Stoją w kolejkach, kupują buty i sprzedają je drożej. Na parze zarabiają nawet 5 tys. zł

Kolejka przed jednym ze sklepów, w których odbywają się premiery nowych butów marki Yeezy.
Kolejka przed jednym ze sklepów, w których odbywają się premiery nowych butów marki Yeezy. Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Gazeta
Długie kolejki, listy z nazwiskami, zapisywanie się na stronach internetowych, a potem wstawanie z samego rana i mozolne oczekiwanie w sieci, aż zostaniesz wylosowany. Wszystko po to, by kupić swoją upragnioną parę butów lub inny „item”, które osiągają niebotyczne ceny.


Może się wydawać, że mało w tym sensu, bo po buty można iść do Deichmanna lub CCC. Są jednak osoby, które widzą w nich coś więcej niż element odzieży. Dla nich buty to nie tylko wizytówka człowieka, ale przedmiot kolekcjonerski, a nawet sposób na zarobek.


Żeby dowiedzieć się czegoś więcej o modzie, dropach, resellu i kolekcjonerstwie postanowiliśmy porozmawiać z ekspertami w tych dziedzinach. Z pozoru są to osoby z dwóch skrajnie różnych światów, ale gdy zapytamy ich o modę, to okazuje się, że sporo ich łączy.


Dropy, czyli jak marki zachęcają do kupowania
O tym, skąd marki takie jak Supreme czy Yeezy wzięły pomysł na wypuszczanie swoich produktów w tzw. dropach, opowiedział nam Oli Troli, który prowadzi poświęcony streetwearowi kanał na YouTube.

– Prawdopodobnie chciały wprowadzić coś nowego, nieszablonowego – przypuszcza Oli, dodając, że gdy zaczynał interesować się streetwearem, to wszyscy chcieli nosić coś innego, chcieli się wyróżniać. – Wprowadza to element ekskluzywności, poczucie, że tylko raz to można zdobyć – dodaje.


Potwierdza to nasz drugi rozmówca, którego nazwisko powinien kojarzyć każdy, kto choć trochę interesuje się modą. – Robią to właśnie po to, żeby nakręcić koniunkturę i zachęcić do korzystania z marki. Jeżeli coś jest limitowane, to od razu staje się ekskluzywne – mówi Tomasz Jacyków. – Wzrasta pożądanie przedmiotu, a jednocześnie pożądanie całego brandu. Trwa to tak długo, aż marka spauperyzuje się do zera – dodaje stylista.


Kto to kupuje i po co?
Zapytani o to, do kogo są kierowane takie akcje, nasi rozmówcy również się zgadzają. – Tak naprawdę do wszystkich, nie ma konkretnego wieku, w którym można się w to "bawić" – odpowiada Oli.

Jacyków na początku wspomina o konkretnej grupie. – Marki streetwearowe, które święcą gigantyczne triumfy na świecie, które są bardzo, bardzo drogie i rzeczywiście dorównują ceną high fashion, zostały stworzone dla dzieci tych pań, które noszą Diora, Channel, Givenchy i można byłoby tutaj wymieniać całą plejadę high fashion – uważa.


Stylista tłumaczy dalej, że te panie, których dzieci noszą streetwear nie miały okazji w ogóle przeżyć tej mody. – W związku z tym ryczące 40. i 50. przebrane za nastolatki biegają w streetwearze, ale to nie znaczy, że cały świat nagle oszalał – śmieje się Jacyków.

– To jest spojrzenie z naszego podwórka, gdzie nigdy nie było tradycji wydawania dużych pieniędzy na siebie i na ubrania. Wszystko dlatego, że ekonomicznie nie staliśmy jakoś fenomenalnie-globalnie i fantastycznie – dodaje.


Stanie w kolejkach weszło Polakom w krew
A dlaczego młodzi ludzie stoją tyle czasu w kolejkach i wręcz walczą o konkretną parę „kicksów”? – Niektórym buty się po prostu podobają i chcą je kupić dla siebie w cenie sklepowej, a nie z drugiej ręki, gdzie ceny są zazwyczaj większe, a niektórzy po prostu stoją tylko dla zarobku – tłumaczy bloger.

W związku z tym, że nasz młodszy rozmówca sam miał okazję uczestniczyć w takim dropie, opisał krótko, jak to mniej więcej wygląda. – Jak „Przemek” chce stanąć tydzień przed premierą, to staje i czeka, a kolejne osoby ustawiają się za nim. Tworzy listę. Musi jej pilnować, a kolejne mogą przychodzić na same checki, czyli sprawdzenie obecności – opisuje Oli.

– „Przemek”, jako że stoi pierwszy, ustala sobie checki co 2 godziny i każdy, kto jest zainteresowany kupnem, musi się stawić i potwierdzić swoją obecność, nawet jeśli to środek nocy, inaczej zostaje wykreślany – wyjaśnia bloger.

Nie każdy, kto stoi w kolejce i zapisze się na liście, dostanie upragnioną parę butów. – Wszystko zależy od ilości par w sklepie, ale zazwyczaj stojąc w pierwszej dziesiątce, jest to 100 proc. szans – zapewnia Oli. – Pierwsza osoba zawsze kupi buty, a kolejne to tylko kwestia stocku, czyli ilości butów w sklepie – zauważa.

W kolejkach stoją nie tylko pasjonaci streetwearu. A jest po co stać, co potwierdzają kolejne słowa blogera. – Zazwyczaj są to ludzie z zajawką, ale coraz częściej są to osoby podstawione przez "wielkich biznesmenów", którzy chcą kupić buty tylko dla zarobku – oburza się bloger. – Ostatnio na dropie Yeezy Antlia na początku kolejki stało 30 opłaconych Ukraińców, którzy stali prawdopodobnie za małe pieniądze i nie wiedzieli, że ten, kto im płaci, zarabia na tym o wiele więcej – opowiada.

Sposoby dla tych, którym nie chce się stać w kolejkach
Na szczęście stanie w kolejce to niejedyny sposób na dorwanie limitowanych butów. – Najlepszą alternatywą jest pójście do Grailpointu przy ulicy Koszykowej 33 w Warszawie i zapytanie chłopaków ze sklepu czy mają akurat tę parę – tłumaczy bloger.

Drugim sposobem jest kupno takiej pary butów w sklepie instagramowym albo poproszenie takiego sklepu o sprowadzenie dla nas egzemplarza. Przykłady takich sklepów to: JustHypeShop, BAGICOMMUNITY, N-Hype, czy SHEZAMME.

Trzecim, trudniejszym sposobem, jest poszukanie ich na grupach sprzedażowych. Warto też zajrzeć na strony resellskie, które działają podobnie jak Grailpoint.

Limitowane egzemplarze osiągają niebotyczne ceny
– Retail, czyli cena początkowa np. Yeezy V2, to 899 zł – wskazuje bloger. – Jest masa kolorystyk, ale aktualnie najdroższa to Black Reflective, za którą sprzedający, jeśli ma odpowiedni rozmiar, może dostać w tym momencie nawet 1505 dolarów (ok. 5700 zł) – dodaje.

Cena butów zależy od tego, w jakim nakładzie zostały wypuszczone i jak bardzo spodobały się społeczności. – Im jest ich mniej, im bardziej podobają się ludziom, tym więcej osób chce je mieć, przez co są droższe na rynku wtórnym – tłumaczy Oli.

Zdejmując buty, warto przyjrzeć się innym elementom garderoby (i nie tylko), które są sprzedawane przez streetwearowe marki. Jedną z popularniejszych jest dziś Supreme, które korzystając ze swojego fenomenu, sprzedaje czasem kuriozalne rzeczy. – Jest ich naprawdę wiele, ale moim zdaniem najdziwniejszą rzeczą jest cegła Supreme – nie żartuje Oli, podając, że jej kupno to wydatek rzędu 500 zł.


Po co ludzie to kupują? – Dla siebie, żeby nosić, aby sprzedać drożej, jako wystrój pokoju – wylicza bloger. – Także dlatego, że jest na to aktualnie "hajp" i jest to drogie – dodaje.

Jak uważa Oli, ludzie kiedyś kupowali dla historii marki, ale teraz nie ma o tym mowy, odkąd społeczność jest zbudowana z młodszych osób. – Oczywiście nie mam nic do tego, po prostu młodszych osób nie obchodzi tak bardzo historia tego wszystkiego, tak jak kiedyś – tłumaczy bloger. – Tak naprawdę teraz wiedza ludzi o "historii" całego streetwearu zaczyna się na tym, że Yeezy stworzył Kayne West, a kończy na tym, że "The Ten" – Virgil Abloh – uważa Oli.

Resell. Czy to się opłaca?
Odpowiedź na to, czemu ludzie zajmują się resellem jest banalna. – Aby zarobić i tyle – stwierdza Oli. Jak dodaje, może to być bardzo opłacalne. – Jeśli tylko umie się użyć tego, co jest pomiędzy uszami – żartuje bloger.

Na niektórych przedmiotach można zarobić nawet do kilku tysięcy złotych. Przykładem z ostatnich miesięcy są buty Jordan 1 x Travis Scott. Ich kupno można było wylosować w aplikacji Snkrs App. – Wylosowany dostawał możliwość kupienia butów za blisko 700 zł, a ostatnio cena na rynku wtórnym sięgnęła około 6000 zł – mówi podekscytowany Oli.


Zakupione wcześniej rzeczy można sprzedawać na specjalnych grupach, bezpośrednio do Grailpointu albo sklepom instagramowym podanym wyżej. A sprzedawać można wszystko.

Ubrania to też przedmioty kolekcjonerskie
Niektórzy kupują, tylko żeby sprzedać drożej, inni, żeby w nich chodzić, ale zdarzają się też osoby, które je kolekcjonują i zostawiają sobie tylko "na półkę”. – Często młodsze osoby kupują takie ubrania, żeby komuś zaimponować, pochwalić się. Moim zdaniem jest to głupie, zwłaszcza jak kupują takie ubrania za pieniądze rodziców – uważa Oli.

Jego słowa potwierdza też wypowiedź Jacykowa. – Właśnie chodzi o to, że ojciec ma na ręku Patka Philippe'a, a syn ma Tag Heuera Monaco. Matka posuwa w butach Diora, a córka jest cała w Vetements. I wszystko się zgadza – podsumowuje stylista.

Natomiast kolekcjonowanie nie jest tak opłacane. No, chyba że potem zamierzamy odsprzedać nasze kolekcje. – Tak jak wszystkie rzeczy, które dotyczą pasji kolekcjonerstwa, one nie są opłacalne. One mają przynosić fun zainteresowanemu, a jeżeli się stają opłacalne, to jakby przy okazji – uważa Jacyków. – I rzeczywiście, ponieważ wiele marek wypuszcza kolekcjonerskie, bardzo krótkie serie itd., to oczywiście, jeżeli ktoś jest pasjonatem to warto, bo to się może się kiedyś opłacić – podkreśla.

Jednym z takich elementów w kolekcji stylisty była kurtka z kooperacji Jean Paul Gaultier z Levisem. Zrobiono ich tylko kilka tysięcy na całym świecie.

Do Polski trafiły trzy, w tym jedna do Jacykowa. – Podarowałem ją pewnemu jegomościowi, bo wiedziałem, że na to zasługuje – opowiada stylista. – To ma wartość! I sentymentalną i pewnie materialną też w którymś momencie może mieć – wyjaśnia.

Dla Oliego takim grailem była bluza Bape Shark, którą kupił za 1200 zł. Ma też inne skarby. – Dame 4 X Bape, czyli buty z kolaboracji Adidasa z Bape. Kupiłem je za 900 zł i potem wymieniłem na bluzę Off-White wartą 1600 zł. Z kolei bluzę na moje ulubione Yeezy Bred warte w tamtym momencie około 2300 zł. I kolejnym najdroższym itemem były Yeezy black Pirate, które kupiłem za 850 zł, kiedy były warte koło 1,3 zł – kalkuluje Oli.

Pretendowanie mody ulicznej do miana high fashion oraz kupowanie i zarabianie na tych przedmiotach, zdaniem Jacykowa będzie na porządku dziennym przez co najmniej najbliższe 10-lecie. – Zmieniła się linia sylwetki zarówno damskiej, jak i męskiej i rzeczywiście to najbliższe 10-lecie, to będzie mieszanie streetwearu z rzeczami bardzo wytwornymi. Będziemy mieli dres z kreszu i do tego np. przypiętą broszkę Tutti Frutti Cartier. I będzie wszytko tak to się toczyło – przewiduje Jacyków.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Polacy wymyślili świetną apkę, która ubierze cię, jak gwiazdę serialu. Atakują nowy, odległy rynek
0 0Krótka ławka trenera Morawieckiego. Nowy minister finansów debiutował jeszcze u Tuska
0 0Do kogo trafiają pieniądze z PFN? Detektyw ujawnia sztuczki na "wyprowadzanie środków"
0 0Smartfona powinniśmy używać co najmniej 25 lat. Ten raport jest zatrważający
0 0"Znaleźli lukę w systemie". Atak na rafinerie obnażył słabe punkty ich zabezpieczeń
0 0"Ktoś dobrze wybrał cel". Uderzenie w saudyjską ropę zaboli cały świat, również nas
NAUKA 0 0Polacy szykują inspirowaną glonami rewolucję w medycynie. Właśnie dostali na to 21 mln zł
0 0Rząd chce wiedzieć, gdzie jeździsz i za ile. Dane z Ubera i Bolta przejmą służby