Millenialsi nie chcą w pracy stresu i kontaktu z ludźmi. Prezes ING Banku Śląskiego: dostosujemy się

Brunon Bartkiewicz, prezes ING Bank Śląski.
Brunon Bartkiewicz, prezes ING Bank Śląski. Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
Millenialsi nie chcą przeżywać stresu wynikającego z kontaktu z inną osobą – opowiadał nam podczas niedawnego Polish Economic Forum w Londynie Brunon Bartkiewicz, prezes ING Bank Śląski. Nie motywuje ich też to, co napędzało generację z lat 90. i początku kolejnej dekady: marzenie o wysokich zarobkach i finansowej stabilizacji. Ale nie ma co załamywać rąk ani narzekać. Banki i tak mają już dziś problem z rekrutacją. – Musimy się dostosować. I zrobimy to – zapowiada prezes Bartkiewicz.

Według Urzędu Komitetu Nadzoru Finansowego w ubiegłym roku zatrudnienie w bankowości spadło o 4400 osób. Kogo dziś szukają banki? Czy osoby pracujące w bankowości powinny dziś mieć inne kwalifikacje niż te, które przechodziły do branży dekadę czy dwie temu?

Oczywiście, że to wszystko się zmienia. Niezmienne pozostaje jedno: człowiek, który przychodzi do tej branży – taki, którego szukamy – musi być bez wątpienia człowiekiem, który lubi innych ludzi. To cecha podstawowa.

I raczej trudna do wypracowania na studiach. Ale mnie chodziło o kompetencje nieco twardsze. Czy przyszli prezesi banków będą po informatyce?

Nie odrobił pan lekcji. Wie pan, kto był pierwszym szefem informatyki w ING Banku Śląskim?

Wiem, że pan. I tym bardziej podtrzymuję pytanie.

To zupełnie nie tak. Przede wszystkim musimy mieć świadomość, że na dzisiejszym rynku pracy – nie tylko w bankowości – nie ma miejsca dla ludzi, którzy się nie uczą. Umiejętność pozyskiwania nowych umiejętności staje się podstawowym wyznacznikiem tego, kto się nadaje, a kto – nie. Ta umiejętność staje się piekielnie ważna.
W sferze związanej z nowymi technologiami trzeba mieć przynajmniej podstawy, żeby rozumieć, co się wokół nas dzieje. Jeżeli ktoś nigdy nie uczestniczył w dużym projekcie informatycznym, jakimś sporym wdrożeniu, myślę, że już dziś może mieć kolosalny problem ze zrozumieniem funkcjonowania firmy. Wśród moich kolegów z zarządu już nie ma osób, które nie miałyby takich doświadczeń na koncie. Wszyscy jesteśmy po – nazwijmy to – praktycznej informatyce. I wszyscy musimy poświęcać mnóstwo czasu na douczanie się w zakresie zarządzania danymi. Co jednak nie znaczy, że inżynier po IT ma jakąś przewagę. Odpowiadając wprost na pańskie pytanie: nie ma.

Przeciętny człowiek żyje przekonaniem, że bankowcy to ludzie po ekonomii, finansach i zarządzaniu...

Nigdy tak nie było. Mówiąc w największym uproszczeniu: absolwent studiów ekonomicznych nie kreuje dla mnie większej wartości niż absolwent geografii. Chyba że chciałby być ekonomistą w moim zespole – wtedy cenne jest ewentualnie jego wykształcenie z obszaru ekonometrii czy statystyki. Natomiast zauważyłem, że na polskich uczelniach jest z tymi obszarami bardzo kiepsko: bywa, że osoby studiujące formalnie makroekonomię ledwie liznęły gdzieś tam ekonometrii.


Ale nie trzeba być ekonomistą, by znaleźć swoje miejsce w bankowej organizacji czy strukturze. Musimy znajdować sobie ludzi, którzy mają wspomnianą już zdolność uczenia się. Bez wątpienia zaawansowanych matematycznie, rozumiejących abstrakcyjne pojęcia. Jeżeli liznęli co nieco data science – też są dla nas bardzo pożądanymi pracownikami. Dziś to są takie podstawy, jak czytanie i pisanie jeszcze dekadę temu.
Eksperci z firm konsultingowych twierdzą, że praca w bankowości przestała być dla generacji Y prestiżem, nie jest już sexy. Co się stało?

Bo to trudna praca: w dużej mierze pracuje się z klientami. I ta jej część, która wiąże się z pracą z klientami, obsługą klientów, tradycyjną sprzedażą, radzeniem klientowi, co jest dla niego dobre, a co złe – dla tego pokolenia stała się piekielnym wyzwaniem. Oni nie są do takiego kontaktu przyzwyczajeni. Można z pewnością powiedzieć o nich, że to bardzo dobrzy, mądrzy ludzie. Ale dla nich najważniejsze jest: „nie chcę przeżywać stresu wynikającego z kontaktu z inną osobą”.

Introwertyzm, jakaś subtelna forma socjopatii?

Nie nazwałbym tego socjopatią. Po prostu, w momencie, kiedy młodzi stają przed wyborem, wybierają opcję, która pozwala im oszczędzić sobie tego kontaktu. Wolą pracować w urzędzie gminy niż w oddziale banku.

Wszystko z powodu konieczności wejścia w kontakt z inną osobą?

Również z powodu zmiany priorytetów. Kiedyś sprzedawca mógł zarobić więcej niż osoby na innych stanowiskach, bo jego dochody były uzależnione od włożonego wysiłku. Tak było jeszcze piętnaście lat temu. Ten efekt nie ma jednak dziś znaczenia dla millenialsów, bo oni chcą mieć spokojną pracę. Często myślimy, że młodzi ludzie są piekielnie ambitni – ale ich pęd do pieniędzy, jeden z podstawowych czynników motywacyjnych lat 90., czy początku lat 2000., przestaje funkcjonować.

No i co z tym można zrobić? Branżę czeka kadrowe trzęsienie ziemi?

To oznacza po prostu, że musimy się dostosować. Nie ma się co – i na kogo – obrażać. Po prostu takie jest życie, a my się musimy dostosować i stworzyć warunki, w których nowe pokolenie pracowników będzie się czuło bardziej bezpiecznie, gdzie nie będzie poddane tak silnej presji systemów motywacyjnych. Gdzie będzie ich otaczał zespół, który jest dla nich przyjazny, a poziom stresu będzie się obniżał. To są wyzwania, którym będziemy musieli sprostać.
Trwa ładowanie komentarzy...