- Nie wiem, czy tylko w Nowym Jorku ludzie tak reagują, czy w całej Ameryce… - zastanawia się Pani Irena Piasecka, kierowniczka ukraińskiej w restauracji Veselka znajdującej się w dzielnicy East Village na nowojorskim Manhattanie - wsparcie jest niesamowite! Zawsze mieliśmy wsparcie lokalnej społeczności. Ale takiego potoku ludzi nigdy nie widziałam! Na każdym stole jest barszcz! Ludzie zamawiają galony barszczu! Takiego zrywu, takiej pomocy nigdy nie doświadczyliśmy. Na zewnątrz już stoi kolejka, a jest dopiero południe i mamy zimny dzień! – pani Irena pracuje w Veselce od 16 lat, jest dyrektorką, ale zajmuje się wszystkim, zwłaszcza teraz gdy liczba zamówień, również tych na wynos, bije rekordy.
Jason Birchard, właściciel Veselki, mówi, że to pracownicy stali się jego inspiracją:
– Ponad połowa naszych pracowników pochodzi z Ukrainy. To było dla mnie oczywiste, żeby cały utarg ze sprzedaży barszczu przeznaczyć na pomoc Ukrainie. Sprzedajemy barszcz nie tylko tu na miejscu, w restauracji. Nasz barszcz wysyłamy na terenie całego kraju! W magazynie stoją zamrażarki pełne barszczu i pierogów gotowych do wysyłek! Od początku wojny w Ukrainie sprzedaliśmy barszczu za ponad 75 tysięcy dolarów! Cały dochód przekazujemy organizacjom humanitarnym pomagającym uchodźcom z Ukrainy. Przekazaliśmy darowizny do World Central Kitchen, to ogromna organizacja, ale wspieramy również mniejsze organizacje zaangażowane w pomoc żywnościową dla Ukrainy. Barszcz jest przygotowywany przez naszego pracownika z Polski, przychodzi do pracy w nocy, żeby na czas zrobić barszcz, takie ilości barszczu w tej chwili sprzedajemy!
Królowa Barszczu
- Przez 35 lat pracowała u nas pani Małgosia, Polka. W Nowym Jorku znana jest jako „Queen of borscht” – wspomina Jason - robiła 50 galonów barszczu bez żadnego przepisu, wszystko na oko. Niedawno odeszła na emeryturę, miała już ponad 70 lat. Kochała swoją pracę! Nie chciała od nas odchodzić ale uznała, że nadszedł czas aby zająć się wnukami.
Lista zakupowa dla Ukrainy
Na stronie internetowej Veselki jest link do listy zakupowej na Amazonie, to niezbędne artykuły oraz produkty pierwszej potrzeby dla Ukrainy, które można nabyć i od razu przesłać pod wskazany nowojorski adres.
- Wszystkie dary wysyłamy do Polski – tłumaczy Jason - w organizowaniu wysyłek pomaga nam ukraiński kościół St. George znajdujący się tuż obok, na Siódmej ulicy. Dosłownie przed chwilą zostawiliśmy tam kolejne dary! Zbieramy środki medyczne, batony energetyczne, bieliznę termoaktywną, śpiwory, zbieramy zarówno dla ludzi uciekających przed wojną jak i dla walczących w Ukrainie. Na naszej stronie stale uaktualniamy listę niezbędnych produktów.
Ponad połowa personelu pochodzi z Ukrainy
Gdy czekam na stolik pytam kelnerkę, młodą kobietę, czy w związku z wojną otrzymują dziś większe wsparcie. „My nie potrzebujemy wsparcia!” – odpowiada kryjąc łzy – „Ukraina potrzebuje wsparcia!”
- Klienci zawsze do nas przychodzili, przez te wszystkie lata – opowiada Jason - ale teraz przychodzi ich dużo więcej, przychodzą aby wesprzeć Ukrainę oraz aby wesprzeć nasze działania. Klienci wiedzą, że zatrudniamy wiele osób z Ukrainy. Ponad połowa naszego personelu pochodzi z Ukrainy i nasi klienci pytają o nich, martwią się. Mamy też wielu pracowników z Polski, z Europy Wschodniej - moja restauracja jest tak różnorodna jak Nowy Jork, mamy pracowników z wielu krajów. Na początku wojny moi pracownicy byli w szoku. Agencje prasowe z całego świata zgłaszały się z prośbą o komentarz. Początkowo pracownicy odpowiadali na pytania ale teraz nie chcą mówić, czują się bezradni, opuszczeni… Proszą, żebym to ja rozmawiał z mediami. W Ukrainie mają swoich rodziców, rodziny. Ojciec jednego z moich pracowników, jest w tej chwili w Kijowie, w schronie.
- Praca stała się dla nich pewnym rozpraszaczem ale widzę, że w głębi duszy są bardzo zranieni. Kilku młodszych pracowników rozważało nawet powrót do Ukrainy – Jason bierze głęboki oddech – to są trudne sytuacje. Przypada mi wiele ról, jestem nie tylko właścicielem, sprzątam stoły, rozmawiam, słucham, jestem psychologiem. To są moje obowiązki. Jesteśmy jak jedna wielka rodzina. Próbujemy przetrwać z dnia na dzień i mamy nadzieję, że to szaleństwo wreszcie się skończy, żyjemy nadzieją… Moi pracownicy wysyłają pieniądze, wspierają walczących w Ukrainie. Ale jeśli ta sytuacja, ta wojna, będzie trwać dłużej… martwię się o moich pracowników, o ich stan psychiczny. To jest wojna z wolnym światem i wszyscy musimy stanąć na wysokości zadania, musimy protestować. Jednak co będzie jutro, tego nikt nie wie.
Przeżyliśmy COVID, huragan Sandy, przeżyliśmy zamachy z 11 września…
- Mój dziadek był ukraińskim uchodźcą, uciekł przed rosyjską agresją pod koniec 1940 roku - opowiada Jason - gdyby widział to, co się obecnie dzieje w Ukrainie, byłby bardzo zdenerwowany. Veselka, to restauracja moich dziadków i rodziców, jesteśmy najstarszą ukraińską firmą na Manhattanie, działamy od 68 lat! Mój ojciec przeszedł na emeryturę tuż przed wybuchem pandemii. W samą porę! Gdyż COVID był niezwykle trudny. Przez miesiąc byliśmy całkowicie zamknięci. Przez wiele miesięcy sprzedawaliśmy tylko na wynos. Ale przeżyliśmy. Przeżyliśmy huragan Sandy, przeżyliśmy zamachy z 11 września. Ludzie przychodzili wówczas do nas, żeby pobyć razem. Wspieraliśmy się, pocieszaliśmy się, mówiliśmy, że wszystko będzie dobrze. Myślę, że teraz jest podobnie, musimy się wspierać, musimy być silni i musimy widzieć szklankę do połowy pełną, nie do połowy pustą…
Czy tak się pisze „l” po ukraińsku?
Podczas naszej rozmowy ktoś puka do drzwi, wchodzi młody mężczyzna. „Czy możemy zostawić gotówkę?” – pyta. Młody mężczyzna przyszedł ze swoją mamą. Kobieta wyjmuje z torby maseczkę na twarz w kolorach ukraińskiej flagi.
- Mama szyje maseczki! – mówi dumny syn.
- Czy takie maseczki mogą być? - pyta kobieta. Na maseczce jest wyszyte „мир для України” - Nie byłam pewna, czy dobrze napisałam „для”. Czy tak pisze się „l” po ukraińsku? – pyta pokazując maseczkę.
Potwierdzam, że tak.
- To dobrze! – odpowiada wyraźnie zadowolona – w czasie pandemii uszyłam tysiące maseczek, rozdawałam je potrzebującym. Pracuję w sklepie z materiałami, więc mogę kupić materiał bardzo tanio. Gdy zaczęła się wojna, mój syn od razu powiedział, mamo, musisz uszyć maseczki z ukraińską flagą! A potem przeczytałam wasze ogłoszenie o pomocy dla Ukrainy, więc przyszliśmy. Przyniosę ich więcej, będzie dla personelu w restauracji.
Gdy wychodzą, Jason zamyśla się na moment.
- Tak jest cały czas. Ludzie przychodzą bo chcą pomóc. Przychodzą z gotówką. Chcą po prostu dać, zostawić u nas, dla Ukrainy – Jason nie kryje wzruszenia – nie możemy tak po prostu przyjmować gotówki. Współpracujemy z organizacją „Razom”, poprzez tę organizację można dokonywać również wpłat. Dostaję pytania z całego kraju: jak możemy pomóc! Przychodzą do nas starsze panie z dwoma puszkami zupy, to wszystko co mają i mogą dać… Od początku wojny uzbieraliśmy środków medycznych za ponad pół miliona dolarów, już zostały spakowane i wysłane. Kontaktują się ze mną również duże firmy – mówią, że mają dziesięć palet towaru, który chcą przekazać Ukrainie. Skontaktowała się ze mną firma z Montany, chcą przekazać 600 funtów (270 kg) żywności liofilizowanej, czyli takiej, którą wystarczy zalać wrzątkiem, aby zrobić posiłek.
- Nowojorczycy rozumieją co się dzieje – tłumaczy Jason - jeszcze na początku wojny, wiele osób powiedziałoby „the Ukraine”, w tej chwili już nie! Nikt tak nie mówi. Jeszcze miesiąc temu wiele osób nie rozumiało, że Ukraina to wolny, demokratyczny kraj, z bogatą kulturą, z własnym językiem! Świadomość społeczna szybko się zmieniła. Dlatego nie możemy przestać mówić o Ukrainie, nie możemy zapomnieć, musimy trzymać reflektor nad Ukrainą! Nie możemy przejść do porządku dziennego nad tym konfliktem! Media muszą cały czas pisać i mówić o Ukrainie!
Mała wieś, może stu mieszkańców
- Byłem w Ukrainie z moją mamą, wiele lat temu. Odwiedziliśmy małą wieś, z której pochodzi mój dziadek. Pamiętam, że mieszkańcy czerpali wodę ze studni – wspomina Jason - to była bardzo emocjonalna podróż. Zapamiętałem serdecznych, otwartych ludzi, przepiękne krajobrazy…
- Trochę tak, ale krępuję się… dorastając w restauracji, nauczyłem się raczej polskiego, większość pracowników mieliśmy z Polski. To były czasy Solidarności w Polsce, to była emigracja wczesnych lat ’80. Z biegiem lat zaczęliśmy zatrudniać więcej pracowników z Ukrainy ale po dziś dzień Polacy stanowią około 10 procent naszych pracowników.
Pięć tysięcy pierogów dziennie
W restauracji można skosztować nie tylko barszczu ukraińskiego, pierogów, czy placków ziemniaczanych, dla piwoszy jest tu także lany Żywiec.
- Ta dzielnica Nowego Jorku była kiedyś uważana za „Małą Ukrainę”, nadal nią jest, choć nie mieszka tu już tak wielu Ukraińców – opowiada Jason - mamy ukraińskie jedzenie, ale wiemy, że samo ukraińskie jedzenie trudno byłoby sprzedać. W tej okolicy mieszka dużo studentów – wszyscy lubią naleśniki, czy dobrego burgera! Choć dziś ludzie przychodzą do nas przede wszystkim po wschodnioeuropejskie jedzenie. A my wszystko przygotowujemy sami. Sześć pań lepi dziennie pięć tysięcy pierogów! Kupujemy jedynie pieczywo. Zjedzenie smacznego posiłku być może choć trochę spowoduje, że ludzie, którzy do nas przychodzą poczują się lepiej w tych trudnych, stresujących czasach. I właśnie to przekonanie utrzymuje mnie w działaniu, gdyż obserwowanie tego, co się dzieje na świecie jest niczym koszmarny sen… po prostu nie wierzysz, że to się dzieje.
