
Maja Chodzież (imię i nazwisko zmienione) opisała na łamach Magazynu Świątecznego „Gazety Wyborczej” swoje przejścia po zostaniu doktorką oraz próby znalezienia pracy w środowisku naukowym. Punktuje problemy polskich uczelni: nieuczciwe ogłoszenia o pracę, wyzysk, bałagan w papierach i brak zrozumienia.
REKLAMA
Problemy z nauką
Po obronie doktoratu Chodzież musiała zarejestrować się jako bezrobotna. Inaczej przepadłoby jej ubezpieczenie zdrowotne. Musiała też zatrudnić się jako kelnerka, by przetrwać jakoś z miesiąca na miesiąc. Szansa na prowadzenie zajęć na uczelni miała pojawić się dopiero za parę miesięcy, a wnioski o dofinansowanie prac badawczych spotykały się z negatywnymi ocenami. – W mojej stypendialnej podróży przekonam się, że 10 proc. naukowców zbiera 90 proc. pieniędzy. Nie po grancie dla 230 osób, ale po dziesięć grantów dla 20 osób – pisze młoda doktorka w „Wyborczej”. Doliczyć do tego należy również absurd polegający na coraz gorszych ocenach dorobku autorki artykułu mimo coraz większej liczby publikacji naukowych.
Po obronie doktoratu Chodzież musiała zarejestrować się jako bezrobotna. Inaczej przepadłoby jej ubezpieczenie zdrowotne. Musiała też zatrudnić się jako kelnerka, by przetrwać jakoś z miesiąca na miesiąc. Szansa na prowadzenie zajęć na uczelni miała pojawić się dopiero za parę miesięcy, a wnioski o dofinansowanie prac badawczych spotykały się z negatywnymi ocenami. – W mojej stypendialnej podróży przekonam się, że 10 proc. naukowców zbiera 90 proc. pieniędzy. Nie po grancie dla 230 osób, ale po dziesięć grantów dla 20 osób – pisze młoda doktorka w „Wyborczej”. Doliczyć do tego należy również absurd polegający na coraz gorszych ocenach dorobku autorki artykułu mimo coraz większej liczby publikacji naukowych.
Chodzież zaznacza też, że wiele ogłoszeń o pracę pisanych jest pod konkretne osoby. – Widać to po zestawie wymagań, które łącznie spełniają dwie osoby w kraju (…) Uniwersytet ma pewność, że zatrudni tylko własnych doktorantów – pisze w swoim artykule, a później cytuje słowa usłyszane od znajomego profesora: „Etat? Tylko wtedy, kiedy ktoś umrze i zwolni się miejsce.”
Autorka zauważa, że po pewnym czasie wyrabiała już 330 godzin dydaktycznych w roku. Miesięcznie otrzymywała za to od uniwersytetu 1150 złotych netto. Tymczasem adiunkci, którzy wyrabiają rocznie 210 godzin dydaktycznych mogą liczyć na 2,8 tys. złotych miesięcznie. Do niskiej pensji dochodzi bałagan w papierach i brak szacunku dla osób na umowie zlecenie, co objawia się na przykład nie przesyłaniem dokumentów do ZUS-u w terminie.
Doktorka zgłosiła się w końcu do pracy za granicą. Dostała się tam bez problemu, i to na ludzkich warunkach. – Moja nowa umowa zawiera różne zapisy: o trzymiesięcznym okresie wypowiedzenia, o składkach emerytalnych, o urlopie wypoczynkowym, macierzyńskim, rodzicielskim, innych, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia. A także o "polityce wspierania równowagi" między pracą a życiem – pisze w „Wyborczej”.
Zdaniem profesora
Artykuł skomentował już na swoim blogu profesor Jan Hartman, który przyznał, że autorka artykułu trafnie oddaje sytuację wielu polskich, ale i zagranicznych, doktorów. Hartman zaznacza w swoim wpisie, że nieunikniona była reforma uczelni zmieniająca zasady ich pracy: „granty, krótkie kontrakty, punktowe wyceny publikacji” wylicza. Uczelnie coraz częściej zaczynają przypominać korporacje, ale brakuje osób, które mądrze by nimi zarządzały.
Artykuł skomentował już na swoim blogu profesor Jan Hartman, który przyznał, że autorka artykułu trafnie oddaje sytuację wielu polskich, ale i zagranicznych, doktorów. Hartman zaznacza w swoim wpisie, że nieunikniona była reforma uczelni zmieniająca zasady ich pracy: „granty, krótkie kontrakty, punktowe wyceny publikacji” wylicza. Uczelnie coraz częściej zaczynają przypominać korporacje, ale brakuje osób, które mądrze by nimi zarządzały.
Słaby stan polskich uczelni to zdaniem Hartmana wynik działań obecnych, doświadczonych profesorów na etatach, którzy nie chcą reformy i „zacieśniają układy”, bo boją się o własną pozycję. Profesor uważa, że sytuację można dość szybko zmienić wprowadzając nową politykę kadrową i nowy system zarządzania uczelniami państwowymi. Wymagałoby to zmian w ustawie.
Hartman podaje nawet dokładne punkty, które pomogłyby polskim uczelniom. I tak w przypadku polityki kadrowej są to: „zakaz habilitowania się na własnej uczelni; sformalizowanie wymogów recenzji, publikowanie wszystkich recenzji awansowych w internecie, organizowanie konkursów na etaty pod warunkiem zgłoszenia się co najmniej dwóch kandydatów, obowiązek podawania uzasadnienia rozstrzygnięcia konkursu z uwzględnieniem porównania dorobku kandydatów, ograniczenie możliwości zatrudniania własnych doktorów do szczególnych przypadków, zakaz wyręczania się tanią siłą roboczą w postaci pracowników na umowę-zlecenie lub umowę o dzieło, prawo do obniżenia pensum dydaktycznego pracowników przynoszących uczelni dochód z intratnych grantów.”
Natomiast nowe zarządzenie to: „ustawowe wyłączenie globalnych zagadnień ekonomicznych uczelni spod autonomicznej władzy rektorsko-senackiej, wprowadzenie dobrze opłacanych menadżerów z doświadczeniem korporacyjnym na stanowiska dyrektorów wykonawczych (kanclerzy), na zasadach partnerskich współpracujących z rektorami, rozliczanie zarządzających uczelnią fachowców z relacji między kosztami budżetowymi generowanymi przez uczelnię a jej mierzalnymi wynikami naukowymi i dydaktycznymi.”
Jeśli któreś z tych punktów miałyby ułatwić polskim doktorom prowadzenie prac naukowych w Polsce i powstrzymać ich przed wyjazdem na granty za granicę, to może warto byłoby rozważyć je na posiedzeniu komisji sejmowej.
