BRUKSELA – W miarę jak negocjacje między Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi w sprawie Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP) zmierzają ku ostatecznemu porozumieniu, coraz śmielej zabierają głos przeciwnicy proponowanego układu. Krytyczna postawa wobec wszelkich poważnych zmian w polityce gospodarczej jest rzeczą naturalną, ale rezygnacja z porozumienia w tej sprawie byłaby historycznym błędem, którego Europa szybko by pożałowała. TTIP może się bowiem okazać najważniejszą opoką transatlantyckiej jedności od 1949 roku, kiedy to na mocy Traktatu Północnoatlantyckiego powstało NATO.
Nie przypadkiem różnobarwny sojusz przeciwnych traktatowi ultranacjonalistów, populistów i zwolenników protekcjonizmu pokrywa się w dużej mierze z obecnymi zwolennikami militarnego awanturnictwa, jakie uprawia na Ukrainie prezydent Rosji Władimir Putin. Łączy ich zaniepokojenie dalszą integracją i wzmocnieniem Zachodu. Wiedzą, że jeśli potencjał TTIP w pobudzaniu innowacyjności i wzrostu gospodarczego zostanie wykorzystany, zwiększy się geopolityczne znaczenie i siła krajów członkowskich Partnerstwa.
Chiny i Rosja, główni strategiczni rywale Zachodu, ze zrozumiałym i rosnącym zaniepokojeniem obserwują powstawanie organizacji, która może zmienić zasady globalnej gry. Partnerstwo Transatlantyckie utrudniłoby próby dzielenia państw członkowskich, dezorganizowania instytucji czy podważania zasad i norm międzynarodowego ładu liberalnego. Pomyślne wprowadzenie traktatu pomogłoby obalić płytki argument Kremla i jego stronników, że ład liberalny stał się dysfunkcyjny. A co być może najważniejsze, Europa nie czułaby takiej konieczności spoglądania na wschód w poszukiwaniu szans rozwoju gospodarczego i mogłaby w większym stopniu uniezależnić się od dostaw rosyjskiej energii, zwłaszcza że USA łagodzą zakaz eksportu ropy i gazu.
