Kim u licha jest pani „skin-coach”? Sprawdzamy, co robi osoba, z której śmieje się pół internetu

Po wywiadzie dla agencji x-news skin-coach Bożena Społowicz dostała drugie medialne życie
Po wywiadzie dla agencji x-news skin-coach Bożena Społowicz dostała drugie medialne życie facebook.com/Bożena Społowicz; zrzut ekranu/Gazeta Wrocławska
Po wywiadzie dla agencji x-news Bożena Społowicz dostała drugie medialne życie. Zrzuty z ekrany z jej wizerunkiem i podpisem „pierwszy w Polsce skin coach” zaczęły krążyć na Facebooku jako viral. Społowicz nie pojawiła się jednak znikąd. Konsekwentnie buduje swoją popularność już od roku, na swoim koncie ma jedną książkę, wywiady prasowe i telewizyjne, a także kilka tekstów, w których piszący testowali jej usługi na własnej, nomen omen, skórze.

– Kiedy mówisz pryszczom, żeby wyszły ze swojej strefy komfortu i nie rozumiesz, dlaczego klient jest niezadowolony…

– Czekam na sobór, na którym księża zostaną przemianowani na „afterlife coachow”

To tylko dwa (a i tak jeszcze nie z tych najbardziej prześmiewczych) komentarze internautów na wieść o istnieniu specjalizacji „skin-coacha”. Śmiechu co niemiara. Mniej zabawnie robi się jednak, gdy spojrzymy co na jej temat możemy usłyszeć od fachowców.

"Twoje ciało czeka na prezent"
Gdy wpisujemy w Google frazę "skin coach" od razu rzucają nam się w oczy relacje klientów. Te są na ogół pozytywne, choć bohaterowie tekstów słono musieli zapłacić za usługi. We "wcieleniówce" na gazeta.pl wspominają np. o 250 zł za pierwszą konsultację (a jest ich rzecz jasna więcej) i średnio kilkuset złotych na wskazane przez ekspertkę kosmetyki.
Szybko pojawia się jednak także krytyka. Ta dotyczy przede wszystkim książki wydanej przez polską skin-coach w ubiegłym roku. Suchej nitki na jej treści nie zostawił np. blog „Kosmetologia naturalnie”, prowadzony przez mgr kosmetologii i laborantkę w firmie kosmetycznej. Autorka zauważa najpierw z lekkim niesmakiem, że dostała ofertę otrzymania książki w zamian za „wpis polecający”. Nie zdecydowała się na taki wariant, ale publikację i tak dostała, tyle, że okrężną drogą. No i zaczęło się – autorka w obszernym wpisie wypunktowała książkę rozdział po rozdziale.

Zaczyna się więc od typowo motywacyjnej gadki, coś w rodzaju:„wizualizowałam sobie występ u Ellen DeGeneres” Łukasza Jakóbiaka.

– Już samo zatrzymanie się i pomyślenie o sobie, sama intencja zrobienia czegoś dobrego dla siebie, uruchamia w komórkach wiele procesów regeneracyjnych. To tak jakby twoje ciało czekało na piękny prezent, który od ciebie dostanie i z radości promieniało! – podkreśla w publikacji Bożena Społowicz.


Na wymienianie całej listy błędów i niedomówień znalezionych przez autorkę „Kosmetologia naturalnie” zabrakło by tutaj miejsca. Nadmieńmy tylko, że okazało się, że pani skin coach z jednej strony odradza stosowanie pewnych substancji (jak triethanoloamina, parabeny, glikole) by następnie...wprost polecać w książce kosmetyki, które je zawierają. Następnie samozwańczo obala mit o istnieniu skóry mieszanej. – Do szału doprowadza mnie wciskanie pacjentom kitu - określanie się jako ekspert naturalnej pielęgnacji, gdy tej "natury" w oferowanych kosmetykach jest tyle, co kot napłakał – konkluduje autorka bloga. Na jednym krytycznym wpisie się oczywiście nie kończy,walcem po publikacji Społowicz przejechała się też m.in. autorka bloga "Kosmostolog".

18-letnia praktyka?
W wywiadach czytamy o 18-letnim doświadczeniu kosmetologicznym Bożeny Społowicz, szukam więc konkretów. Zaglądam na oficjalną stronę pani skin coach. Próżne nadzieje. Dowiaduje się za to, że o skończeniu „studiów wyższych z tytułem kosmetologa” (gdzie? jak? kiedy?), a następnie kierunku Chemia i Technologia Kosmetyków. Tyle jeśli chodzi o konkrety. Reszta opisu upstrzona jest okrągłymi sformułowaniami w rodzaju: „Moje życie zawodowe toczy się wokół skóry. Znam ją. Słucham jej. Uwielbiam ją”.
Pani Społowicz próbuje również wytłumaczyć, dlaczego postanowiła tytułować się coachem. Z kilkunastu zdań na ten temat nie wynika jednak absolutnie nic, poza tym, że coaching „jest nowatorskim podejściem, które pozwala na wykorzystanie osiągnięć coachingu w pracy kosmetologa”.

Coachowie nie są zachwyceni
– Przeczytałem na stronie tej pani, że „wsłuchuje się w potrzeby swojej skóry”. Próbowałem się wsłuchać w swoją skórę. Nie udało się. Chyba i tak będę musiał przejść się do dermatologa –ironizuje coach i trener mentalny Arkadiusz Matyja.

Matyja zauważa, że słowo coach jest w tym wypadku wyłącznie zabiegiem marketingowym, które całemu środowisku wyrządza dużą krzywdę. – Oczywiście każdy ma prawo nazywać się jak chce. Ale jeżeli zaaprobujemy, że ludzie tytułują się coachami, żeby się dodatkowo zareklamować i zebrać trochę lajków, to zabrniemy w ślepą uliczkę – zauważa. Ekspert podkreśla, że coaching to przede wszystkim wartości i kompetencje ujęte przez International Coach Federation. A tam próżno szukać np. motywowania do zmiany, o której w każdym wywiadzie rozprawia Bożena Społowicz. – To już rola trenerów i mówców motywacyjnych – zauważa Matyja. I w ten sposób zamiast skin coach, dostajemy raczej specyficzną wersję wspomnianego wcześniej Jakóbiaka.

Określanie się mianem skin-coacha nie przypadło również do gustu coachom (a przynajmniej części z nich) udzielającym się na grupach facebookowych. Jeden z nich zwraca uwagę, że idąc tym tropem można zamienić każdy zawód w coaching. Fryzjer mógłby zostać hair coachem, taksówkarz – driver coachem, a neurolog...brain coachem.

Bożena Społowicz do momentu opublikowania tekstu nie odpowiedziała na zadane przez nas pytania.
Trwa ładowanie komentarzy...