pieniądze leżące na węglu
Oddamy miliardy, żeby dłużej się truć? Polaku, weź wreszcie kalkulator i przestań wierzyć w bajki Fot. Kamil Zajaczkowski / Shutterstock / InnPoland.pl

Wyobraź sobie palacza, który płaci lekarzowi łapówkę, żeby ten pozwolił mu palić trzy paczki dziennie, mimo że papierosy drożeją, a pacjent pluje już krwią. Dokładnie tak zachowuje się dziś 68 proc. respondentów w Polsce. Populistyczna propaganda zrobiła nam z mózgów węglową miazgę. Rezygnacja z unijnego mecenatu nad transformacją to strzał we własne kolano, po którym nie będzie już czego zbierać.

REKLAMA

Z ogromną fascynacją, podszytą lekkim przerażeniem, przeczytałem wyniki najnowszego sondażu United Surveys dla Wirtualnej Polski. Dowiedziałem się z niego, że blisko 70 procent moich rodaków z dumą i podniesionym czołem deklaruje: "Tak! Oddajmy Brukseli część naszych funduszy, byle tylko złagodziła nam cele klimatyczne!". Wyborcy opozycji są w tym niemal jednomyślni (87 proc.), a elektorat rządzący pęka w szwach i dzieli się niemal po połowie.

Powtórzmy: blisko 70 proc. z nas woli stracić unijne miliardy, byle tylko Bruksela "odpuściła" nam zieloną transformację. To logiczna katastrofa. Polacy dali się ubrać w narrację, że cele klimatyczne to unijna fanaberia, nie rozumiejąc, że rezygnacja z dotacji oznacza jedno – za modernizację przestarzałej energetyki zapłacimy potrójnie z własnych, pustych kieszeni.

Chcemy czystego powietrza, ale za darmo

Wszyscy uwielbiamy narzekać na smog, brudną wodę i anomalie pogodowe, ale gdy przychodzi do płacenia, natychmiast szukamy winnego w Brukseli. To głębokie odklejenie polskiego społeczeństwa, które w najnowszym badaniu opowiedziało się za rezygnacją z funduszy UE. Im dłużej będziemy reanimować trupa o nazwie "tani polski węgiel", tym droższy będzie prąd w naszych domach.

Gdyby ten sondaż przetłumaczyć na język elementarnej logiki, pytanie brzmiałoby tak: "Czy chcesz oddać darmowe pieniądze na remont swojego walącego się domu, żeby móc dłużej mieszkać w grzybie, wdychać czad i płacić sąsiadowi potrójną stawkę za prąd z przedłużacza?". I Polacy w większości odpowiadają: "Zdecydowanie tak! Nie będzie nam obcy urzędnik mówił, że grzyb na ścianie jest niezdrowy".

Cudowna, narodowa zgoda w imię wspólnej sprawy. Szkoda tylko, że ta sprawa to podręcznikowy przykład zbiorowego s*mobójstwa ekonomicznego.

Mit "złych celów klimatycznych"

Wyniki tego badania to przede wszystkim dowód na to, że jako społeczeństwo kompletnie nie rozumiemy problemu. Przez lata populistycznej propagandy z każdej strony sceny politycznej "cele klimatyczne" zostały Polakom sprzedane jako fanaberia znudzonych eurokratów, którzy złośliwie chcą nam odebrać schabowego i zakazać rejestrowania Passata w dieslu.

Prawda jest tymczasem brutalna i nudna: cele klimatyczne to po prostu harmonogram ratowania naszej gospodarki przed nieuchronnym paraliżem.

Skansen, który dogorywa

Polski system energetyczny to skansen. Ponad połowa naszej energii wciąż pochodzi z węgla, co sprawia, że produkujemy najdroższy i najbrudniejszy prąd w tej części Europy. Koszty uprawnień do emisji CO2 (system ETS) nie znikną dlatego, że twardo tupiemy nogą w Warszawie. One będą rosły. Jeśli nie zmodernizujemy sieci, nie postawimy na atom, wiatraki i fotowoltaikę, to za chwilę nasze fabryki stracą jakąkolwiek konkurencyjność, a rachunki w mieszkaniach wystrzelą w kosmos.

Nie chodzi przy tym o wizjonerstwo z dalekiej przyszłości – proces już ruszył. Pierwsza elektrownia jądrowa w Choczewie zwiastuje nadchodzący energetyczny przełom: Polskie Elektrownie Jądrowe złożyły wniosek o pozwolenie na budowę trzech bloków AP1000 o łącznej mocy ok. 3,75 GW. Inwestycja warta ok. 200 miliardów złotych ma zacząć produkować prąd w 2033 r.

Równocześnie w województwie łódzkim powstanie ogromne jezioro, czyli zbiornik po Bełchatowie głębszy niż Hańcza, bo w trzecim kwartale 2026 r. ostatnie tony węgla brunatnego opuszczą Pole Bełchatów, a największy w Europie kompleks górniczo-energetyczny wchodzi w fazę kontrolowanej śmierci. Węgiel po prostu się kończy, niezależnie od tego, jak głośno krzyczymy w Warszawie.

I teraz najważniejsze: Unia Europejska daje nam na tę transformację gigantyczne, darmowe miliardy. A my w sondażu mówimy, że chętnie te pieniądze oddamy, byleby tylko pozwolono nam… zwlekać. Geniusz strategii biznesowej.

Chcemy być eko, ale za darmo

W tym miejscu ujawnia się nasza narodowa, głęboka hipokryzja. Zapytaj Polaka, czy chce oddychać czystym powietrzem, mieć wokół zielone lasy i nie bać się, że woda w kranie będzie skażona. Każdy odpowie: "Oczywiście, czyste środowisko to podstawa!". Ale gdy na stół trafia rachunek za te zmiany, natychmiast dostajemy gwałtownego skrętu kiszek i szukamy winnego w Brukseli.

Zapytaj Polaka, czy chce mieszkać obok elektrowni węglowej, obok terenu kopalni, który się po prostu zapada, czy będzie się kąpał w pokopalnianym jeziorze, po wejściu do którego schodzi ci skóra. Powie, że chyba upadłeś na głowę.

Ale zapytaj, czy węgiel daje nam niezależność energetyczną i jest tani. Powie, że daje i że jest tani. Obie te tezy są fałszywe. Bo węgiel i tak musimy sprowadzać (zagraniczny jest tańszy i bardziej pewny). I nasz jest piekielnie drogi.

A my ciągle myślimy, że oszukamy przeznaczenie. Że jeśli wyprosimy, wyprotestujemy albo wykrzyczymy "złagodzenie wymogów", to koszty znikną. Otóż nie znikną.

Rachunek zaraz puknie do drzwi

Każdy rok, o który opóźnimy transformację energetyczną, to rok gigantycznych kar za emisje, rok reanimowania dogorywających bloków węglowych i rok potężnych strat zdrowotnych. Przecież my te pieniądze i tak wydamy! Tylko zamiast wydać unijne dotacje na nowoczesne technologie, wydamy własną, ciężko zarobioną gotówkę na opłacenie unijnych kar, import zagranicznego węgla i leczenie astmy u naszych dzieci.

Już zresztą widać efekty. Po raz pierwszy od czterech lat rząd przestał ręcznie sterować taryfami dla gospodarstw domowych, opłaty dystrybucyjne wzrosły o 7,6 proc., a opłata mocowa o 50 proc. To dopiero łagodne preludium tego, co czeka nas po wejściu w życie ETS2 w 2028 r. – gdy uprawnienia do emisji CO2 obejmą również paliwa do ogrzewania domów i transportu drogowego.

Zrezygnować z funduszy UE, żeby móc dłużej płacić karne podatki od emisji – czy ktoś potrafi wskazać bardziej niedorzeczny biznesplan?

Sojusz ignorancji

Przerażające jest to, jak skutecznie politycy sformatowali nam głowy. Wyborcy opozycji (PiS, Konfederacja, Razem) w 87 procentach chcą "stawiać się" Unii, wierząc zapewne w bajki o suwerenności energetycznej opartej na czarnym złocie. Ale niemal połowa wyborców koalicji rządzącej (48 proc.), która przecież na sztandarach miała europejskość i nowoczesność, uważa dokładnie to samo. To oznacza, że klimatyczny analfabetyzm jest w Polsce ponadpartyjny.

Ale czy można się temu dziwić, w sytuacji, gdy politycy prawej strony zalewają media społecznościowe idiotyzmami o tym, że mamy węgla na setki lat? Owszem, może i mamy, ale zbyt głęboko, by w ogóle opłacało się go wydobywać. My już dziś dopłacamy nawet 500 złotych do każdej wyciągniętej na powierzchnię tony węgla! Przeciętna polska rodzina nawet nie wie, że płaci jakieś 600 złotych rocznie na nasze niby-cudowne czarne złoto. Ale jak ma zapłacić za odejście od węgla i wsparcie innych źródeł, to oj nie, bo drogo.

Skąd się wzięła ta narracja

Warto przy okazji odświeżyć podstawy, bo dezinformacja w tym obszarze osiągnęła chorobliwą skalę. Dlatego polecam dawny, ale niestarzejący się tekst o tym, jak PiS i ówczesna opozycja spierały się o handel emisjami CO2 i tłumaczyły, na czym polega ETS. To system, w którym Polska otrzymuje część uprawnień za darmo, a resztę dokupuje na rynku – i ta pula bezpłatnych uprawnień stopniowo, rok do roku, jest zmniejszana. Polska zgodziła się na ten harmonogram, gdy podpisywała pakiet klimatyczny. Co zrobiliśmy z tymi pieniędzmi i tym czasem, to już osobne pytanie.

Bruksela nie zapłacze. Pieniądze pójdą do Hiszpanii

Bruksela nie zapłacze nad wynikami tego sondażu. Jeśli polski rząd ulegnie tej populistycznej presji i zacznie machać szabelką, Unia po prostu przesunie te miliardy do Hiszpanii, Francji czy Czech. Tamtejsi przedsiębiorcy wybudują za nie nowoczesne, tanie farmy solarne i wodorowe, a potem bezczelnie wykupią nasze upadające, drogie w utrzymaniu firmy. A my zostaniemy dumni, suwerenni, z pustymi portfelami, wdychając dym z komina.

Co więcej, ta gra już się rozpoczęła. Niemcy alarmują po ruchu Polski, bo w UE zaczyna się finansowe przeciąganie liny – Polska wraz z Włochami i 14 innymi państwami złożyły "maksymalnie agresywny" pierwszy ruch w sprawie nowego wieloletniego budżetu UE. Reforma, o której mowa, ma znaczenie egzystencjalne dla naszych funduszy na transformację. A jeśli ktoś myśli, że Niemcy lub Holendrzy będą prosić, byśmy te pieniądze wzięli – naprawdę warto rzucić okiem na to, jak twardo gra Komisja von der Leyen.

Sztuka zarządzania krajem, tak samo jak sztuka zarządzania własnym portfelem, wymaga chłodnej kalkulacji. Czas przestać traktować ekologię jak ideologiczny front, a zacząć patrzeć na nią przez pryzmat Excela. Jeśli nie zapłacimy za nowoczesność teraz, korzystając z unijnej zrzutki, za parę lat zapłacimy za własne zacofanie potrójną stawkę. I nie będzie to wina Brukseli, tylko naszej własnej, sondażowej głupoty.