Hanoi, stolicę Wietnamu, a Warszawę dzieli odległość prawie 11 tysięcy kilometrów. Taki dystans nie przeszkadza jednak tysiącom Wietnamczyków, żeby przyjechać do Polski i samemu lub z pomocą rodziny zrealizować swoje marzenia.
Hanoi, stolicę Wietnamu, a Warszawę dzieli odległość prawie 11 tysięcy kilometrów. Taki dystans nie przeszkadza jednak tysiącom Wietnamczyków, żeby przyjechać do Polski i samemu lub z pomocą rodziny zrealizować swoje marzenia. Pixabay/Leon_Ting/https://goo.gl/eZyeMZ/CC0; Wikipedia/Guillaume Speurt/https://goo.gl/ovBNvD/CC2.0

Polacy szukają swojej szansy na Zachodzie, w Anglii, Irlandii, w Stanach. Jednak Polska tez potrafi być ziemią obiecaną – m.in. dla Wietnamczyków. Jednak czy polish dream to tylko budka z chińszczyzną, na rogu ruchliwego skrzyżowania? Nie, to studia, własne firmy, startupy i innowacje. Oto troje Wietnamczyków, którzy wykorzystali wszystkie możliwości, jakie dawało im nasze państwo.

REKLAMA
Postanowiliśmy zobaczyć co sprawia, że są jedną z najliczniejszych grup cudzoziemców w Polsce. I podczas, gdy wielu z nas narzeka na brak perspektyw w kraju, oni żyją swój polish dream.
3 Wietnamczyków, 3 historie, 3 przykłady na to, że nie jesteśmy krajem w ruinie.

Hoa Dessoulavy-Śliwińska

Branża: prawo

Rok przyjazdu do Polski: 1988

logo
fot. INNPoland
Zawsze ciągnęło ją w świat. Nawet jeśli tym światem mogła być tylko ta gorsza część Europy za Żelazną Kurtyną, a jedyną wymówką, wyjazd na studia do jednego z bratnich krajów Wietnamu.
Padło na Bułgarię. Nie był to wybór Hoa, a urzędników, którzy przydzielali studentów z rozdzielnika. Natomiast świadoma decyzja Hoa to poznany w Bułgarii mąż – Polak, za którym pod koniec lat 80-tych przyjechała do naszego kraju.
Początki nie były łatwe. Urodziła tu dwójkę dzieci, ale nie pracowała i nie znała języka, a z mężem porozumiewała się tylko po bułgarsku. – Pod koniec lat 80-tych Wietnamskich emigrantów było jeszcze bardzo mało.
Z zaplecza baru do własnego biznesu
Hoa zatrudniła się jako pomoc kuchenna w restauracji – to była jedyna praca, jaką mogła wykonywać bez znajomości języka polskiego. Nie zaspokajała jednak jej ambicji. Zapisała się na kurs językowy na Uniwersytecie Warszawskim. Z braku czasu, na zajęcia uczęszczała tylko przez trzy miesiące – później polskiego uczyła się sama, jednocześnie pracując i opiekując się dziećmi.
Hoa Dessoulavy-Śliwińska

Kiedyś dużym problemem w Polsce był rasizm. Moje dzieci często były wyzywane od mieszańców, chińczyków, wdawały się w bójki z rówieśnikami za te obelgi. Teraz bardzo dużo zmieniło się w tej kwestii, ludzie są bardziej tolerancyjni. Dla mnie sukcesem jest to, że moi synowie i córka czują się teraz Polakami, są bardzo związane z ojczyzną, chcą się tutaj rozwijać, jednocześnie działać dla rozwoju ich ojczyzny.

1989 rok był okresem przełomu dla Polski, ale także dla Hoa. Zauważała, że w środowisku Wietnamczyków zaczęto coraz częściej mówić o zakładaniu własnych firm. Razem z kilkoma wspólnikami założyli małe przedsiębiorstwo, które działało we współpracy ze stowarzyszeniem kulturalnym zrzeszającym wietnamską społeczność. Zajmowała się dzierżawieniem stoisk na sklepiki w postkomunistycznych domach handlowych, gdzie handlowała biżuterią.
Biznesmenka z rozsądku, prawniczka z powołania
Biznes szedł dobrze – oprócz stoisk w Warszawie, zakładała kolejne w innych miastach Polski, szczególnie na Podkarpaciu, gdzie znalazła swoją niszę. Wtedy też spostrzegła z iloma problemami prawnymi borykają się właściciele firm. W dodatku jej adwokat z powodu niedbałości przegrał dla niej sprawę w sądzie, która powinna być wygrana.
Żeby pomóc sobie, ale również innym ludziom, którzy nie mają rozeznania w gąszczu przepisów, postanowiła zostać prawnikiem. Co ciekawe, jej rodacy przecierali oczy ze zdumienia. W Wietnamie zawód prawnika nie jest darzony szczególnym szacunkiem – tam bardziej ceni się nauki ścisłe, architekturę czy medycynę.
W trakcie studiów nie miała czasu na to, by połączyć naukę z prowadzeniem biznesu, który wymagał częstych wyjazdów. Poza tym Hoa urodziła trzecie dziecko. Dlatego skończyła kurs kosmetologiczny. Otworzyła salon, gdzie przez 12 lat pracowała jako fryzjerka i kosmetyczka. Sama wspomina ten okres jako bardzo wymagający – żeby skończyć studia, aplikację i zarobić na życie, przez 15 lat pracowała i uczyła się po 15 godzin dziennie, 7 dni w tygodniu. Po obronieniu dyplomu nie wróciła już do biznesu – rozwijała się jako prawniczka. Kiedy dzieci podrosły, wyjechała na stypendium na uniwersytety do Cambridge, Harvardu i na Florydę. W końcu wróciła do Polski i otworzyła swoją kancelarię.
Hoa Dessoulavy-Śliwińska

Czuję się Polką, głównie z powodu mentalności. W przeciwieństwie do innych nacji, Polacy mają romantyczne dusze. Poza tym to kraj ludzi walczących. O niepodległość, wolność, obecnie z problemami wewnątrz państwa, na przykład z korupcją. Ale problemem Polaków jest ich brak pokory – każdy chce tu być własnym szefem, a to powoduje rozmaite problemy.

Na pytanie, czy chciała zostać w Polsce odpowiada, że na początku jej się tu nie podobało. Wspomina, że miała większe możliwości w innych krajach, ale dzieci, które tutaj zostały i poczucie misji, które pojawiło się pod wpływem problemów prawnych pchnęły ją do decyzji, żeby związać swoje życie z naszym krajem.
Mimo że uzbierała stos dyplomów z renomowanych uczelni (który wyciągnęła i dumnie zaprezentowała podczas wywiadu) – nieustanny głód wiedzy pcha ją na kolejne studia - ukończyła między innymi studia podyplomowe z zakresu praw człowieka na PAN, menadżerskie na SGH, teologię na UKSW, zapisała się na studia doktoranckie na SWPS. Sama podkreśla, że wiedza daje jej wolność i pozwala jej rozwijać się zarówno jako prawnikowi, jak i człowiekowi.

Karol Hoang

Branża: nieruchomości

Rok przyjazdu do Polski: 1994

logo
fot. INNPoland
Do Polski przyjechał jako nastolatek. Jego dziadek był tutaj ambasadorem Socjalistycznej Republiki Wietnamu, a wujkowie ukończyli studia. Przed jego przyjazdem opowiadali mu same pozytywne historie o Polsce. Jego rodzice, którzy pracowali w placówkach dyplomatycznych, często zmieniali miejsce zamieszkania. Dla młodego człowieka takie podróże na początku są ekscytujące – w końcu można odkryć inne kultury, poznać nowych ludzi oraz tradycje charakterystyczne dla każdego kraju.
Koniec tułaczki
Jednak ciągłe nadrabianie różnic programowych w szkołach, nauka nowych języków, zmiany środowiska i zrywanie kontaktów z nowymi przyjaciółmi zaczęły męczyć Karola. Kiedy jego rodzice objęli placówkę w Polsce, wraz z synem postanowili, że zostanie tutaj razem z wujostwem. Zdecydował skupić się na zaniedbywanej wcześniej nauce – dla ludzi z Wietnamu jest ona jednym z najważniejszych elementów wychowania, bo wierzą, że gruntowne wykształcenie może zapewnić awans społeczny.
Skończył w Polsce liceum, a następnie poszedł na studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim i międzynarodowe stosunki gospodarcze na SGH. Pierwsze kroki w biznesie stawiał w branży turystycznej, pracując w biurze podróży, później przeszedł do branży deweloperskiej. Sam mówi, że każdy Wietnamczyk chce prędzej czy później założyć własny biznes, a nie całe życie pracować na rachunek innej osoby.
Pomysł na siebie
Obserwując swoich azjatyckich znajomych zdecydował się założyć biuro nieruchomości dla Wietnamczyków, w dalszej perspektywie była także obsługa polskich klientów. Wiadomo, to dużo większy rynek. Udało się, Klientów z Dalekiego Wschodu dalej obsługuje, ale znacznie większą grupę stanowią ludzie z Polski.
Ciągle jednak trzyma rękę na pulsie w kwestii potrzeb wietnamskiej klienteli – gdy zauważył, że w Wólce Kosowskiej (podwarszawskiej miejscowości, skupiając społeczność z Wietnamu) brakuje bazy dla usług kurierskich, otworzył oddział w swoim przedsiębiorstwie, założył również biuro obsługi prawnej dla firm i prywatnych osób. A jakby tego było mało, stworzył również agencję dla modelek Asian Models.
Karol Hoang

Polacy to naród bardzo pozytywnych ludzi. Przede wszystkim są bardzo współczujący. Jeżeli zobaczą matkę z dzieckiem, która nie ma ma jedzenie, to oni ich przyjmą, pomogą, nakarmią i pomyślą, co mogą dalej zrobić. I to się tyczy większości, także tych, którzy wywodzą się z bardziej radykalnych, antyimigranckich środowisk.

Wietnamczycy przyjeżdżający do Polski często pytają go, jak rozkręcić sprawnie działający biznes. Jego odpowiedź jest zawsze ta sama – zamiast debatować w swoim gronie i tylko gadać, trzeba działać. Biznes rodzi biznes – powtarza swoją maksymę. Dopiero wtedy człowiek jest w stanie dostrzec nowe perspektywy. Pytany, dlaczego zdecydował się zostać w Polsce, odpowiada, że tak potoczyło się jego życie. Można gdybać, co by się stało, jakby wrócił do Wietnamu albo dalej jeździł z rodzicami po różnych placówkach dyplomatycznych. Nigdy jednak nie żałował swojej decyzji i gdyby mógł cofnąć czas, nie zmieniłby jej.

Duc Vu Hoang

Branża: startupy

Rok przyjazdu do Polski: 1997

logo
fot. INNPoland
Jak duża część Wietnamczyków drugiego pokolenia mieszkających w Polsce, Duc pochodzi z rodziny inteligenckiej. Jego ojciec w latach 70. ukończył okrętownictwo na Politechnice Gdańskiej. Po studiach wrócił do Wietnamu i poznał swoją przyszłą żonę, później urodził się Duc. W wieku 5 lat, zaraz po transformacji ustrojowej, po raz pierwszy przyjechał do Polski. Mówi, że powody były czysto ekonomiczne, jego ojciec miał tutaj lepsze perspektywy rozwoju i pracy.
W 1994 roku wrócił z matką do Wietnamu, skończył szkołę i w 1998 roku przyjechał ponownie do Polski, tym razem na stałe. Ponowna adaptacja była dla niego trudna, bo znowu musiał przystosować się do języka. Studiował w SGH, dyplom licencjacki uzyskał z metod ilościowych i systemów informatycznych. Na studia magisterskie wybrał finanse i rachunkowość.
Twardy reset kariery
Po ukończeniu nauki pracował w firmie Payback, korporacji zajmującej się programami lojalnościowymi. Po SGH nie wyobrażał sobie, by mógł robić cokolwiek innego niż pracować w korporacji. Jednak po kilku latach zaczął się zastanawiać nad przyszłością.
Chciał założyć restaurację, a żeby zobaczyć jak ten biznes wygląda od środka, zatrudnił się w knajpie prowadzoną przez kuzynów. Z dnia na dzień porzucił pracę przy komputerze w open space na rzecz stania za ladą, gdzie sprzedawał kanapki. Najpierw chciał zostać w branży gastronomicznej, rozwijając własny biznes. Nie udało się – przez pół roku poszukiwania lokalizacji pod własną knajpę nie znalazł żadnego ciekawego miejsca. Zdecydował się na miesiąc przerwy od wszystkiego – żeby ułożyć w głowie nowy plan działania, rzucił pracę za ladą i wyprowadził się od narzeczonej.
Startupowe olśnienie
Wtedy narodził się pomysł na MyBaze – międzynarodową platformę, na której młodzi projektanci mogliby bezpośrednio sprzedawać swoje produkty. Wspomina, że całą stronę zbudował sam – nauczył się programowania i grafiki, dopiero później znalazł wspólnika i w 2012 roku portal zaczął działać, odnosząc sukces na rynku e-commerce w dziedzinie designu dla domu i odzieży. Nie zamierza jednak poprzestać na jednym startupie – w końcu najważniejsze, żeby rozwijać kolejne projekty, a w konsekwencji siebie.
Duc Vu Hoang

Lubię żyć w Polsce. To przepiękny kraj, są góry, jest morze, cztery pory roku, piękna natura. Mam tutaj rodzinę, przyjaciół, nie brakuje mi niczego. A interesy? Ziemia jest teraz płaska, jest internet i jak będę chciał robić interesy z Amerykanami czy z Brytyjczykami lub prowadzić spółkę na drugim końcu świata, to równie dobrze mogę to robić z Polski. Człowiek powinien żyć tam, gdzie jest mu dobrze.

Ducowi w Polsce podoba się, że coraz łatwiej założyć własną firmę, w korporacjach są lepsze pensje, ale brakuje mu zaufania w biznesie. Niski poziom kapitału społecznego to główny hamulec rozwoju, uważa. Cwaniactwo jednej, a czasem obu stron, powoduje, że biznes szybko upada. Problemem jest też postawa typu „mnie się należy”.
Podobnie jak wielu emigrantów z Wietnamu, Duc został w Polsce dla rodziny. A czy spełnia swój polish dream? Cały czas to robi. Wierzy, że kraj ma potencjał, bo ma wykształcone kadry, pieniądze i technologie. Jedyne czego mu brakuje, to większego zaufania między ludźmi – to jest dla niego główny hamulec rozwoju.

napisz do autora: grzegorz.burtan@innpoland.pl