Przyszli do babci, wyszli z pomysłem na biznes. Dzieci polskich emigrantów zarzuciły sklepy kompotem w butelkach

mat. pras.
Kompot to prawdziwie arcysłowiański wynalazek. Dwóch studentów wpadło na pomysł, by wyprowadzić go z barów mlecznych i babcinych stołów i wrzucić do sklepów obok coca-coli i poweradów.

Obaj urodzili się i wychowali w Niemczech. Są dziećmi polskich emigrantów, dlatego od małego byli wychowywani w naszej rodzimej kulturze – w soboty uczęszczali zresztą do polskich szkół.

Teraz wprowadzają element tej kultury do sklepów. – Babcie potrafią wszystko, jednak nie ma ich wszędzie i nie ugotują kompotu w 5 minut. Zaczęliśmy myśleć jak to zrealizować, aby kompot był bardziej dostępny i powszechny. To był krok w stronę przywrócenia czegoś co każdy zna, ponieważ jest w polskiej kulturze od dawna – piszą na stronie internetowej twórcy Komponady.

Praca nad recepturą
Początkowo Kevin Hagiel i jego kolega (którego w firmie już nie ma, zdecydował się na pozostanie w Niemczech i kontynuowanie nauki) próbowali stworzyć recepturę po swojemu. – Co w tym trudnego? – pomyśleli. Pierwsze próby nie wypadły jednak zbyt pomyślnie. Szybko chwycili więc za telefon i zadzwonili do mieszkającej w Polsce babci.

– To też nie pomogło – śmieje się Hagiel. Skończyło się na wizycie w Polsce, gdzie pod okiem seniorki rodu dopracowywali skład swojego kompotu.

I gdy już wydawało się, że mogą śmiało wchodzić na rynek, pojawił się kolejny problem. Receptura, która sprawdzała się przy gotowaniu jednego garnka, przy 30 tys. litrów okazała się bezużyteczna.

– Nie sprawdziła się na linię produkcyjną. Szukaliśmy technika żywności, który, jak się potem okazało, zrobił świetną robotę – wspomina Hagiel.
Po stworzeniu wyrazistego logo można było już wystartować ze sprzedażą. Hagiel ruszył więc w tournee po trójmiejskich sklepach, starając się przekonać właścicieli, że postawienie kompotu w butelce na półce to świetna inwestycja.


Gdzie można kupić Komponadę?
I w wielu przypadkach mu się to udało. Choć Komponada jest na rynku od kilku miesięcy, bez wsparcia marketingowego, Hagielowi udało się wprowadzić kompot do kilkudziesięciu punktów na terenie Sopotu, Gdańska, Gdyni i Poznania.

Plany sięgają jednak dużo dalej. Młody przedsiębiorca w całości poświęcił już swojemu projektowi, zarzucił tymczasowo naukę na uniwersytecie i liczy na dalszą ofensywę.

– Próbujemy wejść na wyższy poziom. Pracujemy nad promocją, rozmawiamy z dużą liczbą dystrybutorów. Chcemy wejść do kolejnych miast jak Kraków czy Wrocław – opowiada.

Pewne nadzieje wiąże też ze swoją ojczyzną. Tam, jak twierdzi, kompotu nie znają. Okazuje się jednak, że to niekoniecznie musi być przeszkodą. – Daliśmy kilka partii naszemu koledze, który prowadzi sklep. Jego klienci odebrali nasz kompot bardzo pozytywnie. Więc to jest jakiś trop – wyjaśnia.

Pewnym atutem Komponady jest sposób produkcji. Hagiel podkreśla, że jego kompot tworzony jest z polskich jabłek i nie zawiera sztucznych dodatków. Do słodzenia używana jest mieszanka cukru i stewii. A to w dobie rosnącej popularności ekoproduktów i obsesji na punkcie zdrowego żywienia może okazać się dla klientów argumentem nie do przecenienia. I spowodować, że zamiast po cieszącą się złą sławą coca-colę, sięgną po tradycyjny polski kompot.
Trwa ładowanie komentarzy...