
Brak profesjonalnego podejścia mimo lat doświadczenia w zawodzie. Chęć wpływu na coś, co można by górnolotnie nazwać ruchem społecznym. Oraz wirtualne zrozumienie dziedziny. Tak najczęściej wygląda artykuł na temat start-upów.
REKLAMA
Żeby udowodnić wcześniej postawioną tezę na początek trzeba podać kilka oczywistych przykładów na falstart lub po prostu przekręt. To czy takie przykłady będą obrazowały złożony temat jakim są start-upy raczej nie jest ważne. Najlepiej posłużyć się czymś co pokaże że w jakiś sposób płacimy z własnych podatków za dobrą zabawę dzieci bez doświadczenia. W ostateczności mogą być dotacje unijne. Trzeba wypunktować że kilka takich firm już działa na rynku lub zdążyło już upaść. Mocny początek artykułu murowany
Wyliczenie na pierwszy rzut oka oczywistych problemów pokieruje czytelnika w stronę powątpiewania w sens tych całych start-upów więc można sobie poużywać - że pomysł jest za bardzo niszowy, że jest za mało niszowy, był kilka razy wałkowany, już jest Uber a o Facebooku nie wspomnę.
Jak już kilka ciosów poleciało można uraczyć publikę prawym sierpowym - opinią biznesmena. Najlepiej takiego z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem. Obytego w bojach na rynkach “brick and mortar” a jak i w handlu zagranicznym. Nie musi mieć nic wspólnego z jakimkolwiek z rynków popularnych wśród start-upów. Przecież od lat zatrudnia, płaci podatki, sprzedaje to wie.
Przeciwnik prawie na deskach więc teraz można zająć się podkopaniem podstaw. Łatwiej chyba nigdzie nie ma bo każdy wie że start-upowiec to jeżdżący na longboardzie (albo gorzej - boostedboardzie) młodzik w trakcie studiów muzykologii z głową pełną pomysłów i pieniążkami na życie od mamy i taty. Jak poważny obywatel mógłby nawet rozważać zainwestowanie w kogoś takiego. To niedorzeczne, skupmy się na poważniejszych biznesach takich jak sadownictwo.
Po przeciwniku została już mokra plama. W niczym to nie przeszkadza pobabrać się w popłuczynach. Można przecież opisać w jaki sposób start-up upaść musi. Wyciągnąć te wszystkie kosmiczne wyceny nieistniejących jeszcze gigantów, obśmiać brak doświadczenia w czymkolwiek kadry zarządzającej tym Titanikiem.
W poczuciu dobrze napisanego artykułu można zakończyć stwierdzeniem że to i tak się nie uda, jak pracować to w korporacji i od 15 roku życia. Najlepiej to zatrudnić się w jednej na cale życie, nie wychylać i zarabiać na emeryturę swoją i następnego pokolenia wykonując swoją pracę sumiennie i bez większego zaangażowania. Pracownik i ZUS przecież będzie w końcu zadowolony. Bo jak nie to przyjdzie bańka, krach i niczego nie będzie .
Słowem wyjaśnienia.
Jeżeli zasiada się do pisania o czymś tak złożonym jak start-upy przydałoby się spędzić dłuższy czas na zbadaniu o co w tym szaleństwie chodzi. To jest szaleństwo bo jak inaczej można nazwać branżę która sama sobie serwuje takie infografiki:Start-up jest start-upem tylko do inkorporacji, potem jest to firma taka jak inne. Start-upem nie jest pomysł, landing page i CEO w opisie na Facebooku. To że 99% start-upów upada to nie specyfika naszego rynku, tak dzieje się na całym świecie. Wyciąganie skrajnych przypadków żeby udowodnić tezę obrazującą wady całej branży jest przykładem na leniwe dziennikarstwo.
Start-upy dają zatrudnienie nie tylko pracownikom ale całemu ekosystemowi który się wytworzył na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat. Inne podejście do wynajmowania biur ożywił dzielnice miast gdzie wcześniej nie było mowy o jakiejkolwiek aktywności komercyjnej. Księgowi, agencje kreatywne, softwarehouse’y nie narzekają na zamówienia.
Start-upy poradzą sobie mimo kolejnego obwieszczania zagłady na rynkach lub rychłego wybuchu bańki finansowej. Jedyne co może martwić to ciągłe zniechęcanie rodzimych angel investorów do prób wspierania tych pomysłów które mają szansę zawojować więcej niż rynek lokalny. Zawsze możemy dać zarobić londyńskim Square Mile lub City a do przysłowiowego sillicon valley też jest niedaleko.
Kilka podstaw
ps. chciałbym mieć do sprzedania 10% akcji Zyngi lub Zenefits za cenę z dnia wejścia na giełdę niż 100% akcji kopalni węgla.
