Obsada "Łotra Jeden".
Obsada "Łotra Jeden". Disney/Lucasfilm

W 2012 roku Disney kupił studio LucasArts za ponad 12 miliardów złotych. Powiedzieć, że inwestycja miała sens, to nic nie powiedzieć. Samo „Przebudzenie Mocy”, czyli siódma część historii, rozgrywająca się w odległej galaktyce, przyniosła sześć miliardów złotych przychodu, przy koszcie produkcji rzędu miliarda złotych. Cały czas mówimy tu tylko o filmie, nie wliczając licencjonowanych gadżetów. „Łotr Jeden”, który właśnie wszedł na ekrany kin, kosztował mniej – na jego wyprodukowanie wydano „tylko” 800 milionów złotych. I tak, Disney już może liczyć, że wydane pieniądze zwrócą się z piękną nawiązką. Bo to dobry film. Tylko i aż dobry film.

REKLAMA
Każdy, kto widział trailery, lub jako tako śledził doniesienia w internecie, wie, o czym jest „Łotr Jeden”. Grupa rebeliantów, która poznaje się w trakcie wojennej zawieruchy, ma zadanie wykraść plany znanej z „Nowej Nadziei” Gwiazdy Śmierci. Pomaga w tym fakt, że ojciec głównej bohaterki jest inżynierem, który pod przymusem Imperium tworzy tę śmiercionośną broń. Grany przez, jak zwykle niezawodnego, Madsa Mikkelsena bohater nie zamierza jednak poddać się terrorowi. Wysyła córce wiadomość, w której opisuje, gdzie znajduje się schemat broni, licząc, że ta ją odbierze. Tak też się staje, ale dalszy rozwój wypadków przemilczę, bo nie chcę psuć radości z oglądania filmu w ten weekend.
A to jest opcja warta rozważenia. Przede wszystkim dlatego, że „Łotr Jeden” broni się na wielu polach. Historia jest spójna i zamknięta. Motywacje bohaterów są jasne – to zresztą zawsze stanowiło mocny punktów produktów spod marki „Gwiezdnych Wojen” - nie tylko, filmów, ale gier czy książek. Reżyser, Gareth Edwards, dodał jednak coś od siebie. Nie obserwujemy bowiem, jak było w starej trylogii, klasycznego starcia dobra ze złem.
Postawiono raczej na pokazanie grupki ludzi, którzy utracili wszystko w walce z Imperium. Przez to potrafią być bezwzględni w swoich działaniach. Klasyczny podział trochę się zaciera, kiedy widz obserwuje brzydszą stroną bycia w ruchu oporu. Ten zaś nie składa się tylko z wybijania szturmowców (którzy dalej mają koszmarne problemy z celnością), ale również z podejmowania wątpliwych moralnie decyzji. Dzięki temu „Łotr Jeden” ma ten brudny, wojenny sznyt.
Na tym zresztą opiera się cała wielkość tego filmu. Sceny batalistyczne są niesamowite. To o tyle istotne, że w niektórych blockbusterach, pokroju drugiej części Avengers, odbiorca mógł czuć się przytłoczony tym, co było na ekranie. Wszystko zlewało się w jedną masę strzelających i bijących się postaci. U Edwardsa natomiast zachowano wizualną równowagę – potyczki są intensywne, ale nie męczące. Reżyser wie, w którym momencie wpleść scenę z innego wątku, by widz nie został przytłoczony tym, co dzieje się na ekranie. Gdyby otrzymał wyższą kategorię wiekową, można byłoby mówić o czymś w rodzaju „Szeregowca Ryana” w odległej galaktyce.
To samo można powiedzieć o muzyce. Nawet najsłabsze filmy z uniwersum miały ją na najwyższym poziomie, więc nie ma sensu się tutaj rozpisywać. Perfekcyjnie koresponduje z tym, co dzieje się na ekranie. Słuchanie to czysta przyjemność.
Celowo pominąłem główne postaci. Można powiedzieć, że są. To jest dla mnie bolączka tego filmu. Nie chodzi nawet o to, że są nieciekawe, bo każda wnosi coś interesującego, ba, ma swoje zabawne momenty.
Ale chodzi o ich interakcje. A właściwie ich brak. Brakowało mi pokazania głównych bohaterów jako grupy. W pewnym momencie zacząłem ich postrzegać jak postaci z gry fabularnej. Każda miała do spełnienia jakieś konkretne zadanie, które posuwało akcję do przodu. Gdzieś po drodze pogubiono ich wspólne relacje, które ograniczono do zdań typu „jesteśmy z tobą” czy „każdy coś stracił w tej wojnie”.
Jednak takie skróty można wybaczyć tym, że chciano zachować metraż w znośnej dla przeciętnego widza normie. W końcu film nie mógłby trwać kilku godzin, bo nie dałoby się na nim się na nim usiedzieć.
Na końcu warto jeszcze wspomnieć o tak zwanym głównym złym. I to jest największa siła „Łotra Jeden”. To film o wspomnianej już wojnie. Między tyranią, która nie cofnie się przed niczym z rebelią, która również działa bez pardonu. Daje pewną szerszą perspektywę na konflikt, który był osią starej trylogii. Nie jesteś Jedi, nie masz miecza świetlnego, twoją rodziną pojmali lub wybili ludzie w białych mundurach. Możesz zgiąć kark lub dołączyć do grupy desperatów, którzy nie chcą być pomiatani. Ta emocja jest wyczuwalna w każdej klatce filmu. Spojrzenie z perspektywy szeregowego żołnierza w gwiezdnym konflikcie było na razie możliwe tylko w innych mediach – Edwards bezbłędnie przeniósł je na duży ekran.
I tak, pomimo pewnych braków, zwłaszcza w rozwoju charakterów, „Łotr Jeden” to pozycja obowiązkowa na ten miesiąc. I każdy kolejny. Jak wspomniałem we wstępie, to dobry film. Bo dodaje coś nowego do uniwersum, pokazując je z innej perspektywy. Ale dla mnie, zapalonego fana , który na niejednym tworze z „Gwiezdnych Wojen” zjadł zęby, pozostaje w kategoriach „dobry”, a nie „wybitny”. Już teraz czekam na to, jaka będzie ósma część sagi.

Napisz do autora: grzegorz.burtan@innpoland.pl