
Polacy szukają swojej szansy na Zachodzie, w Anglii, Irlandii, w Stanach. Jednak Polska tez potrafi być ziemią obiecaną – m.in. dla Wietnamczyków. Jednak czy polish dream to tylko budka z chińszczyzną, na rogu ruchliwego skrzyżowania? Nie, to studia, własne firmy, startupy i innowacje. Oto troje Wietnamczyków, którzy wykorzystali wszystkie możliwości, jakie dawało im nasze państwo.
Postanowiliśmy zobaczyć co sprawia, że są jedną z najliczniejszych grup cudzoziemców w Polsce. I podczas, gdy wielu z nas narzeka na brak perspektyw w kraju, oni żyją swój polish dream.
3 Wietnamczyków, 3 historie, 3 przykłady na to, że nie jesteśmy krajem w ruinie.
Hoa Dessoulavy-Śliwińska
Branża: prawo
Rok przyjazdu do Polski: 1988

Zawsze ciągnęło ją w świat. Nawet jeśli tym światem mogła być tylko ta gorsza część Europy za Żelazną Kurtyną, a jedyną wymówką, wyjazd na studia do jednego z bratnich krajów Wietnamu.
Padło na Bułgarię. Nie był to wybór Hoa, a urzędników, którzy przydzielali studentów z rozdzielnika. Natomiast świadoma decyzja Hoa to poznany w Bułgarii mąż – Polak, za którym pod koniec lat 80-tych przyjechała do naszego kraju.
Początki nie były łatwe. Urodziła tu dwójkę dzieci, ale nie pracowała i nie znała języka, a z mężem porozumiewała się tylko po bułgarsku. – Pod koniec lat 80-tych Wietnamskich emigrantów było jeszcze bardzo mało.
Z zaplecza baru do własnego biznesu Hoa zatrudniła się jako pomoc kuchenna w restauracji – to była jedyna praca, jaką mogła wykonywać bez znajomości języka polskiego. Nie zaspokajała jednak jej ambicji. Zapisała się na kurs językowy na Uniwersytecie Warszawskim. Z braku czasu, na zajęcia uczęszczała tylko przez trzy miesiące – później polskiego uczyła się sama, jednocześnie pracując i opiekując się dziećmi.
Hoa Dessoulavy-Śliwińska
1989 rok był okresem przełomu dla Polski, ale także dla Hoa. Zauważała, że w środowisku Wietnamczyków zaczęto coraz częściej mówić o zakładaniu własnych firm. Razem z kilkoma wspólnikami założyli małe przedsiębiorstwo, które działało we współpracy ze stowarzyszeniem kulturalnym zrzeszającym wietnamską społeczność. Zajmowała się dzierżawieniem stoisk na sklepiki w postkomunistycznych domach handlowych, gdzie handlowała biżuterią.
Biznesmenka z rozsądku, prawniczka z powołania Biznes szedł dobrze – oprócz stoisk w Warszawie, zakładała kolejne w innych miastach Polski, szczególnie na Podkarpaciu, gdzie znalazła swoją niszę. Wtedy też spostrzegła z iloma problemami prawnymi borykają się właściciele firm. W dodatku jej adwokat z powodu niedbałości przegrał dla niej sprawę w sądzie, która powinna być wygrana.
Żeby pomóc sobie, ale również innym ludziom, którzy nie mają rozeznania w gąszczu przepisów, postanowiła zostać prawnikiem. Co ciekawe, jej rodacy przecierali oczy ze zdumienia. W Wietnamie zawód prawnika nie jest darzony szczególnym szacunkiem – tam bardziej ceni się nauki ścisłe, architekturę czy medycynę.
W trakcie studiów nie miała czasu na to, by połączyć naukę z prowadzeniem biznesu, który wymagał częstych wyjazdów. Poza tym Hoa urodziła trzecie dziecko. Dlatego skończyła kurs kosmetologiczny. Otworzyła salon, gdzie przez 12 lat pracowała jako fryzjerka i kosmetyczka. Sama wspomina ten okres jako bardzo wymagający – żeby skończyć studia, aplikację i zarobić na życie, przez 15 lat pracowała i uczyła się po 15 godzin dziennie, 7 dni w tygodniu. Po obronieniu dyplomu nie wróciła już do biznesu – rozwijała się jako prawniczka. Kiedy dzieci podrosły, wyjechała na stypendium na uniwersytety do Cambridge, Harvardu i na Florydę. W końcu wróciła do Polski i otworzyła swoją kancelarię.
Hoa Dessoulavy-Śliwińska
Na pytanie, czy chciała zostać w Polsce odpowiada, że na początku jej się tu nie podobało. Wspomina, że miała większe możliwości w innych krajach, ale dzieci, które tutaj zostały i poczucie misji, które pojawiło się pod wpływem problemów prawnych pchnęły ją do decyzji, żeby związać swoje życie z naszym krajem.
Mimo że uzbierała stos dyplomów z renomowanych uczelni (który wyciągnęła i dumnie zaprezentowała podczas wywiadu) – nieustanny głód wiedzy pcha ją na kolejne studia - ukończyła między innymi studia podyplomowe z zakresu praw człowieka na PAN, menadżerskie na SGH, teologię na UKSW, zapisała się na studia doktoranckie na SWPS. Sama podkreśla, że wiedza daje jej wolność i pozwala jej rozwijać się zarówno jako prawnikowi, jak i człowiekowi.
Karol Hoang
Branża: nieruchomości
Rok przyjazdu do Polski: 1994

Do Polski przyjechał jako nastolatek. Jego dziadek był tutaj ambasadorem Socjalistycznej Republiki Wietnamu, a wujkowie ukończyli studia. Przed jego przyjazdem opowiadali mu same pozytywne historie o Polsce. Jego rodzice, którzy pracowali w placówkach dyplomatycznych, często zmieniali miejsce zamieszkania. Dla młodego człowieka takie podróże na początku są ekscytujące – w końcu można odkryć inne kultury, poznać nowych ludzi oraz tradycje charakterystyczne dla każdego kraju.
Koniec tułaczki Jednak ciągłe nadrabianie różnic programowych w szkołach, nauka nowych języków, zmiany środowiska i zrywanie kontaktów z nowymi przyjaciółmi zaczęły męczyć Karola. Kiedy jego rodzice objęli placówkę w Polsce, wraz z synem postanowili, że zostanie tutaj razem z wujostwem. Zdecydował skupić się na zaniedbywanej wcześniej nauce – dla ludzi z Wietnamu jest ona jednym z najważniejszych elementów wychowania, bo wierzą, że gruntowne wykształcenie może zapewnić awans społeczny.
Skończył w Polsce liceum, a następnie poszedł na studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim i międzynarodowe stosunki gospodarcze na SGH. Pierwsze kroki w biznesie stawiał w branży turystycznej, pracując w biurze podróży, później przeszedł do branży deweloperskiej. Sam mówi, że każdy Wietnamczyk chce prędzej czy później założyć własny biznes, a nie całe życie pracować na rachunek innej osoby.
Pomysł na siebie Obserwując swoich azjatyckich znajomych zdecydował się założyć biuro nieruchomości dla Wietnamczyków, w dalszej perspektywie była także obsługa polskich klientów. Wiadomo, to dużo większy rynek. Udało się, Klientów z Dalekiego Wschodu dalej obsługuje, ale znacznie większą grupę stanowią ludzie z Polski.
Ciągle jednak trzyma rękę na pulsie w kwestii potrzeb wietnamskiej klienteli – gdy zauważył, że w Wólce Kosowskiej (podwarszawskiej miejscowości, skupiając społeczność z Wietnamu) brakuje bazy dla usług kurierskich, otworzył oddział w swoim przedsiębiorstwie, założył również biuro obsługi prawnej dla firm i prywatnych osób. A jakby tego było mało, stworzył również agencję dla modelek Asian Models.
Karol Hoang
Wietnamczycy przyjeżdżający do Polski często pytają go, jak rozkręcić sprawnie działający biznes. Jego odpowiedź jest zawsze ta sama – zamiast debatować w swoim gronie i tylko gadać, trzeba działać. Biznes rodzi biznes – powtarza swoją maksymę. Dopiero wtedy człowiek jest w stanie dostrzec nowe perspektywy. Pytany, dlaczego zdecydował się zostać w Polsce, odpowiada, że tak potoczyło się jego życie. Można gdybać, co by się stało, jakby wrócił do Wietnamu albo dalej jeździł z rodzicami po różnych placówkach dyplomatycznych. Nigdy jednak nie żałował swojej decyzji i gdyby mógł cofnąć czas, nie zmieniłby jej.
Duc Vu Hoang
Branża: startupy
Rok przyjazdu do Polski: 1997

Jak duża część Wietnamczyków drugiego pokolenia mieszkających w Polsce, Duc pochodzi z rodziny inteligenckiej. Jego ojciec w latach 70. ukończył okrętownictwo na Politechnice Gdańskiej. Po studiach wrócił do Wietnamu i poznał swoją przyszłą żonę, później urodził się Duc. W wieku 5 lat, zaraz po transformacji ustrojowej, po raz pierwszy przyjechał do Polski. Mówi, że powody były czysto ekonomiczne, jego ojciec miał tutaj lepsze perspektywy rozwoju i pracy.
W 1994 roku wrócił z matką do Wietnamu, skończył szkołę i w 1998 roku przyjechał ponownie do Polski, tym razem na stałe. Ponowna adaptacja była dla niego trudna, bo znowu musiał przystosować się do języka. Studiował w SGH, dyplom licencjacki uzyskał z metod ilościowych i systemów informatycznych. Na studia magisterskie wybrał finanse i rachunkowość.
Twardy reset kariery Po ukończeniu nauki pracował w firmie Payback, korporacji zajmującej się programami lojalnościowymi. Po SGH nie wyobrażał sobie, by mógł robić cokolwiek innego niż pracować w korporacji. Jednak po kilku latach zaczął się zastanawiać nad przyszłością.
Chciał założyć restaurację, a żeby zobaczyć jak ten biznes wygląda od środka, zatrudnił się w knajpie prowadzoną przez kuzynów. Z dnia na dzień porzucił pracę przy komputerze w open space na rzecz stania za ladą, gdzie sprzedawał kanapki. Najpierw chciał zostać w branży gastronomicznej, rozwijając własny biznes. Nie udało się – przez pół roku poszukiwania lokalizacji pod własną knajpę nie znalazł żadnego ciekawego miejsca. Zdecydował się na miesiąc przerwy od wszystkiego – żeby ułożyć w głowie nowy plan działania, rzucił pracę za ladą i wyprowadził się od narzeczonej.
Startupowe olśnienie Wtedy narodził się pomysł na MyBaze – międzynarodową platformę, na której młodzi projektanci mogliby bezpośrednio sprzedawać swoje produkty. Wspomina, że całą stronę zbudował sam – nauczył się programowania i grafiki, dopiero później znalazł wspólnika i w 2012 roku portal zaczął działać, odnosząc sukces na rynku e-commerce w dziedzinie designu dla domu i odzieży. Nie zamierza jednak poprzestać na jednym startupie – w końcu najważniejsze, żeby rozwijać kolejne projekty, a w konsekwencji siebie.
Duc Vu Hoang
Ducowi w Polsce podoba się, że coraz łatwiej założyć własną firmę, w korporacjach są lepsze pensje, ale brakuje mu zaufania w biznesie. Niski poziom kapitału społecznego to główny hamulec rozwoju, uważa. Cwaniactwo jednej, a czasem obu stron, powoduje, że biznes szybko upada. Problemem jest też postawa typu „mnie się należy”.
Podobnie jak wielu emigrantów z Wietnamu, Duc został w Polsce dla rodziny. A czy spełnia swój polish dream? Cały czas to robi. Wierzy, że kraj ma potencjał, bo ma wykształcone kadry, pieniądze i technologie. Jedyne czego mu brakuje, to większego zaufania między ludźmi – to jest dla niego główny hamulec rozwoju.
napisz do autora: grzegorz.burtan@innpoland.pl
