Fot. 123rf / My Make OU

Dziecinnie proste – takie było wszystko jakieś kilkanaście (no dobra, „dzieścia”) lat temu: życie sprowadzało się generalnie do ogólnie pojętej zabawy, więc wystarczyło mieć dużo kolegów. Najlepiej ze starszaków, bo oni zawsze mieli lepsze zabawki. Sam proces zdobywania kolegów też nie był skomplikowany – fajna Barbie ze zginanymi nogami, albo X-Men z bazooką i response rate zaproszeń na urodzinowy kinderbal szybował pod sufit. Zwiększenie CTR domowych odwiedzin o kilkadziesiąt procent też nie było jakimś wyczynem, wystarczyła przemyślana kreacja – przecież każdy chciał wychodzić na podwórko z kolegą w koszulce z Batmanem, co nie? Bardzo zabawne, powie marketingowiec, ślęczący właśnie nad złożeniem mailingu. Choć tak na dobrą sprawę, co w tym dzisiaj trudnego?

REKLAMA
Maaamooo, chcę to, to, to i to!
Nawiązując do przedszkolnej analogii, marketingowiec, który musi wybrać platformę mailingową zachowuje się często jak trzylatek w cukierni, któremu mało przezorni rodzice dali do łapki kartę z pay passem. Można spróbować wszystkich ciastek – i tego różowego, i czekoladowego, i lodów, i jeszcze... Obżarstwo jest słodkie tylko na początku - potem wszystkie smaki zaczynają się zlewać w jedno, a brzuszek – boleć.
Tak samo jest z funkcjonalnościami platform mailingowych – parametry można ustawiać na setki sposobów, profilować kampanie, personalizować, dostosowywać, sprawdzać dziesiątki wykresów... aż rozboli nas brzuszek. Bo i owszem, narzędzia mamy, tylko pytanie czy potrafimy z nich wszystkich naraz korzystać i czy dane, które za ich pośrednictwem otrzymujemy, nie zleją się za szybko w jedno? Metoda prób i błędów raczej nie jest wskazana, bo każdy nieudany mailing to strata potencjału. Dobrze więc, że jest „Pani”.
Pani Bożenka jest suuuper
Pani w przedszkolu wie wszystko – którą bajkę lubi Agatka, że Kazio nie lubi czerwonego, a Basia wczoraj była z rodzicami na basenie. Tak samo specjalista od mailingu – z tą różnicą, że informacje dotyczą danej grupy konsumentów. – Zauważyliśmy, że klienci, którzy mają dostęp do do wielu narzędzi często się gubią – mów Tomasz Dziobiak, właściciel platformy Greensender.
Tomasz Dziobiak

Dlatego tworząc Greensendera zdecydowaliśmy, że zapewnimy użytkownikom dostęp do centrum obsługi klienta. Można się z nim skontaktować w razie problemów, to oczywiste, ale jego działalność nie ogranicza się do „nagłych przypadków” – chcemy uczyć klientów jak samodzielnie korzystać z dostępnych narzędzi. Jak tworzyć dobre kreacje i konstruować mailingi tak, aby trafiały dokładnie w potrzeby danej grupy.


Franek to mój najlepsiejszy przyjaciel. I Bruno też. No i Ola
Im więcej kolegów tym lepiej – to fakt. Ale przecież i tak najlepsza zabawa jest z tymi, którzy oglądają te same bajki, czy lubią te same klocki. O tej prostej zależności trudno zapomnieć tworząc mailing.
logo
fot. InnPoland
Bo wiadomo - na podwórko można wyjść i z Kasią i z Alą. Ale jeśli chcemy pojeździć na wrotkach, to Kasia nie będzie najlepszym kompanem, bo przecież rodzice zamiast wrotek kupili jej na urodziny rowerek. Co to za zabawa, wyścigować się na wrotkach z rowerem? Nie ma szans. Z Alą to co innego – można założyć wrotkową bandę i liczyć, że następnym razem to właśnie nas zawoła, jak będzie wychodziła na dwór.
– Tworzenie bazy klientów to jedno – tłumaczy Tomasz Dziobiak. – Użytkownicy Greensendera mogą budować swoją, co z reguły jest procesem długotrwałym i nierzadko mozolnym. Dlatego też umożliwiamy im korzystanie z naszej bazy. Istotne jest również, aby wyodrębnić z niej tych klientów, którzy odpowiadają profilowi działalności. Personalizacja mailingu to klucz do jego sukcesu – tłumaczy Tomasz Dziobiak.
Fuuuj, wątróbka!
Dotarcie do potencjalnej grupy docelowej to połowa sukcesu. Klient musi jeszcze mail otworzyć, a nie wykrzywić na jego widok buzię w podkówkę, jak trzylatek, któremu zaserwowano wątróbkę ze szpinakiem. Albo, co gorsza, nie krzyknąć „Jesteś u Pani!” jak czterolatek, który dostał „w szczepionkę”. Bo choćby mail zawierał voucher na podróż dookoła świata, jeśli będzie „ubrany” w toporną kreację, albo puszczony w ramach niedostosowanej do parametrów różnorodnych urządzeń wysyłce, nie ma przebacz – trafi do spamu.
Tomasz Dziobiak

Precyzyjny mail to taki, który odpowiada na potrzeby klienta i otwiera drogę do dalszej komunikacji, więc musi być spersonalizowany. Obecnie dysponujemy narzędziami, które pozwalają monitorować aktywność użytkowników na stronie klienta, co pozwala w dalszej perspektywie, jeszcze bardziej dostosowywać wysyłane treści do ich preferencji.

I tu wychodzi jedna różnica pomiędzy rzeczywistością przedszkolną, a marketingową: jeśli twój klient nie lubi wątróbki, po prostu mu jej nie nakładaj. Chce same ziemniaki? Nie ma problemu, następnym razem wróci po dokładkę. – Najważniejsze to zrozumieć, że dzisiaj, kiedy do naszych skrzynek trafiają codziennie setki maili, idąc tylko na ilość niczego nie zdziałamy. Wysokie wyniki osiągniemy trafiając precyzyjnie do naszej grupy docelowej i proponując im angażujące treści - tłumaczy prezes Greensendera.
#GabiOgarniaGreensender
O to, czy mailing naprawdę jest tak "straszny", jak go marketingowcy malują, postanowiliśmy zapytać same dzieci.
Aby przekonać się, czy ogarniasz mailing równie dobrze co Gabi, twórcy Greensendera przygotowali bardzo adekwatną promocję: z okazji Dnia Dziecka proponuje 500... tysięcy maili za przysłowiowe już 500 złotych.
logo

Artykuł powstał we współpracy z firmą DBMS Sp. z o.o.