To była najlepsza branża w Polsce, teraz ledwo zipie. "Zwalniamy ludzi, praca stanęła"

Branża budowlana w zeszłym roku biła rekordy, w tym pewnie nie będzie inaczej.
Branża budowlana w zeszłym roku biła rekordy, w tym pewnie nie będzie inaczej. Fot. Robert Robaszewski / Agencja Gazeta
Ubiegły rok był w budownictwie rokiem rekordów: najwięcej kontraktacji w historii, najwięcej oddanych lokali w historii, rekordowe kursy akcji tych firm z branży, które są na giełdzie. Ledwie kilka miesięcy później okazuje się, że branża ledwo trzyma się na nogach – a kilkanaście ostatnich miesięcy bardziej dało jej w kość niż dało zarobić. Budowlanka to nie jest dziś masywny gmach, raczej szalona karuzela, nad którą zbierają ciemne chmury.

Jedna z największych spółek z branży w Polsce, notowana na GPW, lider w swoim segmencie. – Właśnie zwalniamy ludzi, praca w niektórych zakładach stanęła – mówi nasza rozmówczyni, zastrzegając anonimowość. – Zarząd gwałtownie szuka oszczędności, a płatności są realizowane ad hoc, w miarę potrzeb – dodaje.

Koniunktura oznacza bowiem dla każdego – coś innego. Dla producentów surowców czy dla firm zajmujących się logistyką i transportem materiałów dla budownictwa to czas grymaszenia: przy ograniczonych możliwościach produkcyjnych preferuje się tych klientów, którzy płacą natychmiast. Tak samo firmy budowlane podbijają stawki odbiorcom inwestycji. Jak opowiadają nam rozmówcy, terminy płatności faktur skróciły się tak bardzo, że właściwie należałoby mówić o płatnościach od ręki – co w kraju, w którym to kupujący zawsze dyktował warunki, ma charakter swoistej rewolucji.

Najważniejsza branża bez rąk do pracy
Bez surowców i bez dowozu nie będzie mowy o uruchomieniu czy kontynuacji inwestycji. A to dopiero początek problemów branży. Nawet bowiem, jeżeli kogoś stać na surowce, to trzeba je jeszcze obrobić, a następnie z powstałych materiałów coś zbudować. Tymczasem coraz trudniej znaleźć wykonawców tych robót: „Gazeta Wyborcza” szacuje, że tylko na placach budowy – a więc w ostatnim ogniwie uproszczonego łańcucha – brakuje około 100-150 tysięcy pracowników. To luka, której nie są w stanie w żadnej mierze „zalepić” robotnicy ściągani z Ukrainy, Białorusi, a nawet Azji.
Naturalną konsekwencją tego stanu rzeczy jest gwałtowny wzrost zarobków – drugi, obok wzrostu cen surowców i materiałów budowlanych, czynnik pompujący ceny. Wzrost cen widać zwłaszcza na rynku zamówień publicznych, gdzie od dobrych dwóch lat kalkulacje przetargowe zamawiających instytucji samorządowych i centralnych dalece rozmijają się z ofertami skłądanymi przez przedsiębiorców. Jaskrawy przykład to choćby linia tramwajowa na wrocławskie osiedle Popowice – w pierwszym przetargu na tę inwestycję rozbieżność między oczekiwaniami miasta a ofertami firm urosła do, bagatela, 50 milionów złotych.


Analogiczna sytuacje są w miastach dużych, jak i małych. – Wykonawcy poczuli chęć zysku i dyktują astronomiczne ceny. Gminy, żeby nie stracić unijnego dofinansowania, muszą albo zrezygnować z innych wydatków, albo wziąć pożyczki na pokrycie różnicy w cenach – skarżył się burmistrz Krynicy-Zdroju, Dariusz Reśko. – Problem w tym, że wiele samorządów zadłużyło się w ten sposób już podczas realizacji inwestycji w poprzedniej perspektywie finansowej – kwitował. Lokalne władze, które budować muszą, nie mają wyjścia: jeżeli kiedyś miały do wyboru średnio kilka ofert przetargowych, tak teraz nagminnie zdarza się, że w przetargu wpływa jedna oferta – jeśli w ogóle.

Na to w swoim czasie nałożyło się też gwałtowne zahamowanie inwestycji publicznych. Przez kilkanaście miesięcy po ostatnich wyborach samorządy wstrzymywały się z budowami i (nie wymuszonymi palącą potrzebą) modernizacjami dróg i infrastruktury drogowej. Stąd ta część branży, która skupia się właśnie na tym rynku, przez dłuższy czas niemal w ogóle nie zakosztowała owoców koniunktury – za to koszty, brak rąk do pracy i inne konsekwencje boomu dotknęły ją równie mocno, jak choćby firmy deweloperskie.

Czteromiliardowa góra długów
Innymi słowy, boom budowlany zamienił się w ćwieczenie z płynności finansowej. Efektem może być sytuacja, w której poszczególne ogniwa zaczną się pruć. Zgodnie z majowym raportem BIG InfoMonitor oraz BIK, polskie firmy budowlane mają gigantyczną górę długów – sięgającą 4,57 mld złotych. Ci sami analitycy nieco ponad rok temu – po podliczeniu danych z pierwszego półrocza – szacowali, że branża ma 4,06 mld zł długów. Innymi słowy, w ciągu nieco ponad pół roku firmom budowlanym przyrosło ponad pół miliarda nowych długów.
W nieco łagodniejszej formie prezentuje się ten trend w danych Krajowego Rejestru Dłużników. Ale i tam długi budowlanki dawno przekroczyły 2,3 mld złotych – i co roku przyrasta ich o kilkaset milionów, z tendencją wzrostową. Ba, nawet największe firmy nie umieją uniknąć kłopotów: w gronie 57 przedsiębiorstw notowanych na giełdzie w Warszawie, które mają długi – aż 17 to firmy z branży budowlanej. Rekordzista z GPW może mieć około 5 mln złotych długów, poza giełdą są jednak firmy, których zobowiązania są dwukrotnie większe.

– Najbardziej niepokojący jest fakt, że te zjawiska obserwujemy w sytuacji, gdy firmy mają pełne portfele zamówień, a szczyt prac dopiero się rozpoczyna – kwituje Rafał Bałdys-Rembowski, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. – Ryzyko, że dojdzie do kolejnej fali upadłości, jest coraz większe. Tym razem jednak może dotknąć również przedsiębiorstw, które obronną ręką wyszły z poprzedniego kryzysu na placach budów. Obawy ku temu są, bo scenariusz zaczyna łudząco przypominać sytuację z lat 2012-2015, kiedy to upadało rocznie ponad 150, a nawet i ponad 200 firm budowlanych i w cztery lata pracę straciło 90 tys. osób – tłumaczy.

W tym przypadku sytuacja jest o tyle lepsza, że – przy takich niedoborach na rynku pracy – większość tych, którzy straciliby pracę, zdoła znaleźć nową. Przynajmniej dopóki trwa boom budowlany. Ile on jednak jeszcze potrwa, nikt nie jest w stanie powiedzieć. W samorządach mamy rok wyborczy – można zatem zakładać, że do jesiennych wyborów włodarze będą chcieli pochwalić się przed wyborcami świeżo sfinalizowanymi inwestycjami. Potem przyhamują. Zostały dwa lata na realizację inwestycji dofinansowywanych środkami unijnymi z funduszy rozwojowych – w następnej perspektywie pula pieniędzy będzie znacznie mniejsza. Inwestycja przyhamują. Sam rynek mieszkaniowy nie uciągnie długo całej branży – a i tu co trzecie sprzedawane dziś mieszkanie jest przeznaczone na wynajem, co sugeruje, że możliwości wkrótce zaczną się wyczerpywać – gdy tylko pierwsza fala inwestorów zostanie z pustymi lokalami. Ciemne chmury gęstnieją.
Trwa ładowanie komentarzy...