• O kłopotliwym proteście nauczycieli oraz o polonistce i matematyku z małej miejscowości

    Moja Mama była polonistką, mój Tata był matematykiem i fizykiem – nietrudno zgadnąć – nie nudziło nam się w domu. Byli dobrymi nauczycielami. Rewelacyjnymi. Tak rewelacyjnymi, że gdyby jakiś reżyser planował nakręcić film o roboczym tytule „W małej podstawówce wiara w ludzkość odzyskana”, musiałby rozpocząć przymiarkę do zdjęć od wizyty w naszym mieszkanku i pytania: „Dobra, Wiesiu, Krzysiu, jak właściwie wygląda Wasz dzień?”. Dowiedziałby się wtedy, że Mamę mogłaby grać Ania Shirley, gdyby tylko urosła, zmądrzała i opuściła Zielone Wzgórze. Wrażliwa i oczytana idealistka, która cicho chlipie na zorganizowanych przez siebie teatrzykach szkolnych, pomaga uczniom na zajęciach wyrównawczych i w czasach bez Internetu znajduje rymowanki, dzięki którym dziesięciolatki na całe życie zapamiętają, że „kto -uje kreskuje, ten dostaje dwóje”. Ów reżyser, po godzinnym wywiadzie z Mamą, musiałby podsumować swoje notatki czymś w stylu: „Najbardziej obrzydliwie-pozytywny archetyp, na jaki natrafiłem w życiu”. Jednak chwilę później zacząłby powątpiewać w sens tego zdania, bo chwilę później, pogadałby z moim Tatą. Podczas słuchania Mamy nasz reżyser zmoczyłby sobie oczy, ale podczas słuchania Taty, parsknąłby kilkukrotnie fusiastą herbatą, pitą z pewexowego Duralexu i raz po raz tłumiłby w sobie chęć krzyknięcia: „ożeż *****!”. I zapewne wykorzystałby w fabule tę historię. CZYTAJ WIĘCEJ
  • 4 powody, dla których ludzie słuchają

    Piwnica warszawskiego klubu Resort. Niewielka, stuosobowa scena komediowa. Średnio raz w miesiącu najlepsi polscy Stand-uperzy testują tutaj nowy materiał, który po aprobacie publiczności trafia do ich stałego repertuaru. Dziś na widowni siedzi tylko jedna osoba – operator kamery. Na scenę wchodzi tylko jeden komik i tym razem nie testuje materiału. CZYTAJ WIĘCEJ