie. – Od najmłodszych lat pomagałem tacie przy odlewaniu dzwonów. Do zakładu biegłem zaraz po skończeniu zajęć w szkole. Fascynował mnie proces produkcji, który nie ma nic wspólnego z maszynową produkcją, i brzmienie dzwonów – wspomina.

Przez długi czas mężczyzna pracował pod nadzorem swojego ojca i stryjka, samodzielność osiągnął dopiero po 20 latach. Stworzenie dobrego dzwonu wymaga bowiem całej palety umiejętności.

- Przede wszystkim wymagane są zdolności manualne. Przydają się przy odlewnictwie, ślusarce (bo jarzmo i serce są ze stali) albo stolarce (bo jarzmo może być też z drewna) – mówi Kruszewski.

Poza wyżej wymienionymi, trzeba jednak wykazywać się również...dobrym słuchem. Nierzadko zdarza się bowiem, że dzwon trzeba dodatkowo stroić poprzez ścinanie nożem tokarskim wewnętrznych ścian.

– Dobry dzwon odzywa się jednym głosem. Na ten jeden dźwięk składają się jednak alikwoty, czyli tony poboczne. Odzywają się w odległości harmonicznej od tego nominalnego tonu, czyli w tercji, kwincie i oktawie górnej i dolnej. Wszystko oczywiście w tonacji molowej – objaśnia fachowo Kruszewski.

Jedna innowacja na 100 lat
Sam proces produkcji nie zmienił się jednak od kilkuset lat. Na początku tworzy się formę, która składa się z 4 głównych części. Najbardziej wewnętrzną częścią jest rdzeń, potem tworzy się tzw. dzwon fałszywy, którego kształt odzwierciedla kształt prawdziwego dzwonu. Następnie powstaje płaszcz (rodzaj zabezpieczenia od wewnątrz) i korona. Na dzwon fałszywy nakłada się ornamenty z wosku odlewniczego i odbija się je w płaszczu. Potem formę się rozkłada, usuwa się dzwon fałszywy i w jego miejsce wlewa się materiał.

Jedyną innowacją, na jaką pozwolili sobie Kruszewscy przez niemal 100 lat swojej działalności, to zmiana materiału, z którego wykonywana jest forma. Teraz zamiast z gliny robi się ją z piasku kwarcowego, żywicy i utwardzacza. – To 3-krotnie szybszy sposób od dotychczasowego – podkreśla pan Antoni.

A to ważne, bo rąk do pracy jest niewiele, produkcja jednego dzwonu trwa około 3 tygodni, a zamówień jest ok. 4-5 w miesiącu.
Zamówienie goni zamówienie
O ludwisarstwie mówi się czasem jako o ginącym zawodzie. Kruszewski opowiada, że rzeczywiście zakładów (niedawno w Niemczech działalność zawiesił zakład z 350-letnią tradycją) jest coraz mniej, te które funkcjonują, mają się jednak bardzo dobrze.

W Polsce funkcjonują dziś dwie firmy. Poza Kruszewskimi (działającymi na rynku od 1920 roku) jest jeszcze rodzina Felczyńskich, jedna z najstarszych firm w Polsce, której początek datuje się na 1808 rok. Swoje odlewnie maja jednak praktycznie wszystkie duże państwa w Europie – Włosi, Brytyjczycy, Grecy, czy Francuzi. –Prawdziwy szał panuje w Rumunii. Buduje się tam około 2 tys. kościołów, działają tam aż 3 odlewnie – zauważa Kruszewski.

Jego rodzinna odlewnia nie ogranicza się tylko do Polski. Polacy wysyłają dzwony m.in. do Papui Nowej Gwinei, Togo, Kamerunu, Rwandy, czy na daleką Syberię (Jekaterynburg). Skąd się tam biorą? – W tych miejscach działają polscy misjonarze. Pamiętają o nas, gdy w kościele potrzebny jest nowy dzwon – mówi pan Antoni.

Kruszewscy otworzyli również swoje przedstawicielstwo w Indiach. – Tam jest około 22 mln katolików. To ogromny rynek – podkreśla ludwisarz.

Ile taki ludwisarz zarabia nad Wisłą? Jak na nasze warunki – całkiem nieźle. Z badań przeprowadzonych w 2012 roku przez firmę Sedlak&Sedlak wynika, że ten zawód, jest jednym z najbardziej dochodowych ze wszystkich „staromodnych” branż. Mediana płac miała wynosić ponad 5,2 tys. złotych brutto, czyli niecałe 3,7 tys. zł na rękę. Dla porównania w tym samym badaniu kowal i cieśla wyciągali ledwie ponad 3 tys. złotych brutto.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...