<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[INNPoland.pl - Eksperci]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii Eksperci w INNPoland.pl]]></description>
		<link>https://innpoland.pl/c/111,eksperci</link>
				<generator>innpoland.pl</generator>
		<atom:link href="https://innpoland.pl/rss/kategoria,111,eksperci" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/210572,coraz-wiecej-osob-pozywa-banki-nie-tylko-frankowicze</guid><link>https://innpoland.pl/210572,coraz-wiecej-osob-pozywa-banki-nie-tylko-frankowicze</link><pubDate>Fri, 17 Jan 2025 14:54:26 +0100</pubDate><title>&quot;Kredyt będzie za darmo&quot;. Ekspert o lawinie pozwów w sprawie kredytów, także konsumenckich</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/6419082b4fe2c5ae382a5ae6dfcfc779,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nie tylko za kredyty frankowe, ale także za te udzielane w dolarach i euro. I nie tylko za hipoteczne, ale także za konsumenckie (ratalne i gotówkowe do 255 tysięcy złotych). Lawina pozwów wobec banków korkuje polskie sądy. Rozmawiamy z ekspertem.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/6419082b4fe2c5ae382a5ae6dfcfc779,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/6419082b4fe2c5ae382a5ae6dfcfc779,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Jędrzej Jachira: Korzystna odpowiedź Trybunału może oznaczać, że większość kredytów konsumenckich, czyli kredytów na cele konsumenckie poniżej 255 tysięcy złotych może być częściowo unieważniona.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/193892,przezorny-i-racjonalny-marketer-na-czasach-nowej-normalnosci</guid><link>https://innpoland.pl/193892,przezorny-i-racjonalny-marketer-na-czasach-nowej-normalnosci</link><pubDate>Mon, 15 May 2023 11:14:55 +0200</pubDate><title>Przezorny i racjonalny marketer w czasach nowej normalności</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/0708a3e5df7895020f0f8129e703836a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Obecnie najcenniejsza marka na świecie (Apple) warta jest prawie 500 miliardów dolarów. Tę wartość trudno sobie wyobrazić, więc początkowo może nie robić większego wrażenia. Tymczasem to kwota trzykrotnie wyższa niż budżet 40-milionowego kraju w środku Europy, jakim jest Polska! Imponujące prawda? Jak w takim razie nie doceniać znaczenia marketingu w biznesie?]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/0708a3e5df7895020f0f8129e703836a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/0708a3e5df7895020f0f8129e703836a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/172917,badz-skuteczny-50-narzedzi-rozwijajacych-efektywnosc-osobista-i-zawodowa</guid><link>https://innpoland.pl/172917,badz-skuteczny-50-narzedzi-rozwijajacych-efektywnosc-osobista-i-zawodowa</link><pubDate>Tue, 16 Nov 2021 10:00:46 +0100</pubDate><title>Małżeństwo, kariera, zdrowie, finanse. Ekspert podpowiada, jak planować życie z sukcesem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/f24c5d9cccaf51b91fdb8a882bb59b79,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jeśli nie wiemy czego oczekujemy od życia, nie mamy celów – zaczynamy dryfować, żyjemy tzw. bieżączką. Reagujemy tylko na to, co nam przyniesie dzień. Warto mieć świadomość, że wszystkie ważne rzeczy w życiu: małżeństwo, kariera, zdrowie czy finanse wymagają długoterminowego planowania – mówi w rozmowie z InnPoland.pl psycholog, szkoleniowiec i wykładowca akademicki Mateusz Grzesiak, którego najnowsza książka pt. "Bądź skuteczny. 50 narzędzi rozwijających efektywność osobistą i zawodową" właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Onepress.

W swojej najnowszej książce pt. „Bądź skuteczny. 50 narzędzi rozwijających efektywność osobistą i zawodową” twierdzi Pan, iż ludzie sukcesu automatyzują prawie 90% czynności. Czy to nie jest życie na tzw. „autopilocie”?

Oczywiście, że tak jest, bo tak działa mózg automatyzując każde zachowanie. Ma to swoje dobre i złe strony. Dobre – bo to oszczędność czasu, która otwiera pole do odkrywania nowych poziomów produktywności. Wadą jest natomiast automatyzacja błędów.

Ile czasu potrzeba, by wdrożyć w życie dany nawyk i nie zrezygnować z niego po tygodniu?


Ważne jest, by precyzyjnie określić cel i czas realizacji, gdyż wdrożenie konkretnego nawyku trwa zazwyczaj od 4 do 8 tygodni. Jeśli ktoś zakłada, że wystarczy mu tydzień czy dwa, jest w błędzie. Jest to wyzwanie, ale warto się skupić i ten czas solidnie wykorzystać i utrzymać. Dzięki nauce wiemy, że są określone techniki, które ułatwiają wprowadzenie nawyków w życie i o nich m.in. piszę w swojej najnowszej książce.
	
		
											
					
				
				Książka Mateusza Grzesiaka pt. Bądź skuteczny. 50 narzędzi rozwijających efektywność osobistą i zawodową•Materiał prasowy Helion
					

Każdy z nas potrzebuje dobrych nawyków. I nie chodzi mi tylko o anegdotyczne wręcz przykłady jak służący naszemu zdrowiu nawyk codziennego przemierzenia 10 tysięcy kroków. Dobre nawyki można też wykorzystać również do osiągania zamierzonych celów w obszarze rozwoju życia osobistego czy zawodowego.


Dlaczego tak ważne jest, by precyzyjnie określić cel działania? A jeśli nie wiemy, jaki on dokładnie jest, ale chcemy zmiany?

Jeśli nie wiemy czego oczekujemy od życia, nie mamy celów – zaczynamy dryfować, żyjemy tzw. bieżączką. Reagujemy tylko na to, co nam przyniesie dzień. Warto mieć świadomość, że wszystkie ważne rzeczy w życiu: małżeństwo, kariera, zdrowie czy finanse wymagają długoterminowego planowania. I choć nie mamy wpływu na wszystko - przecież zdrowie nie zależy tylko od nas, ale jest też uzależnione od wielu czynników, na które nie mamy wpływu jak genetyka czy siła wyższa (np. powikłania po ciężkim urazie), to w jakiejś mierze sami jesteśmy odpowiedzialni za to, jak żyjemy - np. mnóstwo chorób czy dolegliwości „wspieramy” nieodpowiednim trybem życia, złą dietą czy nieuprawianiem sportu. 


Wyobraźmy sobie osobę, która odziedziczyła po rodzicach nadciśnienie, które może prowadzić do udaru, zawału czy niewydolności serca. Jeśli będzie prowadzić siedzący tryb życia, palić papierosy i nadużywać soli, to w błyskawicznym tempie nadciśnienie doprowadzimy to któregoś z tych zaburzeń, co może skończyć się tragicznie. Jeśli zaś wyrobi w sobie nawyk niskosodowej diety, odstawi używki i zacznie się ruszać, to jej organizm łatwiej sobie poradzi z nadciśnieniem. I w tym sensie możemy „zaplanować zdrowie”.

Jeśli chcemy coś zmienić, a nie znamy celu, można zacząć od odpowiedzi na pytanie – w jakim obszarze, w jakim kontekście życiowym chcemy tej zmiany dokonać: w relacjach, finansach, wyglądzie, seksie, sporcie, karierze, itd. Określić to konkretnym zachowaniem i zacząć je automatyzować. By sobie pomóc, warto sięgnąć do nauki umiejętności miękkich. To umiejętności zarządzania myślami, emocjami i zachowaniami, które pozwalają osiągać cele w życiu osobistym i zawodowym.


Oczywiście czasem by osiągnąć określony cel trzeba mieć zasoby, których w danym momencie się nie posiada, wówczas trzeba się skupić na zdobyciu tych zasobów. Ale należy to traktować jedynie jako przejściową przeszkodę w dojściu do celu.

Załóżmy, że jestem osobą, która dopiero podejmuje decyzję o zmianie. Ale jest tyle obszarów życia, które chciałabym zmienić (praca, związek, relacje z ludźmi, ciało). Od czego zacząć? Jakie 3 dobre nawyki Pan wprowadziłby najpierw?

Od priorytetu! Jeśli masz kilka obszarów do przerobienia, to zacząłbym od tego, który wywołuje w Tobie najsilniejsze emocje, bo one pomogą Ci w znalezieniu w sobie odpowiedniej motywacji. Wymaga to skupienia i przeanalizowania każdej z tych sfer życia. Jeśli czujesz, że rozsypuje Ci się związek, a w pracy jest źle, to jeśli małżeństwo, rodzina jest dla Ciebie najważniejsze – najpierw zajmiesz się związkiem.


Od czego zacząć: zapiszcie się na terapię (jeśli partner nie chce – zacznij od siebie), spędzajcie więcej czasu ze sobą, wróćcie do wspólnego hobby. Jeśli czujesz, że utyłeś do niebezpiecznego rozmiaru, masz zadyszkę, nie masz kondycji, zwiększył Ci się cholesterol – a chcesz być zdrowy, dobrze się czuć w ciele, nie chcesz wymieniać garderoby – masz motywację by schudnąć. Pierwsze trzy zmiany to: codzienny spacer, odstawienie słodyczy i niejedzenie po 18:00. To oczywiście bardzo ogólne sugestie, ale na tak zadane pytanie mogę jedynie w taki sposób odpowiedzieć. 


W jednym z wywiadów powiedział Pan, że większość ludzi wpada w bagno i zamiast próbować z niego wyjść, po prostu się w nim urządza. Czy taka właśnie jest nasza natura?

Zdecydowanie nie natura, tylko brak świadomości i wiedzy. Mamy tendencję do zrzucania odpowiedzialności za swoje życie: na rodziców, na nauczycieli, na szefa. Są czynniki, które wskazują na trudności w byciu szczęśliwym, czy osiągnięciu satysfakcji z życia. Wyróżnia się 10 takich aspektów, w których znajduje się np. przemoc domowa czy wykorzystywanie seksualne. Według badaczy przy czterech nasze szanse na szczęśliwe życie spadają. Ale pamiętajmy – to są tylko liczby.


Uświadomienie sobie samemu albo przy pomocy fachowca, kogoś z dalszej rodziny, nauczyciela, czy pedagoga problemów, z tym co bolesne, może być motywujące. Będzie popychać do szukania odpowiedzi na pytanie – jak poradzić sobie z traumą. Są przykłady osób, które mimo tragicznych przeżyć osiągają sukcesy zawodowe czy osobiste. Powtórzę więc: świadomość i wiedza są kluczem do godnego i szczęśliwego życia.

Dlaczego zwykle jest tak, że robimy więcej dla innych niż dla siebie? Czy nie powinno być odwrotnie i najpierw powinniśmy zadbać o swój komfort psychiczny? A może to wynika z wychowania?


Z tym jest różnie. Niekoniecznie robimy więcej dla innych niż dla siebie. Ale jeśli tak się dzieje, to tu niewątpliwie kłaniają się mechanizmy unikania kontaktu. Czasem jest to ucieczka przed poznaniem samego siebie, czasami introjekty, które nam „wtłoczono” w dzieciństwie. W Polsce oczekuje się np. poświęcenia kobiet dla rodziny a mężczyzn dla pracy. To powoduje, że potrzeby własne są gdzieś głęboko skrywane. Zgadzam się, że najpierw powinniśmy zadbać o siebie bo bez tego nie zadbamy o innych. Ale tu znowu pojawia się hasło: świadomość i wiedza. 


Jakie cechy ma tzw. człowiek sukcesu i kogo Pan za niego uważa?

Wszystko zależy od tego, co ktoś definiuje jako sukces. Dla jednego będzie to ciepły dom, dobry związek, relaksujące hobby, dla innego świetnie prosperująca firma, w której pracują zadowoleni ludzie, dobry, luksusowy samochód, rejs własnym jachtem co najmniej dwa razy w roku. A czasami jedno i drugie lub miks tych rzeczy.
	
		
											
					
				
				Mateusz Grzesiak, psycholog, szkoleniowiec i wykładowca akademicki, autor książki pt. Bądź skuteczny. 50 narzędzi rozwijających efektywność osobistą i zawodową•Fot. materiały prasowe
					

Jednak u każdej z tych osób ważne jest to, że zna swoje potrzeby i je realizuje. Zna swoje wartości, ma własne zdanie. Jeśli czegoś nie umie – uczy się. Jest odpowiedzialny, pracowity i zdeterminowany. Umie sobie wyznaczać cele i je realizuje. 


A od czego zaczęła się Pana własna zmiana, o której niejednokrotnie Pan wspominał? (schudnięcie, zostanie popularnym szkoleniowcem, napisanie wielu bestsellerów, etc.).

Moje zmiana wynika z chęci samorealizacji, a zmieniam się właściwie całe życie. Ta moja zmiana, podobnie jak każda wymagała ogromnej pracy - między innymi psychicznej i fizycznej. Najpierw coś sobie założyłem i później przemyślaną pracą po to zacząłem sięgać. To wymagało determinacji, ambicji i pracowitości.

Jakie ma Pan plany na dalszy rozwój kariery?

Chcę się dalej uczyć i uczyć innych. Mam trzy doktoraty – pracuję nad habilitacją. Rozwijam studia MBA dla przedsiębiorców, które stworzyłem. Chcę pisać kolejne książki, które pomagają ludziom w lepszym życiu. Będę więcej pracować zagranicą. Otwieram się też na nowe działalności, obszary, które poznaję i które mnie fascynują.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/f24c5d9cccaf51b91fdb8a882bb59b79,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/f24c5d9cccaf51b91fdb8a882bb59b79,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Mateusz Grzesiak, psycholog, szkoleniowiec i wykładowca akademicki, autor książki pt. Bądź skuteczny. 50 narzędzi rozwijających efektywność osobistą i zawodową</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/139099,rekruterzy-lykaja-to-jak-mlode-pelikany-oto-cztery-niezawodne-sposoby-ktore-sprawia-ze-dostaniesz-wymarzona-prace</guid><link>https://innpoland.pl/139099,rekruterzy-lykaja-to-jak-mlode-pelikany-oto-cztery-niezawodne-sposoby-ktore-sprawia-ze-dostaniesz-wymarzona-prace</link><pubDate>Wed, 29 Nov 2017 15:51:39 +0100</pubDate><title>Cztery niezawodne sposoby, aby rekruter dostrzegł Cię w tłumie kandydatów. Nawet nie wiedziałeś, że to ma znaczenie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/a4507bf672f153ec89f44371d5a4c1dd,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kiedy zapyta się rekrutera, jacy kandydaci są najczęściej poszukiwani, jakie muszą mieć cechy, odpowie zapewne wyuczoną na pamięć wyliczanką. Żeby dostać dobrą pracę, musisz być profesjonalny, komunikatywny, zaangażowany, zmotywowany,  sumienny, elastyczny, kreatywny, uczciwy etc. Po przepytaniu kilku specjalistów wyłania się obraz pracownika idealnego. W te ramy musisz się zmieścić, by dostać dobrą robotę. Aby zostać zauważonym przez rekrutera, musisz czymś przykuć jego uwagę.

Powstaje jednak pytanie – jak udaje im się wyłowić takiego kandydata w całym morzu ludzi chętnych do pracy? Okazuje się, że rekruterzy mają swoje sposoby, dzięki którym od razu udaje im się znaleźć tych, którym warto się bliżej przyjrzeć. Jak przyciągnąć oko rekrutera i zwiększyć swoje szanse na dobrą pracę?

Po pierwsze: adres mailowy
Myślisz, że to żart? Bynajmniej. Wiele osób nie pamięta o tym, że adres mailowy jest pewnego rodzaju wizytówką. 

– Z zaskoczeniem zaobserwowaliśmy, że bardzo duża część rekomendowanych przez nas i potem zatrudnianych menedżerów ma adres na Gmailu, oczywiście mowa o prywatnym adresie. Ale też nie byle jakim – zbudowanym według schematu „imię kropka nazwisko”. Tłumaczymy to sobie w taki sposób, że ci kandydaci już dawno temu interesowali się światem nowych technologii i byli aktywni w internecie. Oczywiście mogą to też być adresy na innych serwisach pocztowych, ale raczej nie z domeną typu buziaczek.pl – mówi w rozmowie z INN:Poland Piotr Goliński, partner zarządzający CTER Executive Recruitment.


Korzystanie z Gmaila mówi o kandydacie jeszcze kilka innych rzeczy. Konto jest spięte z innymi usługami, jak kalendarz, dokumenty czy system notatek. Rekruter ma więc prawie pewność, że kandydat korzysta z tych dobrodziejstw, a więc jest osobą w miarę poukładaną.
	
		
											
					
				
				Piotr Goliński, partner zarządzający CTER Executive Recruitment.•mat. prasowe
					

Nieco mniejszą wartość mają konta na Yahoo czy Hotmailu oraz rodzimych darmowych serwisach. Z kolei założenie sobie płatnej skrzynki typu VIP może być postrzegane jako niepotrzebna rozrzutność.

Po drugie: sport
Jeśli z Twojego CV wynika, że w młodości uprawiałeś amatorski sport, np. grałeś w studenckiej lidze w piłkę nożną, zdobywałeś medale w zawodach lekkoatletycznych lub w sportach walki, zwiększasz swoje szanse na łaskawe spojrzenie u rekrutera. 


Osoby regularnie uprawiające sport znają i rozumieją takie pojęcia jak systematyczność, cele, zadania i konieczność znalezienia na nie czasu. Takie osiągnięcia jak bieganie amatorskie, przebiegnięty pół maraton już nie mówiąc o 10 ukończonych maratonach czy ukończonym „ironmanie” pokazują, że potrafisz być zaangażowany i regularny w swoich działaniach

Uwaga, nie warto kłamać w CV. Rekruterzy są na tyle doświadczeni i obyci, by szybko zauważyć, że jedynym sportem, jaki uprawia kandydat jest wyczynowe oglądanie seriali na kanapie. Kłamstwo w CV skreśla cię definitywnie. Nieuprawianie sportu – jedynie nieco obniża wartość.
	
		
											
					
				
				W CV i podczas rozmowy kwalifikacyjnej nie opłaca się kłamać.•Foto: perig76 / 123RF
					

Po trzecie: aktywność na studiach
Działalność w samorządzie studenckim lub NGO-sach to niezwykle cenne doświadczenie, procentujące w latach późniejszych. Wielu studentów nie docenia tego, co może im dać praca dla innych. Wolą uczyć się i korzystać z życia, zamiast poświęcać czas sprawom samorządu. A to błąd.


– Z moich obserwacji wynika, że osoby z doświadczeniem w samorządzie studenckim świetnie sprawdzają się w pracy jako menedżerowie. Dlaczego? Bo mają doświadczenie w pracy pomiędzy różnymi instytucjami, umieją sprawnie poruszać się między decydentami, podejmować decyzje. I najczęściej zwracają uwagę na koszty swoich działań, bo umieją poruszać się w ramach określonego budżetu – podkreśla Piotr Goliński.

Po czwarte: szkoła muzyczna
Jako dzieciak patrzyłeś na swoich kolegów i koleżanki chodzące do szkół muzycznych z mieszanką podziwu i współczucia? Teraz możesz im zazdrościć. Bo nauka w takim trybie była dla nich męcząca, ale dała im świetnego kopa na start. Jak to możliwe?


– Nauka w szkole muzycznej to bardzo trudna i wyczerpująca edukacja. Dziecko czy młody człowiek oprócz normalnego programu realizuje cały dodatkowy cykl muzyczny. Ale jednocześnie uczy się koncentracji i perfekcyjnej organizacji swojej edukacji. W rezultacie w przyszłości startuje do pracy zawodowej jako osoba, która jest przyzwyczajona do ciężkiej pracy i dla której nie ma rzeczy niemożliwych – tłumaczy Piotr Goliński.

Oczywiście tu również trzeba przypomnieć, że kłamstwo ma krótkie nóżki. Kreowanie się na Yehudi Menuhina, podczas gdy w rzeczywistości umiemy zagrać na flecie melodię do „Wlazł kotek na płotek”, nie przejdzie.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/a4507bf672f153ec89f44371d5a4c1dd,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/a4507bf672f153ec89f44371d5a4c1dd,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">By zostać zauważonym przez rekrutera, musisz czymś przykuć jego uwagę.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/138623,internetowy-gigant-polegl-historyczna-chwila-o-awarii-sieci-ktora-dotknela-pol-swiata-napisza-w-podrecznikach</guid><link>https://innpoland.pl/138623,internetowy-gigant-polegl-historyczna-chwila-o-awarii-sieci-ktora-dotknela-pol-swiata-napisza-w-podrecznikach</link><pubDate>Thu, 09 Nov 2017 13:52:17 +0100</pubDate><title>Internetowy gigant poległ. &quot;To historyczna chwila. O awarii sieci, która dotknęła pół świata napiszą w podręcznikach&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/12f976a1305065a77ef65ca7b64ed449,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W całej Europie padło kilkanaście milionów stron internetowych – to wina awarii zasilania w firmie OVH, dostawcy usług internetowych. Awaria dotknęła również tysiące polskich przedsiębiorstw. – Na razie nie wiemy, czy był to cyberatak, czy karygodne zaniedbanie. Ale OVH jako firma może tego nie przetrwać – mówi w rozmowie z INN:Poland Przemysław Krejza, dyrektor ds. badań i rozwoju w firmie Mediarecovery.

– To chyba nie jest normalne, by awaria linii energetycznej odcięła od internetu pół Europy. A może taki przypadek ma prawo się zdarzyć?
– Każdy przypadek ma prawo się zdarzyć, ale nie takiej firmie. Tego typu przedsiębiorstwa powinny w sposób należyty dbać o zabezpieczenie interesów swoich klientów. Zresztą cała sytuacja będzie bardzo trudna dla OVH, bo z pewnością będą musieli zapłacić kary umowne. Mamy tu do czynienia z sytuacją historyczną.

– Umowy SLA (service level agreement) na poziomie 99,99 proc. oznaczają możliwe awarie może przez minutę w skali miesiąca.


– Tak, a tu mamy już kilka godzin przerwy. Myślę, że o tej sytuacji będzie się pisać w podręcznikach, bo w przypadku tak dużej firmy hostingowej to się nie powinno wydarzyć.

– Firma oświadczyła, że nastąpiła przerwa w dostawie prądu na dwóch liniach. Mają też dwa generatory, które powinny zabezpieczyć energię dla serwerów, ale nie mogą ich uruchomić. To dość kuriozalna sytuacja.
	
		
											
					
				
				Przemysław Krejza, Mediarecovery•mat. prasowe
					

– W ramach zapewnienia ciągłości usług dla klientów powinno się prowadzić regularne testy. Natomiast nie jest niczym niezwykłym, że tego typu symulacje prowadzi się często na papierze. Prawdopodobne jest to, że ktoś po prostu coś zaniedbał i nie zostały one należycie przeprowadzone. Tego typu obawy często zachodzą też w przypadku np. elektrowni atomowych. One również muszą mieć generatory służące podtrzymaniu zasilania reaktora, a zdarza się, że w momencie, w którym powinny zacząć działać, po prostu odmawiają posłuszeństwa. Takie sytuacje po prostu nie mają prawa się zdarzyć.


– Co w takiej sytuacji mają robić klienci, czy mogą się jakoś zabezpieczyć przed tego typu awariami? Jasne, mogą przecież korzystać z drugiego, zapasowego, dostawcy usług, ale to przecież drogie.

– Oczywiście musimy zawsze rozważyć możliwości, ale jeśli mamy wykupioną usługę o poziomie 99,99 proc. dostępności, to zwykle w analizie ryzyka zakładamy, że coś takiego się nie zdarzy. To jest sytuacja, którą pewnie będziemy musieli – mówię o całej branży – przemyśleć pod kątem bezpieczeństwa. Bo okazuje się, że chyba nie możemy do końca ufać tego typu zapewnieniom. Gdyby w analizie ryzyka założyć taki scenariusz, że nasz dostawca ma tak potężną awarię, to faktycznie można uruchomić usługę zapasową u innego dostawcy, ale słusznie pan zauważył, że to są potężne koszty. Po to mamy usługi chmurowe, żeby te koszty przerzucić na dostawcę usług. I to dostawca powinien mieć zapasowe ośrodki, zapasowe zasilanie, odpowiednie systemy reagujące na awarię. Tu to kompletnie zawiodło.


– Pojawia się też kwestia cyberbezpieczeństwa. Wystarczy awaria zasilania i nagle nie działa kilkanaście milionów stron internetowych, często ważnych z punktu widzenia państwa. To wręcz gotowa podpowiedź dla terrorystów. Może to sensacyjny scenariusz, ale może być realny.
	
		
											
					
				
				Serwerownia OVH we Francji.•mat. prasowe
					

– Zagrożenia dotyczące zasilania są bardzo realne. Jest przecież książka o tytule „Blackout”, w niej opisana jest sytuacja w której Europa, a następnie cały świat zostają pozbawione energii. Wszystkie usługi, cały internet jest zależny od prądu. Więc atak na elektrownię czy rozdzielnię prądu, która jest sterowana elektronicznie może skutecznie unieruchomić dostawcę usług. Tu na pewno będzie przeprowadzone dochodzenie, które wyjaśni co się faktycznie wydarzyło. I możliwe, że to jest atak na systemy zasilania, tego na razie nie wiemy. Takie zagrożenie istnieje i jest realne.


– Czy samo OVH zachowuje się transparentnie? Prezes firmy publikuje komunikaty na Twitterze. Czy to wystarczy?

– Ja czuję, że nie. Takie zarządzanie kryzysowe sprowadza się do próby ratowania reputacji. Widać, że OVH nie panuje nad tym, co się dzieje, pojawia się już sporo hejtu. To za długo trwa. Taka sytuacja w przypadku tak dużego dostawcy może oznaczać nawet jego koniec. Mogą się już z tego nie wydźwignąć, są przykłady innych dostawców, którzy po takich awariach musieli zakończyć działalność.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/12f976a1305065a77ef65ca7b64ed449,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/12f976a1305065a77ef65ca7b64ed449,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">- O tej sytuacji będzie się pisać w podręcznikach, bo w przypadku tak dużej firmy hostingowej, jak OVH to się nie powinno wydarzyć - mówi Przemysław Krejza, dyrektor ds. badań i rozwoju w firmie Mediarecovery.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/138305,oto-czlowiek-ktory-ma-najlepsza-fuche-na-swiecie-walter-rohrl-byl-na-otwarciu-salonu-porsche-okecie</guid><link>https://innpoland.pl/138305,oto-czlowiek-ktory-ma-najlepsza-fuche-na-swiecie-walter-rohrl-byl-na-otwarciu-salonu-porsche-okecie</link><pubDate>Fri, 27 Oct 2017 16:44:37 +0200</pubDate><title>Oto człowiek, który ma najlepszą fuchę na świecie. &quot;Rozbija się&quot; luksusowymi autami i jeszcze mu za to płacą</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/c09b0fab05c7435b9fc016c364d521d4,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Na pierwszy rzut oka wygląda jak każdy przeciętny 55-latek. Różnica jest taka, że Walter Röhrl skończył w tym roku 70-tkę. Kiedyś był kierowcą bawarskiego biskupa, ale jakoś tak się złożyło, że został rajdowym mistrzem świata. Od ćwierć wieku jest kierowcą testowym Porsche i tego zajęcia zazdrości mu 99 proc. mężczyzn od czwartego roku życia wzwyż.

W tym gościu wszystko jest fascynujące. Nie wyróżniałby się z tłumu na polskiej ulicy, chyba, że wzrostem. Chodzi w rozciągniętych dżinsach i swetrze, nie lubi szumu wokół siebie. Uśmiecha się, ale rzadko. Kiedy jeździ prototypem nowego Porsche po torze i pokonuje bokiem kolejne zakręty nie wygląda co prawda na cierpiętnika, ale nie ma w nim euforii.

Walter Röhrl od 1993 r. pełni funkcję ambasadora i kierowcy testowego producenta z Zuffenhausen. Mieliśmy okazję spotkać się z nim w Warszawie podczas otwarcia nowego salonu Porsche Centrum Okęcie. To kolejne miejsce, w którym Polacy mogą kupować te ekskluzywne samochody. A statystyki mówią, że robią to wyjątkowo chętnie. W gigantycznym kompleksie znalazło się także miejsce dla salonu Audi i Volkswagena. Z okazji otwarcia można było zobaczyć Porsche 911 Turbo S Exclusive Series, limitowany model stworzony jedynie w 500 egzemplarzach na całym świecie. 100 km/h w 2,9s? Żaden problem. Ciekawostka – do samochodu zaprojektowano specjalny zegarek o wartości – bagatela – 10 tys. euro.


Ale wróćmy do naszego bohatera. Zapytaliśmy Waltera Röhrla, na czym de facto polega jego praca.

– Cóż, ta praca jest przede wszystkim olbrzymią przyjemnością. Ale nie jest tak, że jestem jedynym kierowcą testowym Porsche. Mamy wielu ludzi, którzy zajmują się konkretnymi działaniami, moim zadaniem jest testowanie wykonania samochodu, wrażenia jakie zrobi. To jest wręcz fantastyczna robota, jestem dumny z tego, że objeżdżam wszystkie prototypy wychodzące z fabryki. Ale oczywiście proponuję czasem poprawki, by uczynić auta jeszcze lepszymi. Robię to od 25 lat i nie umiem dokładnie zliczyć modeli, które testowałem – odpowiada Röhrl na pytanie INN:Poland.
	
		
											
					
				
				Walter Röhrl•mat. prasowe
					

To doskonały przykład jego legendarnej skromności. Samo Porsche twierdzi, że sporo pracował nad rozwojem takich aut jak Porsche 959, Carrera GT czy najnowocześniejsze dzieło inżynierów Porsche – model 918 Spyder. Postawę Röhrla tłumaczy nieco jego wcześniejsze podejście do samochodów i rajdów. Jako 18-latek pracował jako kierowca niemieckiego urzędnika, później woził bawarskiego biskupa. 


Długo nie wierzył w swoje umiejętności, w karierę młodego Waltera zainwestował jego przyjaciel. Już po kilku rajdach pokazał się z dobrej strony, zyskał sponsora i zaczął seryjnie wygrywać. Dopiero wtedy zrezygnował z pracy w administracji kościelnej w Ratyzbonie. 

Kiedy pytamy go o nowoczesne technologie w samochodach, okazuje się, że Röhrl jest ich fanem.

– Kiedy 20 lat temu kiedy siedziałem w Porsche i jechałem szybko, to było zupełnie inne wrażenie, niż dziś. Szybka jazda była niebezpieczna. To były świetne auta, ale wybaczały niewiele błędów. Dziś samochody są wręcz pomocne, łatwe w prowadzeniu. Możesz zapytać, czy nie są przez to zbyt perfekcyjne. A ja odpowiem, że nie! Bo szybka jazda ma się wiązać z przyjemnością, a nie poczuciem zagrożenia – mówi nam.


Dodaje, że olbrzymią ewolucję przeszły choćby skrzynie biegów, zmieniające przełożenia w ułamku sekundy czy systemy wspomagania jazdy i kontroli trakcji.
	
		
											
					
				
				Walter Röhrl
					

– Technologia poszła bardzo naprzód. Kiedyś systemy wspomagające jazdę bardzo spowalniały samochód i kierowcę, sam dobrze to pamiętam. Dziś mogę zrobić z samochodem niemal wszystko, a system dba o moje bezpieczeństwo. Przykład – jadę w zakręcie 170 km/h, a elektronika dba o resztę. Nic mnie nie hamuje, jedynym co wskazuje na jej działanie jest migająca lampka na tablicy rozdzielczej. Więc moim zdaniem, dziś auta pozwalają na mnóstwo zabawy, czerpanie radości, a jednocześnie bardzo dużo wybaczają. A to jest naszym celem i nad tym pracujemy. Na przykład to auto ma ponad 600 koni, a każdy może nim jeździć i czerpać z tego „fun” – mówi wskazując stojące obok Porsche 911 Turbo S Exclusive Series za 1,3 mln złotych.


Röhrl przez innych kierowców i znawców motoryzacji i sportów motorowych został już dawno uznany najlepszym kierowcą wszech czasów. W swojej karierze w latach 1973–1987 zdobył dwa mistrzostwa świata FIA (1980 i 1984 r.) i mistrzostwo Europy (1974 r.), wygrał czternaście wyścigów w ramach mistrzostw świata i czterokrotnie Rajd Monte Carlo.

Mimo sukcesów pozostał skromny i sam siebie nazywa „prostym, bawarskim chłopem”. „Nie potrzebuję śmigłowca, jachtu ani domu na Florydzie. Do szczęścia wystarczy mi mój wyścigowy rower, wycieczka po Lesie Bawarskim i dziesięć euro na coś do jedzenia” – mówi.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/c09b0fab05c7435b9fc016c364d521d4,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/c09b0fab05c7435b9fc016c364d521d4,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Walter Röhrl</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/138253,to-najwieksze-pokolenie-jakie-kiedykolwiek-chodzilo-po-ziemi-szanuj-milenialsa-a-bedzie-umial-ci-sie-odwdzieczyc</guid><link>https://innpoland.pl/138253,to-najwieksze-pokolenie-jakie-kiedykolwiek-chodzilo-po-ziemi-szanuj-milenialsa-a-bedzie-umial-ci-sie-odwdzieczyc</link><pubDate>Wed, 25 Oct 2017 13:24:42 +0200</pubDate><title>To największe pokolenie, jakie kiedykolwiek chodziło po ziemi. Szanuj milenialsa, a będzie umiał ci się odwdzięczyć</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/dcd69738b54cffc73b09f56d822618c6,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Milenialsi to pierwsze pokolenie tak pełne sprzeczności. – To ludzie, którzy bardziej cenią informacje niż autorytety. Ale nie demonizujmy ich, to świetni pracownicy – mówi w rozmowie z INN:Poland Chip Espinoza, specjalista od zarządzania, światowej sławy badacz pokolenia milenialsów.

Ekspert od milenialsów jest w Polsce jednym z gości organizowanej przez Fundację Digital University konferencji Masters and Robots.

– Czy milenialsi są naprawdę inni, czy różnią się od innych pokoleń? Chodzi mi przede wszystkim o rynek pracy?

Moim zdaniem tak. Jest to częściowo uwarunkowane socjologicznie i przez wyzwania, które stoją przed nimi jako pracownikami. Przyjrzyjmy się szczegółowo sprawom, które – jak wierzę – silnie odróżniają ich od innych pokoleń. Przede wszystkim są pierwszym pokoleniem, które wychowywało się nie potrzebując autorytetów, lecz pod wpływem dostępu do informacji. Widzimy przecież młodych pracowników, którzy nie idą już do swojego szefa z pytaniem, na które sami mogą znaleźć odpowiedź albo uważają takie pytanie za banalne. To pokolenie samo szuka informacji, jeszcze zanim uda się do osoby uważanej za autorytet. 


Generacja milenialsów umie też odpowiednio zainicjować kontakt z „autorytetem”, ponieważ dobrze wie, o co jej chodzi, jakie ma potrzeby. Chociaż czasami rodzi to pewne konflikty, ponieważ starsze pokolenia czują się trochę pomijane, mogą uważać, że milenialsi nie szanują ich pozycji. Oczywiście wokół milenialsów narosło sporo mitów: czasem prawdziwych, czasem nie. Ale stworzyli własną rzeczywistość. 
	
		
											
					
				
				Twitter.com / ChipEspinoza
					

– Czy można ich w takim razie nazwać grupą lekko anarchizującą? Poza tym wydaje mi się, że sami milenialsi – odnosząc się m.in. do polskich badań – są grupą bardzo niejednorodną, podzieloną wewnętrznie.


Ależ oczywiście, to bardzo trafne spostrzeżenie. Nie można przecież generalizować i przypisywać konkretnych cech, celów czy zachowań ludziom tylko dlatego, że są w podobnym wieku. Ale z drugiej strony są pewne rzeczy, które widzimy w sposobie ich postrzegania przez przełożonych i starszych pracowników. I są to obserwacje bardzo uniwersalne. Przykład? Przyjmują bardzo defensywną postawę, gdy ktoś chce zwrócić im uwagę, poprawić. Nie lubią tego, nie lubią negatywnych sygnałów.

Oczywiście nikt za tym nie przepada, ale milenialsi są na to szczególnie wyczuleni. Nie mają też szczególnie dużych doświadczeń a także są mocno pochłonięci sobą. Rzadko stawiają pracę na pierwszym miejscu w swoim systemie wartości. Są to niektóre cechy, które da się zauważyć u większości milenialsów w takiej skali, że trudno ją zignorować.


– Co w takim razie cenią, do czego przykładają uwagę?

Przede wszystkim do osiągnięć. Ale bardzo cenią też nieformalność, pozbycie się pewnych sztywnych ram. Bardzo lubią być doceniani, przykładają do tego sporą uwagę. Ale lubią też widzieć sens w swojej pracy. Oni nie chcą przychodzić do firmy, spędzać w niej czas i dostawać pensję. Oni naprawdę chcą coś zmieniać, robić coś, co ma znaczenie. Chcą, żeby ich głos był słyszany i doceniany. Oczywiście są to cechy, które można znaleźć i u innych pokoleń.

– To dlaczego właśnie do milenialsów przykładamy tak dużą wagę?


Nie bez znaczenia jest ich liczebność, to bardzo duże pokolenie. Bez kozery można powiedzieć, że to jest największe pokolenie, jakie kiedykolwiek chodziło po Ziemi.

– Jak zarządzać nimi jako pracownikami?

Moim zdaniem dobry menedżer potrafi zarządzać różnymi pracownikami. A sposobem na milenialsa jest zbudowanie z nim więzi, poświęcenie mu czasu. Zainteresowanie się i rozmawianie z nim o jego karierze. Takiemu pracownikowi bardzo dobrze jest pokazać obraz sytuacji, szerszy kontekst jego pracy. Musi wiedzieć, że te kropki się łączą, że jego praca ma sens. Nie mówić mu „masz to zrobić, bo jestem twoim szefem i ci każę”. Trzeba mu pokazać wartość tego, co robi. To jest bardzo efektywne rozwiązanie. 


Inną umiejętnością, o której często mówię, jest pozytywna korekta. Nie wytykamy błędów personalnie, ale szukamy innej drogi zrobienia czegoś. Poza tym naprawdę liczy się to nieformalne podejście. Milenialsi często go szukają, bo uważają, że droga formalna jest nieefektywna i niewłaściwa. Oni nie okazują braku szacunku, są po prostu bardziej bezpośredni i autentyczni. To duże zadanie dla menedżerów, by nie czuć się obrażonym, ale milenialsa zrozumieć.

– Sporo mówi się o tym, że milenialsi nie są tak skupieni na pracy, jak inne pokolenia.

Podejście milenialsów do życia prywatnego jest w dużej mierze związane z technologiami. Milenialsi lubią oddzielać sferę prywatną od zawodowej, ale chcą i potrzebują mieć dostęp do życia prywatnego w pracy. Zadaniem dla menedżera jest stworzenie takiej atmosfery, w której pracownik nie będzie się czuł kompletnie oderwany od swoich prywatnych kontaktów, również podczas pracy. Ale działa to w obie strony i taki pracownik nie będzie miał nic przeciwko temu, by poświęcić część swojego życia prywatnego na pracę.

	
		
											
					
				
				YouTube.com / Deloitte
					


– Myśli pan, że mają w sobie taką siłę, by przemodelować gospodarkę czy choćby rynek pracy?


Sądzę, że tak, przede wszystkim dlatego, że mają dużą inteligencję emocjonalną, starają się pojąć maksymalnie dużo rzeczy. Dzięki temu sami umieją zrozumieć innych ludzi i nimi zarządzać. Poza tym są na ogół dobrze postrzegani w tej roli przez starszych pracowników. Dla „starszych” też liczy się to, że ich szef o nich dba, że ma empatię, zrozumienie, że łatwo do niego dotrzeć. Pewną wadą milenialsów może być trudność w podejmowaniu decyzji. Ale oni nie boją się samej decyzji, lecz podjęcia złej i jej negatywnych skutków. Oni po prostu patrzą dość szeroko na rezultat, jaki coś może przynieść. Poza tym czują się niekomfortowo, nie znając pełnego oglądu sytuacji przed podjęciem decyzji.


– Czy polscy milenialsi jakoś różnią się od tych z innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej? Ma pan jakieś rady dla nich?

Kiedy ostatnio byłem w Polsce, szczególnie na panelach, a jeszcze dokładniej podczas rozmów po tych sesjach, zauważyłem, że więź między nimi, a starszymi pracownikami mogłaby być lepsza. Nie ma się co frustrować, trzeba poszukać tego, co nas łączy. Myślę, że największym wyzwaniem dla firm w perspektywie 6-8 lat będzie transfer wiedzy. Ale tej wiedzy, której nie znajdziemy w podręcznikach, tylko tej, którą można przekazać tylko między pokoleniami, między ludźmi. Nie analizujmy stereotypów nas dotyczących, tylko budujmy relacje między pokoleniami. Wielką szansą dla Polski, większą niż dla Europy Zachodniej, są młode pokolenia wchodzące na rynek pracy. Dzięki nim rynek pracy będzie się utrzymywał w świetnej formie.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/dcd69738b54cffc73b09f56d822618c6,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/dcd69738b54cffc73b09f56d822618c6,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Dr Chip Espinoza</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/138139,zamiast-opracowywac-nudne-strategie-wola-ukladac-klocki-legendarne-zabawki-pomagaja-odniesc-biznesowy-sukces</guid><link>https://innpoland.pl/138139,zamiast-opracowywac-nudne-strategie-wola-ukladac-klocki-legendarne-zabawki-pomagaja-odniesc-biznesowy-sukces</link><pubDate>Fri, 20 Oct 2017 09:08:17 +0200</pubDate><title>To całkiem nowa moda w korporacjach. Eksperyment z Lego przechodzi najśmielsze oczekiwani, mocno rośnie kreatywność</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/9c1585c3f5cea17e2aa6a6b8e03f38c1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Sporą popularność zdobywa w Polsce nowa metoda prowadzenia spotkań dotycząca budowy strategii i zespołów w firmach. Metoda jest niezwykle prosta i skuteczna. Okazuje się, że ludziom wystarczy dać klocki Lego, by szybko i z przyjemnością rozwiązali nawet najbardziej zawiłe problemy.

Jedną z prekursorek, wprowadzających metodę Lego Serious Play na polski rynek jest Magdalena Kowalska, prowadząca firmę Pimento. Jak twierdzi, jest to połączenie zabawy i pracy, które pozwala na wyeliminowanie nudnych spotkań, zdominowanych przez niemających nic do powiedzenia uczestników. Zamiast mówić albo rysować wykresy, uczestnicy warsztatów budują z klocków to, co chcą wyrazić.

– Z klocków budujemy trójwymiarowe modele, które są odpowiedzią na pytania stawiane przez trenera. On nadzoruje ten proces, choć zanadto w niego nie ingeruje. Te budowle są metaforą, a czasem dosłownym zobrazowaniem tego, co ludzie chcą powiedzieć. Są to twory abstrakcyjne, stanowiące doskonały pretekst do tego, by w bezpieczny sposób opowiedzieć o swoich opiniach – mówi Magdalena Kowalska w rozmowie z INN:Poland.
	
		
											
					
				
				Magdalena Kowalska, Pimento•mat. prasowe
					

Zalety? Mnóstwo!
Po pierwsze spotkania firmowe przestają być śmiertelnie nudne i niekonstruktywne. Po drugie – ich uczestnicy własnymi rękami budują konkretne rozwiązania, coś, z czym się utożsamiają, tworzą to sami, zatem nie ma później problemu z realizacją wyznaczonego celu. A po trzecie, neutralizujemy w ten sposób firmowych mistrzów słowa, tytanów intelektu i domorosłych erudytów, dając dojść do głosu wszystkim w równym stopniu.


– Ta metoda polega min. na tym, że podczas budowy dzielimy się opiniami. Można powiedzieć, że nauka słuchania i postrzegania komunikatów z poziomu opinii a nie oceny to „efekt uboczny” tej metody. Uczestnicy koncentrują się na tym co tworzą, co mają na stole czyli na meritum. Dzięki temu nie schodzą na wątki poboczne, które – jak wynika z mojego doświadczenia – niejednego stratega biznesowego wyprowadziły już na manowce. W wielowątkowej dyskusji często odchodzi się od głównego wątku i zaczyna koncentrować na negowaniu zdania innej osoby albo ucieka od tematu – wyznaje Magda Kowalska.
Czas zmian
Skąd wziął się pomysł na wykorzystanie klocków w rozwiązywaniu zawiłych kwestii biznesowych? Oczywiście z Danii. W połowie lat 90. nowoczesne zabawki zaczęły wypierać z rynku klocki Lego, prezes tej firmy zaczął więc szukać rozwiązań. Nad tematem pochyli się stratedzy, ale ich praca nie przyniosła żadnych konstruktywnych rozwiązań, które satysfakcjonowałyby właściciela firmy. Ten wychodził bowiem z założenia, że firma, która zajmuje się kreatywnym myśleniem, powinna stworzyć kreatywną strategię.


Postanowił więc wykorzystać do pracy swoje niezawodne przy budzeniu kreatywności dzieci: klocki. Przy okazji okazało się, że dwóch profesorów w Lozannie pracuje nad bardzo podobnym projektem – szukają rozwiązania problemu dlaczego strategie w niektórych organizacjach funkcjonują dobrze a w innych źle. Lego połączyło siły z IMD Business School z Lozanny i wspólnie stworzyli narzędzie do budowania strategii organizacji. Okazało się na tyle skuteczne, że inne firmy wymusiły niejako na Lego podzielenie się nową metodą.
	
		
											
					
				
				mat. prasowe
					

Jak to działa?
Metoda Lego Serious Play jest oparta między innymi na psychologii rozwojowej. 


– To niesamowite narzędzie do generowania pomysłów, poprawy komunikacji w zespole, strategii czy innym dowolnym kontekście biznesowym. Wykorzystanie go ogranicza jedynie nasza wyobraźnia. To, co powstaje przy użyciu tej metody jest niezwykle skuteczne – twierdzi Magda Kowalska. 

Dodaje, że zdarzają się sceptycy, którzy w klockach widzą zabawki a nie poważne narzędzie.

– Ale my w tej metodzie wcale od zabawy nie uciekamy, ona jest bardzo istotnym elementem pracy nad generowaniem rozwiązań. Psychologia rozwojowa mówi o tym, że najlepiej uczymy się i rozwijamy podczas dobrej zabawy, kiedy robimy to co nas cieszy. Jesteśmy wtedy mocniej zaangażowani i skuteczni – mówi Kowalska. Jej zdaniem, użycie klocków Lego kojarzy nam się z dzieciństwem, z czymś przyjemnych, przenosimy się w jakimś sensie w czasie do okresu miłych dziecięcych doznań.


– A jednocześnie jak nam jest przyjemnie, to łatwiej się otwieramy na wiele spraw. Ale faktycznie ludzie bardzo często spłycają siłę tej metody, tymczasem klocki są tylko pretekstem do tego, by rozmawiać o bardzo poważnych, głębokich tematach – dodaje.

Zabawa klockami pozwala na silne zaangażowanie członków spotkania w temat. To, co budują, mówi wiele o nich i ich postrzeganiu rzeczywistości, zespołu czy celów. Przykład? Ważne jest to, jakie wybierają klocki i jak np. ustawią ludziki i to jakie nadają im znaczenie.

– Potem opowiadają o tym, co zbudowali i co to dla nich oznacza. I to oni muszą powiedzieć dlaczego ludziki zostały ułożone w linii prostej albo dlaczego tworzą piramidę. Dlaczego szef, który stoi na czele zespołu dzierży w dłoni kwiaty albo miecz. Wykorzystujemy całą masę symboli, dzięki którym nadajemy wyobrażenie temu, co chcemy zbudować – tłumaczy Magdalena Kowalska.
	
		
											
					
				
				mat. prasowe
					

Dzięki takiemu podejściu każdy uczestnik spotkania ma takie same szanse na wypowiedź.


– To bolączka wielu organizacji i burz mózgów. Często jedna dynamiczna osoba dominuje dyskusję i nie pozwala dojść do głosu innym. Tym, którzy są mniej śmiali albo z uwagi na stanowisko nie chcą zabierać głosu. Metoda wyrównuje szanse w dyskusji. Uspokajamy zapędy tych, którzy z natury dominują, a swoim słowotokiem zabijają każdą dyskusję i dajemy szansę tym, którzy często są genialni, ale mniej przebojowi – wyjaśnia trenerka.

Dodaje, że ma klientów, którzy wykorzystują klocki również w życiu codziennym, do pomocy w rozwiązaniu problemów nie tylko biznesowych ale i prywatnych.


– Podczas tej pracy używamy obydwu dłoni, uruchamiamy obydwie półkule mózgowe a przez to –mamy dostęp do całej swojej wiedzy i możliwości jakie daje nam nasz mózg , zatem lepiej się myśli. Często przecież używamy przenośni, mówiąc o tym, że „sprawy się poukładały” albo „klocek wskoczył na swoje miejsce”. Pracując tą metodą czy bawiąc się klockami możemy zrobić to również dosłownie – mówi Kowalska.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/9c1585c3f5cea17e2aa6a6b8e03f38c1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/9c1585c3f5cea17e2aa6a6b8e03f38c1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Skąd wziął się pomysł na wykorzystanie klocków w rozwiązywaniu zawiłych kwestii biznesowych? Oczywiście z Danii.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/137755,polacy-utona-w-plastiku-i-puszkach-po-piwie-w-naszym-kraju-nie-ma-firm-zajmujacych-sie-recyklingiem-butelek</guid><link>https://innpoland.pl/137755,polacy-utona-w-plastiku-i-puszkach-po-piwie-w-naszym-kraju-nie-ma-firm-zajmujacych-sie-recyklingiem-butelek</link><pubDate>Tue, 03 Oct 2017 09:13:40 +0200</pubDate><title>Polacy utoną w plastiku i puszkach po piwie. W naszym kraju nie ma firm zajmujących się recyklingiem butelek</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/587b8377408617aee53a9aaa99255901,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kiedy rządzącym zapaliła się czerwona lampka, było już zdecydowanie za późno. Plan wprowadzenia kaucji na plastikowe butelki i puszki jest nierealny. Ale może udać się coś innego, co pozwoli nam na uniknięcie kar ze strony europejskich instytucji.

Pamiętam, jak kilka lat temu byłem na spotkaniu prasowym w pewnej niemieckiej firmie. Jeden z polskich dziennikarzy zgniótł w ręku puszkę po coli i wyrzucił ją do kosza. Niemiecki menedżer nie przerywając prezentacji podszedł do kosza, wyciągnął puszkę, rozprostował ją i wrzucił do skrzynki przeznaczonej na puszki. Widząc nasze miny wyjaśnił, że puszka kosztuje 25 eurocentów i oni nie pozwalają sobie na taką rozrzutność.

Czy coś takiego jest możliwe w Polsce? Nie. Na razie nie. Ostatnio rząd zaczął zajmować się projektami dotyczącymi wprowadzenia w Polsce systemu kaucji za plastikowe i szklane butelki oraz puszki. I już wiadomo, że z tak szerokiego planu nic nie wyjdzie.


– Faktycznie było wiadomo, że rządzącym w końcu zapali się czerwona lampka. Sprawa gospodarki odpadami musi zostać szybko uregulowana, bo wymusza to na nas dyrektywa Unii Europejskiej – mówi w rozmowie z INN:Poland Jarosław Mielniczuk z firmy S-profit. To przedstawiciel jednego z europejskich liderów w zakresie gospodarowania odpadami przy pomocy automatów do odbierania zużytych opakowań.

Kaucji nie będzie
Ale jego zdaniem proponowany system opierający się na kaucji nie ma w Polsce najmniejszych szans powodzenia. Nasz kraj nie sprosta takiemu wyzwaniu. Sprawa tylko pozornie wydaje się prosta, ale wymaga bardzo dużych nakładów finansowych i czasu.


– Systemy zwrotne i depozytowe, czyli to, czym zajmuje się nasza firma, zostały wprowadzone w wielu europejskich krajach, ale wiele lat temu. Minister Ochrony Środowiska alarmuje, że Niemcy wydali na uruchomienie systemu kaucyjnego 780 mln euro. I faktycznie, takie są twarde dane, ale proszę zwrócić uwagę, że zajęło im to kilka lat. Na dodatek daleko nam do Niemiec i zasobów ich gospodarki, nie ma się co porównywać. Nawet biorąc pod uwagę, że sam kraj jest większy od Polski i ma więcej obywateli, to koszt takiego systemu były ogromny – mówi nam Jarosław Mielniczuk.
	
		
											
					
				
				Plastikowe butelki w sortowni, gotowe do recyklingu•Foto: Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta
					

Państwo – a w szczególności samorządy – nie sprosta wymogom, które narzuca na nas Unia Europejska. I warto przypomnieć, że to nie jest spór o krzywiznę banana albo o to, czy ślimak jest rybą. Polacy opróżniają rocznie 110 tys. ton plastikowych butelek, które zaśmiecają kraj. W zależności od składu będą się rozkładać przez nawet tysiąc lat. Tymczasem umiemy odzyskiwać jedynie ok. 30 proc. tych odpadów, reszta – 70 proc. trafia na składowiska lub spalarni. I mimo tego, że butelki nie są toksyczne, to rozkładają się na miliony kawałków plastiku. Znajdują się one już nawet w mięsie ryb i zwierząt.


Bez państwa ani rusz
Nasz rozmówca zwraca uwagę, że system kaucyjny jest niemożliwy do zorganizowania bez ingerencji państwa i bardzo poważnych nakładów finansowych z budżetu.

– Dlaczego? Bo inwestycja sektora prywatnego w takie systemy jest kompletnie nieopłacalna. Z jednego podstawowego powodu – plastikowa butelka oddawana do automatu nie jest warta 25 eurocentów kaucji, jej rzeczywista wartość jest wielokrotnie niższa. W efekcie 80 procent pieniędzy, jakie pochłania system, musi dopłacać państwo – twierdzi Jarosław Mielniczuk.

De facto możemy więc zapomnieć o inwestowaniu państwa w te systemy, tym bardziej, że jest to proces długoterminowy. Według naszego rozmówcy samo jego wprowadzenia potrwałoby 2 lata, do tego dochodzi procedura przygotowawcza, która potrwa kilka miesięcy. Nie zapominajmy o konieczności zmiany przepisów i przegłosowania iluś ustaw.


Nie zapominajmy o jeszcze jednej bardzo ważnej rzeczy – do systemu kaucyjnego potrzebne byłyby tysiące automatów. Tymczasem w Polsce nie ma ani jednej firmy produkującej podobne urządzenia, które mogłyby przyjmować i rozliczać wrzucone puszki i butelki.
	
		
											
					
				
				Foto: Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta
					

Wszystko to sprawia, że według najnowszych opinii specjalistów w Polsce po prostu nie uda się wprowadzić kaucji za plastikowe i aluminiowe opakowania.

W lojalności siła
Zdaniem Jarosława Mielniczuka da się za to wprowadzić inny system, który – przynajmniej w pierwszej fazie – spełniłby wymagania europejskiej dyrektywy a jednocześnie ograniczył ilość plastiku na wysypiskach. Mógłby być oparty na idei Smart RVM (Reverse Vending Machine) z programem lojalnościowym "Nagroda za Recykling", czyli automatu, który przyjmuje, segreguje i zgniata puszki i butelki a osobę oddającą nagradza specjalnymi „ekopunktami". Te zaś można wykorzystać w sieci partnerów współpracujących z systemem. 


Z jednej strony mogą to być placówki handlowo-usługowe, oferujące zniżki, z drugiej zaś instytucje samorządowe. Mogłyby wymieniać punkty na obniżki cen za wywóz śmieci, biletów komunikacji miejskiej czy premiować dostępem do miejskich basenów czy innych ośrodków.

– W takiej formie recykling odpadów byłby korzystny dla każdej strony. Obywatel miałby zniżki i gwarancję, że jego odpady zostały poddane recyklingowi a nie zalegają na wysypisku. Polska wypełniłaby dyrektywy UE i pozbyła się problemu śmieci – twierdzi Jarosław Mielniczuk.

Dodaje, że pilotażowy system stworzony przez jego hiszpańską firmę-matkę sprawdza się już w Hiszpanii i Ameryce Południowej. 300 automatów zbiera rocznie 19 tys. ton odpadów. Czy coś podobnego zadziałałoby w Polsce?


Zdaniem Jarosława Mielniczuka tego typu system wspomagający (bo nie obejmuje wszystkich rodzajów odpadów) dałoby się wprowadzić w Polsce w ciągu zaledwie 2-3 miesięcy, są na to środki finansowe przyznane Polsce przez UE na lata 2014-2020 r. 

– Jesteśmy przekonani, że innej formy zbierania tego typu odpadów w Polsce nie da się w tak krótkim czasie w Polsce wprowadzić. A inaczej po prostu nie dogonimy wytycznych dyrektywy unijnej i będziemy musieli płacić kary – twierdzi.

Jak dodaje nasz rozmówca, w tej chwili w Polsce działają jedynie dwie firmy oferujące automaty do segregowania odpadów – należąca do jego spółki-matki R3think BCN oraz światowy potentat, norweska Tomra. Po odrzuceniu systemu kaucyjnego jako zbyt drogiego, wszystkie podmioty mające w ofercie automaty typu reverse vending machine musiałyby nawiązać ścisłą współpracę. Do niej włączyłyby się też władze samorządowe oraz branża handlowa.


Mielniczuk podkreśla, że do takiego systemu musiałyby zostać zaproszone bardzo różne podmioty, ściśle ze sobą współpracujące. Jest oczywiste, że S-profit – gdyby został zaproszony do jego współtworzenia – byłby jednym z wielu. Ale jego zdaniem w tej chwili nie ma innej drogi.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/587b8377408617aee53a9aaa99255901,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/587b8377408617aee53a9aaa99255901,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Polska musi pilnie zająć się problemem plastikowych odpadów, by uniknąć kar ze strony UE.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/137155,mozesz-znalezc-sie-na-prestizowej-liscie-najbardziej-innowacyjnych-firm-w-europie-rusza-kolejna-edycja-new-europe-100</guid><link>https://innpoland.pl/137155,mozesz-znalezc-sie-na-prestizowej-liscie-najbardziej-innowacyjnych-firm-w-europie-rusza-kolejna-edycja-new-europe-100</link><pubDate>Fri, 08 Sep 2017 13:43:53 +0200</pubDate><title>Możesz znaleźć się na prestiżowej liście najbardziej innowacyjnych firm w Europie. Rusza kolejna edycja New Europe 100</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/5f1da6a8238bb10f27fcab362972fc02,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Parki technologiczne, huby, coworking, przestrzenie kreatywne. Metod i zachęt na przyciąganie innowatorów i innowacji jest sporo, wszystkie - jak dotąd - zakładają, że kluczem jest przestrzeń, gdzie gromadzą się wybitne umysły. Ale “przestrzeń” można rozumieć mniej dosłownie, np. jako system relacji, zależności. I może takie rozumienie jest krokiem naprzód w rozwoju innowacji i wspieraniu innowacyjności.

- Zmaterializowanie marzeń o start-upie nie jest trudne. Infrastruktura i przestrzenie coworkingowe czekają w większych miastach, rządy przyjmują strategie, które wspierają ekosystemy, coraz więcej jest też możliwości finansowania. Fundusze VC i aniołowie biznesu są aktywni w regionie. Najważniejszym wyzwaniem pozostaje skalowanie - dostęp do rynków, gdzie obowiązuje 28 różnych systemów regulacyjnych, a jednolity rynek pozostaje marzeniem - mówi Adela Zabrazna ze słowackiego SAPIE.

Nie jest zatem łatwo i startupy powinny brać sprawy w swoje ręce. Droga do zbudowania Jednolitego Europejskiego Rynku pozostaje długa, zatem tym bardziej to głos środowiska z Europy Środkowo-Wschodniej powinien być słyszalny.


Wedlug Veroniki Pistyur z Bridge Budapest - “Musimy współpracować i sprawić, by region CEE był tak silny, jak to tylko możliwe. To oznacza i kreatywność i finansowanie. Węgierscy politycy zdali sobie sprawę, że taka strategia jest potrzebna, i dobrze, bo przedsiębiorcy potrzebują wsparcia, żeby działać globalnie. To dopiero mały krok, ale dobrze, że ten proces trwa”.

To, że potrzebna jest współpraca to nie tylko ocena osób ze środowiska. Widać to także w raportach i analizach. Start-upy i innowacje w naszym regionie są wspierane na różnych płaszczyznach przez cztery rodzaje organizacji: duże przedsiębiorstwa, instytucje publiczne, instytucje naukowe i fundusze (VC i PE). Jak wynika z raportu Fish Ladder/PwC (04.2017) to wciąż za mało i aby konkurować na międzynarodowych rynkach trzeba rozwijać kompetencje kreatywne i korzystać z otwartych innowacji.


Podobne wnioski ma Deloitte. W raporcie (06.2016) Diagnoza ekosystemu startupów w Polsce utworzono model dojrzałości ekosystemu, obejmujący pięć kluczowych obszarów: finansowanie, regulacje prawne, kapitał ludzki, kapitał społeczny oraz otoczenie instytucjonalne. W skali od 1 do 4 Polska uzyskała stopień dojrzałości wynoszący 1,93. Kapitał społeczny stanowi najsłabsze ogniwo polskiego ekosystemu startupów. Przejawia się to w niskim poziomie zaufania, braku umiejętności współdziałania, awersji do ryzyka i negatywnym nastawieniu do porażki. Brakuje postawy otwartości na dzielenie się wiedzą i zaangażowania w życie społeczne.Oznacza to, że otwarcie i budowanie relacji to klucze do rozwoju. Skoro tak, wsparcie może nadejść także z innej strony, czyli organizacji, które zbudują networki innowatorów.
	
		
											
					
				
				Fot. materiały prasowe
					

 Jedną z takich inicjatyw jest New Europe 100. Przez ostatnie 3 lata celem projektu było wyszukiwanie i promocja innowatorów z Europy Środkowej i Wschodniej, a następnie stworzenie dorocznej listy stu najciekawszych, najbardziej innowacyjnych osób, które swoją wiedzą, talentem i, co równie ważne, wykorzystaniem technologii wpływały na poprawę jakości życia. 


Na listę NE100 trafili między innymi twórcy aplikacji z mapą miast dla osób poruszających się na wózkach, zdalnego KTG badającego stan płodu, czy latającego samochodu. Tegoroczna, czwarta już edycja NE100 będzie początkiem procesu łączenia wybitnych osób w środkowoeuropejski network, który ma pomóc w nawiązywaniu regionalnej współpracy. Może się to przełożyć na szybsze i łatwiejsze osiągnięcie celów, np. wejście na nowy rynek, czy znalezienie partnerów.

To ważne szczególnie dla start-upów na etapie seed i early-stage, dla których wsparcie konsultacyjne ,pomoc w napisaniu biznes planu, analizy rynku czy kontaktu ze światem biznesu może być niezwykle cenne. Podobnie jak kontakty z osobami, które przeszły już podobną drogę i mogą podzielić się doświadczeniem. Dla start-upów na kolejnych poziomach rozwoju bardziej pomocne może być zaangażowanie w dzielenie się wiedzą i aktywna współpraca w budowaniu ekosystemu. To szansa na mówienie wspólnym głosem, realna reprezentacja środowiska i uczestnictwo w procesach legislacyjnych.


Według Deloitte tylko w Polsce start-upy w 2023 roku mogą wygenerować ponad 2,2 mld zł wartości dodanej. Jest to niemalże pół miliarda złotych więcej niż wydatki budżetowe na oświatę i wychowanie w 2016 roku. Równocześnie start-upy mogą stworzyć w 2023 roku w Polsce łącznie ponad 50,3 tys. miejsc pracy. To ogromny rynek, który może być jeszcze silniejszy jeśli tylko otworzy się na współpracę.

Tworzysz lub wykorzystujesz nowe technologie, które wpływają na życie innych? A może znasz kogoś takiego? Nominuj siebie lub innych do prestiżowej listy New Europe 100 poprzez stronę internetową www.ne100.org/nominate lub portale społecznościowe Facebook lub Twitter, podając imię i nazwisko kandydata, krótkie uzasadnienie oraz #NE100. Samo zgłoszenie zajmuje nie więcej niż 2 minuty. Na nominacje czekamy do 15 września.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/5f1da6a8238bb10f27fcab362972fc02,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/5f1da6a8238bb10f27fcab362972fc02,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Rusza czwarta edycja New Europe 100.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/136249,niemal-polowa-dzieci-ktore-popelniaja-samobojstwa-to-ofiary-bullyingu</guid><link>https://innpoland.pl/136249,niemal-polowa-dzieci-ktore-popelniaja-samobojstwa-to-ofiary-bullyingu</link><pubDate>Wed, 26 Jul 2017 14:54:37 +0200</pubDate><title>Niemal połowa dzieci, które popełniają samobójstwa, to ofiary bullyingu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/b2af9dfd39a858ab6de4e7a3e2922448,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jeżeli nie wiesz, czym jest bullying, warto nadrobić zaległości. Według badań przeprowadzonych w 13 państwach (m.in. USA, Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Japonii) bullying może dotykać od 9 do 54% młodych ludzi. Każde z przeprowadzonych badań wykazało silną korelację między doświadczeniem szkolnego hejtu a myślami samobójczymi u dzieci i młodzieży. Jeżeli nie jesteś rodzicem, nie łudź się, że ten temat Cię nie dotyczy. Szkolny bullying może się w przyszłości przejawiać jako mobbing, przemoc domowa czy internetowy hejt. Z tym ostatnim według tegorocznego raportu „Mowa nienawiści, mowa pogardy” spotkało się w sieci 54,3% dorosłych i aż 95,6% młodzieży w naszym kraju. Różne formy hejtu i agresji to problem społeczny, którego podstawowym rozwiązaniem powinna być edukacja.

Na czym polega bullying?
Bullying to psychiczne lub fizyczne znęcanie się rówieśników nad bezbronnym w tej sytuacji dzieckiem. To hejt w czystej postaci, w dodatku szczególnie groźny ze względu na wiek odbiorcy. Jeżeli młody, rozwijający się umysł i wrażliwa psychika dziecka zetkną się z bullyingiem, może to odcisnąć silne piętno na jego dalszym życiu. Wykluczenie, wyśmiewanie, wytykanie palcami, obrażanie i wyzywanie – z tym wszystkim młoda osoba może spotkać się w szkole. Do tego dochodzi cyberbullying, a więc hejt w internecie. Są to najczęściej słowne zaczepki i zachęcanie do wdania się w bezsensowne dyskusje, wysyłanie obraźliwych wiadomości i gróźb. Cyberbullying może przybierać nawet formę udostępniania informacji o ofierze czy też publikowania jej kompromitujących zdjęć wśród znajomych albo na prześmiewczych stronach internetowych czy fanpage’ach. Oprawca może też próbować podszyć się pod ofiarę, by w ten sposób nastawić do niej negatywnie otoczenie. 


Co dzieje się z hejtowanym dzieckiem?
Bullying to poważny i groźny problem dla młodej osoby. Badania wskazują, że bullying może prowadzić w przyszłości do agresywnego zachowania, stosowania używek i niebezpiecznych zachowań seksualnych jego ofiar. Organizacje walczące z bullyingiem (takie jak charytatywna inicjatywa BeatBullying) podają, że niemal połowa z dzieci, które popełniły samobójstwo, wcześniej padła ofiarą znęcania się przez rówieśników. Inne badania dowodzą, że zjawisko to jest powiązane z wystąpieniem u młodych osób depresji i myśli samobójczych. Dzieci, które są ofiarami bullyingu, częściej wagarują, co negatywnie przekłada się na ich wyniki w nauce. 


Jak reagować?
Interweniuj – zawsze! Po pierwsze zadbaj o poczucie własnej wartości dziecka. Nie można dopuścić do tego, by zaczęło ono wierzyć w obraźliwe słowa kolegów. Możesz wykorzystać w tym celu narzędzia zmiany przekonań, np. technikę kontrprzykładów. Daj trzy kontrprzykłady do tezy hejterów (jeśli powiedzieli, że dziecko jest głupie, podaj trzy przykłady sytuacji, w której syn czy córka wykazali się inteligencją). Należy też zbudować odpowiednią postawę u dziecka, by nauczyło się być odporne na określone zachowania, i nauczyć je strategii postępowania, czyli co ma zrobić i powiedzieć, gdy pojawi się bullying. Często mówi się, że dzieci bywają okrutne, ale pamiętaj, że ich zachowanie nie bierze się z niczego, i warto przyjrzeć się temu, jak rodzice komunikują się ze sobą i ze światem. Twoje dziecko może stać się zarówno ofiarą, jak i katem. 


Pozbądź się hejtu z domu rodzinnego
Twój dom powinien być wolny od jakichkolwiek przejawów agresji – dawaj dzieciom przykład swoim zachowaniem. Niedopuszczalne jest, by w rodzinie używano mowy nienawiści, dyskredytowano lub poniżano któregokolwiek z jej członków słowem albo zachowaniem. Zadbaj także o to, by Twoje dziecko nie miało problemów z samooceną. Dzieci, które mają zaniżone poczucie własnej wartości, mogą próbować podnieść swoją samoocenę poprzez dogryzanie innym. Z drugiej strony bycie przekonanym o swojej wartości pomoże znieść okazjonalne docinki kolegów. Reaguj, gdy tylko usłyszysz, że dziecko jest dla kogoś nieprzyjemne – uzmysławiaj mu, że jego zachowanie kogoś boli i jest szkodliwe. Rozmawiaj z dziećmi o tym, czym jest bullying. Uczulaj je na wszelkie wczesne jego oznaki i ucz empatii. Pokaż dziecku, jak chronić swoje dane w sieci, i uczul je na punkcie wysyłania swoich zdjęć kolegom czy obcym osobom. Jednocześnie uważaj, aby nie nadużyć zaufania dziecka poprzez obsesyjną kontrolę.


Warto uświadomić sobie, że bullying to też hejt, czyli forma krytyki, która ma na celu dewaluację drugiej osoby. Nie ogranicza się on wyłącznie do chamskich komentarzy w internecie, ale znajduje również swoje miejsce w przestrzeni publicznej, zawodowej czy rodzinnej. Więcej informacji na ten temat zawarte jest w książce „Psychologia Hejtu”. Według ankiety przeprowadzonej przez „Newsweek” 66% Polaków uważa, że nigdy nie stosowało hejtu. Większość Polaków nie zdaje sobie zatem sprawy z tego, że ich niekonstruktywne krytykanctwo krzywdzi, rodzi agresję i dewaluuje pewność siebie bliskich i obcych ludzi. Gdyby hejterzy opanowali umiejętności związane z czterema filarami inteligencji emocjonalnej: samoświadomością emocjonalną, umiejętnością regulacji własnych emocji, świadomością emocji u innych i umiejętnością ich regulacji, to najprawdopodobniej zdecydowana większość hejterskich komunikatów, komentarzy i postów nigdy by nie powstała. Z tego wynika prosty wniosek: jeśli chcemy pozbyć się hejtu z naszego społeczeństwa i bullyingu ze szkół, to w pierwszej kolejności powinniśmy wprowadzić edukację emocjonalną. Przyszłościowo – do szkół (tak zrobiono w Danii), a jeszcze wcześniej – do naszych rodzin.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/b2af9dfd39a858ab6de4e7a3e2922448,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/b2af9dfd39a858ab6de4e7a3e2922448,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Prawo autorskie: stockbroker / 123RF Zdjęcie Seryjne</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/135737,klasa-wyzsza-kpi-sobie-ze-sredniej-ktora-blednie-liczy-na-duze-pieniadze</guid><link>https://innpoland.pl/135737,klasa-wyzsza-kpi-sobie-ze-sredniej-ktora-blednie-liczy-na-duze-pieniadze</link><pubDate>Sun, 02 Jul 2017 13:44:11 +0200</pubDate><title>Klasa wyższa kpi sobie ze średniej, która błędnie liczy na duże pieniądze</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/84177667dbd7811124d9e1ee0612307b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zdaniem dr. hab. Macieja Gdula, polskiego socjologa i publicysty, klasa średnia myli się, zakładając, że różnice między nią a klasą wyższą są niewielkie. Liczenie na to, że dzięki studiom będziemy więcej zarabiać, jest według niego błędne.

– Półtora miliona. Tylu Polaków ma majątek na tyle duży, że mogą nie myśleć o problemach charakterystycznych dla klasy średniej – nie muszą brać kredytów, nie denerwują się, czy znajdą pracę, nie przejmują się kiepskim systemem edukacji czy opieki zdrowotnej. Z badań NBP można wywnioskować, że to 3 proc. gospodarstw domowych w Polsce. Przy założeniu, że wszystkich gospodarstw jest 14 mln, a na jedno przypadają średnio po trzy osoby, wychodzi półtora miliona ludzi. W tej grupie 1 proc. ma majątek ok. 1,5 mln zł, kolejny procent – 2 mln, a najbogatszy – co najmniej 3 mln zł. To majątek netto, czyli na czysto, bez kredytu – przekonuje w rozmowie z „Wyborczą”.


– NBP zmierzyło, jaką częścią tego majątku jest nieruchomość, w której się mieszka. To połowa. Oznacza to, że najbogatszy 1 proc. – 140 tys. gospodarstw domowych – ma, poza domem wartym 1,5 mln zł, „luźne” co najmniej kolejne 1,5 mln zł. Na kontach, w innych nieruchomościach, w majątkach firm, w akcjach i autach. Oczywiście, można argumentować, że 1,5 mln zł nie powala. Oprócz tego, że na pewno dane te są zaniżone, bo to norma przy badaniach dochodów na podstawie deklaracji, to spójrzmy na to z perspektywy członka klasy średniej, który przyjeżdża do dużego miasta, pracuje całe dnie i musi jeszcze wynająć mieszkanie – dodaje.


Doktor podaje przykład szkoły Akademeia, która przygotowuje dzieci bogatych rodziców do studiów na Oksfordzie i w Cambridge. Pytał w miarę zamożne osoby, ile ich zdaniem kosztuje taka szkoła. Odpowiadali, że 3 tys. za miesiąc. W rzeczywistości jest to 11 tys. – To takie kwoty, że ludzi zatyka, bo wydaje im się, że różnice ekonomiczne są dużo mniejsze. I że wszyscy żyjemy w ten sam sposób. Coraz bardziej klasa wyższa staje się grupą oderwaną od lokalności. Jej życie nie przebiega w ramach tych samych systemów, a majątek pozwala myśleć innymi kategoriami – wyjaśnia.


Ponadto, zdaniem doktora, klasa wyższa podszywa się pod średnią, lecz robi to nieco nieudolnie. Jej przedstawiciele snują bowiem opowieści o „modelu CV”, szukaniu możliwości zarobku, robieniu kariery i wcześniejszej edukacji, podczas gdy od razu tworzą firmę albo ją dziedziczą. Nigdy nie szukają pracy, gdyż to ona sama ich znajduje.

źródło: Wyborcza]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/84177667dbd7811124d9e1ee0612307b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/84177667dbd7811124d9e1ee0612307b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Klasa średnia ma aspiracje, które według dr. hab. Macieja Gdula nie mają szans realizacji</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/135301,czarne-prognozy-prezesow-polskich-bankow-przygotujcie-sie-na-wzrost-rat-kredytow</guid><link>https://innpoland.pl/135301,czarne-prognozy-prezesow-polskich-bankow-przygotujcie-sie-na-wzrost-rat-kredytow</link><pubDate>Wed, 07 Jun 2017 13:38:07 +0200</pubDate><title>Czarne prognozy prezesów polskich banków. Przygotujcie się na wzrost rat kredytów</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/8e93c546fa488fda635a95cab1c00351,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Podczas wtorkowego Europejskiego Kongresu Finansowego w Sopocie prezesi polskich banków przestrzegali przed ryzykiem wzrostu stóp procentowych, które odbiłyby się na wzroście rat kredytów hipotecznych.

Prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło przypomina, że wszystkie kredyty – złotowe, jak i walutowe – oparte są na zmiennej stropie procentowej. – To znaczy, że ta stopa będzie się zmieniała w przyszłości, a rozwój świata wskazuje, że będzie to raczej ruch do góry, niż w dół – tłumaczy.

Podaje przykład średniego oprocentowania kredytu hipotecznego w polskiej walucie – zakładając stopę procentową na poziomie 1,7 proc. i marżę w wysokości 2,3 proc., co oznacza ratę odsetkową w wysokości 4 proc. Wychodzi z założenia, że nieznaczny wzrost stóp procentowych do 3,5 proc. dałby wzrost rat odsetkowych do około 6 proc.


W podobnym tonie wyraża się także prezes mBanku Cezary Stypułkowski. – Kwestia oczywistości wzrostu stóp procentowych na horyzoncie będzie miała istotny wpływ na myślenie, i to zarówno w obszarze frankowym, jak i złotowym – twierdzi.

Z kolei prezes ING Banku Śląskiego Brunon Bartkiewicz przekonuje, że sektorowi bankowemu „przyprawia się gębę”. – Nikt nie będzie wierzył bankom, że one nie przewidziały wzrostu stóp procentowych i nie pchały celowo w kierunku rozwiązania zmiennego – mówi. Jest przekonany, że jakiekolwiek działanie banków w kierunku zmiany warunków kredytów i tak spotka się za kilka lat z zarzutem, że banki dokonały go, aby okraść klientów.


Prezes Raiffeisen TFI Jacek Wiśniewski zwraca uwagę, że kredyty frankowe uznano za udzielane niezgodnie z prawem, a problemy z tymi kredytami sprawiły, że banki zaprzestały ich dalszego dawania. – A co z kredytami w złotych? Czy cały sektor przejdzie na stałą stopę, czy będzie mowa o zadośćuczynieniu wstecz? – wskazuje.

źródło: TVN24 BiS]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/8e93c546fa488fda635a95cab1c00351,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/8e93c546fa488fda635a95cab1c00351,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/135163,koniec-wpadania-w-sidla-nieuczciwych-inwestorow-nauczymy-start-upy-regul-tej-gry-mowi-nam-szefowa-startup-poland</guid><link>https://innpoland.pl/135163,koniec-wpadania-w-sidla-nieuczciwych-inwestorow-nauczymy-start-upy-regul-tej-gry-mowi-nam-szefowa-startup-poland</link><pubDate>Wed, 31 May 2017 13:57:25 +0200</pubDate><title>Koniec wpadania w sidła nieuczciwych inwestorów. Nauczmy start-upy reguł tej gry – mówi nam szefowa Startup Poland</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/7d301a1f38c5b0d69b8a8906754d01ef,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Terminy jak Drag Along, Tag Along, Liquidity Preference, mechanika preferencji zwrotów – to dla większości nieprzeszkolonych biznesowo start-upowców czarna magia. Nasza misja to, między innymi, być kompasem dla polskich instytucji inwestujących w innowacje, funduszy VC, aniołów – i przede wszystkim, start-upów – mówi INN:Poland Julia Szopa, szefująca fundacji Startup Poland.

Dlaczego w Polsce tak długo trwa proces inwestycyjny? Jak twierdzi jeden ze start-upowców, w USA decyzję o wejściu w inwestycję miał w ciągu kilku dni, w kilka tygodni ogarnęli sprawy prawne i po miesiącu miał pieniądze na koncie. W Polsce trwało to rok, a finansowanie i tak skapywało w transzach.

Powodów jest kilka. Na pewno mniejsza konkurencja pomiędzy inwestorami, a funduszy w Polsce jest dużo mniej (ok. 70) i mniejszych niż np. w samej Krzemowej Dolinie, sprawia, że nie wywierają oni na siebie wzajemnie presji czasowej. Jeśli ja nie przedstawię ci w ciągu kilku dni termsheetu, to nie znaczy, że pójdziesz od razu rozmawiać z innym funduszem. Nie spieszy mi się, bo nie muszę specjalnie konkurować o ten projekt. 


Po drugie znaczna liczba funduszy lewaruje inwestycje grantami z programów rządowych, np. Bridge Alfa z NCBiR, co znaczy, że inwestycje i tak są finalnie uzależnione od decyzji komitetu inwestycyjnego z przedstawicielem rządowej instytucji. Trudno w takim procesie oczekiwać tempa takiego, jak w przypadku klasycznych funduszy VC, gdzie najpierw partnerzy uzgadniają warunki inwestycji (termsheet), a potem dopiero następują negocjacje i due diligence. 

Last but not least, polski ekosystem start-upowy jest jeszcze młody i nie dorobił się replikowalnych standardów inwestycji, takich jak np. convertible notes w Stanach (dług konwertowany), których mechanizmy są jawne i znane wszystkim graczom w ekosystemie. Najpowszechniejsza forma prawna start-upów, czyli spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, nie umożliwia prostej emisji udziałów, więc umowy inwestycyjne często muszą być rzeźbione pod konkretną transakcję, co znów wydłuża proces.


W Polsce strasznie długo potrafi trwać proces due dilligence. Tymczasem w przypadku młodej spółki nie jest to zadanie specjalnie skomplikowane. Dlaczego wiele VC robi to tygodniami czy miesiącami?

Znów, jako młody sektor niewielu mamy specjalistów od due diligence start-upów, którzy zjedli zęby na setkach transakcji. Oczywiście są wyjątki, jak np. Trio Legal, które specjalizują się w start-upach i venture capital, ale w większości tę próżnię zagospodarowują wytyczne programów KFK, NCBiR, czy butikowe agencje konsultingu grantowego. 
	
		
											
					
				
				Julia Krysztofiak-Szopa (z prawej) podczas inauguracji działalności funduszu InCredibles, założonego przez Sebastiana Kulczyka (w środku)•Mat. prasowe
					

Due diligence w przypadku młodej spółki jest o tyle bardziej skomplikowane, niż np. w przypadku transakcji M&amp;A szpitala albo fabryki, że poza standardowym sprawdzeniem kondycji finansowej, własności intelektualnej i kompetencji zespołu, niesłychanie istotne są czynniki "miękkie" – czyli stopień zaangażowania, poświęcenia założycieli, prognozy na przyszłość – zwłaszcza w przypadku rynków, które jeszcze nie istnieją, a na takich działa wiele start-upów.


Tych dłużyzn nie da się wytłumaczyć tym, że inwestorzy wkładają własne pieniądze i oglądają każdą złotówkę z każdej strony. Amerykanie też inwestują własne pieniądze. Mają świadomość większego ryzyka?

Ryzyko jest pojęciem względnym. Utrata 100 000 dolarów dla jednego jest dużym ryzykiem, a dla innego jest nieodczuwalna. Amerykańskie fundusze VC mają dużo więcej własnych pieniędzy. To jak z grą w kasynie: jeżeli mam budżet na straty, który nie wpłynie na moją jakość gry, to gram dużo agresywniej. Jeżeli natomiast strata 100 000 zł oznacza dla mnie konieczność wycofania się z gry w ogóle, to będę dużo ostrożniejsza. W Polsce dopiero trochę siadamy do stolika z większymi stawkami, dlatego trochę bardziej się boimy, bo wchodzimy z mniejszymi pieniędzmi. Plus dopiero poprzez udział w grze uczymy się jej reguł i nabywamy odpowiedniej intuicji.


Jakie największe błędy popełniają start-upowcy w kontaktach z VC? Zdaniem doświadczonych przedsiębiorców rzadko korzystają z prawnika. A umowy inwestycyjne nie są łatwe, często konstruowane pod konkretne KPI. Czy to nie jest w wielu przypadkach pułapka? Mamy opóźnienie, tracimy pieniądze, czasem nawet całą firmę. W USA chyba umowy są prostsze i bardziej elastyczne?

Bardzo możliwe, start-upy rzeczywiście często boją się zapłacić prawnikowi czy radcy za poradę, a też stawki w tej branży do niskich nie należą. W Krzemowej Dolinie czołowe kancelarie, jak WilmerHale czy Orrick mają swoje programy dla klientów start-upowych, gdzie udzielają konsultacji lub sporządzają umowy z płatnością odroczoną do najbliższej rundy inwestycyjnej. I szczerze mówiąc, na zdarzeniach finansowych (ang. financing events) to kancelarie najszybciej zarabiają :)


Ale ten mechanizm działa dopiero wtedy, gdy wiadomo, że będzie kolejna runda inwestycyjna, gdy do tego celu właśnie zmierza start-up. W sytuacji, gdy większość start-upów dąży do poziomu sustainable growth czy lifestyle business, takie mechanizmy nie mają racji bytu. Nie oceniam tego – hiperwzrost (czyli słynny hockey stick) niekoniecznie jest zawsze jedyną sensowną strategią z punktu widzenia biznesu, ale z punktu widzenia całego ekosystemu z jego buzującą aktywnością inwestycyjną i brzęczącymi exitami – to konieczność.

Czy w USA na start-upy nie czyhają pułapki? Oczywiście, że czyhają. Olbrzymia jest pułapka zobowiązań podatkowych czy szalonych jak na nasze polskie standardy legal fees. Jednak jedna rzecz, której polskie start-upy – i inwestorzy – jeszcze nie przejęli od swych krzemowych kolegów, to że bardziej opłaca się dzielić w dużej grupie ogromny, wspólnie upieczony tort, niż samemu sobie upiec małego muffina. Widzimy to na poziomie inwestorów, którzy rzadko w Polsce robią rundy z innymi partnerami, jak i na poziomie założycieli start-upów, którzy wciąż rzadko dzielą się ze swoimi pracownikami opcjami na udziały.


Ostatnio zrobiło się głośno o tym, że Fundacja Startup Poland zamierza stworzyć lub już tworzy "bank umów inwestycyjnych"? Cóż to takiego, na czym ma polegać?

Rozpoczynamy teraz prace nad tym projektem – chcemy wypracować, razem z najlepszymi polskimi prawnikami specjalizującymi się w start-upach, szablony umów inwestycyjnych. Terminy jak Drag Along, Tag Along, Liquidity Preference, mechanika preferencji zwrotów – to dla większości nieprzeszkolonych biznesowo start-upowców czarna magia. Wspomniana wyżej kancelaria Trio Legal opublikowała świetny, darmowy podręcznik w tym temacie (do pobrania tutaj), którego nie obawiam się promować.


Niemniej wciąż dla wielu start-upów rozpisanie Cap Table (tabeli kapitalizacji) na podstawie termsheetu to zadanie z kategorii "na szóstkę".

Prestiżowy akcelerator YCombinator wszystkie swoje standardowe umowy publikuje na swojej stronie, wraz z manualem wyjaśniającym dokładnie, o co w tym wszystkim chodzi, jak działa mechanika dealu. Tak samo PandaDoc, bank rozmaitych dokumentów dla biznesu, publikuje szablony umów (bez wynegocjowanych uzgodnień finansowych). 

Nie da się oczywiście tych umów prymitywnie przekopiować na polski rynek, bo mamy inne prawo, i czym innym jest np. amerykański C-Corp czy LLC, niż polska spółka z o.o. czy komandytowo-akcyjna. I dlatego Startup Poland, jako organizacja pozarządowa stojąca na straży najlepszych praktyk w ekosystemie, będziemy takie szablony tworzyć - tak, by były zgodne z polskim prawem i polską specyfiką rynku. Nasza misja to, między innymi, być kompasem dla polskich instytucji inwestujących w innowacje, funduszy VC, aniołów – i przede wszystkim, start-upów.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/7d301a1f38c5b0d69b8a8906754d01ef,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/7d301a1f38c5b0d69b8a8906754d01ef,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Julia Krysztofiak-Szopa, prezes Fundacji Startup Poland</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/135027,jednym-filmem-na-facebooku-sciagnal-tlumy-na-swoj-wystep-jakub-cyran-radzi-jak-sprzedawac-nie-sprzedajac</guid><link>https://innpoland.pl/135027,jednym-filmem-na-facebooku-sciagnal-tlumy-na-swoj-wystep-jakub-cyran-radzi-jak-sprzedawac-nie-sprzedajac</link><pubDate>Wed, 24 May 2017 13:01:50 +0200</pubDate><title>9 na 10 firm robi to źle. Spec od marketingu radzi, jak sprzedawać nie sprzedając</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/05b212aafbcd24387e115a1715ea1148,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jakub Cyran stał się jedną z gwiazd tegorocznej konferencji InfoShare. Nakręconym na szybko filmem ściągnął tłum ludzi na swoją prelekcję i udowodnił jej tytuł: "Jak sprzedawać, nie sprzedając?", nie jest wyssany z palca. Nam mówi o tym, co to znaczy w praktyce i jakie grzechy sprzedażowe popełnia 90 proc. firm w Polsce.

Na konferencję InfoShare przyjeżdża facet, który ma mówić o tym, jak sprzedawać, nie sprzedając. W kilka chwil na korytarzu robi film, który ściąga na jego prelekcję tylu ludzi, ze sala trzeszczy w szwach.

To zabawna sytuacja, moja prezentacja zaczynała się podczas wszystkich przerw lunchowych. Czyli cały InfoShare je, a ja mam mówić. Ale mieliśmy ze sobą kamerę, bo przy okazji chcieliśmy zrobić kilka ujęć do nowego wideo. Rano rzuciliśmy pomysł: nagrajmy coś teraz, zmontujmy i opublikujmy. Prezentację miałem o 14, zdążyliśmy to zrobić między 10 a 12. Okazało się, że wideo było na tyle fajne, że obejrzano je kilkadziesiąt tysięcy razy. Cyran zaprasza na swoje wystąpienieCo robi #Cyran, gdy przygotował świetną prezentacje na #infoShare i chce by na nią przyszli wszyscy?

Kochani ja się staram, ale i Wy szerujcie Opublikowany przez Jakub Cyran na 17 maja 2017Nagrywanie w pewnym momencie było ciężkie, bo kamera była piętro wyżej, ja sam chodziłem między ludźmi i robiłem to, co robiłem. Ludzie akurat nie wiedzieli, że to na potrzeby filmu. Trochę trudno było to zrobić, wyjść ze swojej strefy komfortu, jak to coache mówią.


Jesteś bardziej blogerem, wykładowcą, przedsiębiorcą?

Jestem przedsiębiorcą. To jest core mojego życia. Przez 12 lat prowadziłem tylko i wyłącznie swoje projekty, zero dni na etacie. Moim ostatnim dużym projektem była firma GO.pl. Tworząc ją ze wspólnikami, nawet nie wiedzieliśmy, czym się będzie zajmować. Było jedynie pewne, że będzie działać w obszarze programatic, w obszarze reklamy, która jest kupowana automatycznie. Ale nie wiedzieliśmy, po której stronie układanki być.

Wtedy, po badaniach rynku, zdecydowaliśmy, że robimy ją od strony dostawcy platformy reklamowej. Ograniczyliśmy się do e-commerce. Przez 3 lata prowadziłem tę firmę i zarządzałem nią. Rok temu sprzedałem swoje udziały i przez ostatni rok… nie robiłem praktycznie nic.
	
		
											
					
				
				Fot. Paweł Tomalka
					

Ale postanowiłeś znowu coś robić.


Coraz więcej osób dostrzega, że mogę im pomóc budować i skalować biznes. Na rynku jest bardzo wiele firm, w których pracują 2 - 3 osoby, które są w czymś dobre. Mają coraz więcej zleceń, dochodzi do sytuacji, gdy mają już zatrudnionych kilku pracowników, ale nigdy nie potrafili stworzyć procesu sprzedaży, nie umieli sobie tego poukładać. A jak zatrudnią handlowca, to będą rozczarowani i źli, że handlowiec nie rozumie tego, co dla nich jest naturalne.

Firmy wtedy na ogół robią dwie rzeczy. Jedni mówią handlowcowi, że ma sobie radzić i wtedy wpadają na minę merytorycznie błędnej komunikacji. Drudzy wyręczają go we wszystkim. Mówią „twoja oferta jest słaba, zrobię ją za ciebie”. I tak jest zazwyczaj. Wtedy wchodzę do takiej firmy i dzielę proces sprzedaży na różne etapy. Na przykład generowanie leadów może się odbywać nie przez człowieka, lecz automatycznie. 


Co to znaczy?

Możemy do tego wykorzystywać różne narzędzia, dzięki którym na przykład identyfikujemy ludzi, którzy wchodzą na stronę. Żyjemy w czasach, gdy jak wejdziesz na moją stronę, to jest szansa, że skrypty rozpoznają cię i dadzą mi nawet twój numer telefonu. Dzięki temu mamy już leady i możemy skupić się na kolejnych etapach sprzedaży. Nie musimy też przygotowywać ofert dla wszystkich, bo nie wszyscy wymagają takiego samego czasu i uwagi. A nawet jeśli już przygotujemy 10 ofert i tylko 2 z nich zakończą się sprzedażą, to możemy analizować, dlaczego te 8 okazało się porażką. Możemy się dowiedzieć, czy to była cena, czy sposób komunikacji, a może nasz rynek nie potrzebuje do końca naszego produktu.


Jak można zepsuć sposób komunikacji?

Na prezentacji na InfoShare opowiadałem o takich „failach”, których doświadczyłem. Kiedyś chciałem na przykład skorzystać z oferty jednej firmy, ale ona popełniała ogromne błędy. Pisali do mnie proszę pani, odpowiadali na inne pytania. Najgorsze było to, że w ogóle się nie zorientowali, że jest jakiś problem w komunikacji. Często w firmie wystarczy poustawiać bardzo proste rzeczy, by mechanizm był skuteczny.
	
		
											
					
				
				Mat. prasowe
					

Jak duże efekty jest w stanie przynieść twoja praca dla jakiejś firmy?


To zależy od branży, ale często jest tak, że dział sprzedaży nie musi być duży. Czasem wystarczą 2-3 osoby i firma może spokojnie się rozwijać. A gdy to wszystko nie jest poukładane, buduje się dużo większe działy, 5 – 10 osób, czasem nawet 15. Rzadko takie duże zespoły są potrzebne. Ale zazwyczaj efektem pracy jest po prostu oszczędność w ludziach. Każdy handlowiec ma inny charakter, inną mentalność, może się skupić na tym, co go kręci. Każdy co innego lubi. Jeden będzie wolał siedzieć na LinkedInie i wyszukiwać potencjalnych klientów, drugi będzie wolał rozmawiać z nimi przez telefon i budować relacje. A trzeci będzie chciał być challegengerem.


Czyli?

To taki gość, który przychodzi do klienta, klient mówi mu czego chce, a nasz handlowiec mówi mu "Nie, tego nie rekomenduję. Jeśli pójdziemy inną drogą, to będzie dla was bardziej skuteczne". Kiedy pozna się te charaktery ludzi i ich umiejętności, to koszt utrzymania działu sprzedaży spada.

A jakie znaczenie ma w tym wszystkim technologia?

To ciekawa kwestia, bo na rynku jest coraz więcej narzędzi, które pomagają działom marketingu i sprzedaży. I często korzysta się z nich w sposób, w jaki nastolatkowie się zakochują. Czyli w pełni, na zabój, zapominając o innych rzeczach. Podawałem na InfoShare taki przykład znanego blogera, który wstawił czat na stronę. Ten czat mnie zagadywał, dawał znać, że czuwa i przekonywał, że jest szybszy, niż mail. Kiedy napisałem mu „cześć”, odpowiedział mi automat.


Na dalsze pytania odpowiedzią była cisza. Najgorsze było to, że gdybym te pytania zadał mailowo, to ta osoba miała by mój adres e-mail i mogłaby mi udzielić odpowiedzi w późniejszym czasie. A tak to nie pozostał po mnie nawet adres e-mail. Często dziś korzysta się z różnych narzędzi, ale zbyt optymistycznie, bez przemyślanej strategii. Tymczasem to może być strzał w kolano.

Czy to dotyczy tylko branży e-commerce, czy też sprzedaży tradycyjnej i usług?

Wszystkich, którzy mają ruch na stronie. 

Czy takie rzeczy jak RTB i kupowanie reklam w czasie rzeczywistym są naprawdę tak skuteczne?


W RTB chodzi o to, że komputer negocjuje z drugim komputerem kupno reklamy. Programatic jest nieco szerszym pojęciem, obejmuje też RTB i umożliwia kupienie reklamy po wcześniej wynegocjowanej stawce. Chodzi o to, że działamy bardzo precyzyjnie. Nie kupujemy milionów odsłon. Weźmy taką sytuację: wejdę na przykład na Zalando, trochę się pokręcę, popatrzę, porzucę koszyk. I po 3-4 dniach całkowicie zapomnę o zakupie, bo emocje związane z zakupem są najmocniejsze w ciągu 24 godzin. Załóżmy, że w sklepie internetowym jest 100 porzuconych koszyków. Na podstawie ciastek znajdziemy te osoby na różnych stronach internetowych i tam wyświetlamy reklamy o odpowiedniej treści, czasie i dla odpowiednich osób.


W Polsce jest sporo sklepów internetowych. Wiele z nich działa chyba hobbystycznie, bo widać, że sprzedają sporadycznie. Czy tego typu rozwiązania są przeznaczone też dla nich?

Jak uruchamiałem GO.pl, to reklama RTB była dostępna tylko dla naprawdę dużych graczy na rynku e-commerce. Wymyśliliśmy więc platformę dla tych małych i średnich sklepów. Ale nie oszukujmy się. Jeśli mamy 100 porzuconych koszyków miesięcznie, wyświetlimy reklamy 70 osobom, może 50. Część z nich z powrotem wejdzie do sklepu, a jeszcze mniejsza dokona zakupu. 
	
		
											
					
				
				Fot. Jakub Tomalka
					

Jeśli więc mamy mikroksklepy, które mają kilka czy kilkanaście zamówień w skali miesiąca, to może być to dla nich większy problem, niż realna korzyść. Wtedy chyba lepiej uruchomić choćby facebookowy remarketing, bo jest szybszy. Albo na przykład lepiej opisać produkty w sklepie. Ale jeśli mamy 5-10 tysięcy odsłon miesięcznie, to chyba warto skorzystać z tego typu technologii.
Od sprzedaży swoich udziałów w GO.PL swoją uwagę skupiam na procesach sprzedaży, aby móc pomagać firmom szybko się rozwijać.


Jakie rady są najważniejsze?

Odłożyć emocje i liczyć koszty sprzedaży. Mamy na przykład firmę, jedziemy na jedne, drugie i trzecie targi czy konferencje. Jest fajnie, są znajomi ludzie, potem można iść na afterparty. Wydaliśmy ileś tysięcy złotych i sami siebie musimy przekonywać, że to się opłacało. Tymczasem gdy podliczymy koszty udziału, dojazdy, hotele, poświęcony czas, to często okaże się, że koszt sprzedaży jest dużo większy, niż w przypadku na przykład kontentu z reklamą na Facebooku. 

Czyli co na przykład?

Tworzymy e-booka na temat, na którym się znamy, wrzucamy do Facebook Ads a ludzie, którzy chcą go pobrać muszą zostawić nam kontakt. I mamy już osoby, do których możemy się odezwać. Małe firmy mają często problem z tym, żeby realnie przeliczyć wszelkie koszta związane ze sprzedażą. Robią to, co w życiu miłe. Wolą jechać na konferencję, napić się piwa, pogadać ze znajomymi. Często jest to błąd.


Drugim błędem jest brak analizy dlaczego do sprzedaży nie doszło. Czyli z iluś ludzi, którzy weszli na naszą stronę, zapoznali się z ofertą, napisali maila, na kupno zdecydował się jakiś odsetek. Dlaczego tak mało? Na analizę tych danych nie powinniśmy szczędzić czasu. Może cena jest zła, może nie dajemy odpowiedniej wartości, nasz sposób komunikacji kuleje, bo nasze maile przypominają spam? Jeżeli ktoś zrobi te dwie rzeczy, to super. Znajdzie się w 10 proc. firm, które to robią. 

Okej, ale jak dość do tego, dlaczego klient czegoś nie kupił?

Trzeba zrozumieć swój błąd. Poprosić kogoś o to, by przejrzała kilka stron i powiedziała, co o nich myśli. Ludzie są narcyzami i często nie dostrzegają swoich błędów. A jak ktoś z zewnątrz powie im "a tu jest za mało informacji, a tu jest niechlujnie napisane".
	
		
											
					
				
				Mat. prasowe
					

Fajnym narzędziem jest HotJar. Możemy go wstawić na stronę i rejestrować wizyty. Dostajemy po prostu filmik, na którym widać ile czasu ktoś poświęcił na wizytę, jakie ruchy myszą wykonywał, co klikał, możemy poczuć się jak potencjalny klient.


Na pewno fajnie wygląda. Ale co daje?

Miałem kiedyś kontakt ze sklepem internetowym, który sprzedawał rolety na miarę. Miał bardzo skomplikowany konfigurator. Trzeba było wybrać tkaninę, rodzaj szyny, podać mnóstwo parametrów. Ten proces był bardzo skomplikowany a właściciel nie zdawał sobie z tego sprawy. Dopiero kiedy zobaczył, jak zwykła osoba próbuje znaleźć tam jakąś logikę, zrozumiał, że on jest specjalistą, pracuje w tej branży od lat i różnice w budowie szyn są dla niego oczywiste. A dla innych to abstrakcja. Dla niego nie miało więc znaczenia ile reklam wykupi i ile ruchu skieruje do swojego sklepu, bo jego mechanizm był zbyt trudny.


Jak osoba zakładająca sklep może się połapać w tym, jakie narzędzia są dobre i które mogą być jej przydatne?

Rozmawiałem ostatnio z jednym znajomy, który przetestował setki narzędzi i wie, że nadaje się średnio 1 na 10. Może to będzie niepopularna opinia, ale lepiej nie szukać samemu, tylko zaufać ludziom doświadczonym. Na przykład Michał Sadowski na wszystkich konferencjach czy nawet filmach na YouTubie wymienia dużo narzędzi, z których korzysta. I to jest bardzo wiarygodne, bo on przetestował wiele narzędzi i poleca te, które sprawdził. Wystarczy posłuchać rekomendacji. Więcej o narzędziach w marketingu i sprzedaży opowiadam na szkoleniach.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/05b212aafbcd24387e115a1715ea1148,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/05b212aafbcd24387e115a1715ea1148,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jakub Cyran</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134991,tragedia-tego-nastolatka-powinna-wielu-przemowic-do-rozumu-eksperci-apeluja-o-zakaz-sprzedazy-energetykow</guid><link>https://innpoland.pl/134991,tragedia-tego-nastolatka-powinna-wielu-przemowic-do-rozumu-eksperci-apeluja-o-zakaz-sprzedazy-energetykow</link><pubDate>Mon, 22 May 2017 12:56:05 +0200</pubDate><title>Tragedia tego nastolatka powinna wielu przemówić do rozumu. Eksperci apelują o zakaz sprzedaży energetyków</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/53b8390dc5a43967dcd7d8ccb2ccf765,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Eksperci do spraw żywienia w Belgii biją na alarm. Napoje energetyczne są niebezpieczne dla zdrowia i życia młodych ludzi. Sugerują wprowadzenie zakazu kupna energetyków dla osób poniżej 16 roku życia.

Davis Allen Cripe zmarł po tym, jak wypił kawę, butelkę napoju gazowanego, a na koniec – już dwie godziny później – energetyka. Nastolatek upadł na szkolnym korytarzu, następnie zmarł. Miało to miejsce w kwietniu tego roku w jednej ze szkół średnich w stanie Południowa Karolina w USA. 

Jak potwierdziły badania, zgon nastąpił z powodu nadmiaru kofeiny w organizmie, która jest głównym składnikiem napojów energetycznych. Chłopcu zaszkodziło jej wypicie w zbyt krótkich odstępach czasu. Lekarz stwierdził, że podczas dwóch godzin spożyto około 470 mg kofeiny: 142 mg (latte), 90 mg (napój gazowany) i aż 240 mg w wypadku napoju energetycznego. Bezpieczna dawka dzienna dla dorosłego człowieka to 400 mg kofeiny.


Zdaniem ekspertów, doszło do znacznego wzrostu spożycia napojów energetycznych wśród małoletnich, co odbija się na ich zdrowiu. Jak pokazują badania, 60 proc. nastolatków w Belgii regularnie sięga po napoje energetyczne, zaś 18 proc. pije je codziennie. Pojawił się więc apel, by wprowadzić zakaz sprzedaży energetyków dla osób poniżej 16 roku życia.

Systematyczne spożywanie napojów energetycznych wyniszcza przede wszystkim młode organizmy – pojawiają się takie problemy, jak zaburzenia układu krążenia, problemy z sercem, a nawet zawały.

Lekarze wskazują także, że kofeina z cukrem oszukuje mózg, w efekcie czego młody człowiek jest mylnie przekonany, iż nie jest zmęczony. Co więcej, podobnie jak narkotyki, energetyki mają działanie uzależniające.


Źródło: Polskie Radio]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/53b8390dc5a43967dcd7d8ccb2ccf765,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/53b8390dc5a43967dcd7d8ccb2ccf765,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Doszło do znacznego wzrostu popularności energetyków wśród nastolatków</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134391,prawo-do-bycia-zapomnianym-juz-dziala-teraz-z-google-a-mozesz-po-prostu-zniknac</guid><link>https://innpoland.pl/134391,prawo-do-bycia-zapomnianym-juz-dziala-teraz-z-google-a-mozesz-po-prostu-zniknac</link><pubDate>Wed, 26 Apr 2017 09:00:46 +0200</pubDate><title>&quot;Prawo do bycia zapomnianym&quot; już działa. Teraz z Google&#039;a możesz po prostu zniknąć</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/d1486e6d765896f829399659b635f31d,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Ktoś nawypisywał o Tobie bzdur w internecie? Po wpisaniu swojego nazwiska w wyszukiwarkę znalazłeś nieprawdziwe albo niewygodne informacje? Od niedawna możesz zażądać ich usunięcia. Ale tylko części i nie definitywnie. Po co komu prawo do bycia zapomnianym?

– W przypadku zastosowania prawa do bycia zapomnianym, prosimy Google’a, by po wpisaniu naszych danych w wyszukiwarkę, te dane nie były widoczne. Oznacza to, że te informacje ciągle będą w internecie, ale ciężej będzie do nich dotrzeć. A więc osoba, która będzie miała link do danej strony, będzie mogła przesłać go dalej, by inni zapoznali się z treścią zawartych na danej stronie informacji – tłumaczy w rozmowie z INN:Poland adwokat Joanna Worona z kancelarii Gardocki i Partnerzy.

Przepisy regulującego tę kwestię unijnego rozporządzenia wejdą w życie za rok, ale już teraz możemy złożyć wniosek o usunięcie linku zawierającego nasze dane osobowe. Linku a nie informacji.


– Każda sprawa jest rozpatrywana indywidualnie. Nie można więc powiedzieć, że istnieje zestaw czy katalog pewnych sytuacji, w których można zastosować prawo do bycia zapomnianym. Na pewno można je zastosować w przypadku, gdy informacje, które zostały udostępnione, są nieaktualne bądź nieprawdziwe. W takich przypadkach możemy domagać się ich usunięcia. I tu trzeba od razu wskazać, że nie jest to ich całkowite usunięcie z internetu. Te dane tam będą. Możemy jedynie poprosić o ich usunięcie z wyników wyszukiwania – mówi Joanna Worona.
	
		
											
					
				
				Joanna Worona•Mat. prasowe
					

Jak to działa w praktyce? Znane są już przynajmniej dwa wyroki sądów, które nakazały usunięcie danych z wyników wyszukiwania.Pierwsza z nich dotyczyła Hiszpana, którego nieruchomość 15 lat temu została zlicytowana za długi. Po wpisaniu jego imienia i nazwiska wyskakiwała aukcja internetowa jego nieruchomości, sprzed półtorej dekady. W ten sposób każdy mógł się dowiedzieć, że w stosunkowo odległej przeszłości miał poważne kłopoty finansowe, które doprowadziły do utraty domu.


– To była informacja, która bardzo negatywnie wpływała na jego wizerunek i dlatego też Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej przyznał mu prawo do usunięcia tego wyniku wyszukiwania. Nie chodzi tu więc o sprawy kryminalne, ale takie, które mogą negatywnie wpływać na nasze obecne życie – mówi pani adwokat.

Niedawno prawo do zapomnienia uzyskał także Polak. To policjant, który zawodowo walczył z korupcją, natomiast wyniki wyszukiwania sugerowały, że brał łapówki.

– Warto przypomnieć, że nie każdy wniosek jest rozpatrywany pozytywnie. Jeśli komuś po prostu nie podobają się jakieś informacje, czy choćby zdjęcia z młodości, uważamy że niekorzystnie na nich wyszliśmy, to nie jest to wystarczająca przesłanka, by zniknąć z wyników wyszukiwania. Do tego muszą zostać spełnione określone okoliczności, czyli muszą być to na przykład informacje nieprawdziwe - tak jak w przypadku wyroku, jaki zapadł w Polsce. Może też chodzić o informacje, które negatywnie wpływają na nasze życie w chwili obecnej. Na przykład o rzeczy, które zdarzyły się 10 czy 15 lat temu i dziś mogą nam przeszkadzać – tłumaczy Worona.


A co ze zdjęciami? Zdaniem pani adwokat prawo może ich dotyczyć, jeśli będą opatrzone imieniem i nazwiskiem albo pozwalają w inny sposób na identyfikcję danej osoby. Nie możemy skarżyć się na zdjęcia, kórych nie możemy go przypisać do konkretnej osoby. 

– Oczywiście nie mówimy tu o osobach publicznych. Tu chodzi bardziej o wyszukiwanie linków po imieniu i nazwisku, chociaż nie można wykluczyć, że w przyszłości prawo do zapomnienia będzie mogło być powiązane ze zdjęciami.

Jak uzasadnić swoje prawo do bycia zapomnianym
– To zależy indywidualnie od każdego z przypadków. Można wykazać, że są to informacje nieprawdziwe, że negatywnie wpływają na nasze dobra osobiste. Tak też było w przypadku sprawy w Polsce, gdzie okazało się, że prawa danej osoby zostały naruszone. To jest już pewna wytyczona droga – by wskazać dlaczego konkretne dane powinny zniknąć i jak one – negatywnie – wpływają na nasze życie – radzi Joanna Worona.


Google odmawia usuwania informacji powiązanych z postępowaniem karnym albo o tym, że ktoś zostać skazany.
	
		
											
					
				
				Mario Costeja González, Hiszpan, który wygrał w sądzie prawo do bycia zapomnianym
					

– W przypadku jeśli ktoś jest osobą prawomocnie skazaną, to Google nie usunie tej informacji, bo jest to informacja publiczna. Chyba, że to stało się na przykład 20 lat temu, gdy mamy już do czynienia z zatarciem wyroku. Jest to odpowiedni argument. Ale w świeżych sprawach Google może odmówić. Musimy po prostu zachować odpowiednią równowagę pomiędzy prawem do prywatności a prawem do informacji publicznej – twierdzi adwokat.


Hurtem nie da rady
Usuwanie linków z wyników wyszukiwania to niestety żmudne zajęcie.

– Podczas wpisywania imienia i nazwiska w wyszukiwarkę wyskakują nam linki prowadzące do stron z konkretnymi informacjami. Każdy pojedynczy link musi być usuwany niestety osobno. To może być problematyczne, bo informacje w internecie dość szybko się rozprzestrzeniają. Nie jesteśmy w stanie na bieżąco kontrolować gdzie i jaki artykuł zostanie przedrukowany czy przepisany – mówi nam Worona.

– Mimo wszystko jest to światełko w tunelu, zwiastun tego, że można w jakiś sposób próbować to kontrolować. Dobrze, że jest taka możliwość „bycia zapomnianym”. Może być to proces czasochłonny, ale być może w przyszłości Google udoskonali tę procedurę. Obecnie każdy wniosek jest rozpatrywany oddzielnie – podsumowuje.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/d1486e6d765896f829399659b635f31d,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/d1486e6d765896f829399659b635f31d,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134235,co-to-za-biznes-ktorego-nie-stac-na-oplacenie-skladek-przedsiebiorca-nie-zostawia-suchej-nitki-na-ulgach-dla-firm</guid><link>https://innpoland.pl/134235,co-to-za-biznes-ktorego-nie-stac-na-oplacenie-skladek-przedsiebiorca-nie-zostawia-suchej-nitki-na-ulgach-dla-firm</link><pubDate>Thu, 13 Apr 2017 13:39:50 +0200</pubDate><title>Co to za biznesmen, którego nie stać na opłacenie składek. Przedsiębiorca nie zostawia suchej nitki na ulgach dla firm</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/8d6e376aacc22c008c6f7c440439c967,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jeremi Mordasewicz, przedsiębiorca i ekspert Konfederacji Lewiatan, nie zostawia suchej nitki na pomyśle rządu, by znacząco obniżyć składki dla najmniej zarabiających przedsiębiorców. – Jeśli ktoś nie umie wypracować zysków, które wystarczyłyby mu na ubezpieczenie, to niech lepiej idzie do kogoś na etat – mówi w rozmowie z INN:Poland.

Twierdzi pan, że najnowszy pomysł rządu, czyli obniżenie składek ubezpieczeniowych dla najmniej zarabiających przedsiębiorców to pułapka. Przecież dzięki temu może powstać wiele nowych firm.

Nie ma co na siłę skłaniać ludzi, by podejmowali własną działalność gospodarczą, nie ma też powodów, by osobom takim dawać preferencje kosztem innych. Propozycje rządowe sprowadzają się do preferencyjnego traktowania osób, które pracują na swoim. Niektórzy twierdzą, że tak należy zrobić, bo ponoszą one większe ryzyko. Nie twierdzę, że te osoby nie powinny być traktowane inaczej. Ale nie powinny mieć preferencji podatkowych i składkowych. Bo w gruncie rzeczy liczy się produktywność. Czyli ile kto wytwarza, a nie czy pracuje sam, czy w firmie na etacie.


Wszyscy chcemy, żeby polska gospodarka szybciej się rozwijała, żeby Polacy byli aktywni zawodowo. Mamy w tej chwili rekordowo niskie bezrobocie, ale z punktu widzenia gospodarki ważne jest to, ile osób pracuje i jaka jest ich produktywność. Bowiem iloczyn liczby pracujących i ich produktywności decyduje – w pewnym uproszczeniu – o wielkości produktu krajowego, naszego bogactwa. Co do tego panuje zgoda. Nieważne jest, czy pracujemy na własny rachunek, czy jako pracownik przedsiębiorstwa.

Własna działalność jest chyba lepsza? Przecież to marzenie wielu osób.


Jak pan popatrzy na strukturę naszej gospodarki, to widać, że wraz z wielkością firmy zazwyczaj rośnie produktywność. Nie ma więc powodów, by dzięki preferencyjnemu traktowaniu sztucznie zwiększać liczbę osób prowadzących własną działalność gospodarczą. Już dzisiaj nasza gospodarka bardziej przypomina rozdrobnieniem gospodarkę grecką niż niemiecką. Mamy ogromną liczbę tzw. samozatrudnionych, czyli przedsiębiorców nie zatrudniających innych osób. Do tego dochodzi ogromna liczba drobnych gospodarstw rolnych. To powoduje, że polskie przedsiębiorstwa nie wykorzystują efektu skali produkcji i specjalizacji. A przez to utrzymuje się niska produktywność. I ona skutkuje niskimi dochodami.


Uważam, że uprzywilejowanie jest głęboko niesprawiedliwe. Przywilej to jest coś w zamian za nic. Jeśli ktoś płaci znacznie niższe składki, emerytalną i rentową, nie powinien mieć takiego poziomu ochrony ubezpieczeniowej jak ci, którzy płacą pełne składki.
	
		
											
					
				
				Jeremi Mordasewicz•Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta
					

Ale dlaczego uważa pan, że niższe składki dla najmniejszych przedsiębiorców to przywilej?

Polski pracownik, żeby dostać emeryturę, rentę czy zasiłek, musi sam płacić na to składki. Składka emerytalna kosztuje co najmniej 400 zł miesięcznie, oprócz tego płaci składkę rentową, chorobową, wypadkową. W zamian za to gwarantujemy mu przynajmniej 1000 zł emerytury, pod warunkiem, że przepracuje co najmniej 20 lat w przypadku kobiet i 25 lat w przypadku mężczyzn. Poza tym przysługuje mu prawo do renty inwalidzkiej, a w przypadku śmierci – renta dla żony i dzieci. Dlaczego ktoś, kto będzie płacił składki w wysokości np. 200 złotych miałby mieć prawo do takiej samej gwarantowanej emerytury? Skoro nie wykupiłeś biletu na pociąg, to nim nie pojedziesz. 


Czy uważa pan, że powinniśmy osobom, które nie płacą składek, lub płacą je w minimalnej wysokości, udzielać takich świadczeń jak rolnikom? Rolnikom dopłacamy do emerytur w KRUS już 16 mld zł rocznie! Uważam, że jest to głęboko niesprawiedliwe i ekonomicznie nieuzasadnione. Takich grup jest więcej, chociażby górnicy czy pracownicy służb mundurowych. W ich przypadku korzyści są znacznie wyższe niż płacone przez nich składki. I chcemy wprowadzić kolejną uprzywilejowaną grupę liczącą kilkaset tysięcy osób w skali kraju?

Prowadzenie własnej działalności gospodarczej nie powinno być fetyszem. Jeśli ktoś ma większą produktywność jako pracownik, to powinien w takiej roli pracować.


Ale powiedzmy sobie uczciwie, że może to być sposób na wyciągnięcie wielu osób z szarej strefy.

Nie podzielam tego przekonania. Jeśli ktoś funkcjonuje w szarej strefie, żeby nie płacić podatków, nie zmieni postępowania po obniżeniu składki o 200 złotych. Nie zastanawia się, że nieuczciwie konkuruje z podobnymi przedsiębiorcami. Najczęściej zakłada, że inni postępują podobnie. Rekompensuje swoją niską produktywność niepłaceniem podatków i składek na ubezpieczenia społeczne. Nie miejmy nadziei, że przedsiębiorcy z szarej strefy nagle zmienią swój stosunek do podatków. 


Obecnie początkujący przedsiębiorcy mogą płacić preferencyjne składki przez pierwsze 2 lata działalności. To przecież również jest przywilej.

Przez pierwsze 2 lata prowadzenia działalności gospodarczej można płacić składki preferencyjne. Moim zdaniem, to jest akurat uzasadnione wsparcie. Startujący przedsiębiorca już ponosi koszty, a jeszcze często ma znikomą sprzedaż, najpierw płaci niższe składki, rośnie i potem płaci już „normalnie”. Te 2 lata to jest tylko 5 procent z czterdziestoletniego okresu pracy przeciętnego Polaka, więc nie zmniejszy znacząco tzw. „kapitału emerytalnego”. Płacenie niskich składek przez całe życie bez ograniczenia prawa do gwarantowanej emerytury i renty to rozwiązanie populistyczne.


Jeżeli po dwóch latach prowadzenia działalności gospodarczej ktoś nie jest w stanie uzyskać takich przychodów, które wystarczyłyby na opłacenie składek, to chyba warto zatrudnić się na etacie. Mamy rekordowo niskie bezrobocie. Minimalna pensja to 2000 zł, mediana wynosi zaś około 3000 zł. Jeżeli nie potrafisz być tak produktywny pracując samodzielnie, to może lepiej pracować u innego przedsiębiorcy.

Ale przecież składki dla przedsiębiorców są wysokie.

Wszyscy narzekają na wysokie składki, ale nie wszyscy mają do tego rzeczywiste powody. Dziś osoba prowadząca działalność gospodarczą płaci takie składki jak pracownik zarabiająca ok. 2500 zł brutto. Rolnik dziś płaci składki sześć razy mniejsze od rzemieślnika, a dostanie emeryturę tylko dwa razy mniejszą. To oznacza, że za złotówkę włożoną do systemu dostaje 3 złote. Rzemieślnik przechodząc na emeryturę dostanie dokładnie tyle, ile włożył. Złotówkę za złotówkę. Przywileje ubezpieczeniowe i podatkowe uważam za głęboko niesprawiedliwe.


Na skutek obniżenia wieku emerytalnego wiele osób, szczególnie kobiet, nie zgromadzi środków nawet nfco wa minimalną emeryturę. Nie ma lunchu za darmo, bilans musi wyjść na zero, więc te brakujące pieniądze ktoś będzie musiał dołożyć. Politycy kupują głosy wyborcze na koszt podatników.
	
		
											
					
				
				Jeremi Mordasewicz•Fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta
					

Zresztą my teoretyzujemy, bo na razie nie dostaliśmy projektu do zaopiniowania i nie znamy konkretnych propozycji. Mówi się tylko o tym, że obniżymy składki, a nikt nie powiedział, co w zamian za tę składkę dostanie ubezpieczony. Być może, rządzący zamierzają pozbawić osoby płacące zmniejszone składki prawa do minimalnej gwarantowanej emerytury? Ale trudno mi to sobie wyobrazić.


Wywołał Pan burzę proponując, by ubezpieczenie społeczne nie obejmowało trzech pierwszych dni zwolnienia oraz, by świadczenie chorobowe obniżyć z 80 do 60 proc. wynagrodzenia.

Chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że jest to moja opinia jako eksperta i członka Rady Nadzorczej ZUS-u a nie opinia Konfederacji Lewiatan. Moje nazwisko jest często utożsamiane z Konfederacją, a nasza organizacja nie podjęła takiej decyzji. Jest to moja opinia.

Ubezpieczenie chorobowe to ubezpieczenie wzajemne. Nie chorujemy – płacimy składki. Chorujemy – dostajemy zasiłek. Pracownicy wkładają do systemu ok. 10 mld zł, pracodawcy dorzucają ok. 5 mld rocznie. To duże pieniądze. Chcę powiedzieć, że pracownicy płacą dziś średnio 100 zł, mogą płacić 80 zł, ale i mogą 120, bo w funduszu jest deficyt. To jest wzajemne ubezpieczenie.


Kiedy w czeskim parlamencie padła propozycja, by wzorem Polski wypłacać zasiłek od pierwszego dnia, odrzucono ją, uzasadniając, że bardzo krótkich zwolnień nie daje się kontrolować. Czesi dodają, że jeśli płaciliby od pierwszego dnia, to poziom składek musiałby być wyższy. Co to znaczy, że 3 dni jest niepłatne? Oznacza to, że jednocześnie pracownicy płaciliby odpowiednio niższą składkę. Dziś jest to miesięcznie ok. 100 złotych. O ile byłaby niższa? Tego jeszcze nie policzono.

Odrobinę niższa składka nie jest chyba czymś, o co warto kruszyć kopie?


Dodatkowym powodem, dla którego w niektórych krajach nie ubezpiecza się pierwszych dni zwolnienia, jest brak możliwości kontroli krótkich zwolnień. Dlatego mamy do czynienia z wieloma nadużyciami w tym obszarze. Nie mówię o dużych aferach czy sprzedawaniu zwolnień. Zwolnienie po prostu bardzo łatwo dostać. Lekarze chcą pomóc komuś, kto mówi, że się źle czuje albo wręcz przyznaje, że potrzebuje dwóch dni wolnego. Wszyscy widzą osoby nadużywające zwolnienia, ale hejt wylał się na mnie. Przyznajmy otwarcie, że ani ZUS, ani pracodawcy nie są w stanie kontrolować krótkoterminowych zwolnień, a za nadużywanie zwolnień płacą pozostali pracownicy, bo otrzymują wynagrodzenia pomniejszone o koszt wypłaconych zasiłków chorobowych.
Wie pan, ile średnio choruje polski pracownik? Jest na zwolnieniu 13 – 14 dni w ciągu roku.


To dość dużo.

Nieprawdaż? A proszę zauważyć, że połowa pracowników w ogóle nie korzysta ze zwolnień. Więc u tych, którzy korzystają ze zwolnień to jest prawie miesiąc. To jest więc pytanie do pracowników, czy chcą się ubezpieczać w taki czy inny sposób. To nie jest konflikt interesów na linii pracodawca – pracownik. Patrząc na rozwiązane polskie i czeskie, uważam, że Czesi rozsądniej do tego podchodzą. 

Zauważmy, że jednocześnie rząd zamierza przywrócić uprzywilejowane traktowanie policjantów. Jeszcze niedawno wyjątkowo dużo chorowali, mając 100 proc. uposażenia w okresie choroby. Po obniżeniu zasiłku chorobowego do 80 proc. wynagrodzenia liczba absencji znacząco zmalała. Taka jest ludzka natura i to nawet w państwach o bardzo silnym etosie pracy. Rząd argumentuje, że sporo z nich pracuje na dworze. Ja jestem budowlańcem, a budowlańcy też pracują na dworze, więc nie akceptuję takiego tłumaczenia. My jesteśmy wystawieni na warunki atmosferyczne przynajmniej tak samo jak policjanci. 


Ale spokojna rozmowa na ten temat nie za bardzo wyszła, taką mamy debatę publiczną, mocno zideologizowaną. I wszyscy najchętniej stawiają się w roli ofiar lub ich obrońców. Jeremi Mordasewicz - przedsiębiorca, ekspert Konfederacji Lewiatan, członek rady Nazdorczej Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. ]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/8d6e376aacc22c008c6f7c440439c967,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/8d6e376aacc22c008c6f7c440439c967,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jeremi Mordasewicz</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134001,polscy-przedsiebiorcy-zaczynaja-rozumiec-ze-bez-pomocy-nie-urosna-mateusz-grzesiak-o-doradztwie-biznesowym</guid><link>https://innpoland.pl/134001,polscy-przedsiebiorcy-zaczynaja-rozumiec-ze-bez-pomocy-nie-urosna-mateusz-grzesiak-o-doradztwie-biznesowym</link><pubDate>Wed, 12 Apr 2017 08:47:23 +0200</pubDate><title>“Polscy przedsiębiorcy zaczynają rozumieć, że bez pomocy nie urosną” - dr Mateusz Grzesiak o doradztwie biznesowym</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/28dfff484ee6499f557a8ddc0e351c9e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />“Stwórz życie w którym jesteś najlepszą wersją siebie” - tym mottem na co dzień kieruje się dr Mateusz Grzesiak - jeden z najbardziej rozpoznawalnych psychologów w Polsce. Współczesną, globalną rzeczywistość kreują jednak nie tyle jednostki, co przedsiębiorstwa. Pytanie tylko, jak wdrożyć proces tworzenia “najlepszej wersji” prowadzonego przez siebie przedsiębiorstwa?

Zdaniem Mateusza Grzesiaka odpowiedź jest prosta w założeniu, ale trudniejsza w realizacji i brzmi: słuchać również właściwych rad. W rozmowie z na:Temat Mateusz Grzesiak tłumaczy, dlaczego działalność konsultanta jest kluczowym elementem rozwoju każdego przedsiębiorstwa.
	
		
											
					
				
				Fot. archiwum własne
					

Kogo w kontekście biznesowym określa się mianem “doradcy”?

Doradca, czy też konsultant, to profesjonalista, który dostarcza porad eksperckich w określonym obszarze funkcjonowania biznesu. W Polsce konsultanci są często myleni z innymi zawodami - z coachami, czy trenerami. Doradca biznesowy musi natomiast posiadać wiedzę z zakresu działalności określonej branży, często zarówno wykształcenie kierunkowe, jak doświadczenie w danym zakresie. Do tego dochodzą oczywiście umiejętności konsultowania, czyli doradzania, jak i dlaczego należy wdrażać konkretne procedury.


W jakich obszarach najczęściej działają konsultanci?

Kamienie węgielne konsultingu to oczywiście sprzedaż i zarządzanie. W kontekście sprzedaży chodzi o podniesienie wyników, a w kontekście zarządzania jest to najczęściej praca z osobami decyzyjnymi, na temat tego, w jaki sposób można skonstruować określoną strategię dotyczącą prowadzenia przedsiębiorstwa.

Co do obszarów, jako pierwszy można wymienić choćby sektor HR, gdzie konsultant dostarcza określonej ekspertyzy w kontekście praktyk zatrudnienia. Poza nim mamy tzw. interim-menagerów, czyli menagerów, którzy wchodzą do firmy, na przykład, na rok i mają za zadanie doprowadzić do osiągnięcia konkretnych rezultatów. Mamy konsultantów z zakresu komunikacji i public relations. Bardzo często, gdy w firmie pojawia się kryzys, to firma korzysta z konsultantów specjalizujących się w tym obszarze. Zadaniem tej osoby jest wtedy wsparcie czy wyprowadzenie marki z takiego PR-owego kryzysu.


A co z social mediami? Czy firmy szukają w tej kwestii pomocy konsultantów?

Oczywiście, ich rola dzisiaj jest szczególnie istotna, bo praktyki związane z mediami społecznościowymi stają się wyodrębnioną dziedziną komunikacji i funkcjonowania firmy. Pojawiają się więc konsultanci związani tylko i wyłącznie z funkcjonowaniem internetu. 

I tu ciekawostka: ten obszar funkcjonowania rynku rozwija się szybciej niż badania przeprowadzane w tym zakresie, w związku z czym firmy, które chcą zacząć sprzedawać produkty przez social media, czy w ogóle eksplorować e-commerce, który w Polsce w 2015 roku miał wartość 33 mld zł i rozwija się na potęgę, nie mają wyjścia i muszą korzystać z usług konsultantów. Najzwyczajniej w świecie nie znajdą bowiem teoretycznej, akademickiej wiedzy z tego zakresu, bo jej jeszcze nie ma. Rynek rozwija się szybciej i ma większe wymagania, niż to, co się dzieje w szkołach. Sam przez to przechodziłem - praca nad moim doktoratem dotyczącym kształtowania marki osobistej w nowych mediach była obarczona dodatkowym wyzwaniem materiałów badawczych z tego zakresu - a na świecie jest go póki co mało. 


W jakich okolicznościach firmy zwracają się do konsultantów - tylko w obliczu kryzysu czy też planując dalszy rozwój?

Istnieją dokładnie te dwie możliwości, bo i modele prowadzenia biznesu są dwa: reaktywny i proaktywny. Podobne wzorce funkcjonują w kontekście mentalności życiowej. Typowy przykład reaktywności: badania pokazują, że 60 proc. Polaków ma nadciśnienie i o tym nie wie. Kiedy zada się im pytanie, czy są zdrowi, odpowiadają: oczywiście, że tak. Kiedy pytamy dalej, dlaczego tak uważają, odpowiedź brzmi: bo nic mi nie dolega, co jest oczywiste, bo choroba na początku nie daje symptomów. Ale nadciśnienie nie bez powodu jest nazywane cichym zabójcą. Do lekarza prowadzi nas dopiero zawał. Podobnie firmy działające reaktywnie - zatrudniają konsultanta dopiero, kiedy pojawia się kryzys. 


Z drugiej strony mamy też coraz większe nastawienie na rozwój i szeroko pojęte szkolenia. Firmy zaczynają zdawać sobie sprawę, że nie są w stanie urosnąć bez konsultantów, choć statystyki jeszcze tego nie odzwierciedlają. 194 zł - tyle dzisiaj wydaje polski przedsiębiorca - mamy ich w kraju 1,8 mln - na szkolenie pracowników. Przeważnie są to szkolenia BHP. Na tle międzynarodowym nadal jesteśmy więc w ogonie. Penetracja konsultingu i innych form szkoleniowych w firmach brytyjskich wynosi około 80 proc. a w przypadku firm polskich jest to 15 proc. Nasi przedsiębiorcy zaczynają jednak rozumieć, że bez zewnętrznych form konsultingu nie są w stanie rosnąć. 


A czy rozumieją na czym praca konsultanta w ogóle polega? Czy często spotyka się pan z nierealistycznymi oczekiwaniami?

To jest wyzwanie każdego dobrego konsultanta - rozumieć się ze swoim klientem w taki sposób, żeby cele, które ma osiągnąć, były mierzalne i w odpowiedni sposób sformułowane. Tylko wtedy konsulting ma sens. 

Zdarzają się klienci, którzy mówią: “Zmotywuj mi ludzi!”. Po krótkiej analizie okazuje się jednak, że płace w tych firmach są nieadekwatne do widełek panujących w branży. W tym przypadku ani zewnętrzne szkolenie, ani usługi konsultingowe problemu nie rozwiążą. 


Od czego więc należy rozpocząć współpracę z konsultantem?

Pierwszym elementem współpracy jest zawsze dokładne określenie potrzeb i zdiagnozowanie sytuacji. Rynek coraz bardziej dojrzewa i świadomość, związana z tym, że konsultant to ekspert, oferujący spojrzenie z zewnątrz, cały czas się zwiększa. Zwłaszcza w przypadku firm, które rosną. 

Szacuje się, że jeśli firma przeżyje pierwsze trzy lata, to poradzi sobie na rynku. Po tych trzech latach pojawiają się jednak nowe wyzwania. Firma musi więc przejść z tzw. rodzinnego sposobu zarządzania na profesjonalny. W Polsce mamy z tym szczególny problem. Jesteśmy młodą demokracją w związku z czym, jak pokazują badania, ponad 90 proc. polskich biznesów to firmy rodzinne. Zdecydowana większość tych, które utrzymały się na rynku, są prowadzone przez “selfmade menów”, którzy nic nie dostali od rodziców, a sukces osiągnęli własnymi rękami. Siłą rzeczy uprawiają micromanagement i klanowe zarządzanie.


Nic dziwnego, skoro hodowali tę swoją firemkę od maleńkości.

Maleńkość jest też na początku adekwatna do rozmiaru ich biznesu. Ale kłopot powstaje, kiedy firma zaczyna rosnąć. Wtedy albo może przejść na profesjonalne metody sprzedaży i zarządzania, albo przestać wzrastać. Dzisiaj mamy masę polskich biznesów, które na rynku europejskim są konkurencyjne pod względem produktu czy ceny i spokojnie mogłyby swoją działalność rozszerzać, ale ze względu na brak wiedzy z zakresu zarządzania międzynarodowego, nie wiedzą w jaki sposób to robić. 

W Polsce podejście do edukacji miękkiej dopiero się tworzy. W latach 60.-70. czy nawet 80. edukacja miękka - marketing, zarządzanie, przywództwo, inteligencja emocjonalna nie istniały. Pojawiły się dopiero w latach 90. Przedsiębiorcy z pokolenia baby boomers, urodzeni w latach 1946-64, albo X z 1965-79, robili wszystko intuicyjnie. W związku z czym, kiedy dziecko pyta ojca: “Tato, jak osiągnąłeś sukces?” to ten zamiast mu podać gotowe modele, na których przecież musiał bazować, odpowiada: “Synu, w życiu trzeba mieć szczęście”. 


Sztandarową prośbą w wielu firmach jest poprawa wyników sprzedażowych. Kiedy pytam zarząd, dlaczego statystyki są słabe, słyszę: “Bo nasi handlowcy nie mają do tego smykałki”. 

Niezbyt precyzyjne określenie. 

Właśnie o to chodzi. Pierwszym zadaniem konsultanta jest więc przekonanie szefa, że nie ma czegoś takiego jak koncept “smykałki”. Nikt nie rodzi się sprzedawcą. To zestaw określonych kompetencji, których trzeba najzwyczajniej w świecie się nauczyć. 

Czyli wszystkie kompetencje biznesowe można nabyć, stosując określone procedury?

Trzeba sobie uświadomić, że nie istnieje coś takiego, jak umiejętność wrodzona. Nikt nie “rodzi się” sprzedawcą dlatego, że w okresie prenatalnym zastanawiał się, jak spieniężyć łożysko. Nikt nie umie jeździć na rowerze, w chwili, gdy się rodzi. Nikt nie mówi w żadnym języku, gdy się rodzi. Podobne nieprawdziwe przeświadczenia my Polacy mamy w innych kwestiach: wierzymy, że miłość w związku “przychodzi’, albo że należy szukać drugiej połówki jabłka - jakby to nie była kwestia odpowiedniego wywierania wpływu na siebie nawzajem. 


Tu dochodzimy do kolejnego fundamentalnego wyzwania, pod tytułem: jakie kompetencje są mi potrzebne. Statystyki mówią, że umiejętności sprzedażowe to piąta najważniejsza kompetencja, jakiej pracodawcy szukają u pracowników. Ale nasz pracownik często kończy studia, na przykład ekonomię, i on jest, owszem, ekspertem jeśli chodzi o modele ekonomiczne Adama Smitha sprzed wieków, ale absolutnie nie jest przygotowany do funkcjonowania na rynku. Aż trzy czwarte przedsiębiorców narzeka na problemy związane z niedopasowaniem pracowników do potrzeb rynku. Trzy czwarte! To bardzo dużo. Chcemy kogoś zatrudnić, ale on nie potrafi tych rzeczy, których od niego wymagamy. 


Ale czy rolą przedsiębiorcy nie jest właśnie wykształcenie sobie pracownika? Dlaczego firmy nie biorą na siebie tej odpowiedzialności?

Nie są jeszcze świadome potencjału, jaki kryje się za szeroko pojętymi szkoleniami i konsultingiem. Jest pewnego rodzaju oczekiwanie, widoczne z resztą również w innych kontekstach naszej polskiej kolektywnej mentalności, że przedsiębiorca myśli sobie: “To ja wezmę kogoś, kto już to wszystko umie”. Ale to nie działa w taki sposób, proces wdrażania jest niezwykle istotny, ale przez pracodawców często traktowany po macoszemu. Jeśli początkowe szkolenie zaczyna się i kończy stwierdzeniem: “To zorientuj się, jak nasza firma funkcjonuje i zacznij sprzedawać” to szansa na sukces takiego pracownika jest minimalna. 


Rola konsultanta sprowadza się tu do edukacji - szkolenia pracowników, ale w inny sposób niż zrobi to szef, który na takie szkolenie może nie mieć czasu albo, nie posiadać odpowiednich umiejętności dydaktycznych.

Pracodawca może też nie chcieć się do tego przyznać i zwyczajnie bać się zmian w swojej organizacji. 

Rynek zmienia się w błyskawicznym tempie, w związku z czym chcąc, nie chcąc, przedsiębiorca powinien ewaluować razem z nim. W zarządzaniu istnieje takie powiedzenie “zmieniaj się albo zgiń”.Zmiana musi towarzyszyć każdej firmie. 

Jeśli przedsiębiorstwo przegapi istotne zmiany rynkowe, to skończy tak jak kiedyś Nokia, która nie chciała robić smartfonów, albo Kodak, który nie wziął pod uwagę cyfryzacji - takich przykładów jest masa. I nie chodzi tu tylko o zmiany o charakterze ekonomicznym, ale też socjologicznym czy politycznym. 


Od wielu lat doradzam polskim przedsiębiorcom, żeby rozwijali marketingowo elementy patriotyczne. Polacy według badań mają wyparte pewne cechy np. nie lubią się chwalić. Akceptujemy różne emocje, ale nie pozwalamy sobie na przeżywanie dumy. Nagle zmieniają się wiatry polityczne, a patriotyzm staje się elementem pożądanym. Dzisiaj mówienie do Polaków w kategoriach: “Sprzedajemy polskie, dobre produkty, którymi możemy zawojować świat” jest brane za dobrą monetę. 

Zmierzam do tego, że wiele firm powinno rozważyć współpracę z konsultantem, który zna się na marketingu i socjologii, oraz który rozumie procesy zachodzące obecnie pod względem politycznym i psychologicznym, po to aby nie przegapić szansy na rozwój. Bez odpowiedniego przekazu marketingowego nic się nie sprzeda. A jak niczego się nie sprzeda…


… to firma zginie. 

Dokładnie. 

Kiedy kończy się więc praca konsultanta? Skąd wiadomo, że nadszedł moment, w którym konsultant może odejść z firmy?

Są mierniki, które ustala się wcześniej: jak konsultant ma pracować, za co jest odpowiedzialny. Jeżeli doprecyzowaliśmy w umowie zakres jego obowiązków, wtedy wiadomo też, jak mierzyć jego postępy. 

W konsultingu zawsze jest tak, że poza określonymi celami, które ja, jako konsultant mam spisane w umowie, są jeszcze tzw. “hidden agendas” czyli dodatkowe interesy, które trzeba wziąć pod uwagę. Różni interesariusze, czyli osoby biorące udział w całym projekcie, na pewno je mają. Zdaję sobie sprawę z tego, że ja z jednej strony mam osiągnąć cele, na które się umawiamy, a z drugiej są też inne cele - nie te firmowe, ale indywidualne, które trzeba też w odpowiedni sposób zaadresować, żeby koniec końców wszyscy byli zadowoleni, a wyniki firmy - lepsze.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/28dfff484ee6499f557a8ddc0e351c9e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/28dfff484ee6499f557a8ddc0e351c9e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/133997,general-polko-nie-umiemy-wykorzystac-potencjalu-zolnierzy-w-biznesie-obecnej-wladzy-udalo-sie-wytresowac-malpy</guid><link>https://innpoland.pl/133997,general-polko-nie-umiemy-wykorzystac-potencjalu-zolnierzy-w-biznesie-obecnej-wladzy-udalo-sie-wytresowac-malpy</link><pubDate>Thu, 30 Mar 2017 09:04:28 +0200</pubDate><title>Generał Polko: nie umiemy wykorzystać potencjału żołnierzy w biznesie. Obecnej władzy udało się wytresować małpy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/7fc3c54cb8cfd03b4910b105a2095557,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Byli wojskowi świetnie sprawdzają się w biznesie. Dyscyplina, którą się dziś kształtuje w armii to nie stukanie obcasami i zamykanie szarych komórek. Chociaż patrząc na incydenty z Misiewiczem i parasolką to widać, że udało im się wytresować takie małpy, bo trudno mówić, żeby to byli myślący żołnierze, skoro realizują takie poniżające działania, poniżające godność i honor żołnierza – mówi w rozmowie z INN:Poland gen. Roman Polko, były dowódca jednostki GROM.

– Ostatnio zdziwienie wielu dziennikarzy wywołało powołanie byłego generała Włodzimierza Nowaka na wysokie stanowisko w T-Mobile. Czy to dziwne, czy normalne?

– Generał Nowak jest ekspertem w swojej dziedzinie, fachowcem i jest to niemal jego drugi zawód, który świetnie realizuje. On w wojsku nie był liderem, przywódcą, ale zajmował się dziedziną ekspercką, dotyczącą informatyki i informatyzacji. Ma bardzo dużą wiedzę i ją przekazuje. Trudno więc powiedzieć, by przekładał na biznes, którym się zajmował jakąś wiedzę typowo wojskową. Zresztą ma już doświadczenia w biznesie i administracji, pracował z panią minister Streżyńską.


Wcześniej w T-Mobile pracował też gen. Bondaryk. Ja sam zresztą miałem propozycje z tej firmy, aczkolwiek zbiegło się to w czasie z zamieszaniem w samej Firmie, a także kampanią wyborczą z akcentami antyniemieckimi – a ponieważ w tamtym czasie byłem związany z tym środowiskiem, kontrakt nie doszedł do skutku. 

Niespecjalnie tego żałuję, praca w korporacji nie jest moim marzeniem i z pewnością nie dziwię się negatywnej reakcji na taką kampanię. Jesteśmy razem z Niemcami w Unii Europejskiej, w NATO, a pojawiały się informacje, że chcielibyśmy u siebie wojska NATO-wskie, ale nie niemieckie. Było też przedstawianie Donalda Tuska w mundurze SS czy Wehrmachtu i inne głupie wypowiedzi. 
	
		
											
					
				
				Generał Roman Polko•Arch. prywatne
					




To świadczy o jakichś kompleksach, zahukaniu, niezwróceniu uwagi na to, że mamy do czynienia z kolejną generacją ludzi, która z II wojną światową nie ma nic wspólnego. To już inna historia.

– Wróćmy do tego, co wojsko ma wspólnego z biznesem. Generał Nowak nie jest jedynym wyższym rangą wojskowym, który radzi sobie w biznesie. Był generał Petelicki, pan też udziela wykładów.

– Polskie przykłady są odosobnione, ale w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii to jest realizowane na dużą skalę. 

– Jakie atuty weteranów są wykorzystywane przez świat biznesu?


– Byli wojskowi często pracują jako liderzy konkretnych projektów, które realizują pod auspicjami swojego państwa (np. USA) czy konkretnego biznesu - jak choćby Lockheed Martin. Tu znam wiele przykładów, choćby attache amerykański, płk. Roy Panzarella czy były szef połączonych sztabów generał Joseph Ralston. Ci ludzie przyjeżdżali w różne miejsca świata po to, by realizować konkretne amerykańskie projekty, przy bezpośrednim wsparciu państwa i jego administracji.

To jest jeden kierunek – szeroko pojęte lobbowanie z wykorzystaniem kontaktów, które nawiązało się wcześniej w służbie. Tak to trzeba po imieniu nazwać. Miałem kiedyś propozycje zostania takim lobbystą, który załatwia kontakty i kontrakty, otwiera drzwi, promuje - jednak nie mam do tego specjalnych predyspozycji i wybrałem inną drogę. Taką, która pozwala mi realizować swoje pasje i zajmować się sprawami na które podczas służby w wojsku zawsze brakowało mi czasu, a jednocześnie dzielić się swoją wiedza i doświadczeniem z zakresu leadershipu i zarządzania z przedstawicielami biznesu.


Oprócz tego znajduję czas na wykłady dla studentów związane z kwestiami bezpieczeństwa, jesteśmy wspólnie z żoną na ukończeniu wspólnej publikacji w tym zakresie (roboczy tytuł „Bezpiecznie już było”), czy też na charytatywne: mecze hokejowe Hokejowej Reprezentacji Artystów Polskich i imprezy biegowe mojego klubu WKB Meta Lubliniec. 

Jeśli miałbym szukać typowo biznesowych wzorów do naśladownictwa to numerem jeden jest generał Shlomo Yanai. To izraelski wojskowy, który został prezesem firmy Teva, produkuje ona m.in. leki generyczne. Wyciągnął ją z poziomu 50 mln dolarów rocznych przychodów na 20 mld dolarów. Shlomo Yanai zreorganizował firmę w taki sposób, by leki odtwórcze były dostępne na większą skalę. I jak sam podkreślał, to co mu pozwoliło odnieść sukces, co mógł wykorzystać ze swojego „leadershipu”, to zaufanie. Miał pewnych ludzi, którym ufał. Bo w wojsku się właśnie ludziom ufa.
	
		
											
					
				
				Gen. Roman Polko•Arch. prywatne
					

– A nie rozkazuje?


– Jeśli idę na pole walki to nie idę z ludźmi, do których nie mam zaufania, bo mogą mi strzelić w plecy. To nie jest wojsko z komisarzami sowieckimi, dziś działamy inaczej. Liczy się zaufanie i zdolność do podjęcia ryzyka. Ryzyka rozumianego jako gotowość na zmianę. Na to że jak coś się dzieje, to trzeba temu wyjść naprzeciw. W takich sytuacjach decydenci czy pracownicy w firmach czy instytucjach robią krok do tyłu. Zaufanie, zdolność do ponoszenia ryzyka, gotowość do zmian, to są składowe sukcesu. Mogą to osiągnąć wojskowi, którzy gdzieś działali, coś robili a nie spędzili życie w armii za biurkiem.


– Wojsko kojarzy się raczej z karnością, wykonywaniem poleceń, a niekoniecznie z przywództwem i niestandardowym myśleniem strategicznym.

– Zbyt często się uważa, że ktoś wydaje rozkaz i rusza akcja. Sama, bo żołnierz nie jest od myślenia, tylko od wykonywania rozkazów. Wręcz przeciwnie. Dynamiczna sytuacja współczesnego pola walki wymusza na żołnierzach umiejętności szybkiego przeprowadzania procesu decyzyjnego, przejmowania inicjatywy i brania na siebie odpowiedzialności za realizowane zadanie. Czegoś, co w niektórych korporacjach jest nie do pomyślenia. 


Humanizacja ludzi, a robotyzacja pola walki, nie odwrotnie. „Take ground commander advise!” Nie mogę za każdym razem mówić podwładnemu w konkretnej sytuacji bojowej co ma zrobić, bo nie jestem w stanie tak jak on ocenić sytuacji w konkretnym miejscu i czasie. A skutki działań lub zaniechań mogą być takie, że ktoś straci życie.

Ta dyscyplina, którą się dziś kształtuje w armii to nie jest dyscyplina polegająca na stukaniu obcasami i zamykaniu szarych komórek, żeby się przypadkiem nie uruchamiały. Chociaż niektórzy cywilni urzędnicy tak myślą. Szczególnie dzisiaj patrząc na incydenty z Misiewiczem i parasolką widać, jak łatwo można ogłupić inteligentnych ludzi, którzy legitymują się dobrym wykształceniem i zdecydowanie przerastają tego pana.


A jednak zachowują się jak tresowane małpy, bo trudno mówić, żeby to byli myślący żołnierze, skoro realizują takie poniżające działania, poniżające godność i honor żołnierza. To jednak przykład publicznie już potępionej patologii, a nie standard. 

Dyscyplina w wojsku ma być wykonawcza. O tym pisze Jim Collins w swojej książce „Great by choice” - „Wielcy z wyboru” – to jest taki 20-milowy marsz, który Amundsen codziennie fundował zdobywcom bieguna południowego. Czyli systematyczność, wytrwałość bez względu na warunki. Bez względu na to, co się dzieje my robimy swoje. I na tym polega dyscyplina, co w szczególności dedykuję wszystkim kandydatom do służby w jednostkach specjalnych. W większości mają niestety słomiany zapał i wtedy kiedy napotykają na żmudne, nudne ćwiczenia to jakoś ten entuzjazm w nich gaśnie. 


Dyscyplina to jest pasja polegająca na tym, że robi się to codziennie. Same shit, different day jak mawiają Amerykanie. Robię codziennie to samo, ale nie tracę entuzjazmu, bo wiem, że to jest potrzebne, bo w chwili prawdy nudne, żmudne szkolenie pomoże mi zwyciężyć.

– Do tego dochodzi jeszcze mobilność i dyspozycyjność?

– Dla żołnierzy nie stanowi to żadnego problemu, ale dla pracowników cywilnych bywa poważną trudnością. „Ale jak to, mam się teraz przenieść z całą rodziną do innej miejscowości?” Kiedy jako dowódcy wojskowi otrzymywaliśmy polecenie przeniesienia się z Dziwnowa do Lublińca, to nie było żadnej dyskusji. Żaden z oficerów nie miał nawet prawa zwolnić się z jednostki. Kiedy jechałem na misję do Jugosławii to nikt nie prosił mnie żebym sobie to przemyślał. Było pytanie i 5 minut na odpowiedź, która na 20 miesięcy przeniosła mnie do Srbskiej Krajiny. Gdyby jej nie było, to oznaczało, że nie ma mnie w grze. Ci wojskowi, którzy wykazywali się brakiem dyspozycyjności, tracili szansę, która wiązała się z rozwojem.


– Zajmował się Pan szkoleniem biznesmenów.

– Ma pan rację, ja po części zajmuję się szkoleniem świata biznesu. Spotykałem na swojej drodze takich prezesów, którzy przejmowali podupadłe PRL-owskie firmy i doprowadzali je do rozkwitu. Ale wiązało się to z tym, że albo byli w stanie przekonać swoje kadry do zmian, albo zmieniali kadry.

Ostatnio rozmawiałem z jednym z prezesów, który wygrał ze związkami zawodowymi, będącymi wcześniej ostoją betonu i nieruchliwości firmy. Jak? Stworzył własne związki zawodowe. Poprzedni szef związków nie wiedział nawet ile dzieci mają pracownicy, nie mówiąc o zorganizowaniu dla nich jakichś mikołajek, Dnia Dziecka. On sam z siebie zbudował bazę sportową dla pracowników, zadbał o ich rodziny. Pracownicy przeszli więc do „jego” związku, odbierając swoje wsparcie władzom poprzedniej organizacji. A organizacja związkowa bez poparcia załogi nie ma racji bytu.


– A co biznes ma do zaoferowania byłym wojskowym? Jedna kwestia to chyba brak ofert dla nich, druga – brak państwowego wsparcia dla osób odchodzących ze służby. Weterani z USA czy Wielkiej Brytanii są w stanie dostać nawet kilkadziesiąt tysięcy dolarów czy funtów na założenie własnego biznesu. 

– To jest problem, który w Polsce, szczególnie w tym sektorze państwowym, wiąże się z zahamowaniem merytokracji. Ktoś zostaje wyznaczony na dane stanowisko z klucza partyjnego, na zasadzie „a bo chciał się sprawdzić w biznesie”. Czyli niespecjalnie ma o tym pojęcie, ale przychodzi, przejmuje stanowisko. Więc nikt nie będzie szukał na przykład wojskowych, którzy mogliby stworzyć konkurencję.


Jedną rzecz warto podkreślić. Wiele osób myśli, że dowodzenie jednostką specjalną, np. GROM-em polega przede wszystkim na ćwiczeniach taktycznych, strzelaniach i bytowaniu w trudnych warunkach – zimą w górach, na morzu, pustyni, dżungli... No i na oczekiwaniu na rozkazy politycznych przełożonych, którzy planują dla nas misje specjalne. 

Tymczasem np. misję GROM-u w Kosowie wymyśliliśmy i wypracowaliśmy w jednostce sami bazując na mojej wcześniejszej obecności w tym rejonie, do Afganistanu i Iraku wyjechaliśmy bo temat ewentualnych wspólnych działań i wzajemnie kontakty nawiązane zostały dożo wcześniej niż pojawiło się takie zapotrzebowanie. Sami szukaliśmy kontaktów i możliwości zgrywania się z elitą NATO. 


Po drugie – jako dowódca GROM-u odpowiadałem nie tylko za zadania bojowe jednostki, ale za całą logistykę: politykę zakupów, przetargi i dyscyplinę budżetową, której złamanie, tak jak w każdej firmie, mogło mnie kosztować utratę stanowiska i zakaz sprawowania funkcji kierowniczych. Sukcesy odnieśliśmy nie tylko w Iraku na platformie w UMM QUASR. W tym samym czasie moi logistycy doprowadzili do sytuacji, że roczny budżet jednostki z 17 milionów zł wzrósł do blisko 400 mln – co bezpośrednio przekładało się na poziom wyposażenia jednostki i jej zdolności bojowe.
	
		
											
					
				
				Generał Roman Polko•Archiwum prywatne
					

To była gigantyczna odpowiedzialność, nie tylko za szkolenie żołnierzy i przygotowanie ich do walki, ale i właściwe wydatkowanie wywalczonych środków finansowych. 
To umyka wielu biurokratom, którzy patrzą na żołnierzy, jako ludzi, którzy biegają z kałachem (AK-47) po polu i kopią okopy.


– Ale dostają przecież rozkazy.

– Rozkaz to nie jest powiedzenie „masz kopać od tego miejsca do południa”. Zwykle zawiera się w nich ocena sytuacji, terenu, przeciwnika, wojsk własnych, misja, zadania dla podwładnych, kwestie łączności, dowodzenia i logistyki. Odpowiada na pytania: kto, co, gdzie kiedy, jak i co najistotniejsze dlaczego? Jaki sens ma to co robimy? Często mówimy „jaki rozkaz, takie wykonanie”. Jeśli podwładny nie rozumie rozkazu i nie utożsamia się z realizowaną misją, to jest to wina dowódcy, a nie podwładnego.

W armii nie możemy sobie pozwolić na taką sytuację, bo za pomyłki płaci się żołnierską krwią. Szczególnie boli, gdy jest to sytuacja niebieski – niebieski (kolorem niebieskim oznacza się wojska własne), czy jak ktoś woli „friendly fire” – czyli pomyłkowe strzelanie do swoich. 


Na polu walki żołnierze mają obowiązek korygować zadanie, a nawet zmieniać procedury, po to aby zrealizować powierzoną misję przy zmieniających się zewnętrznych uwarunkowaniach. W tym czasie sztaby zbierają i analizują sytuację z pola walki i planują kolejne zadania. 

Atuty wojskowych, którzy potrafią szybko odnaleźć się w takim turbulentnie zmieniającym się otoczeniu wykorzystywane są w biznesie. Wciąż niestety częściej za granicą niż w Polsce. Mógłbym wymienić co najmniej kilku moich byłych podwładnych, nie tylko z GROM-u, którzy dzisiaj są cenionymi fachowcami i liderami w zagranicznych spółkach. Z jednym aktualnie koresponduję na temat sytuacji w armii. Jest w Iraku, pracuje dla amerykańskiej firmy logistycznej, która się na nim poznała. Szkoda, bo równie wspaniałą robotę mógłby robić w Polsce, ale nikt mu tego nie proponuje.


– Czy problemem nie jest inny język wojskowych, inna kultura organizacyjna? Wojsko różni się przecież od firmy.

– Kiedyś rozmawiałem z panią rektor Krajowej Szkoły Administracji Publicznej. Chwaliła się, że jej studenci mają praktyki poza granicami kraju, że to jest dobre, fajne i rozwija. To mnie zastanowiło i doszedłem do wniosku, że nie znam generała czy oficera nowego pokolenia, który nie odwiedziłby przynajmniej kilku krajów i nie nabrał nawyków czy umiejętności wchodzenia w zupełnie nowe środowisko. Powiem szczerze, że to wojskowi chyba są bliżej realnego biznesu, mają dużo obycia międzynarodowego, niż co niektórzy przypadkowi administratorzy czy urzędnicy.


Kilka dni temu widziałem w telewizji pana z ministerstwa środowiska, który mówił o akcji „Why waste water?”. On nawet nie potrafił wymówić tej nazwy i wytłumaczyć co ona oznacza. „Bo to trzeba dbać o wodę”. Czy zachwycanie się przez innego ministra powiedzeniem „ready fight tonight” (wypowiedziane jako „ridy fajt tunajt”). To wskazuje na kompleksy, których dawno powinniśmy się wyzbyć. Takich przykładów jest wiele.

Gdy jako GROM pomagaliśmy w Iraku w szkoleniu nowych zmian amerykańskich marines, współpracowaliśmy z Navy Seals – nawet nam do głowy nie przyszło, żeby myśleć w tych kategoriach.


– Pan zajął się własnym biznesem – pisze pan książki, udziela się na szkoleniach.

– Wyżywam się głównie na niwie naukowej, razem z żoną mamy już za sobą kilka publikacji: „Rozgromić konkurencję”, „Szefologika czyli logika szefowania”, teraz kończymy książkę na temat bezpieczeństwa pt. „Bezpiecznie już było”. Współpracuję z żoną, która jest kierownikiem katedry w Wyższej Szkole Biznesu w Dąbrowie Górniczej, prowadzę szereg zajęć, również dla ludzi mocno związanych z biznesem. Ale po służbie znalazłem przede wszystkim czas na realizację swoich różnych pasji. Triathlon, hokej, jeżeli jest możliwość to udzielam się pro publico bono.


Prezydent Komorowski powołał mnie do strategicznego przeglądu bezpieczeństwa narodowego, co prawda moje opinie niespecjalnie zostały uwzględnione – szczególnie podczas reformy systemu dowodzenia, ale chociaż toczyła się jakaś debata, dyskusja. Teraz takich inicjatyw nie widzę, więc razem z moim wojskowym klubem biegacza Meta pomagamy dzieciom ze specjalnego ośrodka szkolno-wychowaczego czy dzieciom z zespołem Downa. Jest szereg fajnych, lokalnych inicjatyw do zrobienia. Mam dwójkę małych dzieci, muszę mieć dla nich czas i niespecjalnie szukam możliwości korporacyjnego zatrudnienia, które wymagałoby ode mnie dyspozycyjności.Napisz do autora: konrad.baginski@innpoland.pl ]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/7fc3c54cb8cfd03b4910b105a2095557,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/7fc3c54cb8cfd03b4910b105a2095557,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Generał Roman Polko należy do wojskowych, którzy udzielają się w biznesie.</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
