<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[INNPoland.pl - Po Twojej stronie]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii Po Twojej stronie w INNPoland.pl]]></description>
		<link>https://innpoland.pl/c/183,po-twojej-stronie</link>
				<generator>innpoland.pl</generator>
		<atom:link href="https://innpoland.pl/rss/kategoria,183,po-twojej-stronie" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/blogi/malgorzatabuczkowska/152581,alimenty-na-rzecz-malzonka</guid><link>https://innpoland.pl/blogi/malgorzatabuczkowska/152581,alimenty-na-rzecz-malzonka</link><pubDate>Tue, 21 May 2019 16:40:00 +0200</pubDate><title>Alimenty na rzecz małżonka</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/946bd76a96ef623919669b24ce758605,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Z mojego doświadczenia wynika, że wielu rozwodzących się małżonków chciałoby - z chwilą orzeczenia rozwodu - zapomnieć o byłej już żonie czy byłym mężu. Jak pokazuje życie, nie zawsze jest to możliwe, nawet jeżeli byli małżonkowie nie muszą już porozumiewać się w sprawach związanych z ich dziećmi. Czasami bowiem konsekwencją rozwiązania małżeństwa jest także obowiązek dalszego łożenia na utrzymanie byłej żony lub męża.

Kiedy możemy żądać alimentów od byłego małżonka?
Podstawą prawną do żądania alimentów od byłego małżonka jest art. 60 § 2 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. Zgodnie z tym przepisem alimentów można żądać od małżonka, który został uznany za wyłącznie winnego rozkładu pożycia małżeńskiego. I to tylko w sytuacji, gdy rozwód pociąga za sobą istotne pogorszenie sytuacji materialnej małżonka niewinnego, przy czym małżonek żądający alimentów nie musi znajdować się w niedostatku (tj. nie posiadać środków na pokrycie kosztów swojego życia). Jak wynika z powyższego obowiązek alimentowania byłego małżonka to w zasadzie quasi odszkodowanie za pogorszenie sytuacji majątkowej małżonka niewinnego, które nastąpiło na skutek rozwodu.
W jaki sposób żądać alimentów?
O alimenty można wystąpić już w pozwie o rozwód. Oczywiście musi być to pozew z żądaniem orzeczenia rozwodu z wyłącznej winy drugiego małżonka. W przeciwnym razie (jeżeli np. wnosimy o rozwód bez orzekania o winie) uzyskanie alimentów na byłego małżonka nie będzie możliwe, bowiem sąd orzekając rozwód nie musi rozstrzygać tego która ze stron ponosi winę za rozkład pożycia małżeńskiego (możliwe rozstrzygnięcia zależą od żądań strony przeciwnej). 
Jeżeli jednak w pozwie o rozwód nie było takiego żądania nic straconego. Oczywiście, jeżeli postępowanie o rozwód zakończyło się orzeczeniem wyłącznej winy Twojego małżonka, bowiem – jak wskazano powyżej jest to warunek konieczny dla ubiegania się o przyznanie tego rodzaju świadczenia. Po uprawomocnieniu się wyroku w sprawie o rozwód możesz wytoczyć oddzielne postępowanie o przyznanie Ci alimentów. 
Co musisz udowodnić?
Aby otrzymać alimenty za tzw. pogorszenie stopy życiowej musisz udowodnić kilka okoliczności. Pierwszą z nich jest uznanie Twojego małżonka za wyłącznie winnego rozkładu pożycia małżeńskiego, co nie powinno być trudne z uwagi na to, że znajduje ono odzwierciedlenie w treści wyroku rozwodowego. Po drugie, musisz udowodnić, że Twoja sytuacja materialna – na skutek rozwodu – uległa pogorszeniu. Co może o tym świadczyć? Wszystko zależy od Waszej sytuacji przed rozwodem i Twojej po jego orzeczeniu. Pogorszenie stopy życiowej najbardziej widoczne jest w skrajnych przypadkach np. gdy wcześniej nie pracowałaś a po rozwodzie musiałaś podjąć pracę, jeżeli w trakcie małżeństwa mieszkałaś w dużym domu w centrum miasta a po rozstaniu wynajmujesz małe mieszkanie na jego obrzeżasz albo gdy wcześniej stać Cię było na wystawne życie na wysokim poziomie a po rozwodzie musisz oszczędzać. Oczywiście to nie są jedyne przypadki, kiedy można dochodzić alimentów od byłego małżonka. Pamiętaj jednak, że składając takie żądanie to Ty musisz udowodnić, że nastąpiły okoliczności, które są konieczne do przyznania tego świadczenia. 
Jak długo trwa obowiązek alimentacyjny?
Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Obowiązek ten trwa tak długo jak długo nie zmienią się okoliczności uzasadniające przyznanie tego świadczenia. Jeżeli jednak do zmiany tych okoliczności dojdzie (np. małżonek zobowiązany do zapłaty alimentów straci dobrze płatną pracę i nie będzie go stać na utrzymywanie byłej żony albo zachoruje w taki sposób, że nie będzie mógł zarobkować w takim zakresie jak dotychczas) ma prawo do wystąpienia z żądaniem ustalenia, że jego obowiązek alimentacyjny wygasł. Dopóki jednak nie zostanie wydane orzeczenie potwierdzające wygaśnięcie tegoż obowiązku świadczenie jest należne i w przypadku braku zapłaty może być ściągane z pomocą komornika sądowego.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/946bd76a96ef623919669b24ce758605,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/946bd76a96ef623919669b24ce758605,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/blogi/malgorzatabuczkowska/152093,alimenty-jak-ich-dochodzic</guid><link>https://innpoland.pl/blogi/malgorzatabuczkowska/152093,alimenty-jak-ich-dochodzic</link><pubDate>Tue, 30 Apr 2019 22:53:19 +0200</pubDate><title>Alimenty – jak ich dochodzić</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/3865a176528031668a327215edbd01a8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jednym z podstawowych obowiązków rodziców względem ich dziecka jest obowiązek pokrywania kosztów ich utrzymania (oczywiście w sytuacji gdy dziecko nie ma majątku przynoszącego dochód pozwalający na pokrycie tych kosztów, co jednak nie zdarza się zbyt często).

W normalnie funkcjonującej rodzinie zazwyczaj nie jest to kwestia która wysuwa się na pierwszy plan. Po prostu finansujemy na bieżąco wydatki związane z potrzebami dziecka i często nawet nie jesteśmy w stanie wskazać jaka jest ich miesięczna kwota. 
Za inaczej wygląda to w sytuacji rozstania rodziców. Wówczas najczęściej powstaje potrzeba oszacowania ile miesięcznie kosztuje nas utrzymanie potomka i odpowiedniego podzielenia tej kwoty między rodziców. Metod podziału jest wiele i najczęściej zależą one od umowy pomiędzy rodzicami.
Jeżeli tej umowy nie ma to zostają nam dwa wyjścia. Po pierwsze, jeżeli jest szansa na wypracowanie porozumienia między rodzicami (zarówno co do wysokości miesięcznych kosztów utrzymania dziecka jak i proporcji ich podziału) warto skorzystać z pomocy mediatora, który pomoże nam uzyskać konkretne rozwiązanie. Wypracowane warunki możemy spisać i poddać zatwierdzeniu właściwego sądu. Możemy też zawrzeć umowę alimentacyjna u notariusza. 
Jeżeli jednak uzyskanie porozumienia nie jest możliwe, pozostaje nam tylko droga sądowa i wytoczenie powództwa o ustalenie świadczenia alimentacyjnego.
Decydując się na poddanie sprawy pod rozstrzygnięcie sądu musicie pamiętać o kilku rzeczach. Po pierwsze, nie Wy a Wasze dziecko jest strona wszczynającą postępowanie. To na jego rzecz zarządzanie są alimenty i tylko ono jest uprawnione żeby z takim zadaniem wystąpić. Oczywiście w praktyce to Wy jako jego przedstawiciel ustawowy będziecie podpisywać pozew albo pełnomocnictwo dla radcy prawnego lub adwokata ale formalnie stroną postępowania będzie dziecko. Po drugie, musicie określić jaki jest koszt utrzymania dziecka w przeliczeniu na jeden miesiąc i mieć na to dowody. Wprawdzie koszty wyżywienia i ubrania zazwyczaj ustalane są w oparciu o tzw. doświadczenie życiowe sądu orzekającego w sprawie to jednak konkretne faktury czy paragony nie zaszkodzą /niektóre sądy niestety uważają jednak, że paragon nie jest dowodem potwierdzającym poniesienie danych kosztów ale jest nim już imienna faktura, w mojej ocenie ani paragon, ani nawet imienna faktura nie potwierdzają, że dany wydatek dotyczył tego konkretnego dziecka/. Jeżeli Wasze dziecko uczęszcza do przedszkola lub szkoły i ponosicie w związku z tym jakieś koszty powinniście do pozwu załączyć odpowiednie zaświadczenie lub inne dokumenty potwierdzające ich wysokość. Podobnie w przypadku zajęć dodatkowych. Po trzecie, powinniście pamiętać że co do zasady koszty utrzymania dziecka obciążają rodziców w częściach równych, tj. po połowie. Jeżeli jednak jedno z Was zajmuje się dzieckiem zdecydowanie więcej niż drugie proporcje te mogą ulec zmianie, bowiem na poczet obowiązku alimentacyjnego mogą zostać zaliczone tzw. osobiste starania o wychowanie dziecka. Ostateczna decyzja jednak czy proporcje te zróżnicować i w jakim stopniu zależeć będzie od sądu rozpoznającego sprawę. Wreszcie, określając wysokość dochodzonych alimentów pamiętajcie też że dzieci mają prawo żyć na takiej samej stopie życiowej co ich rodzice. Jeżeli zatem rodzic, od którego dochodzicie alimentów ubiera się w markowe ubrania, kilka razy do roku wyjeżdża na zagraniczne wakacje i posiada kilka luksusowych samochodów, to dziecko również ma prawo do życia na wysokim poziomie i alimenty zasądzane na jego rzecz zazwyczaj będą wyższe. Jeżeli jednak rodzic nie ma możliwości osiągnięcia wysokiego dochodu /proszę nie mylić z sytuacją gdy rodzic możliwości ma ale wysokich dochodów celowo nie osiąga/, to nawet jeżeli koszty utrzymania dziecka będą wysokie, zasądzona kwota może nie pokryć takiej ich proporcji, jaką chcielibyście uzyskać. 
Pamiętajcie też, że jeżeli nie jesteście pewni co możecie uwzględnić w kosztach utrzymania dziecka albo macie jakieś inne watpliwości związane z dochodzeniem alimentów zawsze warto przed skierowaniem sprawy do sądu skorzystać z wiedzy i doświadczenia profesjonalnego pełnomocnika.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/3865a176528031668a327215edbd01a8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/3865a176528031668a327215edbd01a8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/blogi/malgorzatabuczkowska/151577,strajk-nauczycieli-jak-zapewnic-dzieciom-opieke</guid><link>https://innpoland.pl/blogi/malgorzatabuczkowska/151577,strajk-nauczycieli-jak-zapewnic-dzieciom-opieke</link><pubDate>Mon, 08 Apr 2019 23:12:46 +0200</pubDate><title>Strajk nauczycieli - jak zapewnić dzieciom opiekę</title><description><![CDATA[<img src="https://m.innpoland.pl/38920e0e6e2c02fb0224ac0ed32705fa,135,135,1,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;"/>Rozpoczęty w dniu dzisiejszym strajk nauczycieli ma trwać do odwołania. Bez względu na to czy go popieramy czy nie to problem wszystkich rodziców, którzy zapewne głowią się nad tym w jaki sposób zapewnić opiekę dzieciom, które nie będą mogły pójść do szkoły albo przedszkola.


	
		
											
					
				
				https://www.bing.com/images/search?view=detailV2&amp;id=4229C6FA013E0B5A1458485C8D148C3887CAEEED&amp;thid=OIP.U6DR2P-3pQ982N6BhXUbkwHaDg&amp;exph=350&amp;expw=740&amp;q=strajk+w+szkole&amp;selectedindex=67&amp;vt=0&amp;eim=0,1,2,6
					

 
Wbrew pozorom problem jest wielowątkowy. Z jednej strony – jako przedstawiciele ustawowi dziecka - zobowiązani jesteśmy zapewnić mu opiekę. Z drugiej – jako pracownicy – posiadamy zobowiązania wobec naszego pracodawcy (wprawdzie nie sądzę, aby konieczność opieki nad dzieckiem była powodem masowych zwolnień, ale pewne minimum pracy musi być zrobione). Z jeszcze innej strony – jako pracodawcy – zmuszeni jesteśmy radzić sobie w czasie nieobecności naszych pracowników, mamy przecież klientów, którzy mimo że też mogą być dotknięci strajkiem, liczą na realizację powierzonych nam zleceń. 
Co może zrobić rodzic? 
Przede wszystkim, zgodnie z przepisami prawa, rodzic zobowiązany jest zapewnić dziecku opiekę (zwłaszcza dziecku do 7 roku życia, bo za pozostawienie go bez opieki grozi odpowiedzialność karna). Zapewnienie opieki nie oznacza jednak konieczności osobistego jej sprawowania. Jeśli nasze dziecko jest starsze (ma np. 15 lat) i jego rozwój na to pozwala możemy zostawić je same. Jeżeli mamy taką możliwość możemy skorzystać z pomocy bliskich (np. babci, dziadka, niani lub innej osoby dorosłej). Nie mając takiej możliwości możemy skorzystać z oferty klubików, które w związku z planowanym strajkiem zaczęły oferować tego rodzaju usługi. 
Co zrobić jeżeli jednak żadna z powyższych możliwości nie wchodzi w grę?
Niewątpliwie najwięcej możliwości mają osoby zatrudnione na podstawie umowy o pracę. W pierwszej kolejności mogą one skorzystać z przysługującego im urlopu wypoczynkowego (niestety jeżeli jesteśmy zatrudnieni na podstawie umowy zlecenia, umowy o dzieło czy prowadzimy własną działalność gospodarczą co do zasady takiej możliwości nie mamy). Każdemu pracownikowi – w zależności od stażu pracy – przysługuje 20 lub 26 dni urlopu wypoczynkowego. Pamiętaj jednak, że urlop udzielany jest zgodnie z planem urlopów a pracodawca planując go powinien wziąć pod uwagę nie tylko wnioski zainteresowanych, ale i konieczność zapewnienia normalnego toku pracy. Może to oznaczać, że mimo Twojego wniosku, pracodawca urlopu Ci nie udzieli i zobowiązany będziesz stawić się w miejscu pracy. Wprawdzie przesunięcie wcześniej zaplanowanego na inny okresu urlopu jest możliwe i może nastąpić na umotywowany ważnymi przyczynami wniosek pracownika, jednak nie powinno to dezorganizować pracy.
Jeżeli brak możliwości opieki nad dzieckiem pojawi się nagle możesz skorzystać z tzw. urlopu na żądanie. Możliwość ta – tak jak w przypadku urlopu wypoczynkowego - dotyczy tylko osób zatrudnionych na podstawie umowy o pracę. Obecnie urlop na żądanie to 4 dni robocze w ciągu roku kalendarzowego, które pomniejszają Twój urlop wypoczynkowy. Żądanie udzielenia takiego urlopu należy zgłosić najpóźniej w dniu jego rozpoczęcia. Pracodawca jest zobowiązany udzielić Ci takiego urlopu w terminie przez Ciebie wskazanym, jednak zgodnie z najnowszym orzecznictwem pracownik nie może rozpocząć urlopu na "żądanie" dopóty, dopóki pracodawca nie wyrazi na to zgody (tak: SN w wyroku z dn. 16.09.2008 r., II PK 26/08). 
Rodzice, którzy zatrudnieni są w oparciu o umowę o pracę, mogą skorzystać również z przewidzianego w art. 188 Kodeksu pracy zwolnienia od pracy w celu sprawowania opieki nad dzieckiem (tego rodzaju zwolnienie od pracy nie przysługuje osobom samozatrudnionym, zleceniobiorcom ani osobom pracującym w oparciu o umowę o dzieło). Warunkiem skorzystania z tego uprawnienia jest konieczność wychowywania przynajmniej jednego dziecka w wieku do 14 lat. Korzystając z tego zwolnienia zachowujesz pełne prawo do wynagrodzenia a zwolnienie nie powoduje pomniejszenia przysługującego Ci urlopu wypoczynkowego. Wymiar tego zwolnienia to 16 godzin lub 2 dni i jest niezależny od ilości wychowywanych dzieci, co oznacza że nawet jeśli posiadasz ich dwoje lub więcej, nadal przysługuje Ci nie więcej niż 2 dni zwolnienia. Dla pracownika zatrudnionego w niepełnym wymiarze czasu pracy zwolnienie – jeżeli ma być udzielone w wymiarze godzinowym - jest ustalane proporcjonalnie do wymiaru czasu jego pracy. Niepełną godzinę zwolnienia zaokrągla się do pełnej godziny. Prawo do zwolnienia przysługuje łącznie obojgu rodzicom albo opiekunom dziecka, co oznacza że jeżeli obydwoje jesteście zatrudnieni na podstawie umowy o pracę i tak macie możliwość skorzystania tylko z 2 dni opieki. O sposobie korzystania z tego zwolnienia decyduje pracownik w pierwszym wniosku złożonym w danym roku kalendarzowym. Uprawnienie przysługuje od pierwszego dnia zatrudnienia, niezależnie od rodzaju umowy (ważne jednak, aby była to umowa o pracę) i nie przechodzi na kolejny rok. 
Ostatnią możliwością zapewnienia opieki nad dzieckiem jest możliwość skorzystania z zasiłku opiekuńczego. Z tego prawa mogą skorzystać osoby objęte ubezpieczeniem chorobowym (zarówno obowiązkowym jak i dobrowolnym), a zatem nie tylko pracownicy ale i osoby pracujące w oparciu o umowę zlecenia czy prowadzące własną działalność gospodarczą (o ile oczywiście opłacają dobrowolnie składkę na ubezpieczenie chorobowe). Możliwość skorzystania z tego zasiłku pojawia się wówczas, gdy musisz opiekować się zdrowym dzieckiem do 8 roku życia z uwagi na wystąpienie nadzwyczajnych okoliczności (np. nieprzewidziane zamknięcie przedszkola lub szkoły, do której uczęszcza Twoje dziecko) a nie ma innej osoby, która mogłaby się dzieckiem zająć. Z zasiłku może skorzystać zarówno matka jak i ojciec, jednakże łączny wymiar tego zasiłku nie może przekroczyć 60 dni w roku niezależnie od ilości dzieci, nad którymi sprawujecie opiekę. 
Możliwości jest zatem kilka, jednak obyśmy nie musieli z nich zbyt długo korzystać]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/38920e0e6e2c02fb0224ac0ed32705fa,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/38920e0e6e2c02fb0224ac0ed32705fa,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Małgorzata Buczkowska</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/140467,pilnujcie-swojego-telefonu-inaczej-czeka-was-taka-niespodzianka</guid><link>https://innpoland.pl/140467,pilnujcie-swojego-telefonu-inaczej-czeka-was-taka-niespodzianka</link><pubDate>Fri, 19 Jan 2018 09:30:11 +0100</pubDate><title>Pilnujcie swoich telefonów. Inaczej może was spotkać niespodzianka z &quot;pluskwą&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/743dee09a53ed094f8274a59acc5045c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wystarczył prawdopodobnie moment, by przypadkowy współpasażer zostawił w telefonie pewnego dziennikarza czip, pozwalający śledzić transmisję danych i dokonywać płatności. Kto znajdzie taką „pluskwę” w swoim telefonie, niech lepiej szybko sprawdzi stan konta.

Zwykle rzadko zdejmujemy pokrywy telefonów. W tym przypadku mogły minąć nawet dwa miesiące, odkąd właściciel smartfona zaglądał pod obudowę swojego aparatu. Ale jak już zajrzał, zaintrygowany faktem, że „zniknął zasięg” telefonu, zauważył niewielkie urządzenie, którego wcześniej tam nie było.

	
		
											
					
				
				Zdjęcie czipa znalezionego przez jednego z dziennikarzy w telefonie.•Fot. PrntScr
					

„Kolega znalazł to po tym, jak wysiadł z pociągu relacji Warszawa-Berlin. Niestety, przyznaje, że zostawił telefon w czasie podróży na jakiś czas w przedziale, wychodząc zapalić” – opisywał na swoim profilu na Facebooku Mariusz Gierszewski, dziennikarz i muzyk, który postanowił podzielić się historią tajemniczego urządzenia.


Tajemnica została szybko rozwiązana przez znajomych Gierszewskiego. Podrzucona „pluskwa” okazała się czipem RFID, jak można przypuszczać, służącym do przechwytywania transmisji danych do płatności. Tego typu czipy mają działać przy założeniu, że potencjalny złodziej czy haker znajduje się w niewielkiej odległości od swojej ofiary. Być może kłopoty z sygnałem, które zmusiły bohatera tej historii do otwarcia obudowy aparatu, były wywołane zakłóceniami wywołanymi przez zewnętrzne urządzenie złodziei, służące do kontroli czipa.

Czipy tego typu kosztują około trzech złotych. Urządzenia służące do ich kontrolowania to wydatek rzędu kilkudziesięciu dolarów. Tymczasem potencjalne straty mogą być olbrzymie, jeżeli złodziejom uda się uzyskać dostęp do rachunku bankowego.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/743dee09a53ed094f8274a59acc5045c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/743dee09a53ed094f8274a59acc5045c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wystarczyła krótka chwila nieuwagi, by przypadkowy towarzysz podróży podłożył nam np. czip RFID.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/blogi/michallisewski/140195,operatorze-zatrzymaj-swojego-klienta</guid><link>https://innpoland.pl/blogi/michallisewski/140195,operatorze-zatrzymaj-swojego-klienta</link><pubDate>Tue, 09 Jan 2018 15:50:13 +0100</pubDate><title>Operatorze, zatrzymaj swojego klienta</title><description><![CDATA[<img src="https://m.innpoland.pl/c14d9a3d0a377f804649281f051fb68b,135,135,1,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;"/>Jak każdemu z nas, również i mi przyszło zawrzeć umowę z którymś z operatorów sieci komórkowej. Gwoli ścisłości, mam jeden telefon na abonament i jeden na kartę (faktycznym użytkownikiem jest moja babcia, która naturalnie korzysta z popularnego w jej grupie wiekowej myPhone'a). Jak łatwo zgadnąć, w jej przypadku model prepaidowy jest znacznie bardziej korzystny, pozwala kontrolować wydatki i wybrać pakiet optymalny. Moja babcia korzysta z telefonu tylko w sposób do jakiego został pierwotnie stworzony.

W zeszłym tygodniu zadzwonił to do mnie konsultant próbujący zachęcić mnie do unikatowej, promocyjnej oferty która może już się nie wydarzyć. Poinformowałem go jak się sprawy mają licząc, że nagrywana w "celu zapewnienia bezpieczeństwa i najwyższej jakości świadczonych usług" rozmowa oszczędzi mój czas w przyszłości. Tutaj muszę przyznać że w czasach studenckich zaliczyłem epizod na słuchawce i zazwyczaj solidaryzuje się z konsultantami. Niemniej, te parę ładnych lat temu mieliśmy już coś takiego jak Clarify i każdy kolejny konsultant znał "historię choroby" kolejnego rozmówcy i wiedział że np. internet w jego wsi nigdy nie osiąga zakontraktowanej szybkości. 


Nastał rok 2018. Dzisiaj ponownie odebrałem telefon, naturalnie w sprawie zawarcia dwuletniej umowy na super-hiper preferencyjnych warunkach, jak w piosence Świetlików może nie przydarzyć się już nigdy. 





Pomijam fakt, że telefon w sprawie tej niezwykłej promocji odbieram pi razy drzwi co 2-3 tygodnie i taki stan rzeczy ma miejsce od miesięcy. Co ciekawe, jeden z konsultantów niemal zdołał “przedłużyć” umowę zdalnie, po prostu obiecując mojej niczego nie podejrzewającej babci nowy, jeszcze bardziej przyjazny telefon. Jak wiadomo, zawarcie umowy poprzez rozmowę telefoniczną jest obecnie możliwe, szkoda tylko że młodzieniec z drugiej strony kabla nie miał do czynienia z faktycznym właścicielem usługi. 


W całej tej sprawie zastanawia mnie jedno: wszyscy wiodący operatorzy sieci komórkowych robią co mogą aby przyciągnąć nowego klienta, jednocześnie bardzo źle traktując tych, którzy na zawarcie umowy już się zdecydowali. Zwłaszcza po kampaniach mojego operatora, gdzie kolejni celebryci przewijają się w fikcyjnym salonie jakby to była jakaś superprodukcja, widać jak wiele pieniędzy angażowane jest w szeroko pojętą reklamę. Tymczasem klient płacący terminowo faktury traktowany jest jak dojna krowa. Siłą rzeczy takie działania powodować muszą nielojalność i fluktuację masy dzwoniąco-scrollującej. 


Czy nie lepiej byłoby dołożyć wszelkich starań i zatrzymać obecnego abonenta? Jak duży koszt generuje świadczenie usługi za darmo dla tych, którzy dopiero przeszli (sam korzystałem z telefonu bez opłat przez pierwsze 6 miesięcy)? Czy nie lepiej postawić na pocztę pantoflową, zadbać o to by o naszych usługach pisano dobrze a mediach społecznościowych i w pierwszej kolejności zadbać o tych, którzy z końcem umowy mogą odejść? 

Działania marketingowców zdają się skupiać agresywnej sprzedaży, w tym również dosprzedaży która momentami rujnuje doświadczenie konsumenta z daną marką. Czy nie nastał czas aby w dużych organizacjach (mam na myśli nie tylko operatorów komórkowych) ktoś wreszcie zwrócił uwagę jak wyniszczająca jest to wojna? Może dobrym ruchem byłoby powierzyć przyszłość tych firm w ręce osób myślących bardziej holistycznie. Słupki sprzedaży, słupki konwersji nie koniecznie równać się muszą słupkom obrotów. 


Michał LISEWSKI]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/c14d9a3d0a377f804649281f051fb68b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/c14d9a3d0a377f804649281f051fb68b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Michał Lisewski</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/136379,uwaga-na-ten-portal-sprzedajacy-bilety-lotnicze-znikaja-pieniadze-klientow--numery-telefoniczne-pracownikow</guid><link>https://innpoland.pl/136379,uwaga-na-ten-portal-sprzedajacy-bilety-lotnicze-znikaja-pieniadze-klientow--numery-telefoniczne-pracownikow</link><pubDate>Wed, 02 Aug 2017 08:54:55 +0200</pubDate><title>Uwaga na ten portal sprzedający bilety lotnicze. Znikają pieniądze klientów i numery telefoniczne pracowników</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/3b550e4a3a5c43ad8bd65bdb3d7fae62,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />„W trosce o bezpieczeństwo i jakość świadczonych przez nas usług wszystkie rozmowy są nagrywane” – ta fraza wbiła się w pamięć każdego, kto kiedykolwiek chciał załatwić pilną sprawę przez infolinię. W tym przypadku do nagrania jednak nie dojdzie: próba dodzwonienia się do portalu eLoty.pl skończyła się dla nas na słuchaniu przez kwadrans relaksującej muzyczki. Słuchawki nie podniósł nikt. Na pytania i prośbę o kontakt wysłane pocztą elektroniczną również nie było reakcji.

Chyba i tak mieliśmy szczęście. – Najdłużej oczekiwałam na połączenie, bezskutecznie zresztą, 45 minut – opowiada nam pani Ewa Rutkowska. – Oni chyba w ogóle nie odbierają telefonu – dodaje. 

Pani Ewa wybierała zaplanowała podróż do Dublina na 28 lipca. Planowała starannie: jest osobą z niepełnosprawnością, co oznacza konieczność przewożenia specjalnego składanego chodzika. – Tydzień przed wylotem dostałam link do odprawy. Odprawa, niestety, cały czas oczekiwała potem na akceptację. 27 lipca napisałam do nich, że ciągle nie mam kart pokładowych. Od 9 rano 28 lipca, w dzień wylotu, próbowałam się do nich dodzwonić. O 9:27, pół godziny przed moim wyjściem z domu, napisali maila, że doszło do „zmiany atrybutów rezerwacji”, cokolwiek to oznacza i że nie lecę – relacjonuje nam pani Rutkowska.


Podróż była nie do odwołania, więc pani Ewa kupiła natychmiast inny bilet, w obie strony, co oznaczało zapłacenie tysiąc złotych więcej niż przy pierwotnym zakupie w eLoty.pl. Ale to był zaledwie początek kłopotów. – Bardzo trudno uzyskać od nich jakiekolwiek informacje, na maile odpowiadają zdawkowo, udało mi się uzyskać odpowiedź, że nastąpił „overbooking ze strony agenta” i cała rezerwacja jest anulowana. Poprosili o numer konta, ale do dziś pieniędzy nie dostałam – mówi.

Kwadrans na zmianę wakacyjnych planów
I niestety, wiele wskazuje na to, że pieniędzy jeszcze długo – jeżeli w ogóle – nie odzyska. Pan Mateusz 1 lipca wybierał się na wakacje do Grecji, bilet za ponad 2200 zł kupił już w maju. – Moja rezerwacja została anulowana 20 godzin przed odlotem – tłumaczy nam pechowy klient eLotów.pl. – Pożyczyłem od dziadka pieniądze na nowy bilet – dodaje.


Ale poprzednia wpłata najwyraźniej przepadła. Jak liczymy, mail do pana Mateusza przyszedł w piątek, 30 czerwca, na niecałą dobę przed odlotem. Sucha informacja o anulowaniu rezerwacji plus obietnica zwrotu pieniędzy. Firma pracuje do godziny 17, więc klientowi dano tak naprawdę zaledwie godzinę na próbę interwencji. – Pracują tylko od poniedziałku do piątku, więc kontaktu już z nimi nie było. Dopiero w poniedziałek odpisali o zwrocie pieniędzy i poprosili o dane do przelewu. Coś było nie tak, znowu potrzebowali moich danych, a w anulowanej rezerwacji było napisane, że pieniądze zostaną zwrócone natychmiast – podkreśla pan Mateusz. Potem dostał tylko informację, że przelew został wysłany do realizacji, od tamtej pory kontakt się urwał.

	
		
											
					
				
				Firma ma prestiżową siedzibę: wrocławski Rynek Główny. Ale poszkodowani twierdzą, że to tylko skrzynka pocztowa.•Fot. Pixabay
					

– Telefonów nie odbierają, na maila nie odpisują – mówi po miesiącu od anulowania operacji pan Mateusz. – Za to jak napisać do nich jako nowy klient, to odpisują od razu. Już trzy osoby do mnie pisały, że mają taki sam problem – dodaje. Dwa tygodnie temu poszkodowany klient poszedł na policję, złożył zeznania. – I wie pan co? Strona działa dalej – ucina pan Mateusz.


I wygląda na to, że działać będzie, bo nie chodzi o jeden czy dwa przypadki. Na internetowych forach można się doliczyć od kilkunastu do kilkudziesięciu poszkodowanych w ten sposób klientów, którzy z kolei mówią o kolejnych przypadkach. W czerwcu internauta podpisujący się jako Grzegorz wybierał się na koncert do Londynu, bilety kupił już w marcu – dla siebie i dwóch braci. Zrobił odprawę tydzień przed odlotem, do ostatniej chwili czekał na karty pokładowe. Dzień przed wylotem dostał maila o bolesnej alternatywie: anuluje lot lub zdecyduje się na lot zastępczy w innym terminie. Dostał 34 minuty (od momentu przyjścia maila) na decyzję. Stracił koncert, wycieczkę, pieniądze.


Użytkownik „Gregor” utknął w połowie lipca w Czarnogórze. Kupił bilet, ale linie, którymi miał lecieć, nic na ten temat nie wiedziały. „Siedzę godzinami na telefonie po 5 zł za minutę i nic. Na maile nie odpowiadają od kilku dni. Biuro mają we Wrocławiu i powiedzieli ich sąsiedzi, że to biuro wirtualne, tu tylko odbierają pocztę” – opowiada. Użytkownik „pestremover” dostał na decyzję o zmianie lotu powrotnego zaledwie 15 minut.

Znikające numery telefoniczne
Firma ma siedzibę przy wrocławskim Rynku, pod numerem 39/40. eLoty.pl powstały pod koniec 2014 roku, wpis do KRS firma uzyskała w styczniu 2015 roku. Zgodnie z informacjami KRS przez pewien czas prezesem zarządu pozostawał Łukasz Łysik, a stanowisko wiceprezesa piastowała Sandra Luiza Fras. E-mailem otrzymaliśmy informację od pani Fras, że odeszła z firmy na przełomie 2015 i 2016 roku. "Nie pełnię w tej spółce żadnej roli zarządczej od czasu kiedy z niej odeszłam" - prostuje pani Fras zacytowane przez nas wcześniej dane z baz KRS-Online. 


"Od 2016 roku nie ma w zasadzie żadnego przedsiębiorstwa z pracownikami. Jedyną osobą odpowiedzialną za tę spółkę jest Łukasz Łysik" - podkreśla w korespondencji do redakcji Sandra Fras. - "Nie ma żadnych pracowników a on robi wszystko sam. Odeszłam z tamtej firmy na przełomie lat 2015/2016, bo sama zostałam oszukana. Spółka nie zapłaciła mi kilku wynagrodzeń. Nasza współpraca się zakończyła. Pozostawiono mi 10% udziałów spółki jako zabezpieczenie spłaty zaległości w wynagrodzeniu. Po spłacie długu udziały miały wrócić do Pana Łukasza Łysika" - dodaje.


Nie jest to przedsięwzięcie prowadzone z wielkim rozmachem: kapitał zakładowy eLoty.pl to 10 tysięcy złotych (minimum dla spółki z ograniczoną odpowiedzialnością to 5 tysięcy złotych), a więc skromnie, jak na szeroko zakrojoną działalność. Z archiwalnych zapisów w KRS można wywnioskować, że po powstaniu firma miała większe ambicje niż pośrednictwo w sprzedaży biletów: w klasyfikacji EKD zaznaczono dwie pozycje – „działalność pośredników turystycznych” oraz „operatorzy wycieczek turystycznych”. W aktualnym odpisie z KRS znajdujemy tego znacznie więcej: działalność portali internetowych, call center, przetwarzanie danych, hotele i podobne obiekty zainteresowania, działalność związana z oprogramowaniem, pozostałe pośrednictwo pieniężne, działalność agencji reklamowych oraz agentów i brokerów ubezpieczeniowych.


eLoty.pl wydają się stopniowo ograniczać działalność. W sierpniu ubiegłego roku firma porzuciła swoje profile w mediach społecznościowych – na Facebooku i Twitterze – ostatnie wpisy pochodzą bowiem z poprzedniego lata. Także zapisy aktywności w dokumentach spółki pokazują, że poza złożeniem rocznego sprawozdania finansowego w firmie w ubiegłym roku nie działo się wiele.

	
		
											
					
				
				W skrajnych przypadkach klienci serwisu utknęli za granicą bez szans na rychły powrót do domu.•Fot. Pixabay
					

Internauci próbują prowadzić własne śledztwa. W ich ramach odnajdują prywatne numery pracowników i władz spółki. – Wszystkie numery prywatne telefonów właścicieli lub osób będących w kontakcie z siedzibą, które udało mi się zdobyć w zakresie własnego dochodzenia, zaraz po dodzwonieniu się, zostają jeden po drugim zablokowane – pisze na forum Onetu użytkowniczka „zal.pl”, co skądinąd oznaczałoby, że wciąż w firmie są jacyś pracownicy.


– Wczoraj udało mi się cudem nawiązać kontakt, tak uważam, z „Prezesem”, jakkolwiek to brzmi – pisze na jednym z wrocławskich forów użytkownik „Łukasz”. – Pan był mocno zaskoczony i nie wiedział, co mi powiedzieć. Zapytał mnie tylko czy dzwonię w sprawie biletów autokarowych czy lotniczych. Przedstawiłem mu swoją obecną sytuację. W rozmowie zapewnił mnie, że w tych czasach można w łatwy sposób odzyskać stracone pieniądze (…) Na koniec rozmowy pan powiedział, cytuję: „to ja się przejdę do nich”. Wieczorem numer był już zablokowany – dorzuca Łukasz.


Inni próbowali szukać pod podawanym przez firmę – w KRS i na stronach internetowych – adresem. Znaleźli miejsce, w którym podobno pojawiają się pracownicy przedsiębiorstwa, ale tylko po odbiór poczty. Podobno telefon administratora nieruchomości również został wyłączony, gdy zaczęli się z nim kontaktować zaniepokojeni – i pewnie podenerwowani – klienci eLotów.pl.

"Jest mi bardzo przykro, że ludzie są oszukiwani" - komentuje w e-mailu do redakcji Sandra Fras. "Sama wielokrotnie miałam indywidualne zgłoszenia od poszkodowanych. Wiele razy próbowałam skontaktować się z Panem Łukaszem celem omówienia tej sytuacji i próby pomocy poszkodowanym. Niestety od połowy roku 2016 nie mam żadnej możliwości kontaktu z właścicielem. Telefony nie odpowiadają, na maile nie odpisuje, żadnego stałego adresu zamieszkania" - dodaje.


Pierwsze kroki na policję
Internauci prześcigają się w zaleceniach, co należy robić. Niektórzy, jak pan Mateusz, doradzają kontakt z policją, z Rzecznikiem Praw Konsumentów, Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów. – Przyglądamy się działalności spółki eLoty.pl z Wrocławia. Podstawą są otrzymane sygnały od konsumentów, które dotyczą dwóch kwestii: anulowania zakupionych biletów lotniczych, utrudnionego kontaktu ze spółką. Na tym etapie tyle możemy powiedzieć. W takich przypadkach, jeżeli rzeczywiście doszło do naruszenia interesów konsumentów, to wniesienie takiej skargi do nas jest wskazane – potwierdza w rozmowie z INN:Poland rzeczniczka UOKiK, Małgorzata Cieloch.


– W takich przypadkach najlepiej jednak od razu kontaktować się z organami ścigania: to one mają możliwość natychmiastowego zablokowania strony internetowej – dodaje Cieloch. – Jeżeli wszczynane jest postępowania, to konsument może później dochodzić również tego roszczenia, które zostało stracone – mówi. Cóż, jednak - jak już wspominaliśmy - klienci na policji już byli, tymczasem strona działa w najlepsze.

Według niej, portal, któremu po prostu zdarzył się przypadek z odwołaniem, powinien rozliczyć się z konsumentami co do grosza. Konsumenci, którzy płacili kartą, mogą korzystać z opcji charge back – zwłaszcza, gdy zwrócimy się do banku z wyjaśnieniem, że transakcja została przeprowadzona niezgodnie z prawem i z tego powodu żądamy zwrotu pieniędzy. Na razie jednak eLoty.pl działają bez przeszkód i dopóki sytuacja wokół firmy i skarg jej pechowych klientów nie zostanie wyjaśniona, lepiej chyba go omijać.


PS. Po niemal trzydziestu godzinach od wysłania e-maila z naszymi pytaniami do firmy oraz po dobrych kilku godzinach od publikacji powyższego tekstu otrzymaliśmy niepodpisaną wiadomość elektroniczną (wysłaną również do osoby o imieniu Łukasz, z adresem email w domenie eloty.pl). Autor (czy autorzy) tej korespondencji napisali: "Jesteśmy w trakcie przygotowywania odpowiedzi na pańskie pytania. Ale widać nie interesuje Pana nasz głos, zatem rezygnujemy. Jest Pan chyba, Szanowny Panie Redaktorze, zwolennikiem tych standardów współczesnego dziennikarstwa, które nie mając nic wspólnego z solidnością, są efektem przemożnej potrzeby zaistnienia mimo wszystko; czyli wystarczy "złapać newsa" i bez zapoznania się z opinią drugiej strony, bez weryfikacji informacji, jak najszybciej trzeba dać świadectwo swego istnienia (...)". I to tyle, jeżeli chodzi o zarzuty stawiane przez osoby, które skorzystały z usług portalu.


PS2. W sierpniu witryna portalu została wyłączona.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/3b550e4a3a5c43ad8bd65bdb3d7fae62,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/3b550e4a3a5c43ad8bd65bdb3d7fae62,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Próba dodzwonienia się do portalu eLoty.pl skończyła się dla nas na słuchaniu przez kwadrans relaksującej muzyczki.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/133991,pol-roku-pracowal-bez-pensji-projektantki-znanej-z-tvn-wyslalem-cv-i-niestety-udalo-sie</guid><link>https://innpoland.pl/133991,pol-roku-pracowal-bez-pensji-projektantki-znanej-z-tvn-wyslalem-cv-i-niestety-udalo-sie</link><pubDate>Thu, 30 Mar 2017 16:12:26 +0200</pubDate><title>Pół roku pracował bez pensji u projektantki znanej z TVN. &quot;Wysłałem CV i niestety - udało się&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/3c475138440b02735004719719b68ca1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W styczniu 2016 roku Tomasz Góralczyk natrafił „w internetach” na ogłoszenie: projektantka znana z emitowanego na antenie TVN programu Project Runway szukała asystenta. „Wysłałem swoje CV i niestety – udało się” – opisuje dziś historię swojej pracy dla designerki używającej pseudonimu Annomalia. Kontrakt miał okazać się pułapką: przez sześć miesięcy Góralczyk pracował dla projektantki, oczekując na podpisanie jakiejkolwiek umowy regulującej ich stosunek pracy oraz wypłatę jakiegokolwiek wynagrodzenia za świadczoną pracę. Konflikt trafił do sądu, co jednak wcale nie oznacza jego zakończenia.

Jeszcze w dniu, w którym odbyła się rozmowa kwalifikacyjna Tomasz Góralczyk otrzymał pierwszego e-maila z zadaniami do wykonania: m.in. znalezieniem w sieci „umowy o współpracy”, zawierającej klauzulę dotyczącą zachowania poufności. „Przedstawiasz się jako Liam, mój asystent. Za dużo (…) nie mówisz. Jesteś asystentem i tyle” – miała mu napisać szefowa w wiadomości e-mail, której zrzut Góralczyk (występujący też jako Tom Liam Góralczyk) dołączył do opisywanej historii.

Kwestia wynagrodzenia pojawiła się już w rozmowie kwalifikacyjnej. „Zostałem poinformowany o nieregularnych wynagrodzeniach z powodu braku stałych dochodów marki, jak również nie została ustalona konkretna stawka za wykonywaną przeze mnie pracę. Umowa nigdy nie została podpisana” – kwituje były już asystent Annomalii. W firmie miało być kilka innych osób, pracujących w podobny sposób: inni asystenci, grafik, fotograf.


Gotówka „tu i teraz”
Tu relacje obu stron zaczynają się jednak rozbiegać. Anna Młynarczyk – czyli projektantka znana jako Annomalia – w rozmowie z INN:Poland przyznaje, że nie pamięta, czy w ogłoszeniu o pracę była mowa o tym, że staż w jej firmie ma być bezpłatny. Podkreśla jednak, że otwarcie postawiła sprawę w trakcie rozmowy oraz w mailu wysłanym po niej. Jak dodaje, nowy asystent miał dostawać zadania raz na tydzień, czasem raz na dwa tygodnie, a po trzech miesiącach stażu szefowa miała mu zaproponować przedłużenie współpracy przy założeniu, że wynagrodzenie pojawi się wraz z wejściem do firmy inwestora. – Owszem, była mowa o tym, że pierwszy okres jest bezpłatny, ale to nie była kwestia trzech miesięcy – mówi nam z kolei Góralczyk, nieco zmieniając sens swojego, cytowanego wyżej wpisu. – Po niecałym miesiącu usłyszałem, że Anka stara się o inwestora i jak on wejdzie, to zacznie płacić – dodaje.

	
		
											
					
				
				Zrzuty ekranowe korespondencji, jaką miała prowadzić Annomalia i jej asystent.•Fot. PrntScr
					

„Podczas naszej współpracy zajmowałem się drobnymi zadaniami, jakie należą do obowiązków asystenta (np. wysłałem paczki, dostarczałem ubrania, zamawiałem tkaniny itp.), jak również stworzyłem stronę internetową i edytowałem drugą, tworzyłem grafiki na stronę, stylizowałem podczas nagrania teledysku i sesji zdjęciowej, tworzyłem materiały do prezentacji dla inwestorów i w międzyczasie zajmowałem się Facebookiem i Instagramem marki” – relacjonuje Góralczyk.


„Do maja 2016 r. byłem zapewniany, że jak tylko zostanie podpisana umowa z inwestorem, który miał zainwestować w markę pseudoprojektantki i firma zyska płynność finansową, zaległe miesiące zostaną mi uregulowane. Mimo że przez ponad pięć miesięcy nie dostałem ani złotówki, wierzyłem, że gdy inwestor zainwestuje w markę, dostanę swoje wynagrodzenie za wykonywaną pracę” – podkreśla były asystent Annomalii. Sytuacja skomplikowała się, gdy Góralczyk wprost zapytał o o zaległe pieniądze: zgodnie z odpowiedzią, w momencie wejścia inwestora pojawią się bieżące płatności, o płatności za przepracowane miesiące w ogóle nie ma mowy. Wkrótce też Annomalia miała uściślić, że uważa okres między styczniem a czerwcem za przepracowany „charytatywnie” – za wiedzą samego Góralczyka.


Projektantka widzi to inaczej: jak podkreśla, wcześniej asystent zaczął unikać kontaktu, a także zwlekać z wykonaniem zleconych zadań. W końcu miał oświadczyć, że wybiera się na wakacje, w związku z czym potrzebuje gotówki „tu i teraz”. Ostatecznie zażądał uregulowania – nieustalonych jednak wcześniej – wynagrodzeń za okres od stycznia do czerwca.

Jednoznaczny wyrok sądu
Od tej pory można już było mówić o szybko pogłębiającym się konflikcie: kolejne wymiany wiadomości między szefową a jej asystentem dowodziły, że strony nie dojdą do porozumienia, Góralczyk odnalazł kolejne osoby, które wcześniej miały zostać potraktowane przez firmę w taki sposób, a na koniec usłyszał, że okazał się „złym pracownikiem”, choć wcześniej miał jakoby słyszeć, że zostanie „prawą ręką” Annomalii.

	
		
											
					
				
				Kopia wyroku, jaką Tomasz Góralczyk miał umieścić jako ilustrację do swojej historii.•Fot. PrntScr
					

Konflikt przeciął pozew złożony w Sądzie Rejonowym w Zduńskiej Woli. „Sprawę wygrałem na pierwszej rozprawie, a wyrok uprawomocnił się z początkiem listopada” - podkreśla Góralczyk. Annomalia „przez ten czas nie odbierała korespondencji sądowej i nie odwołała się od wyroku” - kwituje. Bezradny okazał się też komornik, który miał wyegzekwować zasądzone przez sąd zaległości oraz zwrot kosztów postępowania. Góralczyk sugeruje, że środki od inwestora mogły być przelewane na prywatne konta projektantki. Mogły, bo inwestor ostatecznie miał przerwać współpracę z Annomalią (ja twierdzi ta ostatnia, wskutek rozmów, jakie miał z nim przeprowadzić Góralczyk). W styczniu projektantka miała też zaproponować swojemu byłemu asystentowi wypłatę 1/3 zasądzonej kwoty w zamian za rezygnację z pozostałej części roszczenia. Propozycja została odrzucona.


Anna Młynarczyk mówi nam z kolei, że nie uczestniczyła w procesie, gdyż korespondencja w tej sprawie trafiała na stary adres – a o przeprowadzce firmy Tomasz Góralczyk miał wiedzieć. Po przegranym procesie, Annomalia zgodziła się w porozumieniu z komornikiem spłacać zadłużenie stopniowo, w ratach. Jej adwersarz wskazuje z kolei, że korespondencja wysyłana z sądu w tej sprawie była odbierana. Podkreśla też, że do tej pory, mimo ustaleń zawartych z komornikiem, na jego konto nie wpłynęła ani złotówka.

Co robią bystrzy pracownicy
Historia Góralczyka to zaledwie wierzchołek góry lodowej: nad Wisłą nie brakowało dotychczas sytuacji, w których pracownicy – szczególnie wchodzący na rynek pracy – byli mamieni mglistymi obietnicami podpisania umowy lub zmiany formuły, z cywilnoprawnej na umowę o pracę. - Liczba przypadków, w których trzeba ustalać stosunek pracy określony wcześniej wyłącznie ustnie, zaczęła jednak ostatnio spadać. Pracodawcy boją się mieć u siebie pracownika niezarejestrowanego, nieubezpieczonego, z tzw. szarej strefy – komentuje w rozmowie z INN:Poland Małgorzata Lewandowska z Kancelarii Prawnej Anna Błach w Warszawie. – Częściej zdarza się obecnie, że dają mu umowę, choć z wpisanym najniższym możliwym wynagrodzeniem. W rzeczywistości zarabiają jednak więcej – dodaje.

	
		
											
					
				
				Annomalia podczas imprezy charytatywnej w jednym z warszawskich klubów.•Fot. YouTube
					

Bez względu jednak na to, czy pracownika czeka ustalanie od podstaw, że pracował – i należy mu się za to wynagrodzenie, jak w przypadku Góralczyka – czy też chodzi o ustalenie realnych, uzyskiwanych od pracodawcy zarobków, potencjalny przyszły proces sądowy wymaga udowodnienia, że praca rzeczywiście została wykonana (a pieniądze wpłacone – w przypadku, gdy gra toczy się o potwierdzenie realnych zarobków).


– Jeżeli pracownik twierdzi, że nawiązał stosunek pracy, oznacza to, że zobowiązał się do wykonania pracy na rzecz pracodawcy, pod jego nadzorem czy kierownictwem – cytuje przepisy mecenas Lewandowska. – A zatem musi udowodnić w sądzie, że pracował od tego do tego dnia na rzecz wskazanego pracodawcy; że wykonywał określoną pracę na określonym stanowisku; że stosunek pracy miał charakter pełnego podporządkowania pracownika: musiał usprawiedliwiać swoje potencjalne nieobecności, chodził na urlopy, że w pracy był grafik, że przychodził w konkretnych godzinach narzuconych przez pracodawcę. Te elementy można potwierdzać dokumentami, mailami, sms-ami, wyciągami z konta, jeżeli pracodawca dokonywał przelewów. I wreszcie zeznaniami świadków: klientów, współpracowników, rodziny – mówi ekspertka.


Ustalenie wynagrodzenia odbywa się w takich sytuacjach na dwa sposoby: sąd może powołać biegłego, który oceni realia rynku pracy i określi, ile zarabia się za taką pracę, jaką świadczył poszkodowany. Ewentualnie pozostaje zastosowanie stawek minimalnych: godzinowej lub płacy minimalnej. Jeżeli zaś pracodawca coś zapłacił swojemu pracownikowi, nawet gotówką, pod stołem – tym lepiej. – Zdarza się, że bardzo bystrze pracownicy idą potem do banku, wpłacić te pieniądze na konto. To również jest potwierdzenie, że ten człowiek dostał jakieś pieniądze, zwłaszcza gdy dostawał je regularnie – podkreśla mecenas Lewandowska.


Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl ]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/3c475138440b02735004719719b68ca1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/3c475138440b02735004719719b68ca1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Annomalia wraz z współpracownikami na planie promocyjnego video.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/132567,klienci-ostrzegaja-ten-sklep-ma-same-negatywne-komentarze-a-jego-fanpage-na-facebooku-mowi-wszystko</guid><link>https://innpoland.pl/132567,klienci-ostrzegaja-ten-sklep-ma-same-negatywne-komentarze-a-jego-fanpage-na-facebooku-mowi-wszystko</link><pubDate>Sat, 28 Jan 2017 09:09:20 +0100</pubDate><title>Klienci ostrzegają. Ten sklep ma same negatywne komentarze, a jego fanpage na Facebooku mówi wszystko</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/be7a5140ecbc43a8982190f72a2794e9,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />„Nie kupujcie tam, to oszuści” – alarmują klienci sklepu internetowego Sugarpills. Lista zarzutów jest długa: miesiące czekania na zamówienie, kompletny brak kontaktu ze strony sklepu, usuwanie komentarzy na Facebooku i niezwracanie pieniędzy za zakupy.

„Czekam na zamówienie ponad 1,5 miesiąca, z tego co wiem jest pełno opinii mówiących o tym, że sklep nie wysyła zamówień i nie odpisuje na maile, nie odbiera telefonów, sama również doświadczyłam tego, że usuwają komentarze pod postami na Facebooku” – mówi nam pani Katarzyna, jedna z klientek sklepu internetowego Sugarpill. Zakupy zrobiła na początku grudnia. Towaru nie doczekała się do tej pory.

Na wiele zadanych pytań o termin dostawy dostała jedną odpowiedź przez wiadomość na Facebooku. Brzmi ona tak: "Witam, czy moge prosic o pani maila, dzial obslugi klienta sie z Pania skontaktuje, gdyz ja nie mam dostepu do informacji o zamowieniach :) Pozdrawiam".


Sam sklep działa pod domeną Sugarpillclth.com, firma jest zarejestrowana jako handlowa działalność gospodarcza Bartosza G., w mieszkaniu w bloku na warszawskiej Woli. Szukając opinii w sieci natrafiliśmy na same negatywne komentarze – na wielu różnych portalach i blogach. Wszystkie opisują ten sam problem – miesiące oczekiwania na przesyłkę, brak zwrotu pieniędzy, brak kontaktu.

Co więcej – serie negatywnych opinii ciągną się aż od roku 2013 (praktycznie od powstania sklepu) do chwili obecnej. Część komentarzy pochodzi od osób, które towar dostały, ale nie były zadowolone z jego jakości i odsyłały go z powrotem. Nawet miesiącami czekały na zwrot pieniędzy.


– Czekałam dwa miesiące na jakikolwiek kontakt. Sklep nie odpowiadał na maile, wiadomości, telefon nie działa. W końcu udało mi się zdobyć prywatny numer pana, który go prowadzi. Był bardzo zaskoczony faktem, że się do niego dodzwoniłam. Zagroziłam mu konsekwencjami prawnymi. Wie pan, co mi powiedział? Że oczywiście chętnie wyśle mi tę paczkę. Zażądałam zwrotu pieniędzy i faktycznie je dostałam – mówi INN:Poland pani Edyta, kolejna osoba, która nacięła się na zakupy w Sugarpills.

– Najśmieszniejsze jest to, że był bardzo zaskoczony, że się do niego dodzwoniłam i twierdził, że to pierwszy taki przypadek, że towar nie dotarł na czas. A ja miałam akurat kontakt z kilkunastoma osobami w takiej samej sytuacji – dodaje.
	
		
											
					
				
				Sklep handluje głównie ubraniami dla &quot;niegrzecznych dziewczynek&quot;, ale ma też w ofercie pościel i acesoria dla domu•Zrzut ekranu sklepu www.sugarpillsclth.com
					

O opinię o Sugarpills zapytaliśmy też eksperta od e-commerce. – Po pierwsze, sklep określa termin realizacji na 14 dni roboczych. W standardach e–handlu to bardzo długo. Wizualnie jest inspirowany sklepem znanej marki Local Heroes, ale trudno czynić z tego zarzut. Dziwnie wygląda za to fanpage na Facebooku. 109 tysięcy polubień i prawie żadnego komentarza? Zresztą na pierwszy rzut oka, widać, że komentarze są kasowane. Pod postami widać, że powinno być ich np. 7, tymczasem żaden fizycznie nie istnieje. To dziwne – mówi nam anonimowo.


Sklep miał już pewien problem wizerunkowy, gdy w okazało się, że jedna z koszulek w jego ofercie zawiera plagiat pracy australijskiej artystki o pseudonimie twórczym Bei Badgirl. Hasło na koszulce – „Dead Girls Can’t Say No” (martwe dziewczyny nie mogą powiedzieć nie) znalazło się zresztą pod ostrzałem organizacji feministycznych na całym świecie. Uznały je za promujące kulturę gwałtu i nekrofilię. 

Do sklepu nie sposób się dodzwonić, komunikat w słuchawce informuje jedynie, że „użytkownik tego telefonu nie przyjmuje rozmów przychodzących”. Odpisuje za to na nasze pytania drogą mailową. Zapytaliśmy czy prawdą są zarzuty kierowane pod adresem sklepu. Wiadomość od Sugarpills nie jest podpisana, zawiera jedynie dość ogólnikowy komunikat o treści: "Firma działa obecnie od nieco ponad 4 lat i przez ten okres jak i obecnie zamówienia są realizowane. Staramy się również na bierząco pozostawać w kontakcie z klientami. Każdy klient któregokolwiek sklepu internetowego ma prawo do odstąpienia od umowy po jej zawarciu i jest to również u nas przestrzegane.” (cytat dosłowny). Napisz do autora: konrad.baginski@innpoland.pl ]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/be7a5140ecbc43a8982190f72a2794e9,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/be7a5140ecbc43a8982190f72a2794e9,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Klienci ostrzegaja przed zakupami w tym sklepie. To loteria - mówią nam.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/132391,klienci-linczuja-mustache-slynny-polski-sklep-internetowy-nie-placi-miesiacami</guid><link>https://innpoland.pl/132391,klienci-linczuja-mustache-slynny-polski-sklep-internetowy-nie-placi-miesiacami</link><pubDate>Thu, 19 Jan 2017 17:20:17 +0100</pubDate><title>Lincz na Mustache. Słynny polski sklep internetowy nie wysyłał towarów i nie płacił projektantom</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/a0efd60b28ed9b20d4f5f37c949374c5,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Poważne kłopoty Mustache, jednej z najciekawszych firm polskiego e-commerce. To platforma sprzedażowa dla polskich projektantów modowych. Facebookowy profil sprzedawcy z branży mody przypomina obecnie wielką księgę skarg i zażaleń. Klienci oraz projektanci Mustache narzekają na wszystko, co możliwe.

Klienci skarżą się, że firma nie wysyła towarów i nie zwraca środków za anulowane zakupy. Projektanci im wtórują – ci mieli nie otrzymywać zapłaty za dostawy swoich produktów. Mustache wpadł do dołka. Zapytany o powody kryzysu, współzałożyciel marki odmówił wyjaśnienia, jednocześnie przedstawiając plan na odbudowę firmy.

Zaczęło się skromnie, bo od targów odzieżowych polskich projektantów w jednym z warszawskich klubów w 2008 roku. Jednak liczba zainteresowanych była tak duża, że z czasem zorganizowano platformę e-commerce, pojawił się również fundusz, który zainwestował w inicjatywę. Historia Mustache to modelowy przykład start-upowego success story. I taka była aż do połowy 2016 roku. Wtedy bowiem zaczęły się pierwsze problemy finansowe, które trwają do dnia dzisiejszego. 


W rozmowie z INN:Poland właścicielka jednej z marek modowych, która chciała sprzedawać ubrania na kolejnej edycji targów Mustache Yard Sale, opowiada o sytuacji, jaka miała miejsce w grudniu, podczas organizacji kolejnej edycji targów. 

– Początkowo miały odbyć się na terenie PKiN. Ale dwa tygodnie przed terminem Mustache zmienił lokalizację na Halę Mirowską. Wycofałam swój udział i poprosiłam o zwrot prawie 800 złotych, które wpłaciłam na wynajem stoiska podczas targów – mówi. – Umowa gwarantowała mi taką możliwość. Do dzisiaj nie otrzymałam tych pieniędzy, chociaż dostałam informację, że moja prośba została zaakceptowana i do końca grudnia pieniądze wrócą na moje konto. Próbowałam się kontaktować z firmą, ale nie odpisują na maile i nie odbierają telefonu. To pierwszy i ostatni raz, kiedy podjęłam z nimi współpracę – dodaje.


Rozmówczyni zdradza, że otrzymała informację o planowanym pozwie zbiorowym wobec firmy. –Kontaktowaliśmy się z osobą, która w mediach społecznościowych zachęca pokrzywdzonych do zgłaszania się do wspomnianego pozwu. Nie uzyskaliśmy jednak odpowiedzi.
	
		
											
					
				
				Te negatywne komentarze to kropla w morzu.•Facebook/Zrzut ekranu
					

Ze strony osób, które pod postami Mustache opisują swoje doświadczenia z firmą (administrator strony wyłączył możliwość oceniania oraz dodawania własnych postów), płynie jednoznacznie negatywny przekaz. Patryk Deba, współtwórca platformy, w rozmowie z INN:Poland przyznaje, że Mustache ma problemy i bije się w pierś za zaistniałą sytuację. 


– Poprzedni rok był dla nas bardzo trudny, czego od początku nie ukrywaliśmy – mówi. – Natomiast od grudnia 2016 r. nawiązaliśmy współpracę ze spółką Próchnik S.A, która pomaga nam rozwiązać tę sytuację. Jesteśmy w stałym kontakcie z projektantami, negocjujemy kwestie spłaty zadłużenia. Podkreślam, że chcemy uregulować wszystkie nasze zaległości – konkluduje. 

Na pytanie, dotyczące poziomu komunikacji Mustache, Deba wyjaśnia, że zespół tworzący firmę ma ograniczone moce. 

– Osobiście kontaktuję się z projektantami, dziennie dostaję 300 wiadomości. Ale nasz zespół składa się  z ośmiu osób, które prowadzą jeszcze działalność bieżącą. To zajmuje czas. Chcemy odzyskać zaufanie projektantów, przede wszystkim spłacając nasz dług wobec nich – tłumaczy. – Poza tym proszę zauważyć, że jesteśmy na rynku od 2008 roku. Półroczne załamanie finansowe przy takim czasie działalności to nośny temat, ale w biznesie takie rzeczy się zdarzają. Musimy działać dalej – konkluduje. 


Powodów załamania Deba nie chce podawać. Jak tłumaczy, nie ma zamiaru prać brudów i wywlekać problemów do mediów.

Deba dodaje, że razem z Próchnikiem opracowano już wspólną wizję rozwoju firmy. Zaległe faktury zostają opłacane. Co ważne, jak podkreśla współtwórca Mustache, wystawione od listopada rachunki są rozliczane terminowo. Przedsiębiorca zdaje sobie sprawę z opóźnień niektórych zwrotów, zarzeka się jednak, że zespół pracuje nad tym, by je zminimalizować.
	
		
											
					
				
				Patryk Deba, współzałożyciel Mustache.•Youtube/Na Odrze
					

O komentarz poprosiliśmy również Tomasza Czaplińskiego z funduszu venture capital SpeedUp, do którego portfolio Mustache trafiło w 2013 roku. – Jesteśmy inwestorem mniejszościowym, dlatego główne decyzje, dotyczące realizowanych działań znajdują się po stronie zespołu zarządzającego spółki. Jako inwestor mieliśmy ostatnio pewne różnice zdań z zespołem, dotyczące planów rozwoju firmy i rozwiązania kilku palących kwestii, w tym dotyczących planów realizacji zobowiązań. Według otrzymanych przez nas informacji, zespół ma plan naprawy sytuacji który realizuje i wierzymy, że niedługo zostanie w pełni wdrożony, a projektanci odczują jego pozytywne skutki – czytamy w wiadomości. 


Czy dobre chęci i zwrócone pieniądze odbudują zaufanie do Mustache? Katarzyna Gola, ekspertka od marketingu i twórczyni bloga Geek Goes Chic, w rozmowie z INN:Poland mówi, że na skreślanie firmy jest za wcześnie. 

– Nie ma co się oszukiwać: Mustache ma trudną sytuację. Ale rynek potrzebuje takich platform. Oni mają doświadczenie i wiedzę o tym sektorze – tłumaczy. – Każda firma prędzej czy później popadnie w tarapaty. Pytanie tylko, jak to wykorzysta. Moim zdaniem Mustache ma mocny pomysł na to, by wyjść z tej sytuacji obronną ręką – dodaje.

Start-up z branży modowego e-commerce znalazł się na ostrym zakręcie. To, czy rozbije się o przydrożne drzewo, czy wyjedzie na prostą, będzie jasne w przeciągu najbliższych kilku tygodni.Napisz do autora: grzegorz.burtan@innpoland.pl ]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/a0efd60b28ed9b20d4f5f37c949374c5,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/a0efd60b28ed9b20d4f5f37c949374c5,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/131595,jak-sklepy-moga-beknac-za-znikajace-superceny-klienci-zostali-wystawieni-do-wiatru</guid><link>https://innpoland.pl/131595,jak-sklepy-moga-beknac-za-znikajace-superceny-klienci-zostali-wystawieni-do-wiatru</link><pubDate>Tue, 13 Dec 2016 13:54:44 +0100</pubDate><title>Klienci kupili sprzęt przeceniony o prawie 80 proc. Sklep: “To pomyłka”. I wycofał się z realizacji zamówień</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/9c96736ed0796c53d0d8e7acbb8ea272,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Co prawda, to już było po Mikołajkach, ale dobra promocja nie potrzebuje świąt, żeby przyciągnąć tłum klientów. Internauci – w tym jeden z naszych czytelników – nie mogli uwierzyć swoim oczom. W ofercie niektórych sklepów i porównywarek cenowych pojawił się sprzęt elektroniczny jednej z wiodących firm w cenach, które trudno nazwać atrakcyjnymi. Raczej rewelacyjnymi: laptopy warte 4000 albo 5000 złotych były do kupienia za mniej niż piątą część ceny.

– Kolega wrzucił informację o tej ofercie, wraz z linkiem na strony jednego ze sklepów, na Facebooka – opowiadał INN:Poland pan Piotr, jeden z naszych czytelników. – Szybko zebrała się grupa osób, które zaczęły kupować w tym oraz w innych sklepach. Ludzie klikali i zamawiali, część sklepów zawiesiła się, część przyjęła pieniądze – informował.

Na potwierdzenie swoich słów pan Piotr przesłał redakcji printscreeny z kilku rozmaitych sklepów, w których sprzęt kosztuje od 700 do nieco ponad 1000 złotych. On sam po zrobieniu zakupów, najpierw otrzymywał potwierdzenia przyjęcia zlecenia do realizacji, po jakimś czasie witryny sklepów stały się niedostępne, potem zaczęły spływać informacje o anulowaniu transakcji.


„Z przykrością informujemy, iż z powodu błędu na stronie nie możemy potwierdzić zamówienia (…) zamówienie tym samym nie zostaje przyjęte do realizacji (…) Za odrzucenie złożonej oferty zakupu serdecznie przepraszamy” – informował jeden z popularnych sklepów w mailu do klienta. Inny sklep po kilkunastu godzinach przysłał jedynie lakoniczną wiadomość o treści „zamówienie anulowane”.

	
		
											
					
				
				W sklepach internetowych Polacy zostawią w tym roku 37 proc. pieniędzy przeznaczonych na świąteczne prezenty.•Fot. Rafał Małko / Agencja Gazeta
					

Sprzedawca, jako profesjonalista...
Na tym przygoda z korzystaniem z internetowych promocji mogłaby się zakończyć. Pan Piotr jest jednak rozczarowany i wściekły. I, jak się okazuje, całkiem słusznie. Zwróciliśmy się z prośbą o komentarz do powyższej historii do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. – Rzeczywiście, od pewnego czasu informacje o tego typu sytuacjach pojawiają się regularnie – usłyszeliśmy już w czasie pierwszej rozmowy z biurem rzecznika prasowego UOKiK.


Na naszą prośbę eksperci Urzędu przygotowali krótką wykładnię praw konsumentów w takich przypadkach. – Sprzedawca – jako profesjonalista – odpowiada za działanie systemu, bezpieczeństwo transakcji i danych swoich klientów – napisał do nas Paweł Ratyński z UOKiK. – Powinien on więc zabezpieczyć system tak, żeby takie sytuacje się nie zdarzały. Konsumenci, którym nie odpowiada propozycja rozwiązania złożona przez przedsiębiorcę, mogą dochodzić realizacji tych umów na drodze indywidualnej – dodawał.

Innymi słowy, klienci sklepów internetowych, mają otwartą drogę np. do spraw sądowych, pozwalających na zmuszenie sprzedawców do honorowania zawartych transakcji.


Pobożne życzenia sklepów
To zresztą dopiero początek rozmaitych niejasnych sytuacji, z jakimi miewamy do czynienia w polskich sklepach internetowych. Nierzadko zdarzają się „nieporozumienia” na styku handlu tradycyjnego i elektronicznego: klient kupuje sprzęt w sklepie internetowym, transakcja zostaje sfinalizowana, a pieniądze ściągnięte z konta. Tymczasem dzień lub dwa później sklep pocztą elektroniczną albo telefonicznie informuje, że zakupiony produkt nie jest już dostępny – ktoś bowiem kupił go w tradycyjny sposób, w stacjonarnym sklepie.

	
		
											
					
				
				Do nieporozumień dochodzi również, gdy sklep prowadzi jednocześnie sprzedaż internetową i tradycyjną.•Fot. 123rf.com
					

Jeszcze inna historia, to nagminnie pojawiające się na witrynach adnotacje, że produkt jest „dostępny od ręki”, które w zderzeniu z rzeczywistością – zarówno zakupu w sieci, jak i zakupu w tradycyjnym, firmowym sklepie – okazują się pobożnym życzeniem sprzedającego. W przypadku produktów nieco bardziej niszowych niż elektronika czy najpopularniejsze AGD, ściąganie takiego produktu zza granicy może trwać kilka tygodni.


I jeszcze inny scenariusz: w którym sklep rzekomo posiada produkt w ofercie – umieszcza na witrynie jego cenę, specyfikację techniczną, zdjęcie. Sklep przyjmuje zamówienie na produkt i realizuje je, przysyłając podobny, jednak znacznie tańszy i technicznie o wiele prostszy produkt alternatywny. Po reklamacji sklep przyznaje, że w ogóle nie posiadał w ofercie produktu, o który pierwotnie chodziło.

– Może to być rozpatrywane jako nieuczciwa praktyka rynkowa – podsumowują nasze scenariusze specjaliści UOKiK. – Konsument poszkodowany przez takie działanie przedsiębiorcy może wystąpić bezpośrednio z powództwem do sądu cywilnego i żądać zaniechania praktyki, usunięcia jej skutków, złożenia oświadczenia, naprawienia szkody, czy też zasądzenia odpowiedniej sumy pieniężnej na określony cel społeczny. Z powództwem mogą też wystąpić organizacje konsumenckie czy rzecznik konsumentów. Ciężar dowodu spoczywa na przedsiębiorcy: musi on udowodnić, że nie zastosował nieuczciwej praktyki – kwituje UOKiK.

	
		
											
					
				
				Wszelkie wpadki sklepu: towar widniejący jako &quot;dostępny&quot; albo &quot;w ofercie&quot; - a niedostępny i nie do kupienia w określonej na witrynie cenie - może zostać uznany za przykład &quot;nieuczciwych praktyk biznesowych&quot;.•Fot. 123rf.com
					

Cena to nie wszystko
Specjaliści Urzędu podkreślają, że każdy konsument ma też prawo odstąpienia do umowy w ciągu 14 dni od jej zawarcia – i nie jest do tego konieczne otrzymanie produktu. No cóż, mówimy raczej o odwrotnej sytuacji: gdy konsument czeka z biciem serca na zamówiony – i upragniony – towar. - Każda promocja powinna mieć zasady określone w sposób jasny dla konsumenta – zaznacza Paweł Ratyński. – Chodzi o to, by nie było wątpliwości co do czasu jej trwania, czy ilości produktów nią objętych (np. „do wyczerpania zapasów”) – kwituje.


Problem staje się tym bardziej palący, że lada chwila e-sklepy zaczną się ścigać na świąteczne promocje. Jak szacują autorzy badania „Świąteczny barometr cenowy” – eksperci firm Deloitte, Dealavo oraz Google – w tym roku zostawimy w sklepach online aż 37 proc. pieniędzy, jakie mamy na świąteczne prezenty. A rozrzut cenowy sięga czasem, bagatela, kilkuset procent. Autorzy wspomnianego raportu wyliczają m.in. smartfony, które w jednym ze sklepów potrafiły kosztować 1240 zł, podczas gdy w innym sprzedawano je za 2460 zł, albo wodę perfumowaną w widełkach cenowych od 134do 359 złotych za takie samo opakowanie.


– Trzeba pamiętać, że cena to nie wszystko – komentowała wyniki raportu Magdalena Jończak z Deloitte. – W przypadku sklepów internetowych i oferowanych przez nie produktów równie ważna jest szybkość i kompletność informacji o zamówieniu, koszty transportu, terminy i formy dostaw oraz subiektywna znajomość marki i jej renoma. Te wszystkie czynniki budujące tzw. customer experience powinny być brane pod uwagę przez klientów dokonujących przed świętami zakupów online – dodawała Jończak. Dzisiaj wydaje się już niemal pewne, jakiego customer experience klienci sobie nie życzą. Być może niektóre sklepy wkrótce przekonają się też, że wściekły klient potrafi zafundować sprzedającym równie mocne customer experience tyle, że w stosownych instytucjach.


O tym, jak klienci mogą walczyć o swoje prawa, opowiada nam Miłośława Strzelec-Gwóźdź z kancelarii GP Kancelaria Radców PrawnychSklepy bardzo często próbują się wycofać ze swojej oferty, gdy widzą, że zainteresowanie danym towarem wzrosło, a jego cena jest bardzo atrakcyjna. Dochodzi wtedy do próby wstrzymania sprzedaży i wycofania produktu z oferty. 

Co konsument może w takiej sytuacji zrobić? Przede wszystkim, jeżeli ma podejrzenia, że cena jest bardzo atrakcyjna i mogło dojść do jakiejś pomyłki na stronie sklepu – warto zrobić printscreen ze strony, żeby mieć dowód tego, iż taka oferta rzeczywiście znajdowała się na stronie sklepu. 


Jeżeli zamówienie na taki atrakcyjny towar zostało złożone, a sklep nie chce się z niego wywiązać – należy go wezwać do wykonania umowy. Napisać takie pismo, w którym przypominamy, że zostało złożone zamówienie, została zawarta umowa i sklep jest zobowiązany do jej wykonania. Niestety, w takich sytuacjach sklepy pokrętnie próbują się wytłumaczyć, że towar się skończył, jest już niedostępny, trzeba czekać wiele miesięcy. Konsument jest tu w niewygodnej sytuacji, bo nie może tego zweryfikować. 


Ewentualnym sposobem takiej weryfikacji, czy sklep rzeczywiście nie posiada towaru, czy musi go zamawiać i ile będzie trwała dostawa – jest skontaktowanie się z rzecznikiem konsumentów. Zazwyczaj wysyła on wówczas pismo do sprzedawcy – z prośbą o wyjaśnienia – oraz podejmuje się interwencji w danej sprawie. Z naszego doświadczenia wynika, że takie interwencje często okazują się skuteczne. 


W ostateczności można się też zastanowić nad złożeniem pozwu o ustalenie, że umowa została zawarta i wydanie przedmiotu umowy – czyli zakupionego towaru. Aczkolwiek to jest już z reguły bardzo długotrwałe postępowanie.

Niestety, mimo że ustawa o prawach konsumenta nałożyła na przedsiębiorców dosyć dużo obowiązków – nie jest ona takim instrumentem, którym konsumenci mogliby się posłużyć do szybkiego wyegzekwowania swoich praw. 

Oszukano Cię? Spotkałeś się z nieuczciwymi praktykami? Napisz do nas na: kontakt@innpoland.pl 

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl ]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/9c96736ed0796c53d0d8e7acbb8ea272,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/9c96736ed0796c53d0d8e7acbb8ea272,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Magazyny niegdysiejszej potęgi handlu w sieci, sklepu Merlin.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/131579,popularny-sklep-internetowy-bez-skrupulow-go-okradl-polak-zebral-grupe-takich-jak-on-i-chce-ukarac-oszusta</guid><link>https://innpoland.pl/131579,popularny-sklep-internetowy-bez-skrupulow-go-okradl-polak-zebral-grupe-takich-jak-on-i-chce-ukarac-oszusta</link><pubDate>Mon, 12 Dec 2016 15:16:39 +0100</pubDate><title>Popularny sklep internetowy bez skrupułów go okradł. Polak zebrał grupę takich jak on i chce ukarać oszusta</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/a998fd8903fd8583d3b0b4ac6c390b0b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Czy to możliwe, że znany sklep internetowy, który dobrze prosperował przez ponad pięć lat, masowo oszukał swoich klientów? Negatywne opinie były wcześniej absolutną rzadkością, sklep zbierał świetne oceny za świadczenie usług. To się nagle skończyło. Osób, które wpłaciły pieniądze, zamówiły towar i go nie otrzymały, jest co najmniej kilkadziesiąt.

Według naszej wiedzy, którą przekazał nam jeden z poszkodowanych, Marcin Perłowski, kwoty zobowiązań Decomanii wynoszą od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Jak wynika z danych Centralnej Ewidencji Informacji o Działalności Gospodarczej, właścicielem Decomanii (siedziba w Warszawie) jest Jacek Bieliński. 

– W mojej ocenie Decomania działała całkiem normalnie do września tego roku. Od tego czasu przestała wysyłać towary, za które zapłacili klienci – mówi Marcin Perłowski w rozmowie z INN:Poland. Wynika to także z opinii klientów na portalu ceneo.pl. 


Perłowski kupił we wrześniu w Decomanii płyty betonowe za ponad 4 tys. zł. – Zrobili wtedy tzw. „wielką wyprzedaż”. Obniżki cen miały być nawet 30-procentowe, okazało się potem, że żadnego upustu nie było. Kupowaliśmy towar w cenach, w jakich moglibyśmy go dostać bezpośrednio u producenta, z racji tego, że było nam bliżej do warszawskiej siedziby Decomanii – opowiada. 
	
		
											
					
				
					

Perłowski wysłał pieniądze i dostał potwierdzenie, że są zaksięgowane. Następnie otrzymał od firmy maila, w którym napisała, że nie jest w stanie zrealizować tego zamówienia w umówionym terminie 28 dni roboczych. – Proponowali 7-procentowy rabat, mówiąc, że dostawa będzie później. Kiedy zacząłem drążyć, co to znaczy „później”, dostałem kolejnego maila, że mogę zrezygnować z dostawy, a oni zwrócą pieniądze po dwóch tygodniach. Nie spodobało mi się to, bo mieli moje pieniądze już blisko miesiąc – mówi Perłowski.


Wypłata po obiecanych dwóch tygodniach nie nastąpiła. Przestała się odzywać osoba z Decomanii, która opiekowała się jego sprawą. – Nie odpowiadał żaden telefon i żaden pracownik mailowo. W końcu jeden z nich powiedział mi, że firma ma problemy finansowe, ale oni i tak się sumiennie ze wszystkiego wywiążą. Zauważyłem też, że „sprzedawali” produkty firm, których nie miały one na stanie. Czyli z pełną świadomością wciskali klientom rzeczy, które nie istniały. Kontakt się oczywiście urywał – opowiada. 

Jeden z pracowników Decomanii powiedział anonimowo Perłowskiemu, że właściciel w pewnym momencie próbował ratować sytuację poprzez wzięcie dwóch kredytów w bankach, ale bezskutecznie. Według niego obecnie Bieliński próbuje sprzedać swój biznes. 


Perłowski bez problemu dotarł na Facebooku do kolejnych poszkodowanych osób. Pisały one do firmy na jej oficjalnym profilu. Niestety, profil został zlikwidowany. Ze strony internetowej sklepu zniknęły kontakty do pracowników, a telefony firmy nie odpowiadały. Ponadto na stronie internetowej Decomanii co tydzień była odświeżana informacja, że sklep nie będzie działał w określonych dniach. Ten termin był co tydzień przesuwany w kolejnych dniach. 

Marcin Perłowski próbował korespondować z pracownikami firmy, ale otrzymywał od nich informacje, że rozstają się z firmą, a kontakt przekierowywali do samego właściciela. Perłowski raz się do niego dodzwonił, Bieliński poprosił u numer zamówienia i powiedział, że zajmie się sprawą, ale od tamtej pory już nie odebrał telefonu. I tu koło się zamyka, bo Bieliński, jak mówi nam Perłowski, nie odbiera telefonów, ani nie odpowiada na maile. 
	
		
											
					
				
					

Marcin Perłowski zaangażował się w zebranie grupy poszkodowanych osób na Facebooku, widząc w tym szansę jeśli nie na odzyskanie pieniędzy, to ukaranie właściciela Decomanii. Grupa nieustannie rośnie i liczy obecnie około 48 osób. „Kolejnych 200 jest na wyciągnięcie ręki” - pisze Perłowski w grupie poszkodowanych. 


Historie innych poszkodowanych osób, do których dotarliśmy, są bliźniaczo podobne. Kobieta o inicjałach I.T. nie chce podać publicznie nazwiska ani nazwy średniej wielkości miasta, w którym mieszka, bo, jak mówi, wiele osób ją zna, a dla niej to, że dała się oszukać w taki sposób, jest upokorzeniem. – Jestem nieszczęsną klientką Decomanii i czuję się z tym fatalnie, jak ofiara przestępstwa domowego. Wstydzę się o tym mówić – opowiada. 

Kobieta jest oburzona, bo to nie pierwsza rzecz, którą kupuje online i nigdy wcześniej nie miała problemów. – Decomanię na wszelki wypadek sprawdziłam. W wielu miejscach w internecie – np. w portalu Ceneo, byli bardzo wysoko oceniani. Miałam więc zaufanie. Niestety zostało ono zawiedzione w najgorszy możliwy sposób – mówi nam I.T.


I.T. złożyła zamówienie w połowie października. Zapłaciła za kanapę 1600 zł i, jak mówi, „może się już pożegnać z pieniędzmi, ale chciałaby, żeby właściciel Decomanii został ukarany”. Także w jej przypadku obowiązywał termin 28 dni. Po dwóch dniach zaniepokoiło ją to, że nie dostała z Decomanii żadnej informacji zwrotnej. Przesłała maila z zapytaniem. Odpowiedziano jej, że pieniądze zostały zaksięgowane. 

Kolejne wiadomości od firmy, że „wszystko jest ok” i „zamówienie jest realizowane”, również to potwierdzały. Nic się jednak nie działo. W połowie listopada zaniepokojona próbowała skontaktować się z firmą telefonicznie. Nikt nie odbierał. 


Zdenerwowana I.T. słała więc do Decomanii setki maili. Odpowiedziała jedynie była pracowniczka, że od 7 listopada już nie pracuje i poprosiła o pisanie na firmowy numer kontaktowy. 

I.T. próbowała, jak Perłowski, skontaktować się z właścicielem Decomanii. Wysyłała mu na Facebooku prośby o zwrot pieniędzy. Efektem było to, że zablokował jej dostęp do swojego profilu. Termin 28 dni roboczych minął pod koniec listopada. Zamówionej kanapy kobieta nie dostała do dziś. 

Kolejna poszkodowana osoba, z którą rozmawiała redakcja INN:Poland, to Magdalena Białka. – 4 października zamówiłam lampę, zapłaciłam z góry przelewem 192 zł. Obowiązywało maksymalnie 28 dni roboczych na wysyłkę. Po dwóch tygodniach zapytałam pracownicę Decomanii, kiedy będzie przesyłka, dostałam odpowiedź potwierdzającą, że będzie w terminie – opowiada Białka.


Dalej historia się powtarza: maile i żadnych odpowiedzi. – Skontaktowałam się z dziewczyną z grupy poszkodowanych na Facebooku, która poradziła mi, żeby ich spamować mailami, to może to przynieść skutek. Poszłam za jej przykładem i zarzucałam Decomanię mailami. Otrzymałam fakturę korygującą, ale zwrotu pieniędzy – ani śladu – mówi. 

Jednej z poszkodowanych osób udało się jednak odzyskać pieniądze. Pisze w grupie, że po wysłaniu około 100 maili jednego dnia – a słała je co 30 sekund – odzyskała pieniądze. Było to 800 zł. 

Według naszych informatorów w Decomanii zostało zwolnionych około 90 proc. pracowników i wypowiedzenie umów nie miało nic wspólnego z oceną ich pracy lecz nastąpiło z przyczyn ekonomicznych. Następnie odeszli pozostali, dlatego, że nie otrzymali wynagrodzenia. Rozmawialiśmy z jednym z nich. Chce zachować anonimowość. – W moim przypadku chodzi o zaległe wynagrodzenie. Wolontariuszem nie jestem. Nic więcej nie powiem, bo boję się konsekwencji ze strony pana Bielińskiego – opowiada w rozmowie z INN:Poland. Relację może potwierdzać wpis internauty na portalu wykop.pl, w którym opisuje, że pracownicy Decomanii nie dostali pensji. 


Skontaktowaliśmy się z Jackiem Bielińskim w piątek 2 grudnia. Odpowiedział po około godzinie. Zapytał „na jaki temat Pan pisze artykuł?” Natychmiast wysłaliśmy mu pytania, m.in. o to czy zaległości wobec klientów i pracowników Decomanii zostaną uregulowane, czy firma jest w stanie upadłości, dlaczego ze strony zniknęły kontakty do pracowników firmy, itd. Do dziś nie dostaliśmy na nie odpowiedzi.

Jak poszkodowani klienci mogą walczyć o swoje prawa?
Wyjaśnia Małgorzata Regulska-Cieślak, prowadząca w Warszawie indywidualną praktykę radcowską. 

Gdy poszkodowanych jest co najmniej kilku, mylnie sądzi się, że możliwe jest, w każdym przypadku, wniesienie pozwu grupowego. Postępowanie grupowe jest dopuszczalne tylko wtedy, gdy wysokość roszczenia każdego członka grupy została ujednolicona przy uwzględnieniu wspólnych okoliczności sprawy. Ujednolicenie wysokości roszczeń może nastąpić w podgrupach, liczących co najmniej 2 osoby. Ujednolicenie roszczeń to jedna z największych przeszkód w stosowaniu tej procedury. 

W tym celu należałoby stworzyć podgrupy, w których roszczenie byłoby jednolite, a to wymaga znajomości pozostałych poszkodowanych i wysokości poniesionej przez nich szkody. Musi być też ustanowiony reprezentant grupy. Te i inne okoliczności związane z postępowaniem grupowym sprawiają, ze wciąż trudno z jego stosowaniem w praktyce.  Drugą opcją jest dochodzenie roszczeń w postępowaniu cywilnym. Jeśli roszczenie nie przekracza 10 tys. zł, można to zrobić w trybie postępowania uproszczonego. W postępowaniu tym można bowiem  dochodzić roszczeń wynikających z umów. Pozew (na urzędowym formularzu) można złożyć do sądu miejsca niewykonania umowy.   Można przyjąć, że niewykonanie umowy nastąpiło już w siedzibie firmy pozwanego, bowiem nie nadał on zamówionego towaru.  W pozwie dobrze wskazać NIP pozwanego. Można go znaleźć w wyszukiwarce podmiotów CEIDG.  Gdy sąd uzna roszczenie za udowodnione i zasadne, wyda nakaz zapłaty, w którym zasądzona zostanie kwota o równowartości należności wpłaconej za towar, który nigdy nie został wysłany do klienta. Pozew podlega opłacie w wysokości określonej ustawowo.  Mniej sformalizowane jest dochodzenie roszczeń w postępowaniu karnym, czyli zawiadomienie policji o dokonaniu przestępstwa oszustwa. I to jest prostsza opcja, bo składa się tylko jedno zawiadomienie na policję, w którym wskazuje się listę poszkodowanych osób. Potem dopiero organ uprawniony może sporządzić akt oskarżenia i wnieść go do sądu. Postępowanie to może jednak okazać się długotrwałe.

 

Oszukano Cię? Spotkałeś się z nieuczciwymi praktykami? Napisz do nas na: kontakt@innpoland.pl ]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/a998fd8903fd8583d3b0b4ac6c390b0b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/a998fd8903fd8583d3b0b4ac6c390b0b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Marcin Perłowski, jeden z poszkodowanych przez Decomanię.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/130143,kusil-polskie-firmy-podbiciem-doliny-krzemowej-bral-zaliczki-szantazowal-przyparty-do-muru-atakowal</guid><link>https://innpoland.pl/130143,kusil-polskie-firmy-podbiciem-doliny-krzemowej-bral-zaliczki-szantazowal-przyparty-do-muru-atakowal</link><pubDate>Mon, 21 Nov 2016 08:49:40 +0100</pubDate><title>Kusił polskie firmy podbiciem Doliny Krzemowej. Brał pieniądze i znikał</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/6aa4054babd9f4c10fcb10ec030f1d7e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jakub Kostecki kusi polskie start-upy możliwościami i znajomościami, jakie ma w Dolinie Krzemowej. Szczęściarze przy współpracy z nim stracili 500 dolarów. Ale są i tacy, którzy utopili i 20 tysięcy zielonych. Polski przedsiębiorca z Kolorado inkasuje pieniądze, nic nie robi, a...

Jakub Kostecki kusi polskie start-upy możliwościami i znajomościami, jakie ma w Dolinie Krzemowej. Szczęściarze przy współpracy z nim stracili 500 dolarów. Ale są i tacy, którzy utopili i 20 tysięcy zielonych. Polski przedsiębiorca z Kolorado inkasuje pieniądze, nic nie robi, a przyparty do muru, atakuje.

O działaniach naszego bohatera dowiedzieliśmy się z dwóch niezależnych źródeł. Najpierw jedna z najbardziej znanych postaci polskiej sceny start-upowej napisała o jego działaniach na swoim profilu facebookowym. Wywołało to lawinę komentarzy. Kilka dni później podobna informacja dotarła do nas od Polaka pracującego w Dolinie Krzemowej.


– W USA działa Polak, który naciąga polskich start-upowców. Mówi, że pomoże, a potem znika z pieniądzmi. Od jednego zainkasował 20 tysięcy dolarów. Są też inni, których naciągnął. Generalnie Polacy w Dolinie już o nim wiedzą, ale teraz naciąga start-upowców z Polski, którzy chcą wejść do USA – tak brzmiała treść wiadomości od naszego informatora z Silicon Valley.

Dotarliśmy do poszkodowanych w Polsce i Stanach Zjednoczonych. Nie chcą mówić pod nazwiskiem, ale nam też nie chodzi o to, żeby ujawniać dane tych firm. Dużo ważniejsze jest opisanie sposobu, w jaki polskie start-upy, mamione wizją „american dream”, trafiają na człowieka, żerującego na zaufaniu, które jest podstawą w tym środowisku. 
	
		
											
					
				
				Komu nie marzy się start-upowa kariera na miarę Apple? Stąd już tylko krok do dużej naiwności.•123RF/zdjęcie seryjne
					

Nasi rozmówcy twierdzą, że wkrótce część z nich się ujawni. Na razie założyli na Facebooku tajną grupę, w której dzielą się swoimi doświadczeniami z człowiekiem, który miał im pomóc w podbiciu Krzemowej Doliny.


Ostrzec innych
Boulder. Colorado. Mekka amerykańskich triatlonistów i hardware-owych start-upów. Tu ma swój zamiejscowy oddział Uniwersytet Kolorado oraz wiele firm z branży kosmicznej i lotniczej. U podnóża Gór Skalistych swe miejsce odnalazł nasz bohater. Ma podwójne obywatelstwo i to w USA prowadzi obecnie swoją działalność.

Przedstawicielowi firmy K z Warszawy zaoferował nawiązanie kontaktów handlowych. Kwota zaliczki była niewielka, raptem 500 dolarów zapłacone z prywatnej kieszeni. Ale nie podpisali żadnej umowy, były tylko zapewnienia mailowe. Mijały kolejne tygodnie, podczas których nic się nie działo.
	
		
											
					
				
				Dolina Krzemowa niejednemu zawróciła w głowie.•Pixabay.com
					

– Tu nawet nie chodzi o te pieniądze, które straciłem, ale o to, żeby ostrzec innych – mówi w rozmowie z INN:Poland założyciel jednej z poszkodowanych firm. On, podobnie jak inne osoby, z którymi rozmawialiśmy, nie liczy na odzyskanie pieniędzy.


Kiedy właściciel firmy K zaczął naciskać na wywiązanie się z obietnic, bohater naszej historii najpierw zaczął się kajać i obiecywać, że wszystko ruszy dosłownie za moment. Później obiecywał, że zwróci zaliczkę, ale z czasem zmienił strategię. Zaczął straszyć, że zarejestruje na siebie znak towarowy firmy K w Stanach. I kiedy Polacy wejdą na rynek USA, on się wtedy ujawni. Zarejestrował również domenę z nazwą firmy K oraz drugą z imieniem i nazwiskiem założyciela. Zaczął straszyć, że pod tymi adresami będzie przestrzegał przed współpracą z firmą K.


"Przecież się nie znamy" 
Historia firmy S jest podobna. Tu Kostecki miał pomóc w pozyskaniu inwestorów. Podpisali umowę, która określała , jakie czynności miał wykonać do 31 lipca 2016 roku i wpłacili 2,5 tysiąca dolarów zaliczki. Chodziło o stworzenie materiałów oraz kontakt z 500 potencjalnymi inwestorami. Pomimo braku efektów Kostecki upomniał się o drugą część zaliczki.

– Kiedy minął termin, a nie dostaliśmy żadnych materiałów, które by świadczyły, że wykonał jakąś pracę, zaczęły się wymówki. A to nie miał WiFi, albo zarzucał nam, że się nie znamy – mówi w rozmowie z nami szef firmy S. Jak twierdzi, przez cały okres współpracy z Kosteckim nie otrzymali od niego nawet najmniejszego dowodu, że wykonał na ich rzecz jakąś pracę. Na koniec oczywiście pojawiła się strona pod adresem składającym się z imienia i nazwiska szefa firmy S. Jej treść opisuje go jako osobę konfliktową.
	
		
											
					
				
				Tak wygląda fragment strony internetowej, na której bohater opisuje swój konflikt z szefem firmy S.•Strona
					

Podobne szantaże dotknęły też polski start-up, który działa już w Stanach. W tej historii nasz bohater również obiecał swą pomoc. W USA dotarliśmy też do firmy, której nasz bohater zalega płatność za faktury na kilka tysięcy dolarów. Wszystkie te historie są podobne. I wszyscy nasi rozmówcy podkreślają, że decyzja o ujawnieniu procederu nie przyszła im łatwo.


– Jest dużo osób, które pomagają polskim firmom wejść na amerykański rynek. Ale czy doszło do oszustwa, zależy od umowy, jaka została podpisana. Od tego, jakie są w niej zapisy. O oszustwie możemy mówić, kiedy jedna ze stron nie wywiązuje się z ustaleń – mówi w rozmowie z INN:Poland Tytus Cytowski, amerykański prawnik pracujący dla naszych przedsiębiorców w Dolinie Krzemowej. – W świecie start-upów często założyciele nie podpisują niczego. To środowisko działa na zasadzie zaufania i podejścia pro-community – wyjaśnia.

Groził nam 
Skontaktowaliśmy się również z naszym bohaterem. Amerykański numer milczał, zadaliśmy więc kilka pytań mailem. Dość szybko dostaliśmy odpowiedź, w której bohater szeroko ustosunkował się do zadanych mu pytań. Potwierdził nasze ustalenia co do współpracy z firmą K. oraz S., co więcej, poinformował, że tej drugiej spółce będzie trudno wejść na amerykański rynek, gdyż to on posiada prawa do własności intelektualnej start-upu. Poinformował również, że od połowy września nie świadczy już usług dla polskich firm, a jedynie przeprowadza badania due diligence na zlecenie podmiotów z Doliny Krzemowej.


W dalszej części maila napisał również o tym, że zarejestrował domenę związaną z imieniem i nazwiskiem "Tomasz Staśkiewicz" i zamierza na niej publikować treść maili. Nasi rozmówcy ostrzegali nas, że po publikacji tego tekstu Jakub Kostecki może zaatakować nas personalnie. Dlatego warto poznać jego sylwetkę.

Kim jest więc bohater naszej historii? Zanim wyjechał z Polski, był aktywnym przedsiębiorcą. Działał na rynku start-upów, próbował sił w sektorze gazu łupkowego. Jeden z jego ostatnich projektów biznesowych zakończył się sprawą karną. Sąd Rejonowy Warszawa-Śródmieście V Wydział Karny w grudniu 2014 roku wydał wyrok skazujący bohatera. Wymierzył karę pół roku bezwzględnego aresztu, 92 tysięcy złotych grzywny, ponad 15 tysięcy kosztów sądowych oraz zakaz zasiadania w zarządach spółek kapitałowych przez kolejne pięć lat. Miesiąc później wyrok się uprawomocnił. Sęk w tym, że jak wskazują wszelkie znaki na niebie i ziemi, w tym czasie naszego bohatera nie było już w kraju.
Napisz do autora: tomasz.staskiewicz@innpoland.pl Podążaj za @TStaskiewicz
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/6aa4054babd9f4c10fcb10ec030f1d7e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/6aa4054babd9f4c10fcb10ec030f1d7e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jakub Kostecki niedawno skasował konto na Facebooku.</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
