Ucieczka od rutyny. Polskie małżeństwo zakłada hostel w kolumbijskim "sekretnym raju"

Państwo Lozano z dziećmi.
Państwo Lozano z dziećmi. Fot. Olga Lozano
100 tysięcy złotych, a więc równowartość niezłego samochodu – tyle Olga i jej mąż zainwestowali w marzenie o ucieczce przed monotonią warszawskich korporacji. Uciec postanowili na drugi koniec świata: do Kolumbii, gdzie w szybko zdobywającym popularność Palomino zbudowali hostel. W kraju, który zaledwie kilkanaście miesięcy temu złapał drugi oddech po trwającej dekady wojnie domowej, to wciąż ruletka. Ale perspektywy są równie niestabilne, co kuszące.

– Już gdy przed laty poznałam w Argentynie swojego męża-Kolumbijczyka, zwierzał mi się, że jego marzeniem jest hostel blisko plaży. Mógłby wtedy zarabiać, leżąc w hamaku – śmieje się Olga Lozano, opowiadając nam „założycielską legendę” hostelu w Palomino. – Wtedy jednak nie myśleliśmy o tym poważnie, wydawało się, że będzie to najwyżej anegdotycznym żartem i nigdy nie wyjdzie ze sfery fantazji – dorzuca.

Stało się jednak inaczej. Już po ślubie, wraz z córką, państwo Lozano pojechali na wakacje do Kolumbii i wylądowali na rajskich plażach Palomino. – Kiedy trafiliśmy tam w 2011 roku, było tam kompletnie dziko: spaliśmy na kempingu, polewaliśmy się wodą z wiadra, nie było żadnej restauracji, jedzenie kupowało się po domach mieszkańców, we wsi był jeden sklep, a w okolicach wciąż dochodziło do porachunków – wspomina nasza rozmówczyni. Mimo pięknych i dzikich plaż nie zachęcało to do osiedlania się. Ale już dwa lata później wszystko zaczęło wyglądać inaczej: wieś zaczęła się dynamicznie rozwijać, na plażach pojawili się turyści, a miejscowi za niewielkie pieniądze odsprzedawali działki. Marzenie nagle znalazło się w zasięgu ręki.
Od kredytu do hostelu
Portale dla backpackerów i turystów-hipsterów nazywają Palomino „sekretnym rajem”. W Lonely Planet przeczytamy, że karaibskie plaże w tym miejscu należą do najpiękniejszych w całym kraju. Tymczasem licząca sobie mniej niż 4 tysiące stałych mieszkańców wioska ma zaledwie trzydzieści lat historii (z niewielkim okładem), a do niedawna okolicą rządzili paramilitarni z AUC (Autodefensas Unidas de Colombia) – prorządowe formacji zbrojnych powołanych w czasie wojny domowej w Kolumbii do zwalczania komunistycznych partyzantek FARC i ELN.

Gdy okazało się, że AUC ma na rękach równie dużo krwi, jak trzęsący sporymi połaciami kraju partyzanci, „Samoobrona” została rozwiązana. – Ich wpływy wciąż widać w okolicy – przyznaje Olga. – Ale z drugiej strony tu jest wszystko, co tylko można sobie wymarzyć: przepiękne plaże po horyzont, rzeki i góry. Gdy w 2013 roku przyjechaliśmy tu po raz drugi, zauważyliśmy, że wszędzie wokół wiszą ogłoszenia o sprzedaży działek. Okazało się, że ziemia nie była droga, przynajmniej jak na kieszeń przeciętnego Polaka. W efekcie, zanim wyjechaliśmy, znaleźliśmy dwie działki obok siebie i kupiliśmy je – mówi.


Ale państwo Lozano mieli już dwójkę dzieci, a nad Wisłą kredyt hipoteczny na głowie. – Nie mieliśmy na tyle oszczędności, by pojechać do Kolumbii i zająć się wyłącznie budową. Na pięć kolejnych lat pomysł na hostel trafił do szuflady. Postanowiliśmy coś z tym zrobić dopiero wtedy, gdy przyjaciel mojego męża powiedział, że za chwilę ktoś postawi na naszych działkach dom „na dziko” i później go nie wygonimy – śmieje się Olga. – Zapadła męska decyzja: weźmiemy kredyt na budowę tego hostelu, mąż będzie go budować, ja zostanę z dziećmi w Polsce – dodaje.
Najbezpieczniejsze miejsce w Kolumbii
Budowa ruszyła w kwietniu ubiegłego roku i w tej chwili hostel jest już praktycznie gotowy. W istniejącym już obiekcie jest sześć pokoi: zarówno „dwójki” dla tych, którzy chcą trochę intymności, jak i sale wieloosobowe, tzw. dormitoria. W sumie to 23 miejsca, do których dojdą jeszcze hamaki dla tych, którym do zaśnięcia nie jest potrzebne łóżko. – A jak będzie zapotrzebowanie na większą ilość miejsc, to mamy możliwość dalszego rozbudowania hostelu – zapowiada Olga Lozano.

To wcale nie jest wykluczone, bo Palomino – któremu po wspomnianych recenzjach w „bibliach współczesnej turystyki” daleko już do sekretnego raju – rozwija się w błyskawicznym tempie. W całej miejscowości jest już około 300 hosteli i w sezonie (zaczynającym się od stycznia i trwającym do mniej więcej sierpnia) bynajmniej nie świecą one pustkami. – Na razie z tej popularności wynika więcej kłopotów niż pożytku, bo lokalne władze nie radzą sobie z usuwaniem śmieci, jakie zostawiają po sobie turyści, za to chętnie próbują wyciskać z przedsiębiorców łapówki – kwituje nasza rozmówczyni.

Nie wszyscy miejscowi są też zadowoleni z „panoszenia się” obcych inwestorów, zwłaszcza, że hostele, które wyrosły w Palomino należą niemal wyłącznie do bogatych Kolumbijczyków z metropolii lub garstki Europejczyków. – Rozwój omija miejscowych: mogą liczyć co najwyżej na pracę sprzątacza, nie znają angielskiego, nie mają pieniędzy. Uznaliśmy, że musimy postarać się być z tym ludźmi, pomagać im i zaprzyjaźniać się – wylicza Olga Lozano. – Poza tym ta ich niechęć nie przekłada się na turystów. Palomino to dla nich chyba najbezpieczniejsze miejsce w całej Kolumbii – zastrzega.
Nie cierpię rutyny
Olga jest w tej komfortowej sytuacji, że tak naprawdę decyzja o rzuceniu korporacyjnej rutyny w Warszawie nie jest dla niej przekraczaniem Rubikonu – nasza rozmówczyni pracuje w branży farmaceutycznej i zajmuje się w niej relatywnie wąską specjalizacją: badaniami klinicznymi. – Badam nowe leki – precyzuje. – Mam ten komfort, że specjalistów w tej dziedzinie nie jest wielu, mogę zawsze wrócić do tego, co robię na co dzień. Mogę też pracować w tym zawodzie tam, gdzie będę mieszkać – dodaje.

– Nie cierpię życia, które toczy się zgodnie z jakąś rutyną. Moim zdaniem to błąd myśleć, że „mam tu mieszkanie, mam tu pracę, więc będę to ciągnąć do emerytury” – mówi. – Dwa czy trzy lata temu też zrobiliśmy sobie taką przerwę: pojechaliśmy do pracy w Hiszpanii. Eskapada okazała się porażką, a jednak była jakąś przerwą w rutynie, której i ja, i mąż, potrzebowaliśmy – podkreśla.
Od listopada 2016 roku obowiązuje w Kolumbii porozumienie pokojowe zawarte przez rząd z partyzantami FARC. Władze w Bogocie chciały kilka miesięcy temu przypieczętować status quo, oferując trwałą amnestię dla olbrzymiej większości bojowników – tę opcję jednak Kolumbijczycy odrzucili w referendum. W tym roku jednak dawni bojownicy zmierzą się z dotychczasowym establishmentem przy urnach wyborczych: lider FARC Rodrigo Londono (alias Timchenko) na początku lutego zainaugurował swoją kampanię prezydencką.

Status quo jest więc kruche, ale napawa optymizmem. – Dajemy sobie rok – mówi Olga Lozano. – W najbliższych miesiącach chcemy załatwić swoje sprawy i sprzedać mieszkanie tutaj, w Polsce. Pojedziemy do Palomino i sprawdzimy, czy pomysł na hostel ma sens. Na razie wydaliśmy na ten pomysł 100 tysięcy złotych. Dla nas to sporo, ale też – jak na taką inwestycję – relatywnie mało. Ten biznes wcale nie jest taki ryzykowny w porównaniu do biznesowych alternatyw w Warszawie – ucina.
Trwa ładowanie komentarzy...