Polscy lekarze stworzyli zespół rodem z „dra House'a”. Wchodzą tam, gdzie inni rozkładają ręce

Kadr z serialu dr House
Kadr z serialu dr House Fot. Youtube.com
W ogromnie popularnym kilka lat temu serialu - "dr House" - oglądaliśmy zespół wybitnych lekarzy, który rozwiązywał najtrudniejsze medyczne przypadki. Na nieco podobnej zasadzie działa dzisiaj grupa polskich lekarzy. Specjaliści z różnych dziedzin łączą się za pomocą łącza internetowego i w kilkuosobowej grupie debatują nad diagnozami i sposobami leczenia pacjentów.


Instytut Chorób i Gruźlicy Płuc w Warszawie zastępuje nam Princeton Plainsboro, a zamiast tocznia i sarkoidozy mamy różnego rodzaju nowotwory – poza tym wszystko się jednak zgadza. W serialu dr House śledziliśmy rolę genialnego acz aspołecznego diagnosty, który otoczył się grupą specjalistów. Eric Forman był neurologiem, Robert Chase chirurgiem, a Allison Cameron alergoimmunologiem. Ich współpraca przynosiła zadziwiające efekty tam, gdzie liczył się czas i nie było miejsca na pomyłki. Polakom na szczęście wyzywający współpracowników szef nie jest potrzebny. Od 2 miesięcy dokonują bowiem podobnej sztuki.


Wirtualne konsylia
Ich praca wygląda jednak nieco inaczej. Eksperci umawiają się na spotkanie o konkretnej godzinie. Zamiast tłoczyć się w jednej salce, łączą się ze sobą za pomocą internetu. Warszawski instytut zaopatrzył się na tę okazję w dwa ogromne telewizory LCD i kamerę, na których można np. pokazać zdjęcie rentgenowskie. Lekarze mają też dostęp w czasie rzeczywistym do pulpitów komputerów i zapisanych na nich dokumentacjach medycznych. A potem przechodzą do działania.


– Niedawno omawialiśmy skomplikowane przypadki związane z rakiem płuca. Przed komputerem w Warszawie siedziałem ze znajomym radiologiem. W tym czasie w Wałbrzychu połączyli się z nami specjaliści z zakresu pulmonologii i patologii, a z Lublina biolog molekularny. Na spotkanie twarzą w twarz stracilibyśmy cały dzień. A tak decyzję podjęliśmy w godzinę – opowiada profesor Tadeusz Orłowski, kierownik Kliniki Chirurgii Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie i jeden z inicjatorów polskich wirtualnych konsyliów.
Wspomniany rak płuca jest zresztą dzisiaj jednym z największych cichych zabójców. Każdego roku na ten nowotwór zapada 22 tys. osób i prawie tyle samo umiera. – Jedynym ratunkiem jest szybka diagnoza i wdrożenie leczenia. Ale do tego musimy mieć sprawny system – podkreśla profesor Orłowski.


Zauważa jednocześnie, że czasami sytuacje, z którymi stykają się lekarze, nie przystają do żądnego ze schematów. – Wtedy ta dyskusja w gronie interdyscyplinarnym pomaga wypracować optymalne rozwiązanie. Choć czasami bywa, że jest to po prostu mniejsze zło – tłumaczy.

Profesor przyznaje, że polscy lekarze prochu nie odkryli – telekonferencje można już przecież przeprowadzać od lat. Chodzi jednak o to, że nikt w Polsce nie wdrożył do tej pory systemu, który umożliwiałby konsultacje w czasie rzeczywistym specjalistom z najodleglejszych części kraju. – Po prostu zaadoptowaliśmy je do swoich potrzeb – mówi kierownik kliniki chirurgii.

Już teraz do wirtualnych konsyliów przystosowane są (poza wcześniej wymienionymi) placówki w szpitalu na Banacha, Wojewódzkim Szpitalu w Częstochowie i w Płocku.

– W onkologii leczenie jest dzisiaj bardzo często interdyscyplinarne. Po diagnozie podaje się np. chemię, potem operuje, następnie chory znów dostaje chemię i radioterapię jednocześnie. Pacjent musi w tym czasie konsultować się z lekarzami różnych specjalności. W dużych centrach medycznych to łatwe, w mniejszych bywa jednak różnie. Zdarza się, że pacjent dostaje papiery i jest wysyłany do innych ośrodków. Jeden z nich skarżył mi się, że czuje się jak listonosz – wspomina profesor Orłowski.
Pacjent na lekarskim taśmociągu
Wirtualne konsylia to dopiero początek. Polscy lekarze zdają sobie sprawę z możliwości, które daje medycynie internet. W planach jest stworzenie systemu, dzięki któremu pacjenci będą przekazywani z rąk do rąk. Tak, by nikt nie skarżył się już, że musi targać ze sobą kilogramy dokumentacji medycznej od gabinetu do gabinetu.

W jaki sposób to będzie działać? System można przyrównać do tego, znanego kontrolerom ruchu lotniczego. Nie wszyscy o tym wiedzą, ale każdy ruch samolotu w powietrzu jest wnikliwie śledzony. Odpowiadają za to kontrolerzy ruchu lotniczego, którzy dbają o to, by trasy przebywających w przestworzach maszyn się nie przecinały. Jedna grupa nie jest jednak w stanie ogarnąć terytorium całego kraju dlatego Polska podzielona jest na kilkanaście stref, a kontrolerzy przekazują sobie samoloty z rąk do rąk.

– Tak samo ma wyglądać ścieżka pacjenta. W procesie leczenia onkologicznego najpierw mamy długą ścieżkę diagnostyczną, potem stawiamy konkretną diagnozę i wchodzimy na ścieżkę terapeutyczną, czyli mówiąc w skrócie - leczenie. To wszystko trwa miesiącami, chodzi o to, by ktoś to w sensie logistycznym kontrolował. – opowiada prof. Orłowski.

W przyszłości pacjent zamiast czekać w kolejce będzie mógł wejść na stronę internetową, sprawdzić, gdzie są wolne miejsca, pokazać dokumentację i uzyskać informację gdzie powinien się zgłosić. Może nawet zostać automatycznie przekazany właściwemu specjaliście.

– Dzisiaj dajemy skierowania do onkologa, a niektórzy pacjenci pytają się: „a kto to jest”? Diagnostyka trwa niekiedy wiele tygodni. Bo najpierw chory czeka np. na wykonanie tomografi komputerowej, potem oczekuje na opis i następnie ponownie na wizytę u specjalisty w przychodni. System powinien być dostosowany do tych najmniej sprawnych, chory i tak ma wystarczająco dużo stresu związanego z chorobą, nie trzeba mu go dokładać, obarczając czynnościami administracyjnymi – dodaje współtwórca wirtualnych konsyliów.
Telemedycyna na świecie
Nowoczesne rozwiązania coraz szerzej wkraczają do współczesnej medycyny. Najwcześniej znalazły swoje zastosowanie w radiologii. - Bo obrazy radiologiczne to czasami setki albo i tysiące zdjęć. Dzisiaj można je przesłać na konsultacje do innego ośrodka nawet na drugim końcu świata, bo radiologów zazwyczaj brakuje.

Przykład? Radiologom z Instytut Chorób i Gruźlicy Płuc zaproponowano niedawno obsługę jednego ze szpitali we Francji. Placówka pełni ostre dyżury, ale brakuje jej lekarzy o takiej specjalizacji.

W USA zdarza się zresztą, że outsourcingowana jest cała obsługa biurowa szpitali. Dlaczego tak? Bo to znacznie tańsze. Amerykanie potrafią wysłać do Indii opisy procedur i operacji, a nad ranem dostają stamtąd gotowe dokumentacje.

Do spektakularnego przypadku doszło w Strasburgu, we Francji. Odbyła się tam operacja przy użyciu robota przeprowadzona przez chirurga siedzącego w tym czasie w…USA. Oczywiście wszystko pod nadzorem francuskich lekarzy. – To pokazuje możliwości jakie daje nam internet – puentuje prof. Tadeusz Orłowski.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...