
W poniedziałek państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego miał przeprowadzić sprzedaż obligacji za 15 mld złotych. Były wysoko oprocentowane, na 8,25 proc. w skali roku. Pieniądze z nich pozyskane miały iść na zakupy sprzętu wojskowego. Czyżby nikt nie chciał już od nas pożyczać pieniędzy?
"Bank Gospodarstwa Krajowego informuje, że zaplanowany na 24 października 2022 r. przetarg obligacji BGK zostaje odwołany". Ten krótki komunikat, który pojawił się na stronie banku, wzbudził mnóstwo pytań i kontrowersji.
Przypomnijmy – BGK miał wyemitować obligacje o wartości 15 mld zł, oprocentowane na 8,25 proc. przez 6 lub 10 lat. Pozyskane w ten sposób pieniądze miały iść na tzw. zakupy Błaszczaka, czyli na sprzęt wojskowy kupowany przez ministra jak w supermarkecie. Skądś trzeba wziąć na to pieniądze i od dawna wiadomo, że będą to zakupy na kredyt.
BGK przetarg odwołało, nie podając przyczyn. Te — zdaniem analityków — nie są tajemnicą. Najprawdopodobniej po zakup obligacji nie zgłosiło się wystarczająco dużo inwestorów. Sprzedawanie obligacji za 3, 5 czy 7 miliardów nie miałoby większego sensu, bo na zakupy Błaszczaka potrzeba więcej.
Czy jest więc tak, że nikt nie chce kupować polskiego długu? Raczej nie — po prostu ta oferta nie była dla inwestorów zbyt atrakcyjna. Można przecież bez problemu kupić polskie obligacje i zarobić na nich ok. 9 proc. rocznie.
Pisaliśmy już o tym, że polski rząd zadłuża się na coraz gorszych warunkach. Nasz dług jest coraz droższy – to gratka dla inwestorów i zmora dla nas, bo płacimy coraz wyższe odsetki. Ostatnim razem tak dużo za obsługę naszych obligacji płaciliśmy 20 lat temu, kiedy premierem był Leszek Miller.
Nawet w październiku Ministerstwo Finansów sprzedawało polskie obligacje z oprocentowaniem rzędu 8,8-8,9 proc., a więc wyższym niż planował BGK. Są to też papiery krótkoterminowe, prawdopodobnie bardziej poszukiwane przez inwestorów. Oferta BGK nie była więc specjalnie atrakcyjna.
Nie będzie pieniędzy dla armii?
Odwołana sprzedaż jest jednak potężnym ciosem w wiarygodność rządu. Co prawda Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych domu inwestycyjnego Xelion, mówi, że na miejscu BGK, też by się z tej akcji wycofał. Ale jednocześnie brak zainteresowania naszymi obligacjami podważa nieco wizerunek rządu.
Wykorzystuje to opozycja, pytająca czy zakupy dla polskiej armii stanęły pod znakiem zapytania i czy Polska jest jeszcze wiarygodna finansowo, skoro nikt nie chce kupować naszych obligacji.
Jednocześnie inne polskie obligacje drożeją z dnia na dzień
Rentowność obligacji to stopa zwrotu z kapitału zainwestowanego w obligację. Ponieważ obligacje Skarbu Państwa są oferowane również na rynku wtórnym, ich cena może się zmieniać.
Kiedy cena spada – a tak może być na przykład w momencie gospodarczych zawirowań – rentowność obligacji rośnie. Przy okazji – rentowność znajdujących się już w obrocie obligacji ma wpływ na oprocentowanie obligacji, które rząd dopiero zamierza wypuścić.
Kilka dni temu Ministerstwo Finansów sprzedało obligacje z terminem wykupu w lipcu 2024 z rentownością 8,91 proc. We wrześniu miały rentowność na poziomie 7,03 proc., na początku roku niecałe 3,5 procent. Pięcioletnie obligacje poszły z rentownością 8,81 proc., a dziesięcioletnie sprzedały się przy rentowności 8,52 proc.
Na dodatek nie sprzedało się aż tyle obligacji, ile ministerstwo finansów chciało puścić w obieg. Zakładano, że resort może uzyskać ze sprzedaży 6 miliardów, dostał 5,3 mld. Ostatnio tak wysoka rentowność polskich obligacji była 20 lat temu, za czasów rządów Leszka Millera.
