Kiedy chcemy zmienić swoje zachowanie, zwyczaje czy nawyki często ponosimy klęskę. Niemal każdy z nas to przerabia, zwłaszcza na początku nowego roku. Powód tego jest prozaiczny – bierzemy od razu zbyt duży ciężar wyrzeczeń, chcąc mieć szybko konkretne i zauważalne efekty. A szybko, to ulatuje motywacja do zmian i kiedy efektów brak następuje rozczarowanie. Dlatego warto zastanowić się nad mikrodziałaniami w najbliższym otoczeniu. Pozwala to na czynienie realistycznych założeń i planów. Porządkuje kwestie kluczowe. Stanowi wreszcie podstawę do rzeczywiście dużych efektów.

REKLAMA
O powiązaniu kształcenia z potrzebami gospodarki, najlepiej w celu tworzenia innowacji, która odmieniana jest przez wszystkich i we wszystkich przypadkach mówi się wciąż. Skala efektywności działań w wyniku wypowiadanych postulatów jest odwrotnie proporcjonalna do ilości gremiów i propozycji, jakie padają, łącznie z ogólnopolską debatą nad kształtem systemu Gospodarka – Edukacja – Nauka. A jak wygląda dzisiaj G.E.N. z perspektywy wyodrębnienia kwestii (mniej lub bardziej) kluczowych?
logo

Oczywiście jest to pewne uproszczenie, ale i tak widać, że w tych podstawowych aspektach biznes na ogół obywa się bez nauki, a nauka bez biznesu. Istniejące wyjątki potwierdzają regułę, że brak jest systemowej współpracy.
A przecież zastrzyk gotówki już mamy – budżet samego Programu Operacyjnego Innowacyjny Rozwój, to prawie 9 mld EUR. Należy zdać sobie sprawę, że obecna perspektywa finansowa na lata 2014-2020, to zapewne ostatni tego typu program pomocowy dla Polski, umożliwiający wykorzystanie środków w takiej skali.
Na świecie istnieją systemy edukacyjne, w wyniku których przejścia projektów od nauki do gospodarki stają się naturalne. Spójrzmy tylko na fińską lekcję innowacyjności – „finnowacyjność” („Atuty i wyzwania”, Miłosz Węglewski, Newsweek Nr 46 z 09.11.2015 r.). Edukacja – już na poziomie szkół, poprzez powszechne koła zainteresowań – przygotowująca do pracy w gospodarce opartej na wiedzy i kapitale ludzkim. A efekty? Np. producent Benecolu – fińska firma Raisio (opatentowane sterole roślinne, mające udowodnione właściwości obniżające cholesterol, pozyskiwane z niektórych drzew). W Polsce z kolei studenci studiów doktoranckich na pytanie o kolejność postępowania z wynikami prac badawczych: czy najpierw patentować, czy publikować, odpowiadają, że kolejność nie ma znaczenia.
Mówiąc o powiązaniu gospodarki z nauką odnosimy to przede wszystkim do realizacji projektów badawczo-rozwojowych. Jednak potrzeba czasu, by ryzyko związane z finansowym fiaskiem komercjalizacji innowacyjnych rozwiązań ponosili w większości przedsiębiorcy. Tutaj nic od razu, zwłaszcza szybko, się nie zadzieje i – póki co – bez pomocy publicznej jest to niemożliwe. A zatem sposób wykorzystania dostępnych obecnie funduszy stanowił będzie o potencjalnym sukcesie i o tym, czy za 5 lat nie powiemy – tak jak podsumowuje się poprzednią perspektywę finansową – że to był worek pieniędzy do rozdysponowania.
Prawdziwe zatem wyzwanie dla agencji wykonawczych Skarbu Państwa, czyli NCBR i PARP, które podobnie jak ustawodawca fiskalny mogą wpływać na gospodarcze zachowania, kierując do wybranych obszarów i grup odbiorców strumień pieniądza. O ile jednak ustawodawca fiskalny jest w swej roli nad wyraz mało przekonujący (patrz ustawa o wspieraniu innowacyjności, a potem długo, długo nic …) o tyle powołane wyżej agencje mają względnie łatwiejsze i (jak się wydaje) bardziej przejrzyste zadanie:
logo

Na styku pomiędzy gospodarką i nauką w sposób bezdyskusyjny formalnie, od 2011 r., znajdują się spółki celowe do komercjalizacji wyników prac B+R prowadzonych na uczelniach. Ale i tak, jeśli rozważamy komponent edukacyjny w trójkącie G.E.N., to spółki celowe są jak dzieci „nie chciane”. Jest to niezwykle zastanawiające, albowiem stanowią one wyłączną własność uczelni (co wynika wprost z ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym), a tym samym ich działalność w zakresie komercjalizacji jest pośrednio działalnością samej uczelni, która ją tworzy (!). Specjalizacja usług i uznanie przez ustawodawcę, że uczelnie mają jednak kształcić i prowadzić prace B+R, natomiast sprzedażą ich wyników niech zajmą się podmioty odrębne (aczkolwiek zależne), doprowadziły do powstania właśnie spółek celowych.
Warto zatem, by ich rola i znaczenie zostały dostrzeżone w możliwościach, jakie stwarzają dla wywierania wpływu na jakość współpracy pomiędzy gospodarką i nauką. Tym samym warto byłoby, aby mogły one stanowić (same w sobie) uprawniony krąg adresatów pomocy publicznej na działania w zakresie transferu wiedzy i komercjalizacji. Mają one odrębną podmiotowość, przez co są lepszym adresatem takiej pomocy, w wyniku czego pomoc jest mniejsza (mikrodziałanie), a prowadzi do większych efektów. Poza tym ich kompetencje są bardziej specjalizowane i uzupełniające w stosunku do kompetencji uczelni, jak i przedsiębiorców. Najważniejsze jednak jest to, że w sumie podejmowanych aktywności, wpływają na całość powstającej innowacji:
logo

Jeśli przyłożymy konstrukcję tego „lejka” do aktualnie toczących się postępowań konkursowych prowadzonych w programie POIR, to nie znajdziemy działania, w którym spółka celowa mogłaby złożyć aplikację konkursową. Na przykład samodzielnie – na zorganizowanie i zarządzanie czynnościami do komercjalizacji wyników badawczych. Nie będzie też mogła być członkiem konsorcjum naukowo-przemysłowego (choć jest przedsiębiorcą), bo zasadniczo nie prowadzi badań przemysłowych, ani prac rozwojowych.
Te mankamenty widać jak w soczewce we wnioskach konkursowych do projektów aplikacyjnych (poddziałanie 4.1.4. POIR). W kryteriach oceny merytorycznej (kryteriach dostępu) jest sposób zarządzania projektem – czy umożliwia on prawidłową realizację – ocena TAK/NIE. Zestawiając to z kryterium własności intelektualnej – czy nie stanowi bariery dla wdrożenia rezultatów projektu – ocena TAK/NIE – aż się prosi, by spółka celowa mogła prezentować swój wkład, czyli być członkiem konsorcjum składającego wniosek o dofinansowanie.
Zobaczmy to na przykładzie przywołanego już producenta Benecolu. Otóż wyobraźmy sobie, że jest w Polsce przedsiębiorca, który ma pomysł na wyprodukowanie nowej substancji roślinnej, mającej (jego zdaniem) właściwości obniżające cholesterol. By tezę swoją potwierdzić musi przeprowadzić proces badawczy (z badaniami klinicznymi i wytworzeniem formulacji nowej substancji włącznie). W sposób naturalny zwraca się zatem do spółki celowej jednej z uczelni medycznych i przedstawia swój pomysł. Ta z kolei rozpoczyna proces „zaprojektowania” projektu badawczego z udziałem pracowników naukowych uczelni oraz potencjalnych podwykonawców usług. Następnie projektuje strategię ochrony praw własności intelektualnej dotychczasowych oraz przyszłych wyników projektu. A także sposób wdrożenia rezultatów projektu do rynku i najważniejsze: podział praw do przyszłych wyników projektu. Przekłada się to na określenie – kto i z czego będzie osiągał profity. Oczywiście przy założeniu, że jest aktualnie prowadzony nabór wniosków np. do projektów aplikacyjnych i można ubiegać się o dofinansowanie w/w prac badawczych i dla celów wdrożenia.
Jak postąpili producenci Benecolu? Otóż wydzielili odrębną działalność firmy, jako „Benecol” i – mając już patent na sterole roślinne i potwierdzoną klinicznie ich skuteczność – sprowadzili ją do zawierania ograniczonych terytorialnie kontraktów z lokalnymi partnerami na całym świecie. Ich przedmiotem jest opatentowana substancja aktywna, jako składnik gotowych produktów Benecol (margaryn, jogurtów, napoi itp.) oraz licencja na korzystanie z marki Benecol. Działając w oparciu o ten model biznesowy dział Benecolu Raisio w latach 2000-2006 osiągnął szybkie tempo wzrostu przychodów – do 50 mln EUR rocznie (na podstawie danych spółki Raisio).
Co zatem może w obecnych, polskich warunkach, statystyczna spółka celowa uczelni? Ano mieć nadzieję, że dojdzie do zmiany i np. powstanie jakiś nowy program wsparcia umożliwiający realizowanie jej ustawowych obowiązków. A do tego czasu musi przetrwać, zajmując się usługami, bo – jak mawia przysłowie – jeśli umiesz liczyć, to licz na siebie.