Byłem cieniem start-upu w akceleratorze dla najlepszych. I wiecie co? Ja się wypisuję

Google Launchpad Accelerator do program wsparcia dla najlepszych startupów z poszczególnych regionów świata. W tej edycji Polskę reprezentuje szopi.pl
Google Launchpad Accelerator do program wsparcia dla najlepszych startupów z poszczególnych regionów świata. W tej edycji Polskę reprezentuje szopi.pl Fot. Innpoland.pl
San Francisco, lokalna siedziba Google, gdzie zebrano najbardziej obiecujące startupy z całego świata. Powietrze aż wibruje od marzeń i motywacji. Czujesz, że możesz latać. Po południu zderzasz się z rzeczywistością i z hukiem rozbijasz o ziemię. Do rana musisz się pozbierać, bo cykl zaczyna się od nowa.

Jeśli masz nadzieję na cukierkowy tekst o cudownych start-upach, od razu zamknij kartę. Będzie brutalnie, choć znajdzie się w nim miejsce na słodycz. Bez niej nikt normalny by tego nie wytrzymał. Nie piszę tego, by cię zniechęcić, lecz przygotować. Im bardziej będziesz świadomy, na co się piszesz, tym większe masz szanse na sukces.

Pisaliśmy o polskiej edycji Google Launchpad Accelerator. Wygrał ją szopi.pl, taki uber zakupowy. Wybierasz produkty spożywcze z danego sklepu, oni dowożą tego samego dnia. W San Francisco zgromadzono beneficjentów tego rodzaju programów Google z całego świata. Łącznie 24 startupy, ponad setka początkujących przedsiębiorców.
Cień start-upu w akceleratorze dla najlepszych
Na potrzeby tego artykułu wcieliłem się w polski start-up, utożsamiłem się z nim. Tak, jakbym od początku pomagał go współtworzyć. Wypytałem jego pomysłodawcę, Zbigniewa Płuciennika, o wizję, pomysł, wykonanie i przystąpiłem do programu.

Szopi wygrał regionalną edycję. To znaczy, że jest w jakiś sposób wyjątkowy, lepszy od innych. I to pierwsza pułapka. - Myślisz, że twój start-up jest wyjątkowy, bo dotarł do Doliny Krzemowej? To ustaw się w kolejce – mówi jeden z mentorów.
Piękno multikulturowości amerykańskiego społeczeństwa polega na tym, że tu każdy może poczuć się jak u siebie. Ktoś na ulicy się do ciebie uśmiechnie, ktoś zagada, rzadko widać tu typowe dla naszego regionu społeczne ponuractwo. W siedzibie Google, gdzie zebrały się otwarte głowy, to wrażenie jest spotęgowane wspólnym celem i zainteresowaniami.


Rozmawiasz, porównujesz, słuchasz inspirujących historii ludzi, o problemach danych regionów i sposobach na ich rozwiązanie. Nikt nie mówi o porażce, tylko o mniej lub bardziej realnym "potencjale na sukces". Wszystko w miłych okolicznościach, jest kolorowo, wesoło, i ten widok. Motywacja wychodzi poza skalę, aż chce się zakasać rękawy i do roboty. A jest co robić, są takie dni, gdzie jesz w biegu i nie możesz złapać zakrętu.

Mentor sprowadzi startup na ziemię
W końcu spotykasz się z mentorem. Po godzinie sam już nie wiesz, po co tu w zasadzie jesteś i czy te całe start-upy są dla ciebie.

Jednym z mentorów szopi.pl był Jan Beranek. Czech, zamieszkały aktualnie w San Francisco, rocznik 89. Rozkręcił firmę u.plus, teraz sam inwestuje w start-upy.

Dlaczego tak młody facet uczy innych? - Nawaliłem tak wiele razy, że teraz mówię innym, jak tego nie robić – mówi z rozbrajającą szczerością. Jak wspomina, żałuje, że sam nie miał mentora. Mimo że rolą takiej osoby nie jest głaskanie start-uperów po głowach. - Czasem po spotkaniach z mentorami startupy czują się zniszczone, wychodzą z poczuciem, że wszystko, co wiedzieli, to nieprawda. Ale to tylko początkowe wrażenie – mówi Benarek.

Gdy odbyła się pierwsza sesja Beranka z szopi, przekonałem się, co miał na myśli. Nie mogę zdradzić, jak dokładnie przebiegała rozmowa, jakie start-up wyciągną z niej wnioski. Ale mogę podzielić się wrażeniami, uczulić was, jak się na to przygotować.
Beranek nie znał wcześniej twórców szopi.pl, wiedział tylko ogólnie, czym się zajmuje. Nie przypadkiem na jednego z mentorów wybrano jego. Program akceleracyjny Google szyty jest na miarę. Beranek zna specyfikę naszego regionu Europy.

Jak wygląda sesja mentoringowa dla start-upu?
Po pierwszych uprzejmościach otwieramy stronę startową szopi.pl i przystępujemy do zasadniczej części sesji. - Okej, ale na co ja patrzę? - to pierwsze pytanie mentora. Podkopuje pewność siebie, którą cały dzień pompowałeś. Później nie jest łatwiej. - Kiedy będziesz rentowny? Kiedy coś może się nie udać? Dlaczego? Skąd wiesz, że większa firma nie zrobi tego własnymi siłami? Dlaczego ta funkcja jest w tym miejscu? I tak dalej.
Nie był nieuprzejmy, nie wymądrzał się, nie mówił, co masz zrobić. Kwestionował, bo takie jest jego zadanie. Uwzględniając swój bagaż doświadczenia w biznesie, postawił się w roli zwykłego człowieka, starał się zrozumieć, o co chodzi, dlaczego coś działa tak, a nie inaczej. By rozbić pomysł na atomy i poskładać go z powrotem w lepszą całość. I tak do skutku.

Zwątpiłem. Potrzebowałem chwili, by pozbierać myśli, zastanowić się, kiedy czynił słuszne uwagi, których nie dostrzegałem, a kiedy wykazywał się niezrozumieniem specyfiki polskiego rynku. Najważniejsza lekcja, jaka z tego płynie: idź porozmawiać ze zwykłym człowiekiem. Nie innym start-uperem, nie zamykaj się w branżowym towarzystwie wzajemnej adoracji, tylko osobą z ulicy, która ma być twoim klientem.

Twój pomysł, biznesowe dziecko, ta wychuchana, dopieszczona wizja produktu, wygląda tak tylko w twojej głowie. Często nie wytrzymuje starcia z ulicą. Do tej lekcji jeszcze wrócimy.
Janowi Berankowi nie brakuje samokrytycyzmu. Zapytany o największy błąd, odpowiada: - Moja firma liczyła już 150 osób, biura w trzech miejscach na świecie, dużo podróżowałem. Mój największy błąd polegał na tym, że nie sprawdzałem dokładnie, co robi i jaki wpływ na zespół ma mój dyrektor operacyjny, którego zostawiłem za sterami. Efekt był taki, że odszedł, by założyć konkurencyjną firmę i zabrał kilku moich ludzi – wspomina Jan Beranek. - Następne 6 miesięcy to było prawdziwe piekło – dodaje.
Jan Beranek, u.plus

Przygotuj się na nieprzespane noce i fakt, że cały czas coś się będzie psuć. Błędy to część tej pracy, nie tylko nie możesz zwątpić, ale musisz motywować swój zespół – mówi. I trzeba też przyznać przed sobą i innymi, że popełniło się błąd, wyciągnąć z niego wnioski, bo to najlepszy rodzaj lekcji. Szczególne problemy mają z tym startupy z Europy Środkowo-Wschodniej. To pewnego rodzaju strach przed porażką, pozostawiony przez cień komunizmu.


Gwiazda branży - "Sprint"
Mentorów jest wielu, w tym gwiazdy branży. Jake Knapp to facet, który na początku ubiegłej dekady, pracując wtedy dla Microsoftu, tworzył ładniejszą, bardziej multimedialną, profesjonalną (i płatną) encyklopedię – Encarta. Miała konkurować z rosnącą (i – wówczas – pełną błędów) Wikipedią. Po roku prac z gotowym produktem poszedł do działu marketingu, by wytłumaczył ludziom, co to jest i im to sprzedał. To najpoważniejszy błąd, jaki możesz zrobić jako start-uper. Podążać za wizją, zrealizować ją i uświadomić sobie, że nikt tego nie rozumie w tej formie i nikomu to niepotrzebne. Encarta miała swoje momenty, choć nigdy nie była wielkim sukcesem. Jej finał niech podsumuje ten ironiczny zrzut ekranu.

Biznesowy sprinter
Knapp to autor bestsellerowej książki „Sprint”. Traktuje o wypracowanym przez niego podejściu do biznesu. W skrócie: wygospodaruj jeden tydzień na realizację jednego projektu. Żadnych maili, telefonów, burz mózgów, innych działalności. Zespół zbiera się razem, ale pracuje oddzielnie. Każdy sporządza swoją wizję tego, jak ma wyglądać produkt, czego od niego oczekuje, gdzie mogą pojawić się błędy i jak je naprawić. To informacja zwrotna, tak potrzebna początkującemu biznesowi, nie w jednej wersji po burzy mózgów, lecz pomnożona przez liczbę członków zespołu. Jest na czym budować.

Wreszcie – prototyp. Knapp porównał to do scenografii starych westernów. Dzięki pracy kamery mamy wrażenie, że wybudowano miasteczko na pustyni, podczas gdy to tylko fasada, fronty budynków. A gdy zbudujesz ten prototyp, pokaż go ludziom z ulicy, zidentyfikuj klientów, w których celujesz, i wybierz przedstawicieli. - Najpewniej okaże się, że w ogóle nie rozumieją twojego produktu. A ty dostajesz drugą szansę, by go poprawić – mówi. Nie tylko oszczędzasz pieniądze, ale i sobie frustracji.
Czy to wybitnie odkrywcze? Nie. Czy mądre? Bardzo. Czy działa? To zależy. Może się sprawdzić, jeśli twój start-up dopiero raczkuje. Ale prowadząc już jakąś działalność, nie możesz oderwać całej firmy od pracy i poświęcić się tylko doskonaleniu. Jak wspominał jeden z azjatyckich start-upów, „Sprint” nie działa na pół gwizdka, z częścią zespołu.

Ale jeśli ktoś przyjechał tu po receptę na sukces, może od razu wracać do domu. Nikt takiej nie wymyślił. Rację miał Rafał Plutecki, szef Campus Warsaw, twierdząc, że „szybkość nauki jest uniwersalną receptą na sukces”.
W profesjonalnym akceleratorze wiele się nauczysz, dlatego warto się starać o uczestnictwo. Tu chodzi o wymianę wiedzy. Start-upy, które kiedyś były w akceleratorze Google, teraz same udzielają rad młodszym kolegom. Zresztą, nie chodzi tu tylko o sesje na poziomie strategicznym. Każdy członek start-upu, zależnie od zainteresowań, znajdzie tu coś dla siebie – warsztaty z tworzenia chatbotów, wykorzystania uczenia maszynowego itp.

Roy Glasberg, kierownik całego programu akceleracyjnego mówi: wcześniej byliśmy społecznością, z czasem zbudowaliśmy program wsparcia, by zebrać najlepszych i posadzić ich przy jednym stole i połączyć z sektorem inwestorów.
Roy Glasberg, kierownik Google Launchpad Accelerator

Świat inwestycji szybko się zmienia. Fundusze VC nie działają już na zasadzie wynagradzania pomysłu, w stylu „masz, łap swój czek, a potem pokażesz mi produkt”. Tworzą całe oddziały wspierające rozwój startupów, w których mają aktywa. Czasem bywają zbyt zaborczy. Dlatego tworzymy własną społeczność inwestorów, by wypracować najlepsze praktyki i relacje.


Przez akcelerator w ciagu pięciu lat przewinęło się w sumie 160 firm. Jest wielowarstwowy. Osobny program mają startupy początkujące, jak szopi, inny te zaawansowane. Jak mówi Glasber, to jedyny akcelerator na świecie, w którym udział biorą dwa jednorożce (startupy z wyceną przebijającą miliard dol.). To brazylijskie fintechy – NuBank i ZapVivaReal.

Nauka do potęgi
Gdyby podsumować akcelerator jednym sformułowaniem: niech to będzie „otwiera oczy”. To ogromnie przydatne. Bo gdy start-uper snuje marzenia o podboju dziesiątek rynków i miliardowych wycenach, potrafi wyłożyć się na tak – z pozoru oczywistych - rzeczach, jak kultura w jego organizacji. Dostajesz czek na kilka milionów, 10 osobowy dotąd zespół rozrasta się do 100, a tobie wymyka się to z rąk, nie zbudowałeś kultury i systemu dobrych praktyk organizacji, zatem daleko nie zajedziesz.

Pewne prawdy biznesu wydają się intuicyjne, dopóki nie dostaniesz od nich po twarzy. Inne są dla start-uperów zupełnym zaskoczeniem. Wspólny mianownik obu tych prawd – nie poznasz ich siedząc w garażu. Wyjdź, rozmawiaj, pytaj, dziel się wiedzą i nie bój przyznać do błędu. Ekipa Szopi była bardziej odporna na zwątpienie niż ja. Wróci z San Francisco znacznie mądrzejsza. Teraz wszystko w jej rękach, jednak po udziale w akceleratorze, szanse znacznie wzrosły.

Puenta? Oddajmy głos Janowi Berankowi. - Start-up jest jak powoli tonący statek, który prze do celu. Jako kapitan po prostu zastępujesz nowymi ludźmi tych z niższych pokładów, których dosięgła woda.

Że brutalnie? Może, ale tak to wygląda. Jednak nagroda jest tego warta.
Trwa ładowanie komentarzy...