Fot. Stuart Caie / CC-BY-SA

- I po co ja tyle książek kupuję? W kącie wszystkie leżą, a ty się ciągle gapisz w to pudło – powiedział sfrustrowany rodzić do dziecka, wpatrzonego w komputer. Owszem, kupka różnego rodzaju wydawnictw piętrzyła się obok łóżka czekając na lepsze czasy (czytaj: okres nastoletniego buntu i kontestacji wszelkich wytworów kultury globalnej). Trudno jednak kilkuletnie dziecko przekonać, że jego rozwój osobisty będzie pełniejszy, jeśli zamiast skakać „hipkiem” po ekranie i radośnie walić w klawiaturę, będzie wpatrywało się w rządki literek usiłując odcyfrować ich znaczenie.

REKLAMA
Może więc, drodzy rodzice, czas połączyć przyjemne z pożytecznym i uwierzyć, że najnowsze technologie nie przemienią waszego potomka w umorusanego pizzą „no-life'a” w kraciastej koszuli? Okazuje się bowiem, że w kwestii edukacji i wpływu na rozwój jego „życiowych” kompetencji, komputery, tablety i inne elektroniczne „pudła” mogą być równie pożyteczne, co klasyczna książka, a programowalny robot z powodzeniem zastąpi lalkę czy misia.
Tablet w służbie czytelnictwa
Wbrew obiegowej opinii, że komputery „za bardzo” ułatwiają nam życie (co bardziej konserwatywni w tej kwestii powiedzieliby - „ogłupiają”), a internet to gwóźdź do trumny kultury, badania zdają się temu przeczyć. Z danych zgromadzonych przez brytyjski fundusz czytelnictwa – National Literacy Trust wynika, że od 2010, czyli od momentu wprowadzenia na brytyjski rynek pierwszego iPada, odsetek dzieci dla których czytanie poza szkołą jest codziennością wzrósł – z 38,1% w 2005 do 41,4% w 2015. Należy zaznaczyć, że w badaniu „czytanie” nie było definiowane jako przebrnięcie przez książkę od deski do deski – wliczane były wszystkie przyswajane przez dzieci treści – artykuły i komiksy, zarówno w formie papierowej, jak i cyfrowej.
Wniosek z tego taki, że obecnie dostęp do słowa pisanego, jest szerszy właśnie za sprawą najnowszych technologii, do których, jak wynika z raportu „Diagnoza społeczna” dostęp ma pomiędzy 90 a 95% dzieci – tyle bowiem codziennie w Polsce korzysta z komputera lub tabletu. Takie urządzenie znajduje się również w 91% polskich gospodarstw domowych, w których mieszkają dzieci uczęszczające do przedszkola lub żłobka.
Technologia uczy... życia
Nie od dziś wiadomo, że połączenie zabawy i nauki to w procesie wczesnej edukacji kwestia zasadnicza, a dla większości dzieci czynnikiem „zabawowym” jest już sama możliwość wzięcia interaktywnego urządzenia w ręce. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Lydię Plowman, Joannę McPake i Christine Stephen ze szkockiego University of Stirling dzieci posiadające swobodny dostęp do najnowszych technologii mają „szerszy repertuar zachowań komunikacyjnych i twórczych”. Co to oznacza? Najprościej mówiąc tyle, że dzieci, przed którymi tabletów i smartfonów nie zamyka się w szafkach więcej wiedzą o świecie niż ich rówieśnicy i generalnie szybciej przyswajają wiedzę. Co ciekawe, są również bardziej pewne siebie, wytrwałe w dążeniu do celu i skoncentrowane na tym co robią.
Czyli wędka już jest – teraz wystarczy do stawu wpuścić odpowiednią rybę, czyli podsunąć dzieciakowi właściwą aplikację.
"Wyhoduj" nowego Zuckerberga
Programowanie coraz częściej nazywane jest trzecim językiem, a obecność informatyki na szkolnym planie lekcji nikogo już nie dziwi. W Estonii programowania obowiązkowo uczą się pierwszoklasiści. W Wielkiej Brytanii pięciolatki programują w Scratchu. Mark Zuckerberg z komputera zaczął korzystać w wieku 10 lat, a kończąc 11 sprezentował ojcu swój pierwszy program – ZuckNet, dzięki któremu rodzic mógł zdalnie łączyć się z komputerami w biurze.
Dzisiaj nie trzeba jednak czekać, aż dziecko osiągnie dostojny wiek 11 lat - swojego własnego Zuckerberga można zacząć wychowywać jeszcze zanim przekroczy szkolne progi. Na przykład kupując mu robota o wdzięcznej nazwie Dash, lub jego mniejszą wersję – Dot. Stworzone przez start-up Wonder Workshop zabawki są kompatybilne z tabletem, a ich zachowanie zależy od widzimisię małego kodera.
Jak mówią sami twórcy, ich celem było stworzenie narzędzia do nauki programowania, odpowiedniego dla dzieci poniżej szóstego roku życia. Zdaniem prezesa Wonder Workshop Vikasa Gupty, połączenie urządzenia mobilnego i realnego robota-zabawki niesie podwójną korzyść edukacyjną: - Kiedy uczymy dzieci programowania często bazujemy tylko na tym, co widać na ekranie. Chcieliśmy, aby dzieci zaczęły „majstrować” przy zabawce, żeby zobaczyły, że mogą pobudzić ją do życia. W ten sposób uczymy je, że własne koncepcje można wprowadzać w życie, co wywiera na nich dużo większe wrażenie – twierdzi.
Zarówno Dash jak i Dot mają jednak jeden minus – cenę, która w zależności od rozmiarów robota waha się od 169,99 do 229,99 dolarów. Tańszą opcją jest kupienie samej edukacyjnej appki – na przykład The Everything Machine. Za niecałe 3 euro dzieci poznają podstawowe zasady działania urządzeń cyfrowych i samodzielnie zaprojektują te, które uznają za najbardziej ludzkości potrzebne - na przykład wykrywacz żółtych dinozaurów, czy czujnik tęczy.
Dla bardziej konserwatywnych rodziców, którzy jednak boją się, że bez odpowiedniego przygotowania, nauka programowania zakończy się zbyt mocnym uderzeniem małych rączek w szybkę tabletu lub, co gorsza, uderzeniem małego tabletu o kant stołu, powstała książeczka - „Hello Ruby” autorstwa Lindy Liukas.
Główna bohaterka – Ruby, „na sucho” zapoznaje dzieci ze swoimi przyjaciółmi – lisem, śnieżną panterą, pingwinem oraz grupą gadatliwych robotów - androidów i za pomocą trafnych metafor tłumaczy podstawy programowania. Zabawa nie kończy się oczywiście na czytaniu – w przygotowaniu jest seria aplikacji, dzięki którym dzieci będą mogły w praktyce sprawdzić nabytą wiedzę.
Z perspektywy dorosłego dziecka, które sprzed „pudła” goniono, mogę powiedzieć: dzięki mamo, dzięki tato – wychowaliście bardzo oczytaną i kulturalną humanistkę, która, mimo że ze swojej pracy jak najbardziej zadowolona, czasami, zwykle pod koniec miesiąca, lekko zazdrości kolegom programistom i w skrytości ducha żałuje, że nie bawiła się robotem, który nauczyłby ją programowania.