Euro za 5 zł? Według wielu banków to normalna cena, w wakacje uważaj na kursy walut

Zagraniczne wakacje mogą oznaczać spore straty w portfelu - przez przeliczanie kursów walut przez nasze banki
Zagraniczne wakacje mogą oznaczać spore straty w portfelu - przez przeliczanie kursów walut przez nasze banki Foto: Wikipedia/Adrian Grycuk
Początek sezonu urlopowego oznacza dla wielu Polaków spore wydatki. A te mogą jeszcze wzrosnąć, bo część banków stosuje triki, które windują cenę euro do prawie 5 złotych. Jak nie dać się nabić w kursy walut?

Rok temu, na początek wakacji, euro kosztowało kilkanaście groszy mniej, niż dziś. Obecnie jego kurs oscyluje w okolicach 4,40 zł. To oznacza wzrost wydatków przeciętnego polskiego turysty na zagranicznych wakacjach. Metody banków na zwiększenie swoich dochodów dotyczą wszystkich walut, ale przeanalizujmy je na przykładzie euro.

Po pierwsze – jeśli kupujemy waluty w postaci gotówki, to nie róbmy tego w kantorze na dworcu czy lotnisku. Tam na ogół kurs jest o kilka – kilkanaście groszy wyższy, niż w innych miejscach. A po drugie – sprawdźmy ofertę naszego banku.

– Liczy się przede wszystkim informacja, jakimi opłatami obciąży nas bank za używanie złotowej karty płatniczej. Bywa, że przekraczają one 10 proc. całkowitej wartości transakcji - pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Przypomina, że poprzez wieloetapowy system prowizji i opłat bank może pobrać nawet 50 gr więcej niż wynosi faktyczny kurs europejskiej waluty. Według danych NBP średnie przewalutowanie transakcji walutowej obarczone jest opłatą na poziomie nieco ponad 2,8 proc.

Nie brzmi groźnie. I faktycznie nie jest to duża opłata – przy wydaniu z karty 100 euro (przy kursie międzybankowym na poziomie 4,40 zł), dopłacimy do tej transakcji niecałe 12,50 zł. W sumie 452,40 zł zamiast 440 zł. Da się przełknąć, ale to nie wszystko.


– Wiele banków oprócz zastosowania prowizji od transakcji kartowych stosuje dodatkowo własne kursy walut, które poważnie odbiegają od rynkowych i tych, które są ustalane przez wystawców kart płatniczych – twierdzi Marcin Lipka.

Spread, czyli różnica między kupnem i sprzedażą, która wynosi ok. 6 proc. Oznacza to, że do wspomnianych wcześniej 2,8 proc., bank doliczy kolejne 3 proc. Nasz przykładowa transakcja będzie więc kosztowała 466 zł – o 26 zł więcej, niż teoretycznie powinna. W efekcie za każde euro płacimy 4,66 zł.

Najgorzej przy bankomacie
Ale najwięcej stracimy na wyciąganiu gotówki z zagranicznych bankomatów. Są banki, które do całego spreadu doliczają jeszcze prowizję w wysokości prawie 6 proc. I w ten sposób każde euro wyciągnięte z zagranicznego bankomatu kosztuje nas 4,80 zł a coś, co chcieliśmy kupić za 100 euro – nie 440 złotych, ale 480 zł.

Aha, trzeba do tego doliczyć jeszcze 10 złotych prowizji – więc przepłacamy łącznie o 50 złotych.

Jak się ustrzec opłat?
Przede wszystkim warto sprawdzić tabele opłat w swoim banku i ewentualnie założyć dodatkowe konto w innym – to prosta procedura. Będąc już za granicą możemy zapłacić kartą za zakupy na niewielką kwotę i samemu przeliczyć, ile z tego poszło jako prowizja do banku. W ten sposób kolejne zakupy już nas nie zaskoczą.
Trwa ładowanie komentarzy...