Inni politycy mogliby się uczyć od Morawieckiego. Niskim kosztem uzyskał maksymalny efekt

Premier Mateusz Morawiecki.
Premier Mateusz Morawiecki. Fot. Jakub Porzycki / AG
Około 15 miliardów złotych – tak szacują politycy PiS koszty zapowiedzianych w sobotę przez szefa rządu zmian w gospodarce. Być może nawet to są bezpieczne i nieco przesadzone szacunki. Nowe programy socjalne, zmiany opodatkowania małych firm i fundusz mający przyspieszyć rozbudowę siatki drogowej w Polsce wbrew pozorom nie będą dla budżetu wielkim obciążeniem – przynajmniej nie tak wielkim, jakim były dotychczasowe inicjatywy rządu. Natomiast ich medialna siła rażenia jest niezwykła.

Od soboty temat jest niezmiennie na tapecie: nowy, złożony z pięciu punktów program premiera Morawieckiego jest ukłonem w stronę łatwych do zidentyfikowania grup społecznych. Podsuwa proste rozwiązania nierzadko skomplikowanych problemów i przykłada plaster tam, gdzie trzeba.

– Chcemy, żeby każde dziecko w wieku szkolnym, do ukończenia osiemnastego roku życia, które uczęszcza do szkoły podstawowej i ponadpodstawowej, otrzymywało 300 złotych jako wyprawkę przed każdym rokiem szkolnym – zapowiedział premier Morawiecki, opisując program „Dobry start”. To rzeczywiście „dobry start”: przedsięwzięcie niezbyt drogie w realizacji, za to gwarantujące szeroki oddźwięk.

Ile lat ma "młodzież szkolna"?
– Koszt takiej wyprawki wychodzi gdzieś pomiedzy miliardem a dwoma – szacuje w rozmowie z INN:Poland były minister finansów Mirosław Gronicki. – W zależności od tego, jakie kategorie wiekowe to wsparcie obejmie – dodaje. Rzeczywiście, dzieci i młodzież „szkolna” w Polsce to kategoria bardzo szeroka, obejmująca formalnie osoby w wieku od 3 do 21 lat. Grupa ta liczyła w 2016 r. około 4,6 mln osób. Szef rządu zdefiniował górną granicę wieku osób objętych programem „Dobry start” – to 18 lat. Ale nie zdefiniował czy w grę wchodzą również wyprawki dla przedszkolaków i zerówkowiczów. Tak czy inaczej, różnica będzie kosmetyczna – kilkaset milionów złotych.


Obniżka CIT do poziomu 9 procent dla małych firm formalnie powinna obyć się bez dodatkowych kosztów dla budżetu. CIT dla gospodarczych mikrusów został już raz obniżony – z 19 do 15 proc. – i według słów premiera Morawieckiego nie odbiło się to na stanie budżetu. Ba, okazało się, że obniżka przyniosła zwiększenie wpływów. Nawet gdyby tak się nie stało, koszty operacji przekładałyby się na spadek przychodów o nieco ponad ćwierć miliarda złotych. Można zatem zakładać, że jeżeli tym razem jednak to budżet będzie musiał wziąć na siebie koszty obniżki – będzie to oznaczać spadek wpływów o nieco ponad 300 mln złotych.
Inna sprawa, że z poprzedniej obniżki podatku skorzystało zaledwie 8 proc. małych i mikrofirm, reszta rozlicza się za pomocą PIT. Krąg beneficjentów jest zatem niewielki. Z drugiej jednak strony z ponad 480 tys. płatników CIT w Polsce jakikolwiek CIT płaci zaledwie 40 proc. Jeżeli uda się przekonać choć kilka procent pozostałych do zapłacenia nowej stawki podatku – wpływy mogą wzrosnąć i bilans strat i zysków się wyrówna. Nawet biorąc pod uwagę, kolejny filar nowego pakietu Morawieckiego, czyli „mały ZUS” – stosowany wobec przedsiębiorców osiągających obroty na poziomie 2,5-krotności wynagrodzenia minimalnego.

Kto może skorzystać z nowej stawki CIT?
– Obniżenie stawki CIT dla małych firm, które rozliczają się na bazie CIT, a nie PIT, to działanie o niewielkich konsekwencjach dla budżetu, bo takich firm jest po prostu niewiele – twierdzi Mirosław Gronicki. – Co innego, gdyby zmniejszono stawkę dla wszystkich przedsiębiorstw do 9 proc. – wtedy byłby to spory uszczerbek w dochodach nie tylko budżetu państwa, ale i samorządów. Mówilibyśmy wówczas o kwocie rzędu 20 miliardów złotych.

5-miliardowy fundusz na potrzeby budowy i modernizacji dróg lokalnych w zasadzie nie jest z kolei niczym nowym: z pomysłem takiego funduszu PiS afiszował się już od początku tej kadencji, rekomendując go jako alternatywę dla „schetynówek”. Trudno jeszcze powiedzieć, z czego dokładnie finansowany będzie ten fundusz – w grę wchodzą nowe opłaty dla kierowców, środki BGK, środki budżetowe.

Jest wreszcie program Dostępność Plus – jego koszt oszacowano na 23 mld złotych. Ale pamiętajmy, że choć kwota ta odpowiada rocznym wydatkom na Program 500+ – to jest ona rozłożona na osiem lat (wypada poniżej 3 mld zł rocznie).
Całość zatem zamyka się w kwocie maksymalnie około 8 miliardów złotych rocznie. Tu jednak pojawia się kolejny problem. Do wspomnianych programów należałoby dopisać również koszty dodatkowego finansowania matek, jakie zapowiedziała była premier Beata Szydło. Środki dla matek decydujących się na szybkie urodzenie kolejnego dziecka, program bezpłatnych leków adresowany do tej grupy, a wreszcie – specjalne emerytury dla matek posiadających więcej niż czworo dzieci – te wszystkie obietnice mogą okazać się znacznie bardziej kosztowne niż zmiany zapowiedziane przez premiera Morawieckiego. Wszystko zależy od tego, na jakich kryteriach zostaną oparte.

Jakie są skutki reform dla budżetu?
Klucz tkwi we wspomnianym programie emerytalnym. – Fundowania matkom emerytur nie powinniśmy robić w ramach systemu emerytalnego, bo to oznaczałoby dalsze jego rozszczelnianie – podkreśla Gronicki. – To powinno być świadczenie dodatkowe, za które bierze odpowiedzialność partia czy rząd, które za takim pomysłem stoją. Mogło by to być finansowane specjalną, jasno zdefiniowaną dotacją budżetową – dodaje. Ale jej wysokość trudno dziś określić. Czy program będzie dotyczył tych matek, które dopiero zdecydują się na urodzenie dzieci, czy też tych, które rodziły w latach boomu demograficznego, a dziś są na emeryturze? ZUS nie zbierał też do tej pory informacji o tym, ile dzieci mają poszczególni ubezpieczeni, będzie zatem trzeba skompletować stosowną bazę danych. To wszystko może wygenerować dodatkowe, wielomilionowe koszty.

Dlatego też politycy rządzącej partii nie wchodzą w szczegóły. – Łączny koszt tzw. piątki premiera Mateusza Morawieckiego to koszt około kilkunastu miliardów złotych – liczył pobieżnie na antenie Polsatu Marek Suski z PiS. Dyplomatycznie ominął koszty propozycji, które w sobotę przedstawiła była szefowa rządu.

Czy to się da sfinansować? Owszem. Budżet Polski w 2018 roku to niecałe 400 mld złotych (355 mld zł przychodów i 397 mld zł wydatków, zatem z 40-miliardowym deficytem). Eksperci szacują, że mniej więcej dziesiąta część polskiego budżetu to swoista rezerwa na nadzwyczajne i nieprzewidziane wydatki, pojawiające się potrzeby. Z tej ruchomej końcówki miał być finansowany w poprzednich latach program 500+. Najwyraźniej premier Morawiecki doszedł do wniosku, że ta część budżetu będzie w najbliższych latach pozwalać na uruchomienie kolejnych – skromnych, ale dobrze prezentujących się w mediach – programów.
Trwa ładowanie komentarzy...