
W Polsce zapanowała w ostatnich latach moda na poszerzanie granic miast. Burmistrzowie i prezydenci zaczęli hurtowo składać do rządu wnioski o to, by powiększyć ich terytorium o kawałki sąsiednich gmin. I choć często stoją za nimi sensowne argumenty, to trudno nie odnieść wrażenia, że sytuacja zaczęła wymykać się nieco spod kontroli. Czego najlepszym przykładem jest historia z Tczewa, którą chcę wam dzisiaj opowiedzieć.
Wjeżdżając do centrum Tczewa – 50-tysięcznego miasta na Pomorzu – zastajemy kuriozalny widok. Przed urzędem miejskim stoi laweta, a na niej zakupiony przez ratusz baner wyliczający korzyści, jakie mieszkańcom okolicznych wiosek przyniesie przyłączenie ich miejscowości do miasta.
Z kolei 50 metrów dalej jest urząd gminy Tczew, którego frontowa ściana jest w całości pokryta gigantycznym billboardem z wielkim napisem "NIE!" i hasłami typu "Zadbajcie o miasto, zostawcie gminę!".
Wojna banerowa w Tczewie dziwi przyjezdnych i rozpala emocje mieszkańców. O co w tym wszystkim chodzi?
Prezydent Tczewa chce powiększyć granice miasta przyłączając do niego okoliczne wsie
Rządzący Tczewem od 2024 roku prezydent Łukasz Brządkowski poszedł w ślady swoich bardziej doświadczonych kolegów z innych samorządów. Niedługo po objęciu urzędu ruszył z kampanią promującą ideę powiększenia granic miasta.
Na celowniku samorządowca znalazła się okalająca Gród Sambora gmina wiejska Tczew. Brządkowski uważa, że takie wioski jak Rokitki, Bałdowo czy Knybawa powinny stać się nowymi dzielnicami Tczewa. Plan prezydenta zakłada okrojenie terenu sąsiedniej gminy o około 11 proc. W zamian włodarz Tczewa oferuje mieszkańcom przyłączonych wiosek między innymi bezpłatne autobusy czy większy budżet na inwestycje.
Tymczasem mieszkańcy rzeczonych wsi nie chcą o tym słyszeć. Pragną zachować odrębność od Tczewa i okazują to w bardzo widowiskowy sposób (o czym za chwilę).
Wojna banerowa w Tczewie. Decyzja o ewentualnym powiększeniu miasta zapadnie jednak w Warszawie
W Polsce system działa tak, że wszystko w tej sprawie zależy nie od sądu, a od rządu. Włodarz składa wniosek do wojewody, ten go opiniuje, a następnie przedkłada go radzie ministrów, która w arbitralny sposób decyduje o tym czy i jak na nowo wyznaczyć granice między samorządami. W ostatnich latach w taki sposób rozrósł się między innymi Słupsk (kosztem gmin Kobylnica i Redzikowo; ta ostatnia tak się wściekła na Słupsk, że zmieniła nazwę z "gmina Słupsk" właśnie na Redzikowo), Lębork czy Radom.
Dlaczego miasta chcą się rozrastać kosztem sąsiednich gmin? Argumenty brzmią zwykle podobnie. Dotyczą faktu, że mieszkańcy ościennych wsi często są pełnoprawnymi użytkownikami miejskich dóbr: od dróg, przez szkoły, aż po instytucje kultury. Tymczasem wcale nie dorzucają się do nich ze swoich podatków.
Prezydenci i burmistrzowie tłumaczą, że skoro ktoś praktycznie cały czas korzysta z miejskiej infrastruktury, a teren wsi traktuje głównie jako sypialnię i miejsce na odpoczynek, to powinien zostać obywatelem miasta ze wszystkimi tego konsekwencjami (również podatkowymi).
Problem w tym, że mieszkańcy wsi często nie chcą, by ich miejscowości zostały włączone do okolicznych miast. Wiele osób właśnie wyprowadziło się na wieś także dlatego, że miało dość funkcjonowania w skomplikowanej strukturze dużego samorządu. Do tego dochodzą kwestie finansowe: opłaty komunalne czy podatki w gminach wiejskich są zazwyczaj niższe niż w miastach (choć bywa też odwrotnie). Dla mieszkańców wsi, którzy sprzeciwiają się przyłączeniu do miasta, rolę grają także kwestie społeczne: ludzie lepiej integrują się w małych społecznościach sołeckich niż w dzielnicach.
Wszystko to bardzo uwypukliło się w momencie, gdy prezydent Tczewa ogłosił swój pomysł na wchłonięcie kilku sołectw z gminy Tczew. Bo o ile zawsze takie plany generują duże emocje, to w tej zwykle spokojnej kociewskiej okolicy zaczęły one wręcz buzować.
Rada gminy Tczew zareagowała nie tylko ognistą uchwałą wyrażającą sprzeciw. Poszła znacznie dalej: wydrukowała czerwone bannery z hasłami "NIE dla zmiany granic gminy Tczew", które ludzie zaczęli masowo wieszać na swoich posesjach. Gmina zaczęła też kolportować ulotki pokazujące, ile mieszkańcy wsi stracą na włączeniu do miasta (w odwecie władze Tczewa wydrukowały potem kontrulotki, które są w niemal identycznym formacie co te gminne). Ale najciekawsze rzecz w tczewskiej wojnie banerowej wydarzyła się w lutym.
7 lutego ulicami Tczewa przeszedł... Marsz Jedności Gminy Tczew. Do miasta przyjechało około 600 osób. Rolników, sadowników, pszczelarzy, członkiń kół gospodyń wiejskich, strażaków OSP, sołtysów i urzędników, na czele z wójtem Krzysztofem Augustyniakiem. W manifestacji wziął udział korowód maszyn rolniczych, wozów strażackich i autobusów komunikacji gminnej. Wszystko odbyło się pokojowo i bez zakłóceń, a prezydent Tczewa na własne oczy zobaczył, że z poszerzeniem granic miasta nie pójdzie mu łatwo.
W tym miejscu warto zwrócić uwagę na istotny fakt. Do złożenia wniosku o poszerzenie granic miasta lub gminy niezbędne jest przeprowadzenie konsultacji społecznych. To znacznie bardziej miękki instrument demokracji bezpośredniej niż referendum. Nie obowiązuje wtedy próg frekwencji, a głosować można nawet przez internet. Przez to nawet przy niewielkim zainteresowaniu społecznym samorząd może się pochwalić korzystnym dla siebie wynikiem.
I tak w 50-tysięcznym Tczewie swój głos w kwestii powiększenia miasta oddało raptem 1020 osób. To frekwencja na poziomie błędu statystycznego! I nawet ta mała grupa nie była jednolita, bo za zmianą granic administracyjnych było jedynie 63 proc. głosujących.
A jak wyglądają wyniki głosownia w gminie wiejskiej Tczew? W tym 15-tysięcznym samorządzie swój głos w konsultacjach społecznych oddały 6474 osoby! I aż 95 proc. z jest przeciw temu, by ich miejscowości zostały przyłączone do Tczewa.
Wszystko wskazuje na to, że prezydent Tczewa porwał się z motyką na słońce. I jego plan spali na panewce, zwłaszcza że w poprzednim roku rząd nie był już tak przychylny wnioskom o poszerzenie granic miast. Odrzucono między innymi prośbę prezydenta Olsztyna (polityka Koalicji Obywatelskiej) o przejęcie ważnych terenów inwestycyjnych od gminy Purda.
Odpadły też wnioski Mielna, Niepołomic czy Moszczenicy. Ciekawy jest też przypadek Ustki: rząd zgodził się na przejęcie przez miasto części gminy wiejskiej we wsi Przewłoka, ale już wiadomo, że w tym roku wpłynie wniosek odwrotny, bo świeżo upieczeni Ustczanie chcą się z miasta jak najszybciej wypisać.
Rząd od miesięcy zapowiada, że zmieni zasady decydowania o zmianach granic samorządów. W styczniu "Dziennik Gazeta Prawna" informował o tym, że osiągnięto wstępne porozumienie zakładające, że procedura ma zostać rozrzedzona (nie odbywać się co roku) i poddana kontroli. Chodzi o to, by Rada Ministrów nie podejmowała decyzji arbitralnie, tylko według określonych kryteriów.
Oby te zmiany rządowi udało się wdrożyć do końca roku, zanim w miejscach takich jak Tczew emocje zaczną kipieć. Relacje między "miastowymi" a "wiejskimi" stają się coraz trudniejsze do naprawienia, a wojna banerowa trwa.
