Nie chcę zarabiać mniej niż pani z Biedronki! Na naszych oczach rodzi się „indeks kasjerki”

Policjanci, dziennikarze, urzędnicy – wszyscy powołują się dzisiaj na zarobki „pań z dyskontów" jak Biedronka czy Lidl
Policjanci, dziennikarze, urzędnicy – wszyscy powołują się dzisiaj na zarobki „pań z dyskontów" jak Biedronka czy Lidl Marcin Stępień/Agencja Gazeta
Policjanci, dziennikarze, urzędnicy – wszyscy powołują się dzisiaj na zarobki „pań z dyskontów" jak Biedronka czy Lidl. Pensje kasjerów w imponującym tempie rosną od kilku lat i zaczynają się zbliżać do krajowej mediany. Kolejne grupy zawodowe zdają się być sfrustrowane, dążąc do tego, by w najgorszym wypadku zarabiać tyle, co pracownicy sieci handlowych. A mówimy tu o stanowiskach, które jeszcze kilka lat temu były przez społeczeństwo postrzegane jako jedna z najgorszych, najmniej prestiżowych i najgorzej płatnych. Tymczasem rodzi się "indeks kasjerki".

– W PAP jest dramatycznie źle. Dziennikarz zarabia mniej niż kasjerka Biedronki – skarżył się niedawno na warunki pracy w Polskiej Agencji Prasowej jej prezes, Wojciech Surmacz. Wypowiedź znamienna, bo powtarzaja się coraz częściej. Polacy nie mogą przeboleć, że po ostatnich płacowych szarżach dyskontów, wielu z nich znalazło się poniżej poziomu zarobków kasjerów.

„Argumentum ad Biedronkum” użyli również pod koniec lutego nauczyciele. – W moim mieście, na drzwiach Biedronki, umieszczono ofertę pracy dla kasjera-sprzedawcy z wynagrodzeniem, dla rozpoczynających pracę, 3 250 zł miesięcznie. O 101 zł więcej niż dzisiaj otrzymuje profesor oświaty w szkole – pisał do minister edukacji Anny Zalewskiej Andrzej Kupczak, nauczyciel z Oławy. Kasjerek jako zakładników użyli też związkowi policjanci,porównując swoje pensje do zarobków w „jednym z niemieckich dyskontów”.

Czy pensje w Polsce rosną?
Dlaczego uparli się akurat na kasjerki? Choć próby wykazania, że w Polsce funkcjonuje coś takiego jak „rynek pracownika” nie są dla wielu ekspertów szczególnie przekonujące, to jednak faktem pozostaje, że pensje od pewnego czasu wyraźnie idą w górę w całej gospodarce, a nie wyłącznie w samym handlu. Tylko w styczniu 2018 r. w sektorze przedsiębiorstw zarobki wzrosły o 7,3 proc. (r/r). Zdaniem Andrzeja Kubisiaka z Work Service, o fenomenie „indeksu kasjerki” zadecydowała praktyka jawnego podawania wynagrodzeń przez dyskonty.
– Branża handlowa od dwóch lat wydaje ogromne, liczone w milionach złotych, budżety, po to, by promować swoje oferty pracy – podkreśla ekspert ds. rynku pracy. – Dzięki temu stanowisko kasjera i kasjerki stało się wyraźnym punktem odniesienia. Sieci handlowe jasno podają, ile można zarobić pracując jako kasjer w Lidlu, Kauflandzie czy Biedronce. Czy możemy to samo powiedzieć o zatrudnionych np. w magazynach, służbach mundurowych albo państwowych instytucjach kulturalnych? – pyta retorycznie.


Inna sprawa, że dynamika płacowa w w handlu rzeczywiście dość wyraźnie odstaje od wzrostu płac w pozostałych branżach. Jeszcze w 2014 roku w Biedronce można było wyciągnąć na czysto ok. 1500 zł miesięcznie. Teraz osoby, które rozpoczynają pracę na stanowisku kasjera, już na starcie dostają od sieci ok. 1,9 tys. zł (2650 zł brutto), a po trzech latach stażu nawet 2,5 tys. (3550 zł brutto, czyli o 4 zł więcej niż wynosi krajowa mediana). Na jeszcze wyższe zarobki można liczyć w Lidlu, w którym po dwóch latach stażu pensja może dojść nawet do 4050 zł brutto, czyli niemal 2,9 tys. netto.

Warunki pracy kasjera
Kwestia płac nie wygląda jednak aż tak różowo, jak przedstawiają to w swoich komunikatach sieci handlowe. W końcową kwotę dyskonty wpisują bowiem wszystkie premie i dodatki. Jeden z wieloletnich pracowników Biedronki opowiadał nam, że wystarczy nie pojawić się w pracy przez jeden dzień, by wypłata spadła o kilkaset złotych.

Co więcej, choć warunki pracy w zawodzie kasjera stale się poprawiają (historie o obowiązku siedzenia na kasie w pieluchach nalezą do zamierzchłej przeszłości),a obsługiwanie klientów przestało uchodzić za obciachowe, to sam zawód wciąż uchodzi za dość wymagający i obciążający pracowników zarówno fizycznie jak i psychicznie. Przekonała się o tym, np. jedna z dyrektorek sieci handlowej, która usiadła na kasie, po czym stwierdziła,że „w trzy dni wyleczyła się z pretensji do kasjerów”.
Mimo to, skłonność Polaków do ciągłego porównywania się do pracowników dyskontów pokazuje, że za całym mechanizmem czai się potężna emocja. Dlaczego?

– W Polsce zaczyna się bardzo mocno spłaszczać lista płac. W perspektywie ostatnich 10 lat płaca minimalna rosła dwukrotnie szybciej niż średnie wynagrodzenie. To powoduje, że osoby z niskim poziomem kwalifikacji zarabiają porównywalne pieniądze do osób z wyższym wykształceniem i wieloma certyfikatami na koncie – zauważa Andrzej Kubisiak.

Klasa średnia dużo inwestuje w swoją atrakcyjność zawodową, kończy studia, zdobywa certyfikaty, uczy się języków obcych po czym musi się pogodzić z faktem, że kasjerzy zarabiają porównywalne do niej pieniądze. I chyba, przynajmniej chwilowo, będzie musiała z tym żyć. Andrzej Kubisiak opowiada, że rosnące w handlu pensje to efekt warunków rynkowych, w jakich muszą działać dyskonty. – Badania z ostatniego „Barometru Rynku Pracy” pokazują, że handel to branża która będzie bardzo mocno rekrutować – zauważa. I dodaje, że uatrakcyjnienie pracy w handlu to dla dyskontów kluczowa kwestia.
Trwa ładowanie komentarzy...