
REKLAMA
Media od kilku dni huczą o największym ataku hakerskim przy użyciu DDoS w historii. Ofiarą padły największe internetowe witryny. Eksperci ostrzegają, że to może być dopiero wstęp do ofensywy, która może spowodować awarię internetu na niespotykaną dotąd skalę. Nieświadomym sojusznikiem cyberprzestępców okazał się Internet Rzeczy, podaje serwis PC World.
Przypomnijmy – w miniony piątek serwery firmy Dyn zostały padły ofiarą ataku DdoS. Oznacza to, że z wielu komputerów, nad którymi kontrolę przejęły boty lub trojany, w jednym momencie wysłano fałszywe prośby o skorzystanie z usług. Ponieważ każda taka prośba zmusza do wykorzystania zasobów serwera, zbyt duża liczba może spowodować przerwę lub zawieszenie się serwisu.
W efekcie internauci nie mieli dostępu przez kilka godzin do takich witryn jak Netflix, Imgur, Amazon czy Twitter. Przedsiębiorstwo podało do informacji, że cyberprzestępcy wykorzystali botneta Mirai, korzystającego z Internetu Rzeczy – kamer, czujników i sprzętu sprzężonego z siecią.
Dale Drew z firmy Level 3 podkreślił w rozmowie z Yahoo, że do przeprowadzenia sabotażu wykorzystano tylko dziesięć proc. z kontrolowanych przez Mirai pół miliona węzłów. Zwalczanie z botnetem będzie o tyle utrudniona, że urządzenia, oparte na Internecie Rzeczy nie są projektowane w sposób umożliwiający łatwą aktualizację. Przez to na ataki Mirai będzie podatna znaczna część obecnej infrastruktury.
Nie wiadomo jednak, kto stał za atakiem na Dyn. Mówi się, że mógł to być element większego planu, mającego na celu sparaliżowanie całej globalnej sieci – hakerzy chcieli po prostu przetestować możliwości obronne i zabezpieczenia dużych firm. Jeśli te podejrzenia się potwierdzą, prawdopodobnie za wszystkim może stać jakieś państwo.
Napisz do autora: grzegorz.burtan@innpoland.pl
