
Reforma edukacji stała się faktem. Teraz czas na jej wdrażanie. Od września gimnazja znikną z edukacyjnej mapy Polski. I choć politycy zapowiadali, że nauczyciele nie stracą pracy, część z nich będzie mieć problem, by wyrobić sobie pełen etat.
REKLAMA
Problem dotyczy przede wszystkim małych szkół. Schemat działania do tej pory był prosty. W szkołach podstawowych część przedmiotów była zbiorcza – przyroda łączyła biologię, chemię, geografię, biologię i fizykę. Historia i społeczeństwo była syntezą WOS-u i historii. Dopiero w gimnazjum rozbijano je na poszczególne zajęcia. Po reformie zostaną wprowadzone już do programu nauczania późniejszych klas podstawówki.
Co to oznacza? Że jeden nauczyciel nie będzie już uczył kilka przedmiotów w ramach jednego. Potrzebne będzie zatrudnienie oddzielnych pedagogów. Na to jednak nie stać wszystkich gmin. Niektóre planują przetransferować nauczycieli gimnazjum do nauczania w kilku szkołach w celu uzupełniania etatów. Niektórzy będą zmuszeni przejść z pełnego do częściowego zatrudnienia.
Problemem jest też to, że część gmin będzie musiała zatrudnić nauczycieli tylko na poszczególne godziny. Te wiejskie mają o tyle ciężko, że pensje, jakie tam obowiązują, nie pokrywają nawet wydatków na paliwo. A jeśli nie wyrobi się przynajmniej połowy etatu na wsi, nie ma co liczyć na należny wtedy dodatek.
Problemem jest też doposażanie sal. Skupiając się na etatach, nie pomyślano o tym, że gminy będą zmuszone przeorganizować klasy. Wiele miejsc nie ma jednak funduszy na nowe wyposażenie. Zapowiedzi minister Zalewskiej z września 2016 roku, że cała reforma jest pod kontrolą rządzących, miały się nijak do problemów, z jakimi będą borykać się szkoły w mniejszych miejscowościach.
Źródło: Forsal
