
Wtorkowy szczyt państw Europy Środkowo-Wschodniej i Chin w Belgradzie służyć miał zacieśnianiu współpracy obu regionów. Polski wicepremier Tomasz Siemoniak postanowił wykorzystać tę okazję do pochwalenia polskiej gospodarki. – Polska jest jednym z najlepszych miejsc do inwestowania – przekonywał podczas wystąpienia. Niestety, nadal inwestorów przyciągamy głównie tanimi robotnikami, a nie wykwalifikowaną kadrą czy technologiami.
Od 20 lat polska gospodarka stale rośnie. Według danych EUROSTAT-u z 2013 roku, Polska była jednym z najszybciej rozwijających się państw Unii Europejskiej. Jako jedyny kraj UE uniknęliśmy też recesji w 2009 roku. Ministerstwo Gospodarki przewiduje, że tegoroczny wzrost PKB wyniesie 3,4 proc.. Wzrost ma utrzymać się na podobnym poziomie w przyszłym roku.
Jak wskazuje Krzysztof Szubert, ekspert BCC i minister ds. cyfryzacji w Gospodarczym Gabinecie Cieni BCC, problem polega na byciu "drugim Bangladeszem". – Polska jest niestety traktowana przez zagranicznych inwestorów jako obszar taniej produkcji, a nie innowacji. Tu nie wymyśla się nowych rozwiązań i nie inwestuje w firmy, które mogłyby wyjść ze swoimi produktami na globalny rynek. Specjalistów częściej się wyławia i wyciąga za granicę – komentuje Szubert.
Zagraniczni inwestorzy otrzymują ulgi podatkowe decydując się na wejście do naszego kraju. Do tego korzystają z naszej taniej, ale wykształconej za wysokie pieniądze, kadry pracowniczej. Jednak niedługo takie firmy zaczną uciekać do tańszych krajów.
Podobne wskazówki dla gospodarki ma zastępca dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju Leszek Grabarczyk. Jak wyjaśnia, musimy przyciągać do Polski inwestycje, które "pozwolą w większym stopniu wykorzystać potencjał sektora nauki: wysoko wykwalifikowaną kadrę i znakomitą infrastrukturę B+R."
Inwestycje te powinny wiązać się nie tylko z wdrażaniem na naszym rynku dostępnych już technologii, ale przede wszystkim dawać możliwość rozwijania nowych technologii, które przełożą się na wzrost innowacyjności naszej gospodarki.
