<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[INNPoland.pl - STARTdown]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii STARTdown w INNPoland.pl]]></description>
		<link>https://innpoland.pl/c/185,startdown</link>
				<generator>innpoland.pl</generator>
		<atom:link href="https://innpoland.pl/rss/kategoria,185,startdown" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/133479,ten-mentor-zaprowadzi-start-upowe-owieczki-do-bram-biznesowego-raju-tadeusz-rydzyk-powie-co-jest-potrzebne-do-sukcesu</guid><link>https://innpoland.pl/133479,ten-mentor-zaprowadzi-start-upowe-owieczki-do-bram-biznesowego-raju-tadeusz-rydzyk-powie-co-jest-potrzebne-do-sukcesu</link><pubDate>Tue, 07 Mar 2017 11:49:21 +0100</pubDate><title>Ten mentor zaprowadzi start-upowe owieczki do bram biznesowego raju. Tadeusz Rydzyk powie, co jest potrzebne do sukcesu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/3a088f9b6fde7f0df5982872d06ebd05,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Start-upowcy mają nowego mentora. Nie jest to byle kto, bo w rankingu 100 najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost” zajął 83 miejsce. Mowa o ojcu redemptoryście, Tadeuszu Rydzyku.

Przedsiębiorczy duchowny został zaproszony przez Opolski oddział Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości. Pojawi się 30 marca na imprezie Startup Mixer. Wystąpi obok Piotra Wołąsewicza, zajmującego się inwestycjami oraz Sławomira Milewskiego z firmy programistycznej Netkoncept. 

Współorganizator wydarzenia potwierdza zaproszenie Ojca Rydzyka na wydarzenie, kierowane do start-upowców. – Jesteśmy w trakcie dogadywania szczegółów. Mogę powiedzieć, że nie dostaliśmy odmowy. Czekamy na oficjalne potwierdzenie – mówi. – Dlaczego go zaprosiliśmy? W ostatnim rankingu 100 najbogatszych Polaków zajął 83. miejsce. To w sumie jedyny powód. Ojciec Rydzyk robi jakiś biznes. Dla niektórych wątpliwy moralnie, ale w jakiś sposób doszedł do tych pieniędzy, więc warto, by podzielił się z młodymi ludźmi informacjami, co jest potrzebne do osiągnięcia sukcesu – dodaje w rozmowie z INN:Poland. 


Żyłki przedsiębiorczości trudno odmówić najsłynniejszemu duchownemu w kraju. Według wspomnianego już tygodnika „Wprost”, w 2015 roku jego łączny przychód osiągnął poziom 55 mln zł. To dało mu wstęp do grona 100 najbogatszych Polaków.

Przypomnijmy, redemptorysta jest właścicielem Radia Maryja, Naszego Dziennika czy Telewizji Trwam, a także Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej.

Napisz do autora: grzegorz.burtan@innpoland.pl ]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/3a088f9b6fde7f0df5982872d06ebd05,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/3a088f9b6fde7f0df5982872d06ebd05,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Ojciec Tadeusz Rydzyk będzie uczył start-upowców, jak osiągnąć sukces w biznesie.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/131789,kurasinski-czas-zrzucic-start-upowe-spodenki-najlepsi-pracownicy-to-tacy-ktorzy-cos-biznesowo-spieprzyli</guid><link>https://innpoland.pl/131789,kurasinski-czas-zrzucic-start-upowe-spodenki-najlepsi-pracownicy-to-tacy-ktorzy-cos-biznesowo-spieprzyli</link><pubDate>Mon, 02 Jan 2017 07:53:41 +0100</pubDate><title>Kurasiński: Czas zrzucić start-upowe spodenki. Najlepsi pracownicy to tacy, którzy coś biznesowo &quot;schrzanili&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/5fe6237c85ce4f8cc80b36ce1fe639f3,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kilka lat temu zdałem sobie sprawę, że jeśli chodzi o rekrutację ludzi do start-upów, najlepszymi pracownikami są takie osoby, które coś biznesowo, ale nie tylko,  "spieprzyły". Nie prymusi, którzy zawsze znali odpowiedź na wszystko. Nie pracownicy korporacji nauczeni operować milionowymi budżetami. Nie biznesmeni, którym raz się udało i od dekad jadą na swoim pierwszym i jedynym sukcesie. Moim idealnym pracownikiem jest osoba, która zawaliła, najlepiej samodzielnie coś "rozpieprzyła" i po prostu zabiła jakiś projekt.

Taka osoba jest skarbem, ponieważ wie, czego nie zrobić w przyszłości oraz gdzie jest jej granica kompetencji i wiedzy. Wie, dlaczego popełniła błąd i jeśli znów zostanie postawiona w podobnej sytuacji, takiego błędu nie zrobi po raz drugi.

Robienie start-upów w Polsce to wyśmiewane pasożytowanie na unijnych funduszach i sposób na życie z macbookiem i latte w modnej knajpie. To także ciężki "zapierdziel" w pocie czoła, czasami bez żadnego zabezpieczenia, finansowego w szczególności. Ryzykowanie wszystkim – ostatnimi pieniędzmi na koncie, relacjami z bliskimi i karierą zawodową. Po blisko 18 latach tworzenia własnych biznesów z zakresu nowych technologii, obserwowania środowiska start-upowego, organizowania i brania udziału w licznych konferencjach i spotkaniach tego środowiska, jestem coraz bardziej rozdarty i zgorzkniały.


Serce podpowiada mi, że powinniśmy zbliżyć się powoli do momentu w którym świat w końcu zobaczy nasze możliwości i powstanie spółka warta miliardy dolarów. Start-up marzeń, model referencyjny dla całego środowiska. Wszyscy będziemy dumni i będziemy mogli w końcu powiedzieć “jestem z Polski, z kraju, w którym powstał prawdziwy jednorożec”.

Rozum natomiast mówi, że nawet jeśli z tej całej masy wszystkich projektów narodzi się jeden jednorożec, to nadal nie będzie to miało większego znaczenia. Wydane setki miliardów euro, żeby powstała jedna globalna firma? W obliczu 2020 r., kiedy nakłady na innowacje ze strony UE drastycznie spadną, pompowanie wycen oraz stawianie na piedestale całego środowiska start-upowego postrzegam jako coś bardzo krzywdzącego dla nas samych. Prawda jest taka – polskie start-upy, które odniosły międzynarodowy sukces (Audioteka, Base, Zortrax, Estimote, Kontakt, UXPin, Brainly) dokonały tego dzięki wpompowaniu kapitału z zagranicy. To nie pieniądze i kontakty polskich funduszy to sprawiły.


Pewnie nie takiej narracji oczekiwaliście, ale może czas zrzucić “start-upowe spodenki” i zacząć myśleć o zakładaniu firmy i robieniu prawdziwego biznesu, a nie poszukiwać modnych formatów na zdobycie dofinansowania od polskiego rządu.

Czego sobie i Wam życzę.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/5fe6237c85ce4f8cc80b36ce1fe639f3,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/5fe6237c85ce4f8cc80b36ce1fe639f3,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/131687,cwany-jak-polski-inwestor-6-rad-jak-nie-dac-sie-oszukac-przy-zawarciu-umowy</guid><link>https://innpoland.pl/131687,cwany-jak-polski-inwestor-6-rad-jak-nie-dac-sie-oszukac-przy-zawarciu-umowy</link><pubDate>Mon, 02 Jan 2017 07:51:54 +0100</pubDate><title>Cwany jak polski inwestor. 6 rad, jak nie dać się oszukać przy zawarciu umowy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/96a7bb13334ada78dfc317f480e3e183,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Umowa inwestycyjna jest jak małżeństwo. Wyjść na niej można bardzo różnie. Co zrobić, a jakich rzeczy się wystrzegać, aby po złożeniu podpisu nie mieć poczucia, że właśnie zmarnowaliśmy dużą część swojego życia? Zapytaliśmy o to ekspertów działających w polskim ekosystemie start-upowym.

Sprawdź inwestora Zdawałoby się – oczywistość. Sprawdzenie inwestora to proces czasochłonny, może jednak okazać się kluczowy dla dalszych losów spółki. – Należy sprawdzić, jaka jest reputacja funduszu, z którym chcemy podpisać umowę. Z kim do tej pory współpracował? Jakie są doświadczenia innych start-upów w kontaktach z nim? Wywiad środowiskowy nic nie kosztuje, a daje bardzo istotne przesłanki do podjęcia decyzji – przekonuje Maciej Sadowski, prezes fundacji Start-up Hub Poland. Spisz umowę przedwstępną Zanim zasiądziemy do ostatecznych rozmów, warto mieć jakąś podstawę. Służy do tego tzw. term-sheet, czyli dokument, w którym zawieramy takie elementy jak wstępna wycena spółki, waga głosów czy zasady wyjścia z inwestycji. Podobnie jak list intencyjny, term-sheet również nie ma mocy prawnej. – To dokument, który nie jest wiążący, ale stanowi pewne moralne zobowiązanie. Mając go, dysponujemy wszystkimi najważniejszymi ustaleniami dotyczącymi danej transakcji. Umowa inwestycyjna nie powinna się bez niego obyć. Organizuje myślenie o projekcie – mówi Sadowski. 
	
		
											
					
				
				Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta
					

Przeczytaj dokładnie umowę inwestycyjną Prawniczka Agata Kowalska, współzałożycielka kancelarii Chabasiewicz Kowalska i Partnerzy, specjalizującej się w branży nowych technologii i start-upów zauważa, że na etapie podpisywania umowy na foundera czeka wiele pułapek. – Należy zachować szczególną ostrożność co do klauzul, które mogą powodować łatwe przejecie kontroli nad spółką lub własności udziałów founderow, takie jak: np. opcje call, put, klauzule drag along – opowiada. Zdaniem ekspertki, warto również zadbać o to, aby w przypadku wyłączności operacyjnej nałożonej na founderów wraz z zakazem konkurencji już na etapie umowy inwestycyjnej zabezpieczyć wynagrodzenie przez cały okres obowiązku pracy na rzecz spółki.


Szczególną wagę do zapisów liquidation preference przywiązuje natomiast Tytus Cytowski z kancelarii Cytowski&amp;Partners, która pomaga prawnie polskim start-upom w USA i w Polsce. – Widzieliśmy inwestora z Polski, który zastrzegł sobie wyjście z inwestycji w fazie seed z preferencją likwidacyjną uczestniczącą z mnożnikiem 3-krotnym. Oznacza to, ze inwestor dostanie 3-krotny zwrot z inwestycji, a do tego ma jeszcze prawo uczestniczyć w podziale "zysku" z exitu jako udziałowiec – opowiada prawnik. 

Na inne zagrożenie wskazuje Maciej Sadowski, który opowiada, że słyszał o umowach, mówiących o tym, że w razie niepowodzenia projektu pomysłodawcy musieli spłacić inwestycje. – To pożyczka bankowa, a nie inwestycja. Inwestycja venture capital powinna łączyć się ze zrozumieniem, że ryzyko jest po obu stronach – opowiada. 


Pamiętaj, że czas jest ograniczony Im dłużej są prowadzone rozmowy, tym więcej funduszy potrzebuje start-up. A w przypadku kiełkującego biznesu ich wielkość nie jest oczywista. Tymczasem negocjacje z inwestorem potrafią trwać nawet pół roku. – Obserwowałem na rynku inwestycji w Polsce wiele sytuacji, w których główni inwestorzy tak długo prowadzili negocjacje, że mogło to wpłynąć na upadłość spółki – mówi Andrzej Targosz, inwestor, organizator wydarzeń dla branży nowych technologii, a także CEO Proidei i Eventory. 
	
		
											
					
				
				123rf.com/kchang/zdjecie seryjne
					

Nie oddawaj zbyt dużo  – Istnieje prosty wzorzec, który mówi o tym, by na początku nie oddawać więcej niż 20-25 proc. swoich udziałów. W późniejszym etapie start-up mogą czekać poważniejsze serie finansowania i trzeba zostawić przestrzeń dla następnych inwestorów – przekonuje Targosz. Szukając funduszy na rozwój, start-upy godzą się bowiem czasami na zbyt wiele. Tytus Cytowski zauważa, że oddanie zbyt dużej części udziałów inwestorowi może spowodować, że motywacja foundera spadnie. – Doprowadza to również do tego, ze spółka staje się „nieinwestowalna” z punktu widzenia profesjonalnych funduszy VC z Zachodu – dodaje.


Oddanie zbyt dużej liczby akcji może również, w najgorszym wypadku, spowodować utratę kontroli nad spółką. Start-up jest przedsięwzięciem, który musi być prowadzony przez founderów. Nie może być sytuacji, w której inwestor przejmuje kontrolę operacyjną nad firmą.

Zainwestuj w prawnika – Nie siadałbym do rozmów bez prawnika. Kiedy przeciętny młody człowiek widzi umowę liczącą 60-80 stron, może nie zrozumieć 3/4 zapisów w niej zawartych – mówi Targosz. Tytus Cytowski opowiada natomiast, że spotkał się z sytuacją, w której umowa inwestycyjna nie miała nic wspólnego z term-sheetem. Co więcej, była skonstruowana w bardzo niekorzystny dla foundera sposób. – Polscy inwestorzy potrafią zastrzegać sobie postanowienia, które mocno odbiegają od światowych standardów – przekonuje.Napisz do autora: adam.sienko@innpoland.pl ]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/96a7bb13334ada78dfc317f480e3e183,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/96a7bb13334ada78dfc317f480e3e183,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">W kontaktach z funduszami inwestycyjnymi start-uperzy powinni zwrócić uwagę na szereg czynników</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/131617,ten-polski-start-up-znalazl-rozwiazanie-ktore-pomaga-oszczedzac-ogromne-pieniadze-ma-spore-sukcesy-za-granica</guid><link>https://innpoland.pl/131617,ten-polski-start-up-znalazl-rozwiazanie-ktore-pomaga-oszczedzac-ogromne-pieniadze-ma-spore-sukcesy-za-granica</link><pubDate>Fri, 16 Dec 2016 17:31:19 +0100</pubDate><title>Ten polski start-up znalazł rozwiązanie, które pomaga oszczędzać ogromne pieniądze. W Polsce nikt ich nie zna</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/1cc18ed62afacb03b2ebea5d659af6cb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Konrad Caban to wymiatacz branży internetowej. Ma start-up, który osiągnął wielki sukces poza Polską niż nad Wisłą.

Konrad Caban do branży internetowej wszedł, kiedy dostęp do internetu był przez modem –w zamierzchłym 1998 roku. Wtedy założył agencję interaktywną SITEIMPULSE, która dostarczała rozwiązania z zakresu tworzenia stron czy promocji w sieci takim firmom jak PGE, EY, czy ING. To jednak nie wyczerpywało ambicji Cabana, który „przy okazji” tworzył nowe projekty. Jednym z nich jest start-up Super Monitoring. Powstały w 2007 roku projekt pod nazwą Monitoring Stron (nowa nazwa funkcjonuje od 2013) przez 9 lat przyciągnął klientów z 20 krajów. Co ciekawe, niezbyt dobrze radzi sobie w... Polsce. Tak, pomimo większej konkurencji za granicami naszego kraju, Caban dalej nie potrafi przebić się do świadomości tych, którzy zarządzają stronami w Polsce.


Mądry Polak po szkodzie
– Kiedy ludzie słyszą "monitoring stron", od razu myślą o usługach, dzięki którym można poznać opinie o swojej firmie czy jaki jest poziom naszej rozpoznawalności w sieci. A to szersze zagadnienie, bo dotyczy również tego, czy nasza strona działa bezawaryjnie – tłumaczy Caban w rozmowie z INN:Poland. – Niestety, w naszym kraju dalej istnieje problem nawet z budowaniem świadomości, jak ważny jest to element działania w sieci – dodaje.

I tę niszę stara się wypełnić Super Monitoring. Działalność start-upu, w którym pracuje 20 osób, opiera się na sprawdzaniu, czy nasz portal prawidłowo działa. Przede wszystkim, czy użytkownik sieci może na niego wejść, czy zobaczy komunikat, że strona jest niedostępna. To samo dotyczy czasu odpowiedzi – projekt Cabana obserwuje, czy nie dochodzi do zresetowania połączenia, kiedy czas odpowiedzi jest za długi. 


A jeśli strona padła? Wtedy zostaje wysłane powiadomienie do właścicieli, że dzieje się coś złego. To marginalne przypadki, można pomyśleć. Być może, ale dla wielu firm mogą być szczególnie dotkliwe. Jak podaje serwis Inwestycje, godzina przestoju aplikacji o krytycznym znaczeniu dla dużego, polskiego przedsiębiorstwa może je kosztować nawet 76 tysięcy dolarów (ponad 300 tysięcy złotych). Wtedy strat nie da się uniknąć, ale dzięki rozwiązaniom start-upu Cabana można je ograniczyć, bo właściciele mogą od razu dowiedzieć się o ewentualnej awarii.

I tak jest na Zachodzie. Konkurencja dla Super Monitoringu jest spora – Caban przyznaje, że w tym sektorze działa ponad 100 firm. A samo utrzymanie się również do łatwych nie należy. 


– Może się wydawać, że to prosta usługa. Tworzy się skrypt, który co minutę wchodzi na stronę i sprawdza, czy wszystko działa, jak powinno. Ale później zaczynają przychodzić opinie od klientów – o fałszywych alarmach czy o niewykryciu jakiegoś błędu – wyjaśnia Caban. – I nagle wychodzi, że narzędzie trzeba stale udoskonalać, modyfikować pod konkretny przypadek i rozwijać dostępne funkcjonalności. Obserwujemy rynek i wychodzi na to, że 50 firm z tej branży już przestało istnieć – tłumaczy Caban.

Paradoksalnie, konkurencja w Polsce zdaniem twórcy start-upu jest niewielka, ale nie znaczy to, żeby krajowy rynek był przez to łatwy do zdobycia. Bo na drodze staje właśnie mentalność. Najłatwiej opisać ją przez sieciowe porzekadło, które mówi, że ludzie dzielą się na dwa typy – tych, którzy archiwizują dane i tych, którzy nigdy nie mieli awarii dysku twardego. Gdzie tu analogia? 


W tym, że ludzie nad Wisłą nie uważają, żeby było im to niezbędne. Do czasu pierwszej awarii – wtedy, jak w przysłowiu, Polak jest mądry po szkodzie. Ale nawet wtedy trudno pozyskać klienta z własnego kraju.– Firmy wolą rozwiązywać to wewnętrznie, nie chcą się tym chwalić, nie proszą o radę. To kolejna cecha, która różni nas od Zachodu – nie mówimy o naszych sukcesach lub porażkach. A w innych krajach to jest naturalne – dlatego historię porażek są u nas tak szeroko komentowane, bo dalej się rzadko zdarzają – tłumaczy Caban.


Superbohaterowie na straży 
Nic zatem dziwnego, że w portfolio Super Monitoringu znajdują się głównie małe, średnie i duże przedsiębiorstwa spoza Polski. Do najbardziej znanych należą przede wszystkim HP, Nestle czy Kaspersky. Większość klientów pozyskiwano za pomocą content marketingu – prowadzonym po angielsku blogiem oraz tworzonymi infografikami. 

W tym miejscu warto wspomnieć o designie, na jaki postawił Caban ze współpracownikami. W opozycji do oficjalnych, by nie powiedzieć sztywnych, komunikatów i relacji z klientami, postawiono na wykorzystanie potęgi komiksu. 


Dlatego Super Monitoring reklamują stylizowani na komiksy z lat 60. i 70. superbohaterowie, którzy mają strzec, by strony działały tak, jak powinny. Początkowo Caban uważał to za ryzykowny pomysł, ale pozytywny odbiór i wyróżniająca się na tle konkurencji szata graficzna przekonała go, że idea była słuszna. W tym przekonaniu utwierdziło go również to, że coraz więcej młodych firm porzuca sztywny, korporacyjny styl na rzecz bardziej luźnego podejścia. 

Na końcu Caban przyznaje, że Super Monitoring jest finansowany tylko z własnych środków – chociaż jest start-upem, nie poszukiwał nigdy zewnętrznych inwestorów. Dlaczego? Cóż, głównie z powodu podejścia założyciela. Traktuje on agencję interaktywną jako główne zajęcie, liczy jednak na to, że jego projekt rozwinie się do tego stopnia, żeby mógł poświęcić mu większość swojego czasu.


– Działalność w Internecie to ciągły eksperyment. Cały czas próbuję tworzyć nowe rzeczy od podstaw, bo lubię ciągłe wyzwania. Po prostu – konkluduje Caban.Napisz do autora: grzegorz.burtan@innpoland.pl ]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/1cc18ed62afacb03b2ebea5d659af6cb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/1cc18ed62afacb03b2ebea5d659af6cb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Konrad Caban, założyciel Super Monitoringu.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/131587,pierwsza-taka-kuznia-talentow-w-polsce-to-tu-powstaja-dzis-najbardziej-innowacyjne-start-upy</guid><link>https://innpoland.pl/131587,pierwsza-taka-kuznia-talentow-w-polsce-to-tu-powstaja-dzis-najbardziej-innowacyjne-start-upy</link><pubDate>Wed, 14 Dec 2016 08:51:56 +0100</pubDate><title>Pierwsza taka kuźnia talentów w Polsce. To tu powstają dziś najbardziej innowacyjne start-upy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/8b11bfe7aa0b5f07ffd3abb7ffe58062,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Osiemnaście firm – taki jest dorobek pierwszego w Polsce, sześciomiesięcznego inkubatora przedsiębiorczości adresowanego do kobiet: Girls Go Start-Up! Uczestniczki tego programu chcą podbijać rynki całą paletą produktów – od butów, których obcasy można dowolnie regulować, tworząc w miarę potrzeb szpilki, albo płaskie pantofelki, aż po platformę informatyczno-medyczną dla dzieci z autyzmem i zespołem Aspergera.

Podręczny, przenośny czujnik do wykrywania glutenu w produktach spożywczych – to cel Zofii Iskierko. Badaczka pojawiła się w inkubatorze, mając już ten projekt „z tyłu głowy”. – Wcześniej znalazłam się w grupie badawczej, która robi czujniki chemiczne na różne substancje – opowiada Iskierko w rozmowie z INN:Poland. – Mile widziane jest tam, gdy nowa osoba wnosi własny projekt. A ja jestem przede wszystkim mamą: miałam wówczas dziecko w wieku, w którym wprowadza się nowe pokarmy. Przy tej okazji dowiedziałam się, że istnieje gluten, może uczulać i powodować najróżniejsze problemy – wyjaśnia. Ba, u osób chorujących na celiakię może doprowadzić do bardzo poważnych zaburzeń wchłaniania, niedożywienia i niedoborów składników odżywczych w organizmie.


Ale nie tylko o chorych tu chodzi. Na całym świecie liczba osób unikających glutenu, lub przechodzących na jakiś wariant diety bezglutenowej, rośnie. Dla ich potrzeb urządzenie, które marzy się Zofii Iskierko, byłoby zapewne, jak znalazł: przenośny elektroniczny czujnik – wielkości markera, jak zastrzega pomysłodawczyni – który analizuje niewielkie okruchy produktu i w ciągu minuty, najdalej dwóch, daje wynik pomiaru zawartości glutenu.

	
		
											
					
				
				Wśród projektów z konkursy Girls Go Start-Up znalazł się również projekt adresowany do rodziców dzieci z autyzmem z zespołem Aspergera.•Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
					

Cała sztuka polega m.in. na tym, żeby dobrać odpowiednie odczynniki chemiczne – wchodzące w reakcję z glutenem – a następnie umieścić je w czujniku. – Badania wciąż trwają i proszę nie oczekiwać, że czujnik wejdzie na rynek jutro – zastrzega Iskierko. – Nie potrafię też jeszcze określić, jakie będą koszty marketingu i sprzedaży – dodaje. Docelowa cena nie będzie jednak zbyt wysoka, gdyż czujnik ma być urządzeniem adresowanym do możliwie jak największej grupy odbiorców.


A przede wszystkim, co z tego, że badacz ma jakiś pomysł, skoro nie ma pojęcia, jak go przekształcić w przedsiębiorstwo, ani czasu, by szukać na ten temat informacji? W tym kierunku poszli organizatorzy Girls Go Start-Up: by maksymalnie ułatwić uczestniczkom życie. – Chodziło zwłaszcza o kontakty. Teraz wiem też, co robić z tym projektem, krok po kroku – mówi nam Iskierko. – Jestem w fazie rozmów o prototypie czujnika i dalszych etapach rozwijania projektu, mam też zainteresowanych produktem inwestorów, ale w międzyczasie muszę jeszcze obronić pracę doktorską – tłumaczy badaczka.


Praca w trybie obcasa wysokiego
Niewątpliwie, dla wielu uczestniczek Girls Go Start-Up, inkubator był szansą na spełnienie marzeń. Choćby dla Agnieszki Borowik, z Międzyuczelnianego Wydziału Biotechnologii UG oraz GUM, która chce tworzyć biżuterię z roślinami hodowanymi in vitro. „To połączenie mojej fascynacji nauką i kobiecej potrzeby noszenia czegoś ładnego i niepowtarzalnego. Wykorzystują potencjał i piękno roślin hodowanych w zamkniętych słoiczkach in vitro” – charakteryzuje swój pomysł Borowik.

	
		
											
					
				
				Czujnik do wykrywania glutenu - to jeden z projektów, jakie zostały rozwinięte w ramach &quot;dziewczyńskiego&quot; akceleratora.•Fot. 123rf.com
					

W tym projekcie „ogród” to możliwość łączenia modułów „biżuteryjnych” z łańcuszkami, paskami, częściami ubrania, a także drewnem. Rośliny w kapsułach żyją dzięki odżywce, przechodzą kolejne etapy cyklu rozwojowego, co wpływa na zmiany ich barw i kształtów. Typowo kobiecym projektem jest też HeroIN: realizowany przez Natalię Lipkę projekt zakładający produkcję obuwia, potrafiącego łączyć wygodę butów sportowych z elegancją wysokich obcasów. Buty HeroIN mają pozwalać na szybkie przełączanie trybów: obcasa i płaskiej podeszwy. Jeszcze dalej idzie Milena Marciniak z Wydziału Elektrycznego Politechniki Warszawskiej, która w ramach Girls Go Start-Up postanowiła rozwijać projekt... „kobiecego samochodu elektrycznego”. „Kobiecość” tego wozu sprowadza się zarówno do detali – poręczne miejsce na torebkę tuż przy kierownicy – jak i pryncypiów, czyli łatwości i wygody elementów wozu: zabezpieczeń, baterii czy oświetlenia.


Ale nie tylko rozrywka, czy innowacyjnie pojmowany styl życia, są domeną kobiecej innowacyjności. Jak udowadniają doświadczenia Girls Go Start-Up, sporej grupie uczestniczek inkubatora marzy się wywołanie rewolucji na rynku medycznym, w opiece zdrowotnej i systemach pomocy chorym i słabszym. Zaczyna się od projektów wręcz, można by rzec, kameralnych: Estera Kot z Politechniki Warszawskiej zaprojektowała analizator EKG wbudowany w zegarek. Urządzenie takie miałoby w zamyśle przewidywać nadchodzący zawał serca – co pozwoliłoby odpowiednio wcześnie wezwać ratowników – poprzez sygnał GPS czy alarm dźwiękowy. W czasie, kiedy nie dzwoni, zegarek analizuje codzienną kondycję naszego serca.


Ale są też znacznie dalej idące projekty – przykładem mogłaby być choćby platforma informatyczno-medyczna dla dzieci z autyzmem i zespołem Aspergera, którą zaprojektowała Anna Czyrko. Dzięki algorytmom pozwalałaby ona diagnozować i dopasowywać ścieżki edukacyjne indywidualnie dla każdego dziecka. Z kolei Klaudia Gębala, studentka Politechniki Warszawskiej, chce zaoferować nowoczesne ortezy – stabilizatory dla osób z przewlekłymi bólami stawów nadgarstka, w formie wodoodpornej opaski, znacznie wygodniejszej i łatwiej w użyciu niż te, które są dostępne w handlu dzisiaj.

	
		
											
					
				
				EKG w zegarku - w ten sposób pomysłodawczyni jednego z projektów chciałaby zawczasu zapobiegać nadchodzącym zawałom serca.•Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta
					

Polskę naukę chciałaby zaś zrewolucjonizować Anna Gorzkiewicz, doktorantka Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. „Rozwój nauki wiąże się z nieustannym gromadzeniem coraz większej ilości danych” – tłumaczy badaczka. „W środowisku akademickim wciąż dominuje papierowy zapis danych naukowych. Niestety, utrudnia on wyszukiwania i porównywanie informacji, a co gorsza, podatny jest na czynnik błędu ludzkiego”. Zaprojektowany przez Gorzkiewicz międzyuczelniany system integralności badawczej miałby wyeliminować papierowy zapis danych – i umożliwić błyskawiczne wyszukiwanie dowolnych danych. Rzecz oczywista, a jednocześnie – do tej pory nikt się na taką rewolucję nie pokusił.


Kobiety o 63 proc. lepsze od mężczyzn
Nawet jeśli niektóre z wymienionych projektów mogą wyglądać na nieco ekstrawaganckie, o wielu z nich – jeśli nie o wszystkich – możemy jeszcze usłyszeć. Choćby dlatego, że to projekty wymyślone i prowadzone przez kobiety, a te są – jak dowodzą badania – zazwyczaj znacznie skuteczniejsze w działaniu niż mężczyźni.

Tak przynajmniej dowodzą wyniki badań prowadzonych przez jedną z firm venture capital, First Round Capital. Z opublikowanych na łamach „Harvard Business Review” rezultatów wynika, że kobiety w start-upach radzą sobie znacznie lepiej niż mężczyźni – statystycznie, o 63 proc. – Trzy z pierwszej dziesiątki najlepszych inwestycji funduszu First Round, oceniając wartość wytworzoną dla inwestorów, to były firmy, w których przynajmniej jednym z współzałożycieli była kobieta. To znacznie wyżej niż procentowy odsetek kobiet- założycielek technologicznych spółek w całym zestawieniu – podkreślała redakcja „Harvard Business Review”.


Skądinąd, inne ważne czynniki z tego badania też miałyby zastosowanie w odniesieniu do Girls Go Start-Up. Jak podkreślali analitycy First Round Capital, młodzieńczy wigor triumfował nad doświadczeniem – start-upy zakładane przez osoby przed 25. rokiem życia radziły sobie średnio o 30 proc. lepiej niż te, których twórcy byli starsi (nie mówiąc już o 30- i 40-latkach). Dodatkowym istotnym czynnikiem było wykształcenie: zdecydowanie górowali w zestawieniu absolwenci czołowych amerykańskich uczelni. Gdy przełożyć te czynniki na Girls Go Start-Up, widać jak na dłoni, że wszystkie trzy kluczowe czynniki sukcesu zostały tu spełnione. Powodzenia!


Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl ]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/8b11bfe7aa0b5f07ffd3abb7ffe58062,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/8b11bfe7aa0b5f07ffd3abb7ffe58062,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Kobiety jako założycielki i szefowe start-upów są skuteczniejsze od mężczyzn - i to o 63 proc.!</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/131345,morawiecki-sypnal-60-mln-szykuje-sie-najwieksza-lapanka-start-upowcow-w-historii-polski</guid><link>https://innpoland.pl/131345,morawiecki-sypnal-60-mln-szykuje-sie-najwieksza-lapanka-start-upowcow-w-historii-polski</link><pubDate>Fri, 02 Dec 2016 13:15:42 +0100</pubDate><title>Szykuje się największa łapanka start-upowców w historii Polski. Morawiecki sypnął 60 milionami</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/2a4279f4e14f7c8cd8a65cfa0837d681,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zapuszczajcie brody, zakładajcie czarne golfy à la Steve Jobs, kupujcie tęczowe okulary i elektryczne hulajnogi. Nadchodzą niesamowite czasy dla start-upowców. Rząd rozpoczyna największe w historii poszukiwania innowacyjnych firm.

Zajrzałem właśnie pod podszewkę rządowego programu Scale up. Ministerstwo Rozwoju wydaje 60 mln zł, aby 10 wybranych instytucji wyłoniło 200 najbardziej obiecujących polskich start-upów. Zaś do nich popłyną już nieprawdopodobne pieniądze. Za kilka lat mamy zobaczyć zobaczymy polską, globalną superfirmę na miarę SpaceX czy Tesli. "Polski Amazon" już jest, to Wish stworzony przez Piotr Szulczewskiego - niestety powstał poza granicami Polski.

Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości, to rozwiewa je wiceminister rozwoju:Jadwiga EmilewiczUdało się nam zmobilizować bardzo dużą liczbę nie tylko potencjalnych akceleratorów, ale przede wszystkim dużych przedsiębiorstw, w tym spółek z udziałem skarbu państwa, których potencjał i otwarcie na start-upy może sprawić, że na rynku pojawią się nowe produkty i usługi. Liczymy, że za dwa lata pojawi się 200 nowych innowacyjnych firm Amatorzy i zawodowcy
Kto się załapał do programu? Aleksander Szalecki (inwestor i prawnik, który zdobył dla firm unijne granty o wartości 500 mln złotych) ocenia, że w projekcie biorą udział zarówno uznane w start-upowym światku marki, jak i firmy, o których osiągnięciach nie można zbyt wiele powiedzieć. Do pierwszych zalicza się choćby fundusz Hard Gamma, podłączony pod współpracę z Google, Amazonem i Microsoftem. Może się pochwalić realnymi inwestycjami i zyskiem.


InnPoland przyjrzał się rodowodowi innych zwycięzców konkursu. Okazało się, że wśród znajduje się spółka, która powstała zaledwie 3 lata temu, mieści się w mieszkaniu nad sklepem Biedronka, a jej kapitał zakładowy wynosi 5000 złotych. Cóż, trzeba wierzyć, że również Ministerstwo Rozwoju zakupiło abonament w wywiadowi gospodarczej i sprawdziło dane beneficjenta, który przyjmie 6 mln zł.
	
		
											
					
				
				Wicepremier Morawiecki to wielki miłośnik innowacji.•Łukasz Cynalewski/Agencja Gazeta
					

Start-upy jak króliki z kapelusza
Każda z 10 instytucji, które ubiegają się o fundusze, przygotowała projekt powstania akceleratora dedykowanego konkretnej branży. Na przykład Huge Thing sprzymierzył się z Alior Bankiem i razem mają poszukać ciekawych rozwiązań dla fin-techów. Firma doradcza DGA we współpracy z przedsiębiorstwem H. Cegielski - Poznań S.A poszuka usprawnień dla dużego dla przemysłu.


Ma to działać tak, że uczestnicy programu za pieniądze z ministerstwa będą teraz poszukiwać nowych firm. "Akcelerować" je, służyć im dobrą radą i naukami od mentorów. Skąd wezmą owych podopiecznych? Znowu obok zawodowców pojawiają się amatorzy Sprawdziliśmy, że w przypadku jednego z uczestników programu jego "innowacyjne" zaplecze to:

Pani organizująca warsztaty z zabawkowymi robotami dla dzieci. Pan, który zajmuje się analizą ryzyka w biznesie, a posiada stronę internetową, telefon komórkowy i pocztę na portalu WP. Artysta animator, dwie kancelarie prawnicze, inżynier budowlaniec, pan przedstawiający się jako "inne technologie", właściciel szkoły nauki jazdy, biuro turystyczne, tester produktów konsumenckich (karma dla psów, pieluszki, cukierki czekoladowe), a także "mistrz promocji" i "łowca talentów".


Państwowe firmy jako wielcy innowatorzy?
Programie Speed Up jako partnerzy pojawiają się także wielkie, kontrolowane przez skarb państwa spółki: PKO BP, PGNiG, Polskie Radio. Być może nie wiedzieliście, że Poczta Polska ma własny portal, na którym poszukuje start-upów z branży logistyki. Energetyczna spółka Tauron również stawia na innowacje. Zgodnie z nową strategią będzie inwestować w rozwój e-mobility, rozwiązania Smart Home, Smart City oraz usługi około energetyczne. Po 2020 roku deklaruje wydatki w wysokości 0,4 proc. wartości rocznych przychodów na działalność innowacyjną.


Zarząd Portu Morskiego w Gdańsku, Zarząd Portu Morskiego w Gdyni SA, wespół z Polską Agencją Kosmiczną zabierają się za projekt kosmiczno-satelitarny.
	
		
											
					
				
				Start-upowcy powinni być szczęśliwi. Mają szansę na pokaźne wsparcie swoich budżetów.•YouTube/College Humour
					

Wszyscy są oni głodni start-upów i rozpoczynają wielkie łowy pomysłów. Autorzy projektu "Scale up" uważają, że właśnie połączenie potencjału start-upów z doświadczeniem oraz zasobami dużych korporacji, w tym spółek skarbu państwa, wywoła huragan innowacji, a cała akcja nie skończy się jak pamiętne dotowanie portali z wróżbami za czasów Elżbiety Bieńkowskiej. Wypada zauważyć, że każdy z państwowych partnerów ma swoje kłopoty na głowie. Tymczasem ma jeszcze poświęcić czas na niańczenie firm. 


Pieniądze na zmarnowanie?
3 miliardy złotych, którymi chce zasilić start-upy Ministerstwo Rozwoju i Polski Fundusz Rozwoju to świetna wiadomość dla początkujących przedsiębiorców. Ale także pożywka dla ściemniaczy, cwaniaków i opowiadaczy bajek o technologiach, którzy jako pierwsi przetestują kompetencje twórców programu.

– Środki trafią nie tylko do tych obiecujących start-upów, ale również na zupełnie nieprzewidywalne projekty wysokiego ryzyka, z których większość polegnie – uważa Artur Racicki, założyciel Social Wifi, startupu, który już "podbija świat", a jego nieprawdopodobną historię opisywaliśmy tutaj. - Ważne jednak, że dostaną swoją szanse - dodaje Racicki. – Największe zagrożenie jakie widzę na rynku to proporcjonalnie mała liczba VC i zrzeszeń Aniołów Biznesu na 2 i 3 rundę finansową w stosunku do początkujących startupów. Te tysiące startupów, żeby się nie wykrwawiała po pierwszych miesiącach działaności wymagają często kontynuacji inwestycji. Nawet jeśli nie są jeszcze rentowne, to mają często trakcje i zaczynają przynosić sensowne przychody. W takim momencie trzeba te biznesy jeszcze przez jakiś czas wspierać - mówi dalej. 


2677 - taka liczba start-upów znajdowała się w tym roku w bazie Fundacji Startup Poland.
Większość polskich startupów żyje zaledwie chwilę. Gdy odznaczają się błyskotliwym pomysłem napiszą o nich gazety, a internet ogłosi, że „Polakom się udało…”. Ale 9/10 startupów nie może przetrwać pierwszego roku na rynku. Pożera je brak pieniędzy i pomysłu na rozwój.
52 proc. – startupów notuje przychody.

8 inwestycji – typu VC przekroczyło wartość miliona złotych w II kwartale 2016 roku (warto dodać, że 2 z nich dotyczył pomysłów działających od 8 lat).Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl ]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/2a4279f4e14f7c8cd8a65cfa0837d681,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/2a4279f4e14f7c8cd8a65cfa0837d681,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jeden ze stereotypów start-upowca.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/130847,jakich-start-upow-szuka-richard-branson-o-tym-w-co-inwestuje-virgin-opowiada-nam-jego-najblizszy-wspolpracownik</guid><link>https://innpoland.pl/130847,jakich-start-upow-szuka-richard-branson-o-tym-w-co-inwestuje-virgin-opowiada-nam-jego-najblizszy-wspolpracownik</link><pubDate>Wed, 16 Nov 2016 08:56:45 +0100</pubDate><title>Branson szuka start-upów nad Wisłą. W jakie zainwestuje? Zdradza nam prawa ręka miliardera</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/fcfc738f1ade1531d0dd036965cfcb3d,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Szukamy takich start-upów, które konfrontują się z klientem. Tak, jak robi to Virgin – mówi nam Edouard Muuls, dyrektor inwestycyjny Virgin Management oraz prawa ręka Richarda Bransona. Uchyla też rąbka tajemnicy co do tego, jak zapadają decyzje biznesowe w imperium słynnego miliardera i w jaki sposób Branson oraz jego najbliżsi współpracownicy je podejmują.

Jak się zaczęła pańska współpraca z Richardem Bransonem?

Dzięki szczęściu, szczerze mówiąc. Od pewnego czasu inwestowałem na rynku technologicznym i telekomunikacyjnym. Szukałem też okazji, by być bliżej biznesu – bo kiedy jesteś inwestorem, istnieje ryzyko, że za dużo czasu będziesz poświęcał na analizę przedsiębiorstw, a za mało miał styczności z tym, co naprawdę dzieje się w biznesie. 

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności spotkałem osobę odpowiedzialną w grupie Virgin za inwestycje w telekomy. Przez następne 6 miesięcy pracowałem z nią, i teamem Virgin, jako konsultant. Po tym czasie zaproponowano mi, żebym stał się częścią ich zespołu. Pomyślałem, że ta praca będzie naprawdę ciekawa. Poza tym bardzo spodobała mi się ich kultura organizacyjna, pracownicy, i to, czym się zajmowali. Pomyślałem, że praca w Virgin to będzie czysta przyjemność.


I jest to czysta przyjemność?

Jasne. Praca inwestora może stać się powtarzalna: patrzysz na prezentacje lub pomysły inwestycyjne, które przynoszą ci doradcy lub firmy, a ty decydujesz, czy to dobry, czy zły biznes.

	
		
											
					
				
				Edouard Muuls.•Fot. Materiały prasowe
					

W Virgin istnieje całkiem inne podejście. Patrzymy na każdy projekt z szerokiej perspektywy. W wielu przypadkach wchodzimy w projekt na bardzo wczesnym etapie, a czasem działamy, jak inkubator przedsiębiorczości. Wtedy Richard, lub ktoś inny w Grupie, wpada na pomysł – decydujemy się go rozwijać albo szukamy firmy, która to zrobi. Inwestujemy w nią, dajemy im naszą markę i wspieramy naszym doświadczeniem.


Przygoda zaczyna się chyba wtedy, kiedy chcecie sami rozwinąć taką ideę?

Tak, uważamy, że konsumenci powinni dostawać prawdziwą wartość tego, za co płacą. Jeśli gracze istniejący na rynku nie traktują klientów właściwie, być może jest to branża, w której powinno się wprowadzić zmiany. Celem Virgin jest wywoływanie zamieszania na rynku i czynienie biznesu lepszym dla konsumenta. Znajdujemy dobrych menedżerów i dobrych partnerów. Kiedy rozwijamy biznes, na początku inwestujemy małą kwotę, sprawdzamy, czy ten model biznesowy działa, i potem pomagamy mu się rozrastać. 


Tak właśnie zrodziło się kilka sukcesów Richarda. Kiedy zobaczył, że konsumenci nie byli dobrze traktowani, starał się znaleźć oferty z innym podejściem do funkcjonowania biznesu. Dlatego właśnie Richard zdecydował się zbudować Virgin Atlantic. Kiedy zobaczył, że linie lotnicze nie traktują swoich klientów odpowiednio, zdecydował się stworzyć własne linie lotnicze. Takie, które na pierwszym miejscu stawiają satysfakcję klienta.

Brzmi to, jak kolejna robota za biurkiem...

Prawie… Chociaż każdy dzień bardzo różni się od poprzedniego! Nie mówiąc już o Virgin Galactic, gdzie ciągle dzieje się coś nowego.

	
		
											
					
				
				Richard Branson: ekscentryk, marzyciel? Nie, decyzje zapadające w Virgin są bardzo dogłębnie przemyślane.•Fot. 123rf.com
					

Tak czy inaczej, wyobrażamy sobie Richarda Bransona jako ekscentryka czy marzyciela.


Cecha, którą posiada Richard – i której oczekuje się od ludzi pracujących w Virgin – to bycie zdolnym do myślenia poza schematami. Zadajemy sobie pytanie, jak możemy, jako marka lub jako inwestorzy, zajść dalej. Czasami chodzi o drobne zmiany, które wiele znaczą, ale nie zawsze ludzie je zauważają. Czasami zmiany, które wprowadza Virgin, stają się nowym standardem dla innych firm. Virgin Atlantic były pierwszymi liniami lotniczymi, które zamontowały monitory w siedzeniach pasażerów. Dzisiaj każdy przewoźnik tak robi. Dlatego właśnie cały czas stawiamy przed sobą nowe wyzwania i cały czas się rozwijamy. 


Jak to działa ze start-upami? Start-upowcy często mają pomysł, ale nie potrafią powiedzieć, jak chcą go rozwinąć, dlaczego miałby wypalić. Brak im czasem doświadczenia w biznesie...

Dla mnie to niezwykle ekscytujące, że coraz więcej ludzi zakłada swój własny biznes i staje się przedsiębiorcami! Moja rada dla początkujących przedsiębiorców – zdefiniujcie tak wcześnie, jak to tylko możliwe, cel waszego przedsięwzięcia. Odpowiedzcie sobie na pytanie, co naprawdę nakręca wasz biznes i na jakie potrzeby próbuje on odpowiedzieć. Nowe firmy są katalizatorami zmian i powinny być tworzone nie tylko dla potencjalnego zysku. 


Kluczowe znaczenie mają osoby zarządzające projektem. Może zdarzyć się tak, że jest świetny pomysł, ale nie możesz znaleźć odpowiednich ludzi, którzy wprowadzą go w życie i przekształcą w prawdziwy biznes. Albo odwrotnie – menedżerem jesteś doskonałym, ale masz kiepski pomysł. Znalezienie równowagi między tymi dwoma aspektami to podstawa.

Kaszka z mleczkiem.

Skądże! Jest wielu ludzi, którzy mają świetny pomysł, ale ich ego nie pozwala im dostrzec, że sami nie zrobią użytku ze swojego Wielkiego Pomysłu. Potrzebują zespołu i wsparcia, żeby otrzymywać niezbędny feedback.

	
		
											
					
				
				Szukamy biznesów, które konfrontują się z klientem. Jak my - mówi nam Edouard Muuls.•Fot. 123rf.com
					

Dla nas tworzenie biznesu powinno wypływać z konkretnej potrzeby – konsumenckiej lub biznesowej – która nie jest obecnie w pełni zaspokajana. Jeśli mogą zrobić to poprzez dostarczenie czegoś nowego i wyjątkowego, nowej usługi lub produktu, mają szansę na sukces. Oczywiście, nie wszystkim się to uda, ale mamy nadzieję, że uda nam się znajdować i wspierać takie projekty, które przetrwają. Szukamy biznesów, które mają unikalną wizję i cel. Bardziej niż tabelki w Excelu, interesuje nas, jak uczynić życie ludzi nadzwyczajnym.


Każdy start-upowiec to mówi: zmienimy twoje życie, twój biznes, tę branżę...

No pewnie, ale liczy się sposób przekucia wizji w propozycję, w doświadczenie konsumenckie. Bywa, że ludzie nie myślą o tym lub nie wiedzą, jak to zrobić. Robią po prostu to, co inni. Zmienianie świata zaczyna się od małych kroków… Ktoś pomyślał: „chcę, żeby ludzie mogli zamówić samochód w ciągu pięciu minut, za pośrednictwem kilku kliknięć, i mogli sprawdzić, gdzie w danej chwili znajduje się jadące po nich auto”. Bach, i jest Uber! Aplikacja działa bardzo prosto, wystarczą dwa kliknięcia. 


Właściwie Uber nie jest historią sukcesu, jeżeli brać pod uwagę jego dotychczasowe wyniki finansowe...

Nie znam wystarczająco dobrze jego obecnej sytuacji finansowej. Z mojego punktu widzenia aplikacja działa niesamowicie sprawnie i doświadczenie konsumenta jest bardzo pozytywne.

A jak oceniacie start-upy? Jak oceniacie, czy to dobry czy zły pomysł?

Patrzymy pod rozmaitymi kątami. Po pierwsze, przez pryzmat ludzi: to fundamentalna sprawa. .Nie można lekceważyć ludzi prowadzących biznes. Przedsiębiorca, który ma wizję, potrafi zebrać zespół i dostarczyć produkt – to rzadkość. Po drugie, trzeba ocenić, jaki potencjał wzrostu ma dany biznes, jakie są rynkowe realia, jak biznesmen chce się z nimi zmierzyć, czy chce wnieść coś unikalnego, zmienić coś albo uprościć, oraz – jak oszacować potrzeby konsumentów czy firm – zależnie od tego, czy będzie to B2B, czy B2C. I wreszcie patrzysz na potrzeby finansowe projektu. Są tacy, którzy przychodzą i mówią, że potrzebują setek milionów, zanim będą w stanie udowodnić, że to działa. Ale i tacy, którzy mówią: „będziemy potrzebować 20 tysięcy”. Tu też trzeba znaleźć właściwą równowagę.

	
		
											
					
				
				Edouard Muuls na warszawskim Business Mixerze.•Fot. Materiały prasowe
					

Łatwiej ewaluować start-upy w USA czy np. w Polsce? Bo mam wrażenie, że u nas może być trudniej?


Jakość środowiska start-upowego zmienia się w zawrotnym tempie… na lepsze! Coraz więcej ludzi zostaje przedsiębiorcami, rozwija swoje firmy lepiej i szybciej. Z perspektywy rynkowej, w Stanach lub w innych krajach, gdzie fundusze venture capital są bardzo aktywne, czasem wydaje się, że wszystkie środki płyną do tych samych spółek. Zdumiewa mnie, jak wiele funduszy VC finansuje te same firmy. Obecnie, praktycznie zaczyna się to stawać pewnym kryterium. Miarą sukcesu jest liczba funduszy VC, które udało ci się przyciągnąć.

Polską scenę start-upową dopiero poznaję. Jest tu z pewnością coraz więcej przedsiębiorców, ale być może aktywność funduszy VC jest mniejsza. Myślę, że to tworzy szanse dla inwestorów, którzy przynoszą pieniądze i doświadczenie. Wielu przedsiębiorców rozkręca działalność, nie wiedząc, jak zacząć. Nawet jeśli mają pomysł, zespół lub nawet już działająca aplikację. Inwestor, który przynosi to doświadczenie i pokazuje im, jak to zrobić, może być dla nich bardzo cenny.


Jakimi start-upami się interesujecie?

Zwykle z branż, które znamy. Virgin to marka, która konfrontuje się z konsumentami, szukamy więc firm, które są blisko nich. Takich, jak usługi na żądanie, edukacja i rozwiązania dla opieki zdrowotnej oraz obszar fintech.

I co im oferujecie? Pomoc, wsparcie, współpracę?

Wnosimy przede wszystkim czterdzieści lat doświadczenia i sieć kontaktów – ludzi, którzy tworzą Virgin na całym świecie, pracując z konsumentami i dostarczając im rewolucyjnych produktów, usług czy doświadczeń. Jesteśmy obecni w 35 krajach, dzięki czemu dobrze rozumiemy te rynki i możemy wspierać tam projekty biznesowe. Mamy również szeroką wiedzę o cyfrowym środowisku. Richard jest jednym z najchętniej obserwowanych liderów biznesu na Twitterze i Facebooku. 

	
		
											
					
				
				Virgin Mobile Poland w gruncie rzeczy był start-upem - twierdzi Muuls.•Fot. Materiały prasowe
					

Macie jakieś doświadczenia z polskimi start-upami?


Ja osobiście mam takie doświadczenie. Virgin Mobile Poland był w gruncie rzeczy start-upem. Wystartował w 2012 roku, zaczynając od zera. Wciąż rośniemy, co jest bardzo ekscytujące. Dostarczamy polskim konsumentom nową ofertę telekomunikacyjną, chociaż jest to ekstremalnie trudny rynek, z ostrą konkurencją pomiędzy Orange, Play, T-Mobile i Polkomtelem.

Ale Virgin ma taką samą filozofię, o jakiej mówiliśmy: słuchamy naszych polskich klientów, nie próbujemy zniekształcać realiów, jesteśmy bardzo transparentni. Każdego dnia próbujemy przeć dalej. I choć nie jest to proste, to w ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy znaleźliśmy swój sposób, swoją drogę i styl. Konsumenci zaczynają nas zauważać i dostrzegać, że oferujemy im coś wyjątkowego, traktujemy ich właściwie oraz dbamy o obsługę na wysokim poziomie.


Virgin Mobile Polska także współpracuje z wieloma lokalnymi start-upami, obserwuje rynek i trzyma rękę na pulsie. Dlatego będąc w Polsce, miałem okazję spotkać się ze start-upami zgromadzonymi w Business Link.

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl ]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/fcfc738f1ade1531d0dd036965cfcb3d,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/fcfc738f1ade1531d0dd036965cfcb3d,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Richard Branson w Warszawie.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/130507,wlasny-start-up-rozwiniesz-bez-zakladania-firmy-korzysci-sa-oczywiste</guid><link>https://innpoland.pl/130507,wlasny-start-up-rozwiniesz-bez-zakladania-firmy-korzysci-sa-oczywiste</link><pubDate>Tue, 25 Oct 2016 14:51:36 +0200</pubDate><title>Własny start-up rozwiniesz bez zakładania firmy. Korzyści są oczywiste</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/9a67d080e8ba4eebcae04b7d690d4d6a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Pewnego dnia budzimy się i krzyczymy: „Eureka”. W naszych głowach zrodził się genialny pomysł na start-up, który zrewolucjonizuje świat, a nam przyniesie fortunę. Biznes to biznes, więc czym prędzej biegniemy do urzędu, aby formalnie powołać go do życia. Nie warto jednak działać pochopnie, lepiej wziąć kilka głębokich wdechów i zmyć gorącą głowę zimnym prysznicem.

Start-up to młode przedsiębiorstwo z innowacyjnym pomysłem na biznes, które dąży do znalezienia środków, rynków i inwestorów na dalszy rozwój. Tyle definicja. Ale często historia start-upów, które odniosły sukces, zaczyna się na długo przed przyznaniem NIPu i REGONu ich właścicielom. W dużym błędzie jest jednak ten, kto sądzi, że czas przed rejestracją frmy nie wymagał wysiłku.

Jak w takim razie wygląda alternatywna ścieżka przedsiębiorczości? Na początku swój rewolucyjny pomysł trzeba prześwietlić na wylot, aby sprawdzić, czy rzeczywiście jest on taki „niepowtarzalny i cudowny”. I potrzebny światu. Bez dobrego researchu się nie obejdzie. Warto zrobić rundkę po rynku, wybadać potencjalnych klientów, nanosić korekty, a niekiedy wymienić pomysł na nowy. 


Innymi słowy, zamiast rozpoczynać pracę nad aplikacją mobilną, stroną internetową czy czymkolwiek innym co wymaga naszego czasu i pieniędzy, warto po prostu upewnić się, czy na nasza praca będzie miała sens. Bo jak pokazuje rzeczywistość 9 na 10 start-upów upada właśnie dlatego, że przed założeniem firmy kontakt jej właściciela z rynkiem był zerowy lub nikły. 

Pojawia się jednak pytanie – z czym pójść do klienta? Przecież, nie z gotowym produktem, bo na razie i tak nie mamy na niego środków. Z suchym pomysłem? Jeśli rzeczywiście ma on w sobie „power”, ta sztuka może się udać, ale większość ludzi woli „posmakować” innowacyjnej idei. Z myślą o nich warto przygotować demonstracyjny prototyp aplikacji.


Rynkowa weryfikacja pomysłu to oczywiście ciężki kawałek chleba. I na tym etapie potrzeba wiedzy i umiejętności, czyli niezbędnika, który pozwoli „sprzedać się” na rynku. W znalezieniu odpowiedzi na pytanie, co i jak robić przed rejestracją firmy, mogą pomóc trenerzy, którzy zjedli zęby na start-upach. Warsztaty prowadzone przez takie osoby organizuje od dawna np. Startup Academy. 

Wśród najnowszych inicjatyw z zakresu start-upowej przedsiębiorczości można zaś wymienić projekt iSupport, zainicjowany przez firmę iSpot, którego celem jest edukowanie ludzi, czym jest innowacyjny biznes, czyli taki, który znakomicie operuje językiem najnowszych technologii i na nich buduje swoją potęgę. Wszyscy chętni mogą rejestrować się na stronie internetowej: www.ispot.pl/isupport. Opłata za szkolenie będzie w całości zwrócona uczestnikom na karcie podarunkowej do wykorzystania w salonach iSpot.


I na koniec warto uświadomić sobie życiową prawdę – nigdy nie będzie idealnego momentu do otworzenia własnej firmy. Ale nie należy się zniechęcać, tylko kuć żelazo póki gorące, wychodzić do ludzi i ulepszać swój pomysł. A wsparcia szukać w środowisku, które ma bogate doświadczenie ze start-upami. Sukcesu nikt nam nie zagwarantuje, ale szansy na niego – jak najbardziej.Artykuł powstał we współpracy z iSupport ]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/9a67d080e8ba4eebcae04b7d690d4d6a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/9a67d080e8ba4eebcae04b7d690d4d6a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Start-up nie zaczyna swojego życia od załatwienia formalności w urzędzie. Kształtów nabiera zanim firma w ogóle powstanie</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/130155,wlasnie-wycofuje-sie-z-projektow-ktore-oklamuja-inwestorow-bartosz-mankowski-szczerze-o-polskim-swiatku-startupow</guid><link>https://innpoland.pl/130155,wlasnie-wycofuje-sie-z-projektow-ktore-oklamuja-inwestorow-bartosz-mankowski-szczerze-o-polskim-swiatku-startupow</link><pubDate>Thu, 06 Oct 2016 13:58:15 +0200</pubDate><title>&quot;Właśnie wycofuję się z projektów, które okłamują inwestorów&quot;. Bartosz Mańkowski szczerze o polskim światku start-upów</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/21f05d16e0a5c084809d7d88398595b1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Bartosz Mańkowski jest seryjnym przedsiębiorcą. Rozwija kolejne pomysły i bez sentymentu wychodzi z tych, w które nie wierzy. Wycofuje się ze start-upów, które jego zdaniem naciągają inwestorów. Swoją wiedzę sprzedaje, pomagając młodym projektom pozyskiwać klientów. Dziś pracuje...

Bartosz Mańkowski jest seryjnym przedsiębiorcą. Rozwija kolejne pomysły i bez sentymentu wychodzi z tych, w które nie wierzy. Wycofuje się ze start-upów, które jego zdaniem naciągają inwestorów. Swoją wiedzę sprzedaje, pomagając młodym projektom pozyskiwać klientów. Dziś pracuje dla firm z wielu branż, m.in. monitoringu, rekrutacji, wsparcia sprzedaży, nieruchomości.

Jak to się stało, że założyłeś własną firmę?

Od dziecka chciałem zostać przedsiębiorcą. Pochodzę z małego miasta i od zawsze widziałem, że ci, którzy mają swoje firmy, żyją inaczej niż ludzie, których znam. Cały mój biznes, który teraz prowadzę, powstał dzięki dotacji dla bezrobotnych. Kupiłem pierwszy komputer, licencję na oprogramowanie. I zacząłem sprzedawać. 


Miałem różne pomysły. Ale zawsze wyglądało to tak, że stawiałem stronę, przygotowywałem ofertę i dzwoniłem. Jeśli z 50 kontaktów z klientem miałem co najmniej 10 sprzedaży, to uważałem, że warto rozwijać ten pomysł. Mówię o spotkaniu lub rozmowie dłuższej niż pięć minut. Jak ktoś mnie zbywał, to tego nie liczyłem. Ale zawsze wychodziłem od potrzeb klientów. Efekt był taki, że gdy rozliczałem się z dotacji, pani z urzędu powiedziała, że dobrze wydali pieniądze. 

A teraz dzielisz się tą wiedzą?

Tak. Współpracuję z kilkoma firmami, którym pomagam pozyskać klientów przez internet. Albo zmniejszyć koszt zdobycia nowych. Teraz jest bardzo dobra okazja dla takich osób jak ja. Wiele start-upów przeszło przez fazę preinkubacji. Ma swój produkt, a nie ma jeszcze klientów. Kończy się im finansowanie, które pozyskali na stworzenie narzędzia i czują potrzebę, żeby zacząć zarabiać, a często nie wiedzą jak. 


A dlaczego wcześniej nie sprzedawały?

Technologię ciężko sprzedać, zanim się ją wyprodukuje. Na tym etapie jest potrzebne finansowanie zewnętrzne, bo młodzi ludzie nie mają pieniędzy. Programiści siedzą często pół roku czy rok nad rozwiązaniem. I kiedy już mają gotowy produkt, to przychodzi zderzenie z rynkiem. Trzeba trafić ze swoją ofertą do klientów i odkryć głębsze znaczenie tego, co miał na myśli Konrad Latkowski mówiąc, że najlepszym źródłem finansowania są klienci.

Ale w czym jest problem?

Bardzo często nie potrafią się oderwać od myślenia produktowego, które nabyli w trakcie rozwijania projektu. Mało kto szuka co-foundera, który potrafi sprzedawać, bo często mylnie wydaje się, że nie jest on na tym etapie potrzebny. Pierwsza faza tworzenia start-upu, to chodzenie w obłokach. Myślimy, jak sprawić by świat był lepszy i robimy wszystko, aby tego dokonać. 


Rozmawiamy na kolorowych puffach w inkubatorze. Pracujemy, rozmawiamy, jeździmy na konferencje… A potem następuje moment brutalnej weryfikacji produktu przez rynek... i czas sprawdzenia umiejętności sprzedażowych, których często nie ma. Ale to nic dziwnego, bo nikt z zespołu nie musiał ich nabyć. Byli przyzwyczajeni, że pieniądze są, a teraz rzeczywistość się zmienia i czas zacząć szukać finansowania na rynku.

Dlaczego tak jest?

Bo bardziej komfortowo jest sprzedać pomysł inwestorowi raz na jakiś czas niż klientom codziennie. Ten, który wykłada pieniądze, widzi potencjał, ale rzadko sam będzie używał tego, w co inwestuje. Inwestor nie jest rynkiem, choć coraz częściej doskonale go rozumie.



Z tego co mówisz, start-up może wyciągać pieniądze od nieświadomego inwestora...

Tak, chociaż jest to coraz trudniejsze w przypadku instytucjonalnych inwestorów. Pojawia się jednak na rynku coraz więcej osób, które chcą zainwestować prywatne środki, i to one w moim odczuciu powinny szczególnie uważać. Ja bardzo mocno wierzę w karmę, dlatego systematycznie wycofuję się z projektów, które w moim przekonaniu powstały w innym celu niż pomnożenie zainwestowanego kapitału. Należy też pamiętać o tym, że ci prywatni inwestorzy często nie posiadają fundamentalnego przygotowania do podejmowanych decyzji. 


Ja sam zainwestowałem trochę pieniędzy w powstanie pewnego magazynu, w który, jak się okazało, zainwestowało jeszcze dziesięcioro innych moich znajomych. Każdy z nas myślał, że chwycił Pana Boga za nogi, a najzwyczajniej w świecie zostaliśmy oszukani. Myślę, że obie strony tego rynku powinny mocno pracować nad profesjonalizacją i maksymalnie minimalizować ponoszone, często niepotrzebnie, ryzyko. Wolę się skupić się na pracy z moimi klientami i ich potrzebami.

A skąd start-upy mają wiedzieć, czego potrzebują klienci?

Produkt od początku powinien być budowany w oparciu o rozmowy z klientami, poznawanie i rozwiązywanie ich problemów. Czasem tak jest, że grupa ludzi zamknie się na rok w biurze i robią coś w oparciu o pomysł założyciela. Nie wiedzą, jaka jest konkurencja, czego naprawdę potrzebują ludzie. A potem jak wychodzą na świat, to okazuje się, że stworzyli drugiego Facebooka, tylko nikt go nie chce używać. 


Tworzą kolejny Livechat z innowacyjnymi funkcjonalnościami, z których klienci nie chcą korzystać. Pracując z klientem już na wczesnym etapie, mamy gwarancję, że nasz produkt będzie sprzedany. Bo rozwiązuje on wszystkie problemy. Ja uczestniczę w wielu projektach jako zewnętrzny zasób i pomagam walidować produkt z potrzebami rynku na wczesnym etapie.

Potrafisz podać przykład?

Berg System CRM, pisaliście o nich. Systemów CRM na rynku jest mnóstwo. Mają mnóstwo funkcji, aplikacje mobilne. A chłopaki stworzyli swój produkt dla niszy, którą znali - dla doradztwa finansowego. Wiedzieli dokładnie, jakie ma mieć funkcje, bo sami w tej branży pracowali i Berg od początku jest rentowny. I nie mają aplikacji mobilnej, bo wiedzą, że ich klienci używają systemu na laptopach. Wersja na smartfona jest niepotrzebna. 


Doradca finansowy zostałby odebrany za niegrzecznego, gdyby pisał na telefonie podczas rozmowy z klientem. Dlatego korzystają z wersji desktopowych. Taka mała, pozornie nieznacząca wiedza na temat specyfiki rynku, która pozwoliła skupić się na konkretnych potrzebach, zamiast pracować na niepotrzebnymi funkcjonalnościami. 

	
		
											
					
				
				Bartosz Mańkowski: Jeśli usiądziesz z telefonem i zaczniesz dzwonić po 200 telefonów dziennie, to z samego błędu statystycznego wynika, że w ciągu kilku dni zdobędziesz jakichś klientów.•Materiały prywatne
					

Jak więc przygotować start-up do fazy przejścia od stworzenia produktu do sprzedawania klientowi?

Trzeba komunikować jego powstanie już od pierwszego dnia. Michał Sadowski z Brand24 mówi, że wygrywają nie najlepsze projekty, ale te, które najlepiej się komunikują. Trzeba budować społeczność wokół produktu i od samego początku dawać jej darmową wartość, aby w momencie launchu produktu mieć kogo poprosić o biznes. Wierzę w to, że powinno się pozwalać klientom na darmowe beta-testy i ma to odzwierciedlenie w praktyce. Słuchać, co mówią klienci. Twardo podchodzić do feedbacku i ulepszać produkt. Poza tym warto szukać kooperacji z firmami, które mogą nas wspierać. Trafiają do tej samej niszy, a nie są ze sobą konkurencyjne, przez co mogą czerpać korzyści ze wspólnych działań. 


Znowu proszę o przykład.

Brand24, Sotrender i Livechat. Z pierwszego serwisu klient się dowie, kto i co mówi o twojej firmie, ten drugi powie, co można zrobić lepiej w komunikacji i pokaże odpowiednie wskazówki, a trzeci da narzędzia do wykorzystania tych danych w praktyce i pozwoli lepiej i szybciej komunikować się z klientami. Taka synergia, wspólna, duża baza klientów, dają największą szansę na sukces. A warto pamiętać, że pieniądze od klienta można pozyskać dużo szybciej niż od inwestora.

Wytłumacz, proszę.

Jeśli usiądziesz z telefonem i zaczniesz dzwonić po 200 telefonów dziennie, to z samego błędu statystycznego wynika, że w ciągu kilku dni zdobędziesz jakichś klientów. Jeśli nie, to znaczy, że albo coś nie tak jest z twoim produktem, albo umiejętnościami sprzedażowymi. A proces inwestycyjny potrafi się ciągnąć miesiącami. Zresztą teraz już nikt nie inwestuje w prezentacje, a w ludzi. Nikt nie wierzy w bajki. Marzenia o jednorożcach nie rozwiązują konkretnych problemów klientów.


Ale jest przecież coś w rodzaju kultu tych, którym wyszło.

Tak, rzeczywiście. Karmimy się obrazkami z Doliny Krzemowej. Ale rzadko widzimy, jak długą i ciężką drogę przeszli ci, którzy są tam na szczycie. Wiesz, że w Stanach inwestorzy nie zainwestują w kogoś, kto nie poniósł jeszcze porażki? Bo każdy przedsiębiorca prędzej czy później taką poniesie. A żaden inwestor nie chce, żeby ktoś się uczył biznesu za jego pieniądze.

A ty się też uczyłeś na porażkach?

Tak. Oczywiście. Moi bliscy wielokrotnie żartują sobie, że chyba nikt nie ponosi tak wielu porażek jak ja. Gdybyś zobaczył listę rzeczy, które już robiłem, to byś zrozumiał (śmiech). W Polsce ludzie boją się komunikować porażki, a historie sukcesu wręcz się gloryfikuje. Ja spotkałem na swojej drodze wielu mądrych ludzi i stało się tak dlatego, że próbowałem swoich sił w różnych projektach. 


Miałem na przykład taką sytuację, że rozmawiałem z inwestorem, który chciał zainwestować w mój pomysł. Pewnego dnia spytał mnie, czy wystarczy mi gdy da pieniądze na chleb z masłem, a ja będę pracował nad tym projektem, żeby mieć na ser i pomidora.. Kiedy powiedziałem, że tak, to wytłumaczył mi, że to znaczy, że wcale nie potrzebuję inwestora, bo doskonale poradzę sobie sam. Od tamtego czasu daje mi to potężnego drive’a.

Kiedyś też pracowałem nad systemem do automatyzacji tego, co robię z programistą, z którym nie spisaliśmy żadnego “founders agreement”. A robiłem to, zanim powstało SalesManago. Po dłuższej pracy z informatykiem, okazało się, że nie zadbałem o podstawy. Jak nastąpiły problemy, to okazało się, że nie rozumiemy swoich ról. Doprowadziło to do sytuacji, w której ja zostałem tylko ze wspomnieniami, a on z fajnym projektem, którego nie potrafił sprzedać. Nauczyłem się, że te role trzeba precyzyjnie określać na samym początku. Teraz, jak ktoś przychodzi do mnie z pomysłem, to najpierw ustalam warunki, podpisuję umowę.


Maciej Białek z Pixersa chwali się tym, że w swoim życiu położył kilkanaście start-upów...

Tak. I ja go bardzo cenię za to. Buduje swoją markę na tym, że położył tyle projektów, ale z każdego coś wyniósł. To jest tak, że dzięki takim praktykom nie tylko gromadzisz doświadczenia, ale poznajesz ludzi, którzy mogą ci kiedyś pomóc zrealizować nowy pomysł. Robisz lewarowanie na wiedzę i kontakty. Nigdy nie będziesz wiedział wszystkiego. Ale możesz wiedzieć, gdzie szukać ludzi, którzy dysponują kompetencjami, które pozwolą ci zrobić nowy projekt. Z doświadczonymi ludźmi masz zawsze większe szanse niż sam. A gdy pracujesz z ludźmi, których lubisz, to pieniądze są tylko miłym dodatkiem.
Napisz do autora: tomasz.staskiewicz@innpoland.pl Podążaj za @TStaskiewicz
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/21f05d16e0a5c084809d7d88398595b1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/21f05d16e0a5c084809d7d88398595b1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Bartosz Mańkowski: w Stanach inwestorzy nie zainwestują w kogoś, kto nie poniósł jeszcze porażki.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/129473,rzad-nie-mamy-oczekiwan-wobec-start-upow-i-wybieramy-polskie-fundusze-vc</guid><link>https://innpoland.pl/129473,rzad-nie-mamy-oczekiwan-wobec-start-upow-i-wybieramy-polskie-fundusze-vc</link><pubDate>Thu, 08 Sep 2016 12:34:46 +0200</pubDate><title>Piotr Dardziński: start-upy trzeba wspierać, mimo że 9 na 10 z nich upada</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/26158b58a5f0fe237c1c2215fed8a6db,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Piotr Dardziński, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego, mówi w rozmowie z INN:Poland, jak rząd będzie wspierał start-upy i dlaczego warto to robić, mimo że statystyki są brutalne: upada 9 na 10 z nich.

Dardziński opowiada nam też, dlaczego Polska nie doczekała się, poza CD Project RED, jednorożca z prawdziwego zdarzenia. Wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego zdradza, jak władza zamierza sprawić, by odkrycia naukowców miały szansę na komercjalizację. 

Resort nie zamierza ubiegać się o uwagę amerykańskich funduszów Venture Capital. Wiceminister opowiada nam o tym, dlaczego warto walczyć o polski VC.

Zobacz więcej w materiale wideo: ]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/26158b58a5f0fe237c1c2215fed8a6db,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/26158b58a5f0fe237c1c2215fed8a6db,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Piotr Dardziński, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego, w rozmowie z INN:Poland</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/128911,zalozyciele-skully-wydali-pieniadze-inwestorow-na-auta-striptizerki-sprawdzilismy-jak-marnuja-kase-polskie-start-upy</guid><link>https://innpoland.pl/128911,zalozyciele-skully-wydali-pieniadze-inwestorow-na-auta-striptizerki-sprawdzilismy-jak-marnuja-kase-polskie-start-upy</link><pubDate>Thu, 11 Aug 2016 13:12:32 +0200</pubDate><title>Założyciele Skully wydali pieniądze inwestorów na auta i striptizerki. Sprawdziliśmy, jak marnują kasę polskie start-upy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/cca0770c15c66248ff3efc81b5518afd,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kolejny start-up upadł z głośnym hukiem. Skully zebrał od inwestorów 15 mln dolarów, ale jego założyciele gros tych pieniędzy wydali na ekskluzywne samochody, wycieczki i drogie apartamenty. Czy w Polsce taki przypadek może się powtórzyć?

Amerykański start-up obiecywał inwestorom motocyklowe kaski nowej generacji. Pieniądze zbierał poprzez Indiegogo i zamówienia pre-order. Uzyskał również wsparcie funduszu inwestycyjnego Intel Capital. Bracia Weller zebrali w ten sposób łącznie 15 mln dolarów. 

Niegospodarność założycieli wypłynęła dzięki byłej księgowej, która zdecydowała się ujawnić ich wydatki. Jej zdaniem, większość środków została wydana na takie ekstrawagancje jak zagraniczne wyjazdy, wizyty w klubach go-go, drogie samochody i motocykle.

Polscy start-uperzy pod tym względem także nie są święci, ale rozmachem nie dorównują kolegom zza oceanu. – Spotkaliśmy się z sytuacją, w której start-uperzy wyjechali do Amsterdamu na konkurs. I nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nie koszty. Tygodniowy pobyt kosztował nas wtedy jakieś 30-40 tys. zł. Rok później start-up już nie istniał. To pokazuje, że inwestor, szczególnie na pierwszym etapie, musi się przyglądać wydatkom z wyjątkową uwagą – opowiada Konrad Gawłowski z Grupy Satus Venture.


Zdaniem Gawłowskiego innym przykładem marnotrawienia pieniędzy przez polskie firmy jest rozdmuchiwanie zatrudnienia. – Na etapie pozyskiwania środków budują bardzo rozbuchaną strukturę, zatrudniają sprzedawców, project managerów i developerów, którzy potrafią zażądać nawet 5-cyfrowych stawek. A to nie przekłada się w żaden sposób na wyniki finansowe – komentuje. 

Problemy z gospodarowaniem pieniędzmi to jednak nie to samo, co nadużycia braci Weller. O tym, że nad Wisłą, o tak spektakularnym przypadku szybko nie usłyszymy, przekonany jest Kuba Dudek ze SpeedUp Group. 
	
		
											
					
				
				Nasi eksperci wskazują, że polscy inwestorzy mogą spać spokojnie•123rf.com/dotshock/zdjęcei seryjne
					

– Nasza scena startupowa jest, w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi, relatywnie mała. Ludzie nawzajem się znają, w miarę szybko wyłapują niewiarygodne osoby, a inwestorzy zwracają uwagę na co przeznaczane są pieniądze z inwestycji, przez co ciężko byłoby takim oszustom swobodnie operować pieniędzmi – komentuje


Manager inwestycyjny SpeedUp Group twierdzi, że w Polsce zdarzają się przypadki marnowania pieniędzy np. na nietrafioną reklamę, ale nie ich sprzeniewierzenia – Spodziewałbym się nawet tego, że w Polsce mamy do czynienia z dokładnie odwrotną sytuacją. Założyciele chcą posiadać duże pakiety udziałów – to zniechęca ich do wydawania pieniędzy na zbędne luksusy – tłumaczy.

Ważny jest też fakt, że w USA inwestorzy mają więcej spółek w portfelu. W takich sytuacjach prościej jest ukryć founderom nieuzasadnione wydatki. W Polsce fundusze lepiej znają sytuację w spółkach, są więc w stanie dokładniej kontrolować ewentualny wyciek pieniędzy. 


Konrad Gawłowski opowiada natomiast, że w Satus Venture plan wydatkowania układany jest na kilka miesięcy do przodu. To, jego zdaniem, minimalizuje ryzyko powtórzenia się sytuacji ze Skully. 
Jego spokój podziela Kuba Dudek. – Rynek jest młody, polscy inwestorzy każdą złotówkę oglądają po kilka razy. To uniemożliwia sprzeniewierzenia na tak dużą skalę – wyjaśnia.Napisz do autora: adam.sienko@innpoland.pl ]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/cca0770c15c66248ff3efc81b5518afd,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/cca0770c15c66248ff3efc81b5518afd,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Bracia Weller nieźle się za pieniądze inwestorów zabawili</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/127907,programista-tylko-siedzi-i-klepie-kody-juz-nie-poznanski-start-up-rewolucjonizuje-it-zmieniajac-kodowanie-w-granie</guid><link>https://innpoland.pl/127907,programista-tylko-siedzi-i-klepie-kody-juz-nie-poznanski-start-up-rewolucjonizuje-it-zmieniajac-kodowanie-w-granie</link><pubDate>Thu, 30 Jun 2016 08:49:23 +0200</pubDate><title>Polski start-up zamienił pracę informatyków w grę. Efekt? 1000 klientów na całym świecie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/874ec3719ce3c18e507e4dbbcf9b70bb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jak sprawić, by informatycy pracowali zespołowo, kończyli projekty przed terminem i skuteczniej wyłapywali błędy w kodzie? Zamień ich pracę w grę, przekonuje polski start-up GetBadges, który stworzył pierwsze tego typu rozwiązanie na świecie. Korzysta z niego już 1200 firm, a w rozwój...

Jak sprawić, by informatycy pracowali zespołowo, kończyli projekty przed terminem i skuteczniej wyłapywali błędy w kodzie? Zamień ich pracę w grę, przekonuje polski start-up GetBadges, który stworzył pierwsze tego typu rozwiązanie na świecie. Korzysta z niego już 1200 firm, a w rozwój przedsięwzięcia zainwestował jeden z największych polskich funduszy Venture Capital, SpeedUp Group. 

Zagraj i napisz program
– Justyna Wojtczak, twórczyni i pomysłodawczyni GetBadges, pracowała jako programistka, a w wolnym czasie oddawała się graniu w produkcje fabularne. To właśnie zainspirowało ją do założenia start-upu. 


Wywodzę się ze środowiska informatyków i wiem, w jakie gry lubią grać – w końcu jestem jedną z nich – tłumaczy. – Ale kiedy tworzyliśmy naszą platformę, zrobiliśmy też badania wśród programistów, które potwierdziły moje obserwacje – oni najbardziej lubią gry RPG [fabularne – przyp. Red.]– podkreśla.

Kolejną inspiracją dla założenia platformy był system odznak firmy Microsoft. Zachęcał w ten sposób do wykorzystania ich oprogramowania, w zamian przyznając kolejne medale i osiągnięcia. Ale to było dostępne tylko dla programów od Billa Gatesa. Wojtczak i jej współpartnerzy zauważyli, że nikt nie wpadł na to, by taki system wprowadzić dla każdego programu, niezależnie od jakiego producenta pochodzi. 


Tak powstało GetBadges – działająca w chmurze platforma dla działów IT przedsiębiorstw. Programiści dostają do ręki narzędzia, których używają na co dzień, ale w formie gry RPG – rywalizują lub współpracują między sobą. Wyłapują i łatają błędy w kodzie, dostarczają szybciej gotowe oprogramowanie czy wprowadzają do niego nowe elementy. Przeciwnikami są smoki, trolle i inne potwory, ale żeby je pokonać, najpierw rozwiązują realne problemy. 

Według Wojtczak, to właśnie element grywalizacji jest decydujący w zwiększeniu produktywności informatyków.
	
		
											
					
				
				Potwór, którego programiści pokonują, rozwiązując kolejne zadania. Firma wyświetla go w widocznym miejscu biura, aby zmotywować zespół do działania.
					

– Zbieramy wsparcie od firm, które z nami współpracują. Mówią nam, że faktycznie programiści są wydajniejsi, bo nie czekają na ostatnią chwilę z oddaniem kodu, tylko angażują się w rozgrywkę – tłumaczy. – Testerzy szybciej dostają napisaną funkcję do sprawdzenia, a te trafiają też w krótszym czasie do repozytoriów (internetowych zasobów danych – przyp. red.), takich jak GitHub. Coś, co było dodatkową pracą i trudne do wyegzekwowania, nagle stało się zabawą – stwierdza. 


Oporny jak Polak
Potencjał w platformie dostrzegła polska grupa VC SpeedUp Group, która na początku stycznia br. zainwestowała 150 tys. złotych w rundzie zalążkowej w GetBadges. A pomysł na monetyzację jest prosty – za miesięczny dostęp do platformy płaci się w zależności od wielkości firmy od około 300 do ponad 1000 złotych. 

Na razie start-up rozwija się zwłaszcza na rynkach zachodnich – tam z platformy korzysta około 1200 firm. W Polsce tylko 50 przedsiębiorstw zdecydowało się wypróbować jego rozwiązanie.
	
		
											
					
				
				Ekran aktywności, skąd można zarządzać zadaniami.
					

Według założycielki, problemem jest dalej niechęć polskich firm do wdrażania takich innowacyjnych rozwiązań – chociaż grywalizacja staje się coraz bardziej popularna w Polsce, w rodzimej branży IT jest dalej traktowana z rezerwą. 


Jednak odzew za granicą to rekompensuje, a Wojtczak jest również dobrej myśli – firmy znad Wisły, z którymi już współpracuje, są zadowolone z rozwiązania, więc kwestią czasu jest, żeby ten pomysł zyskał na popularności. A GetBadges ma dużą przewagę, bo są pierwszym takim rozwiązaniem na świecie – powstały już podobne programy, ale są tworzone dla dzieci i amatorów, którzy chcą się uczyć programowania w przystępnej formie. 

Co dalej? Na razie w GetBadges pracuje 6 osób, ale już szykuje się do kolejnej rundy finansowania. Przede wszystkim będą skupiać się na globalnej ekspansji i, jak określa to Wojtczak, inwestować w kapitał ludzki. A w konsekwencji chcą zerwać ze stereotypem nudnej pracy, w której wklepuje się kolejne białe linijki kodu na czarnym tle.Napisz do autora: grzegorz.burtan@innpoland.pl ]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/874ec3719ce3c18e507e4dbbcf9b70bb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/874ec3719ce3c18e507e4dbbcf9b70bb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zespół GetBadges – Krzysztof Hasiński, Justyna Wojtczak i Kamil Gumienny.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/126907,start-up-po-przejsciach-reprezentuje-polske-w-globalnym-konkursie-wywaid-z-agnieszka-osytek-z-migam-org</guid><link>https://innpoland.pl/126907,start-up-po-przejsciach-reprezentuje-polske-w-globalnym-konkursie-wywaid-z-agnieszka-osytek-z-migam-org</link><pubDate>Tue, 17 May 2016 11:00:49 +0200</pubDate><title>Start-up po przejściach reprezentuje Polskę w globalnym konkursie. Wywiad z Agnieszką Osytek z migam.org</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/68bda6a218e3d48ecae958251cc397c7,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Eksmitowano ich z biura, przez miesiąc nie wypłacali wypłat. Mimo to zespół został przy nich. Wtedy przekonali się, że są na dobrej drodze. Takie były początki firmy Migam.org – start-up, który wygrał polską edycję międzynarodowego konkursu „Chivas – The Venture”. O trudnych początkach rozmawiamy z  Agnieszką Osytek, która w firmie pełni rolę Global Managera. Ale jak to w start-upie, zajmuje się wszystkim. Z tłumaczeniem z języka migowego włącznie.

Jesteście start-upem. Osiągnęliście już break even?

Kilka razy…. Cały czas inwestujemy. U nas póki co jest wszystko w oparciu o człowieka. Mamy duży team i duże koszty. Więc jak tylko wychodzimy na zero, to inwestujemy w rozwój. 

Były jakieś dołki?

Tak. Mieliśmy taki ciężki moment, że nas eksmitowano z biura. Kolejny miesiąc byliśmy bez wypłat. Pracowaliśmy gościnnie w pokoju konferencyjnym u zaprzyjaźnionego start-upu. Wtedy się przekonałam, że skoro nikt nie odszedł w tej sytuacji z zespołu, to był dla mnie sygnał. Zdecydowałam się wziąć 50 tysięcy złotych prywatnego kredytu na te zaległe i przyszłe płace. Więcej nie mogłam dostać bez historii kredytowej. I wtedy poczułam odpowiedzialność za firmę. To były kluczowe pieniądze. 


Kiedy odzyskasz te pieniądze?

Może jak wygramy „Chivas – The Venture”? (śmiech) Może jak będzie IPO (pierwsza oferta publiczna) na giełdzie w Londynie. Nasz CEO – Przemek Kuśmierek – ma taki plan, żeby w ciągu trzech lat od chwili, gdy uzyskamy finansowanie na stworzenie naszego automatycznego tłumacza, wejść na parkiet. 

	
		
											
					
				
				Tłumacz języka migowego w komórce rozwiązuje wiele problemów osób głuchych•Materiały prasowe
					

Na jakim etapie są prace nad automatycznym tłumaczem?

Kiedy powstał pomysł automatycznego tłumacza zaczęliśmy od prac nad Kinectem, ale docelowo miało być to rozwiązanie na komórki. Liczymy na to, że dostaniemy grant na dalszy rozwój. Kolejnym krokiem ma być przejście w wirtualnym tłumaczu z Kinecta, na kamerę RGB, rozpoznanie głębi ruchu. Jest to wypracowane przez naukowców z krakowskiego AGH za grant z NCBR. Stworzyli rozwiązanie, ale mają barierę rynkową. Nie mają co z tym zrobić i nie mogą pozyskiwać danych, by rozwijać system. Nam by się przydało zamienić Kinecta na kamerę. Powstała idealna kompozycja małżeńska. 

Czym więc jest teraz Migam?


Migam jest łącznikiem. Nie chodzi tylko o danie narzędzia do komunikacji, ale też integrowania społeczności. To jest kwestia otwierania głów po jednej i po drugiej stronie, burzenia stereotypów. Edukujemy rynek o potrzebach komunikacyjnych. 

W jaki sposób Migam znalazło swój pomysł na biznes?

Sławek Łuczywek, który dołączył cztery lata temu jako lektor języka migowego wskazał błędy, które Migam wcześniej popełniało, bo nie miało osoby głuchej w zespole. Na przykład używano niewłaściwego języka – systemu językowo-migowego zamiast Polskiego Języka Migowego. Sławek wskazał też, że dla niego, jako osoby niesłyszącej, największą potrzebą był dostęp do tłumacza języka migowego. Wtedy wdrożyliśmy ze Sławkiem tę usługę. 


A to są różne języki migowe?

W Polsce funkcjonują dwa systemy. To wynika z tego, że w edukacji był zakaz używania języka migowego. Dzieci głuche uczono artykułowania i odczytywania mowy z ust. Na przerwach dostawały linijką po rękach za miganie. Jak zniesiono ten zakaz, to profesor Szczepankowski wypracował taki kompromis – system językowo-migowy. Wzbogacony dodatkowymi znakami o charakterze funkcyjnym, gramatycznym. Podstawił to pod gramatykę mówioną. Dla osób głuchych to nie jest naturalny sposób komunikacji.
	
		
											
					
				
				Zespół Migam.org•Materiały prasowe
					

Ile jest w Polsce osób, które używają języka?


Nie ma wiarygodnych statystyk. WHO mówi na świecie o 72 milionach, czyli statystycznie jeden procent populacji to osoby głuche. W Polsce, wedle najnowszych badań, niesłyszących jest 460 tysięcy. Bariera komunikacji dotyczy nie tylko osób głuchych, ale też ich rodzin, przyjaciół. Jeśli chcą załatwić zwykłe rzeczy w sklepie, urzędzie, zazwyczaj szukają takiego łącznika. Jeśli w rodzinie takim tłumaczem jest dziecko, które pomaga głuchym rodzicom załatwić sprawę w urzędzie, to często pani urzędniczka krzyczy na dziecko. Zanim weszły komórki, to osoby głuche funkcjonowały tylko w swojej najbliższej społeczności. Najwyżej wysyłali sobie listy.


Jak Migam rozwiązuje problemy z komunikacją osób głuchych i słyszących?

Głusi są mocno zdezaktywizowani. Oni nie czują, że są osobami niepełnosprawnymi, bo poza słyszeniem mogą wszystko. Ale brak słuchu nie oznacza, że się nie komunikują. Mają tylko bariery takie, że z tytułu orzecznictwa wielu prac nie mogą wykonywać. Funkcjonują więc jak niepełnosprawni, bo nie mogą pracować. Pracodawcy też się boją osób głuchych. Wychodzą z założenia, że już i tak mają problem z dogadaniem się ze słyszącymi. Z kolei w kontakcie z korporacjami uczymy ich, jak obsłużyć głuchego klienta, ale też trochę robimy pranie mózgu, żeby nie bali się zatrudniać osoby niesłyszące.


Ostatnio było głośno, że Uber zatrudnia osoby głuche…

Zaczęło się to w Stanach. My zobaczyliśmy filmik, że się otworzyli na głuchych kierowców. Dostosowali aplikację. Zamiast sygnału dźwiękowego – świetlny. Pasażer dostaje informację, że kierowca jest głuchy, więc musi wpisać lokalizację i kontakt jest tylko SMS-owy. 

Mieliście jakiś udział przy tych działaniach?

My się wtedy odezwaliśmy do firmy w Polsce, że mamy aplikację, do której możemy wprowadzić guzik UBER i wtedy, jeśli kierowca z pasażerem będą chcieli pogadać, ustalić trasę, to mogą to zrobić przez naszego tłumacza. Ale to będzie też rozwiązanie dla głuchych pasażerów. Uber podszedł do tego fantastycznie, chciał żeby osoby, które są wykluczone, mogły u nich pracować bez żadnych barier.


Wdrożyliście też swój system wspomagający obsługę osób głuchych w salonach Samsunga….

Oni dostrzegli w tym dużą wartość, że jako firma mają dodatkową korzyść dla klienta. Dostosowali kilka salonów, jako wzorowy pokazywali salon w warszawskim centrum handlowym – Arkadia. W wybranych salonach i serwisach pracownicy mają tablet i w razie potrzeby łączą się z naszym tłumaczem. Ale klient może też połączyć się z nim przez stronę WWW. Mamy jedną dedykowaną osobę. Samsung wszedł jako partner technologiczny. Kiedy skończymy automatycznego tłumacza, są otwarci na pilotaż w ich salonie.
	
		
											
					
				
				Tłumacze w trakcie pracy•Materiały prasowe
					

Ale pewnie nie zawsze jest tak różowo?


Tu ING jest ciekawym przypadkiem. Zdecydowali się na nieśmiały pilotaż w dwóch salonach. Ale po kilku miesiącach okazało się, że efekty są bardzo małe. Choć pracownicy jeździli do szkół dla Głuchych, prowadzili edukację na temat bankowości. Ale efektów nie było.

Porażka?

Wręcz przeciwnie. Pilotaż został rozszerzony na 20 oddziałów i klienci nagle zaczęli się pojawiać. Tu już można było zaobserwować szerszą perspektywę. ING zobaczył wtedy, że jest to na tyle wartościowe, że się zdecydowali na rozszerzenie współpracy na wszystkie oddziały w Polsce, stworzyliśmy wspólnie reklamę telewizyjną. Osoby głuche mają telewizory, ale jak zobaczyli reklamę dla nich, w języku migowym, bardzo miło ich to zaskoczyło. 


Ile osób korzysta z migam w tym momencie?

Ściągnięć aplikacji mamy ok. 900. To są klienci indywidualni, którzy korzystają na swoich smartfonach z naszej aplikacji. Ale unikalnych IP mamy ponad 50.000. W tym są użytkownicy biznesowi. Obsługujemy ponad 80 firm. 

Ilu tłumaczy pracuje w migam?

Dziesięcioro. Troje siedzi tutaj. Pozostali pracują zdalnie, z domów, rozsiani po różnych miastach. I jesteśmy na etapie poszukiwania kolejnych tłumaczy, bo projekt się rozrasta, a nie chcemy żeby były kolejki do połączenia. 

Czy są podobne rozwiązania na świecie? Możecie skalować swój produkt?


W każdym kraju jest inny język migowy, ale problem jest ten sam. W Polsce nie ma ustawy o języku migowym. Wzorcowa sytuacja jest w Stanach Zjednoczonych. American Sign Language jest uznany jako język. W nim się odbywa edukacja dla osób głuchych. Dużo osób zna przynajmniej podstawy. I pieniądze rządowe idą rzeczywiście za potrzebą Głuchych, którzy czasem mają potrzebę mieć dostęp do tłumacza. Tam są cztery gigantyczne firmy podobne do naszej. Robią wideopołączenia. Ale nie muszą tego ubierać w żaden model biznesowy, bo są w 100 procentach finansowani przez państwo. Oni po prostu robią swoją robotę. My musimy się trochę wysilać. 
Rok temu odezwała się do nas bułgarska fundacja. Są pod wrażeniem, bo czują, że są pięć lat do tyłu. W tym samym miejscu, w jakim migam było wtedy. 


Przez ten czas zdobyliście już kilka nagród. Jak je wykorzystaliście?

Kiedy przyszłam trzy lata temu do Migam, to w biurze stało już kilka statuetek. Między innymi z Virgin Mobile Academy od Richarda Bransona. A potem przyszła eksmisja z biura. Nagrody są fajnym motywatorem, ale nie robią całej roboty za człowieka.

Czego oczekujecie po zwycięstwie w lokalnym „Chivas – The Venture”?

Wygranie konkursu lokalnego sprawiło, że zaczęło na nas patrzeć więcej oczu. Dużo wsparcia plus nagroda finansowa. W marcu miałam okazję uczestniczyć w programie akceleracyjnym. Moim wymarzonym programie, najlepszym w jakim brałam udział. Byliśmy na Uniwersytecie w Oxfordzie na wydziale Social Entrepreneurship. Potem mieliśmy warsztaty w Londynie z Brand Managerami Chivasa, którzy pokazali nam jak lokować markę na rynku, jak ją promować, jak ubrać w ciekawe wartości. To jest bardzo potrzebne dla małych przedsiębiorstw. To już jest wielka wartość.
	
		
											
					
				
				Uczestnicy programu Chivas - The Venture na Uniwersytecie Oxfordzkim•Materiały prasowe
					

Jakie inspiracje wyniosłaś z tych warsztatów?


Poznałam 26 przedstawicieli biznesów z całego świata. To był niesamowity tydzień. Było kilka fantastycznych projektów. Na przykład była izraelska aplikacja, która daje możliwość kontaktu z pacjentem sparaliżowanym, który jest w stanie komunikować się tylko i wyłącznie oczami. I to było rozwiązanie, które tłumaczy ruchy gałek ocznych na pełną wypowiedź. 

A jak się czułaś podczas tego tygodnia?

Jestem strasznie dumna, że jesteśmy reprezentacją Polski w globalnym konkursie. Dostałam super informację zwrotną od innych CEO. Oni widzą, że to co robimy, to jest realna, namacalna zmiana w życiu. Jesteśmy po dołkach, górkach, ale ze swoim celem. Teraz jest ten etap, że chcemy żeby ludzie nas wspierali w głosowaniu. 


Tak jak Michała Szpaka podczas Eurowizji?

(śmiech) Tak. Mamy taką przedsiębiorczą Eurowizję, właściwie „Globalwizję”. Mam taki plan, żeby przez najbliższe pięć tygodni temat się nie znudził. I później spośród 27 zwycięzców lokalnych które są zaproszone na finał do Nowego Jorku, jurorzy wybiorą pięciu laureatów. W tej piątce chcę być. 

Jakie jest marzenie Agnieszki Osytek? 

Kiedy zamykam oczy, to widzę globalny „american dream”. Słyszący się nie boją Głuchych i są otwarci na kontakt z nimi. Głusi wychodzą z domu i nie boją się kontaktu. Dzieci się uczą w języku migowym i mamy zintegrowany świat bez barier. I jeśli spotyka się słyszący z Głuchym, to wyciągają telefon, uruchamiają naszą aplikację i mogą sobie pogadać.Artykuł powstał we współpracy z Migam.org 


Napisz do autora: tomasz.staskiewicz@innpoland.pl Podążaj za @TStaskiewicz
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/68bda6a218e3d48ecae958251cc397c7,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/68bda6a218e3d48ecae958251cc397c7,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Agnieszka Osytek podczas warsztatów akceleracyjnych w Londynie</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/125701,fakt-dla-swiata-sportu-zrobiony-bez-dziennikarzy-pomysl-w-ktory-zainwestowal-robert-lewandowski</guid><link>https://innpoland.pl/125701,fakt-dla-swiata-sportu-zrobiony-bez-dziennikarzy-pomysl-w-ktory-zainwestowal-robert-lewandowski</link><pubDate>Fri, 18 Mar 2016 09:07:13 +0100</pubDate><title>Lewandowski podał do Woźniaka. Słynny piłkarz inwestuje w sportowy start-up</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/742f3f6cecd862a57a23a80da234472a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Midas polskiego sportu? Oczywiście Robert Lewandowski, który rok temu został okrzyknięty „najlepiej zarabiającym sportowcem”. Powszechnie uwielbiany napastnik miał zainkasować w 2014 roku aż 107 milionów złotych. Czy dobra passa wciąż trwa, nie oceniamy – wiemy za to, w co Lewy zainwestował niemałą część swojej fortuny.

Lewandowskiemu nie brak wydatków: ferrari dla siebie i jeszcze samochód dla mamy. Dom na Warmii i mieszkanie dla siostry. Ale Sportowiec Roku 2015 ma też portfel inwestycyjny, do którego ustawia się długa kolejka oferentów, próbująca przekonać Lewego do swoich pomysłów. Maciej Woźniak był jednym z nich. Subtelna różnica: był skuteczny.

Prosto w okienko
Przeszło dwa i pół roku temu Woźniaka można by pewnie określić jako „niedzielnego kibica”. Na co dzień zgłębiający tajniki robienia interesów w sieci przedsiębiorca wyczekiwał na kolejny mecz w eliminacjach Ligi Mistrzów – Legia miała zagrać ze Steauą Bukareszt. Woźniak zastanawiał się, jaki może być wynik, jakie dane pomogłyby mu cokolwiek powiedzieć o szansach Polaków, a przede wszystkim – skąd wziąć liczby. I wtedy doznał olśnienia. Rynek potrzebuje sportowych infografik!


Tak narodził się serwis, który już teraz dostarcza dogłębne analizy dla 60 lig piłkarskich w sześciu językach. – Stworzyłem prostą infografikę z faktami na temat meczu Legia-Steaua. Postawiłem na Wordpressie stronę z tylko z jednym artykułem. Reakcja w sieci mnie zaskoczyła – mówi w rozmowie z INN:Poland Maciej Woźniak. – Bez żadnej reklamy było sześć tysięcy wejść na stronę i dostałem kilkadziesiąt maili, w których ludzie prosili o więcej takich infografik – Maciej Woźniak już wiedział, że ten biznes ma potencjał. Potwierdzało to zresztą jego wcześniejsze obserwacje.


Tego samego zdania musiał być Robert Lewandowski, który wraz z innymi inwestorami funduszu Protos VC zainwestowali 1,5 miliona złotych w sporticos.com – start-up Macieja (swoje dorzucił też fundusz OPOKA TFI). Napastnik Bayernu na boisku zarabia co roku 9 mln euro, ale to nie jedyne jego źródła przychodów. Słynie z dobrych inwestycji w internecie. W listopadzie 2015 roku sprzedał za 11,3 mln udziały w startupie modowym Allani.pl. Na tym biznesie zarobił 500 procent w dwa lata.

Agent Roberta Lewandowskiego, Cezary Kucharski, sam był reprezentantem Polski, a w środowisku piłkarskim znany jest z udanych inwestycji. Jest też udziałowcem funduszu Protos VC i w wypowiedzi dla PAP mówi o sporticos.com: „Głęboko wierzę w powodzenie tego projektu. Myślę, że łącząc kompetencje Maćka w budowaniu i skalowaniu biznesu oraz moje głębokie zrozumienie świata sportu, jesteśmy w stanie wspólnymi siłami zbudować rynkowego lidera”.
	
		
											
					
				
				Maciej Woźniak: Na pomysł sporticos.com wpadłem czekając na mecz Legii ze Steauą Bukareszt•Fot. Maciej Stanik / INN:Poland
					

– Kultura obrazkowa zdobywa coraz większą popularność. Ludziom często nie chce się czytać artykułów, wolą szybko skanować wzrokiem zagregowane informacje – tłumaczy Woźniak. – A sport znakomicie się nadaje do tego, by takie treści tworzyć. Co chwilę są kolejne imprezy, mamy mnóstwo danych – przy ostatniej części zdania Maciej zapala. Dużo bardziej niż piłka nożna kręcą go analizy i dane. W końcu jest jednym z najlepszych w Polsce specjalistów od pozycjonowania. Przez długi czas odpowiadał za pozycjonowanie w koncernie Agora, a od 4 lat prowadzi agencję Whites, która zajmuje się m.in. działaniami SEO.


Strzał z dobrej pozycji
– Zacząłem jeszcze na studiach, od robienia stron. Moi klienci spytali mnie, co zrobić, żeby one pokazywały się wyżej w wyszukiwarce. Nie wiedziałem. Ale okazało się, że wtedy, w 2006 roku jest to jeszcze bardzo proste, wystarczyło dodawać stronę do różnych katalogów. Pierwsze zlecenia miałem wartości 50 złotych, płatne od efektu. Pozycjonowanie zajmowało mi 2 godziny i dowolną stronę mogłem umieścić w pierwszej dziesiątce wyników wyszukiwania – opowiada Maciej Woźniak. – Po studiach zacząłem pracę w niemiecko-duńskiej firmie. Moim zadaniem było pozycjonowanie jej produktów na globalnym rynku – Maciej Woźniak przez chwilę się waha, jak to powiedzieć. – No… sprzedawaliśmy urządzenia do powiększania penisa. To była prawdziwa szkoła pozycjonowania, bo konkurencja była bardzo duża. Produkcja była bardzo tania, więc każdy miał dużo pieniędzy na marketing, dzięki temu miałem możliwość próbowania różnych rozwiązań – tłumaczy.


W 2006 roku Polsce nie ma jeszcze żadnych szkoleń ani publikacji, wszyscy uczą się działania tego, jak Google ocenia strony metodą prób i błędów. W ten sposób również Maciej Woźniak zaczyna dogłębnie poznawać algorytmy wyszukiwarek. Pewnego dnia odbiera telefon od headhuntera.
	
		
											
					
				
				Od White Hat SEO nazwę wzięła agencja Macieja Woźniaka•Fot. Maciej Stanik / INN:Poland
					

– Dostałem zaproszenie do Agory. Z punktu widzenia chłopaka ze Świdwina, który mieszkał w Szczecinie, to było niesamowite, że zainteresował się moją pracą koncern ze stolicy. Pojechałem trochę z ciekawości – opowiada. Rekrutacja przebiegła pomyślnie i w październiku 2006 roku Woźniak zostaje pierwszym w Polsce pozycjonerem zatrudnionym w dużym portalu. Przez pięć i pół roku rozwijał się i awansował ze stanowiska specjalisty do poziomu dyrektora SearchLab-u – agencji SEO/SEM, która działała w ramach Agory. 


– Trafiłem tam w najlepszym czasie. Z jednej strony była ogromna możliwość wykazania się, z drugiej strony, portale miały budżety na rozwój projektów internetowych – Maciej Woźniak dobrze wspomina swą korporacyjną przeszłość. – Z Agorą rozstawaliśmy się w dobrych relacjach. Mogłem zacząć działać. 

Fair play
Na rozkręcenie działalności agencji kilkaset tysięcy złotych wyłożyła grupa NextWeb Media. Maciej Woźniak włożył swą wiedzę. To wystarczyło, by we dwie osoby zacząć działać. Nazwa Whites oddaje najważniejszą ideę tego, czym firma Woźniaka się zajmuje. To tak zwany White Hat SEO, czyli zgodne z wytycznymi Google’a – działania optymalizacyjne, które mają na celu zwiększenie użyteczności i atrakcyjności strony. Przeciwieństwem jest tzw. Black Hat SEO – manipulowanie danymi w taki sposób, aby „oszukać” algorytm przeglądarki. 


– Od początku konsekwentnie postawiliśmy na model działania zgodny z wymaganiami Google’a – tłumaczy Maciej Woźniak. – Wprowadziliśmy pełną transparentność tego, co robimy, tłumaczymy naszym klientom, edukujemy ich – dodaje.
	
		
											
					
				
				W biurze Whites pracuje teraz 35 osób•Fot. Maciej Stanik / INN:Poland
					

Maciej Woźniak markę Whites buduje na znajomości potrzeb i sposobów działania klienta korporacyjnego. Sam przez wiele lat był po tej drugiej stronie. 

– Na rynku jest bardzo duża potrzeba, aby specjalista od SEO był dla firmy partnerem do rozmowy, żeby rozumiał nie tylko pozycjonowanie, ale też szerszą perspektywę: marketing, wymogi korporacyjne – Maciej Woźniak tłumaczy źródło sukcesu Whites. – Chodzi o to, żeby klient widział, że po drugiej stronie nie siedzi magik, który mówi „mam swoje sposoby”. Dlatego postawiliśmy na edukowanie klienta, tłumaczenie, co robimy. 


W ciągu 3 lat istnienia firma Woźniaka urosła do 35 osób, ma 6 milionów przychodu i milion zysku. Wyjątkowy w organizacji tej skali jest program opcji na udziały. Osoby, które są kluczowe dla firmy, po dwóch latach pracy mają możliwość stania się udziałowcami spółki.

FAKT świata sportu
– W tej chwili Whites działa już na tyle dobrze, że mogę dużo więcej uwagi poświęcić rozwojowi sporticos.com. Do tej pory Whites pochłaniał 120 procent mojej uwagi, nie mogłem się zaangażować w nic innego – mówi Maciej Woźniak. 

– Dla mnie w sporticos.com kluczowy jest koncept wizualizacji i optymalizacji pod użytkownika. Sport i piłka nożna są trochę wtórne. Lubię chodzić na mecze, oglądać je na żywo, ale nie jestem jakimś fanatykiem – mówi Woźniak. W sporticos.com pracuje dziewięć osób w biurze i dwanaście na całym świecie. Woźniak określa ich mianem „geeków piłkarskich statystyk” – Pasjonują się tym, są w stanie wyłapać każdy błąd, choćby to była 2. liga chorwacka sprzed dwóch lat – opisuje swoich pracowników.Jak sporticos.com chce zarabiać na infografikach?Choć podstawowym celem portalu jest w tej chwili wzrost, Maciej Woźniak wskazuje kilka możliwych sposobów zarabiania na infografikach.
1. Zarabianie na ruchu. Tradycyjny model sprzedaży reklam na stronie sporticos.com ma jednak tę wadę, że infografiki, jako pliki graficzne, mogą być dystrybuowane przez różne kanały (np. Facebook). Twórcy tracą wtedy kontrolę nad treścią, ruch może być łatwo przekierowany na inne strony.
2. Tła reklamowe. Każda infografika może mieć specjalnie zrobione tła, na których będzie pojawiać się treść od reklamodawcy. Może to być logo firmy, piłkarz w koszulce z odpowiednią reklamą albo po prostu zdjęcie produktu (telewizora, smartfona).
3. Treści premium. Ten model zarabiania polega na tym, że podstawowe treści widoczne są za darmo, bardziej zaawansowane statystyki dostępne są jednak za drobną opłatą. 
 Zapytany o to czym ma być sporticos.com, Maciej Woźniak odpowiada: – Chcemy być takim globalnym „Faktem” dla świata sportu – ale zrobionym automatycznie, bez dziennikarzy, którzy piszą artykuły.
	
		
											
					
				
				Fragment infografiki dotyczącej meczu Ligi Mistrzów pomiędzy Chelsea a PSG (w rzeczywistości padł wynik 1:2)•sporticos.com
					

Chociaż sporticos.com współpracuje z ponad 300 partnerami na całym świecie, Maciej Woźniak – zapytany o sposób zarabiania na infografikach – nie owija w bawełnę. – Jeszcze nie wiem. Mamy kilka pomysłów jak zarabiać na portalu. Co miesiąc mamy kilka propozycji współpracy reklamowej. Decyzję jaki model wybieramy będziemy musieli podjąć w ciągu kilku miesięcy – zastrzega. Teraz chcemy rosnąć, chcemy zbudować wartość w postaci zasięgów, rozpoznawalności. Ale wspólnie z inwestorami podjęliśmy decyzję, że w tej chwili nie skupiamy się jeszcze na zarabianiu – ucina.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/742f3f6cecd862a57a23a80da234472a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/742f3f6cecd862a57a23a80da234472a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Maciej Woźniak - twórca sporticos.com</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
