Mateusz Morawiecki już w ubiegłym roku obiecywał, że rozważny wprowadzenie systemu estońskiego w Polsce
Mateusz Morawiecki już w ubiegłym roku obiecywał, że rozważny wprowadzenie systemu estońskiego w Polsce Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Zero procent CIT dla każdej firmy, która nie zdecyduje się na wypłacenie dywidendy – tak wygląda estoński system podatkowy dla firm. Polskim przedsiębiorcom takie rozwiązanie bardzo przypadło do gustu. Na tyle, że Ministerstwo Finansów zaczęło badać, czy wdrożenie pomysłu nad Wisłą jest możliwe z finansowego punktu widzenia.

REKLAMA
Największym orędownikiem wprowadzenia estońskiego rozwiązania jest prezes FAKRO Ryszard Florek. Założona przez niego Fundacja Pomyśl o Przyszłości zorganizowała niedawno konferencję, na której eksperci podatkowi ramię w ramię z przedsiębiorcami przekonywali rząd do wprowadzenia zmian.
Jak wygląda estoński system podatkowy dla firm?
W Estonii przedsiębiorcy odprowadzają podatek dochodowy (CIT) nie w momencie wypracowania zysku, ale dopiero wówczas, gdy postanowią wyprowadzić go z firmy w formie dywidendy. Dzięki temu miejscowi biznesmeni zamiast oddawać państwu 19 proc. podatku, mogą zaoszczędzone pieniądze zainwestować dalej.
W rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Dariusz Bednarski z firmy doradczej Grant Thornton przyznaje jednak, że mogłoby się to wiązać ze znacznym uszczerbkiem w budżecie państwa. W Estonii w początkowym okresie wprowadzenie zmian spowodowało bowiem zmniejszenie dochodów podatkowych o 3-4 proc. Przekładając to na polskie warunki, wiązałoby się to z ubytkiem 9,5 mld złotych.
Z drugiej strony kapitał własny firm poszedł w tym czasie w górę o ponad 10 proc, a czas poświęcony na wypełnianie zeznań podatkowych spadł do 20 godzin rocznie. Tymczasem w Polsce, jak opowiada Bednarski, przeciętny przedsiębiorca poświęca na ten cel setki godzin.