
Ogólnopolski Strajk Kobiet już dziś. INN:Poland pyta Polaków, którzy zdecydowali się dołączyć do protestu, o to, dlaczego go popierają i czy nie boją się stracić dotychczasowych klientów.
REKLAMA
– Powiedziałam mojej mamie Krystynie, która jest właścicielką kwiaciarni i ma ponad 60 lat, że paru klientów może od nas odejść. - W porządku niech odchodzą – odpowiedziała niewzruszona. – Najwyżej będziemy myć szyby, jeżeli pochlapią je nam farbą – dodała po chwili. Ale z tego co widzę, pod naszą deklaracją na portalu społecznościowym jest więcej lajków. Tylko jedna osoba wyraziła dezaprobatę klikając „wrr” – opowiada Wioletta Kukier z gdyńskiej kwiaciarni Fiore Mio.
Obie panie nie są wyjątkiem. Z godziny na godzinę kolejne firmy decydują się na zamknięcie swoich podwojów, albo przynajmniej zwolnienie kobiet z obowiązku pracy na czas poniedziałkowego strajku. Panie chcą w ten sposób zaprotestować w sprawie projektu, który zaostrzy prawo aborcyjne w Polsce.
Pokazuje to skalę emocji, jakie wzbudziła decyzja Sejmu o dopuszczeniu rygorystycznego prawa do prac w komisji sprawiedliwości. Emocji, dodajmy, zdecydowanie negatywnych. Obok złości pojawiają się również obawy o to, w jaki sposób taka biznesowa manifestacja zostanie odebrana.
Dzwonię do White Oaks. Firma jest producentem akcesoriów do dekoracji domu i działa przez internet, ale tego dnia nie będzie odpisywać na maile, ani realizować żadnych nowych zamówień. Telefon odbiera współwłaścicielka, Agata Słowińska.
– Mam świadomość , że części klientów nasza decyzja może się nie spodobać. Przeważyła jednak chęć zamanifestowania naszego poparcia dla kobiet. Tego dnia ponad podejście biznesowe postanowiliśmy postawić ważne dla nas wartości. Ośmieliło nas również to, że do inicjatywy przyłączyło się wiele firm – tłumaczy Słowińska. Kobieta zauważa, że z drugiej strony, potencjalnym klientom równie dobrze mogłoby nie przypaść do gustu milczenie jej firmy. – Bierzemy pełną odpowiedzialność za tą decyzję. Pozostaje w zgodzie z duchem White Oaks – podkreśla.
Nieco inaczej sytuacja wygląda w warszawskiej restauracji Nabo. W załodze panów jest tyle samo, ile pań. Mężczyźni zdecydowali więc, że ułożą grafik w ten sposób, aby żadna z ich koleżanek nie musiała stawać przed dylematem. – Usłyszałam tylko: „Pani Elu proszę śmiało nas wpisywać” – uśmiecha się właścicielka Urszula Eriksen. – Nasi panowie mają swoje partnerki, niektórzy nawet córki. Stawiając się tego dnia w pracy, pokazują nam swoje wsparcie. Pojawią się, żebyśmy my mogły nie przyjść i walczyć w tym czasie o swoje prawa – opowiada.
Co w tym czasie zamierza damska część ekipy? – Udamy się na miasto. Mamy zamiar wspólnie zjeść śniadanie, wypić kawę – mówi Eriksen.
Kobieta przekonuje, że nie spodziewa się nerwowych reakcji ze trony klientów. – Jesteśmy specyficznym miejscem i nasi klienci wiedzą, czego mogą się po nas spodziewać. Mój mąż jest Duńczykiem, ja od bardzo wielu lat jestem związana ze Skandynawią. Dlatego jesteśmy bardzo otwartym miejscem – opowiada. Zastrzega jednak, że nie traktuje tych działań w kategoriach politycznego protestu. – W religię i politykę staramy się nie mieszać, chcemy być miejscem dla wszystkich. Ale jeżeli politycy sięgają po nasze wartości, to bunt jest naturalnym odruchem. I tym razem politycy wyciągnęli swoje ręce za daleko – mówi Eriksen.
Bardzo liberalnie do kwestii strajku podszedł natomiast Rafał Agnieszczak, przedsiębiorca internetowy.
- Każdej pracownicy dałem w ten dzień wolną rękę. Nie ma przymusu nie przychodzenia. Jeśli któraś z pań nie czuje takiej potrzeby, może pojawić się w pracy. Szanuję poglądy swoich pracowników – opowiada. Twierdzi, że nie boi się nieprzychylnych komentarzy ze strony tzw. środowiska pro-life – Już bardziej się obawiam, że ktoś może to potraktować jako akcję CSR-ową – śmieje się.
Napisz do autora: adam.sienko@innpoland.pl
