<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[INNPoland.pl - OPINIE]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii OPINIE w INNPoland.pl]]></description>
		<link>https://innpoland.pl/c/217,opinie</link>
				<generator>innpoland.pl</generator>
		<atom:link href="https://innpoland.pl/rss/kategoria,217,opinie" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/222832,polska-wymrze-zbankrutuje-zabija-nas-roboty-czas-skonczyc-z-tym-pesymizmem</guid><link>https://innpoland.pl/222832,polska-wymrze-zbankrutuje-zabija-nas-roboty-czas-skonczyc-z-tym-pesymizmem</link><pubDate>Wed, 25 Mar 2026 06:00:02 +0100</pubDate><title>&quot;Polska wymrze, zbankrutuje, zabiją nas roboty&quot;. Czas skończyć z tym pesymizmem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/a02b874147b8acffb18f54e48934dec4,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W 1944 roku Józef Mackiewicz, brat słynnego Stanisława "Cata" Mackiewicza, napisał broszurę pod tytułem "Optymizm nie zastąpi nam Polski". Gorzka publikacja wskazywała, że nadchodzący kres wojny i niemieckiej władzy, prowadzi Polskę w ręce sowieckiego okupanta. Optymizm faktycznie nie zastąpił Polski, zagrabionej na następne dziesięciolecia przez rosyjskich okupantów.

Od jakiegoś czasu, poniekąd zainspirowany, ukułem w swojej publicystyce nową sentencję: "Pesymizm nie zastąpi nam Polski".
Katastrofizm, szczególnie w dobie platform społecznościowych, sprzedaje się doskonale. "Polski już nie ma", "druga Grecja", "Polska wymrze lada moment", albo też "wszyscy umrzemy od globalnego ocieplenia" czy "zabiją nas roboty". Wybór pełny, dla każdej strony sporu politycznego.
Coraz lepszy świat bez nadziei
Nie jest to oczywiście rzecz nowa. Głośno było ostatnio o śmierci Paula Ehrlicha, znanego głównie z katastroficznych prognoz demograficznych, które z jednej strony się nie sprawdziły, a z drugiej doprowadziły do wprowadzenia radykalnych polityk antyrozwojowych. Kryzys przeludnienia miał doprowadzić do katastrofy, śmierci milionów i masowego głodu. Tak pojawiły się środowiska antynatalistyczne, zwolennicy ruchów "de-growth", razem z piętnowaniem wielodzietności i państwową kontrolą populacji. 
Pomimo tego, że ludzie w wielu miejscach na świecie żyją na niewyobrażalnym wcześniej poziomie, to, co przyniosła nam kultura masowa i dostęp do globalnej wioski, to masowy pesymizm. Zbudowano nam wizję świata bez nadziei. Katastrofizm to przecież wspaniały towar: zapewnia treści, interakcje, potwierdza ludzkie obawy i lęki. Pesymizm ma jednak fatalne skutki uboczne, dlatego trzeba postawić tamę pustemu nihilizmowi. 
Nasza cywilizacja ma tendencję do funkcjonowania jak wahadło. Trudno sobie wyobrazić, żeby w przypadku globalnego problemu demografii stało się inaczej. Mamy dodatkowo narzędzia, aby ten proces przyspieszyć, albo negatywne skutki złagodzić. 
Stan dzisiejszy nie jest stanem trwałym, niezmiennym, który możemy rozciągnąć na dziesiątki lat do przodu. To nic ponad intelektualne lenistwo prostej ekstrapolacji, a statystyka to nie przeznaczenie.
Wyobrażenia a fakty. Świat jest lepszy, niż się wydaje
W 2018 roku ukazała się książka "Factfulness" Hansa Roslinga, profesora zdrowia publicznego, który sam niestety nie dożył jej publikacji. Autor na kilkuset stronach pokazuje jak fałszywą wizję świata posiadamy i jak nieprawdziwe jest postrzeganie rzeczywistości. 
Nawet dobrze wykształceni ludzie pytani o sytuację zdrowotną dzieci, niedożywienie, choroby czy poziom życia, często wielokrotnie przeszacowywali skalę nieszczęść. W rzeczywistości ludzie żyją dłużej, jedzą więcej, ich stan zdrowia jest lepszy, a poziom życia regularnie poprawia się.
A skoro zaczęliśmy od cytatu to i dodam kolejny, tym bardziej, że i okazja jest doskonała, bo ukazał się trailer trzeciej części filmu "Diuna". W dziele pojawia się mantra o nazwie "Litania przeciw strachowi" i jeden z jej fragmentów doskonale oddaje to z czym się mierzymy: "Nie wolno się bać, strach zabija duszę. Strach to mała śmierć".

                    
                Strach nie prowadzi do rozwoju, nie prowadzi do rozwiązania problemu, a jedynie do poczucia bezradności. A my potrzebujemy optymizmu, wiary w siebie, wiary w Polskę, aby dalej zasypywać dzielący nas od najbogatszych rów. Coraz płytszy, ale nadal istniejący.
Również etap strachu przed AI nie jest niczym dziwnym. Ludzkość przeżywała ten sam strach przy elektryczności, samochodach czy internecie. A jednak przetrwaliśmy i kwitniemy.
Innowacje przenikają z góry na dół
Wiemy z historii technologii, że żadna przełomowa innowacja nie pozostała na długo własnością nielicznych. Zjawisko dyfuzji innowacji oznacza, że na ostatnim etapie następuje jej upowszechnienie. Dżina wypuszczonego z butelki nie da się już z powrotem do niej wsadzić. 
To co teraz kosztuje miliardy, niedługo będzie kosztować miliony, a potem tysiące. Tak było z komputerami, telefonami, lotami w kosmos i lekami genetycznymi. W 1981 roku wyniesienie kilograma na orbitę kosztowało 65 tys. dolarów, a obecnie spadliśmy do poziomu poniżej 2 tys. dolarów za kilogram, a za parę lat ma być to nawet 10 dolarów za kilogram. Cena spadnie 4 tysiące razy. 
Tak samo będzie i z AI, które już dzisiaj jest poza kontrolą, na dobre i na złe. Istnieją odpowiedniki wielkich sztucznych inteligencji, które uruchomisz na swoim komputerze czy telefonie. Powstają roboty humanoidalne, których elementy będziesz mógł drukować na domowej drukarce 3D czy wyprodukować w prywatnym warsztacie. Postęp jest nieunikniony, a odpowiedzią na niego nie jest wieszczenie końca świata.
Pesymizm nigdy nie jest rozwiązaniem
Wspomniana dyfuzja innowacji to nie tylko proces techniczny, ale przede wszystkim proces psychologiczny. Aby innowacja mogła się rozlać, potrzebuje naczynia, które nie jest dziurawe od defetyzmu, pesymizmu i katastrofizmu. Najgorsze szklane sufity to te, które sami sobie budujemy.
Pesymizm nigdy nie jest rozwiązaniem. To po prostu strategia przetrwania, która ma racjonalizować porażkę: "przecież nie mogło się udać", "mówiłem, że tak będzie". Ot, próba bycia inteligentnym bez wysiłku intelektualnego. 
Zawsze zaskakuje mnie to, jak wiele niektórzy poświęcają energii na to, aby przekonywać, że InPost nie jest już polską firmą, że ICEYE to firma fińska, a jak budujemy Borsuki, to że za mało w nich polskich części. Zawsze źle, zawsze mało. Z tym że pesymiści mówią to nie po to, aby zmobilizować do pracy, ale po to aby pognębić, upokorzyć, odebrać nadzieję.
Niestety, jest to naturalne dla ludzkiego umysłu. Ludzki mózg ma zakodowany pesymizm. Negativity bias, czyli tendencja do negatywnego postrzegania rzeczywistości, to cena, którą płacimy za nasz małpi umysł. Strata stu złotych boli bardziej niż znalezienie takiej samej kwoty. Katastrofa zapada w pamięć, kiedy sukces szybko jest bagatelizowany. 
Tylko od nas zależy, czy wygramy z własnymi ograniczeniami i słabościami. Nie przyjdzie to z pewnością samo, ani łatwo, ale świadomość gdzie leży pułapka, to już połowa drogi do jej uniknięcia.
Mackiewicz miał rację: optymizm nie zastąpił nam Polski. Pesymizm jednak też jej nie zastąpi. Zastąpi ją praca, wiara we własne możliwości i przede wszystkim trzeźwa ocena rzeczywistości i świata. Naszych słabości, naszej siły i naszych możliwości. 
Przetrwaliśmy zabory, przetrwaliśmy okupację, komunizm i nawet transformację. Nie wymrzemy, nie zbankrutujemy, nie zabiją nas roboty. Skończmy z prostymi wymówkami przed tym, żeby zabrać się do poważnej pracy.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/a02b874147b8acffb18f54e48934dec4,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/a02b874147b8acffb18f54e48934dec4,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Pesymizm nie zastąpi nam Polski. Skończmy z prostymi wymówkami</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/222781,litr-lez-dwa-gryzy-pocieszenia-dlaczego-na-stacji-paliw-tracimy-rozum</guid><link>https://innpoland.pl/222781,litr-lez-dwa-gryzy-pocieszenia-dlaczego-na-stacji-paliw-tracimy-rozum</link><pubDate>Tue, 24 Mar 2026 06:00:02 +0100</pubDate><title>Litr łez, dwa gryzy pocieszenia. Dlaczego na stacji paliw tracimy rozum?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/3b5ada619129575a4d2edb1c98594974,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Stojąc w kolejce na stacji benzynowej usłyszysz więcej narzekań na inflację niż w sejmowych kuluarach. Ale widać, że Polak wybaczy każdą cenę benzyny, o ile dostanie do niej ciepłą parówkę w bułce i kubek kawy. Człowiek klnący na drożyznę, bez mrugnięcia okiem płaci marżę rzędu 400 proc. za kawę i hot-doga. Gdzie tu sens, gdzie logika?

Stacja benzynowa to fascynujące miejsce. To jedyne takie sanktuarium w Polsce, gdzie w ciągu pięciu minut możesz spotkać człowieka przeklinającego pod nosem geopolitykę, a chwilę później widzisz, że ten sam gość dokonał najbardziej nieopłacalnego zakupu w swoim tygodniowym budżecie.
Wpadłem na stację benzynową. Patrzę na gościa przy dystrybutorze numer dwa. Z namaszczeniem odwiesza "pistolet", jakby właśnie składał ofiarę z własnych oszczędności na ołtarzu globalnego kapitalizmu. Idzie do kasy ze smętną miną, niosąc w sobie cały ból świata. W głowie przelicza: siedem siedemnaście za litr, bak do pełna, trzy stówki nie moje. Tragedia niby grecka, ale jednak amerykańsko – izraelsko – irańska.
"Siedem siedemnaście! Złodziejstwo w biały dzień!" – rzuca kierowca do pani przy kasie, jakby to ona osobiście kręciła kurkiem na rurociągu "Przyjaźń" albo odpalała rakiety na Iran. I ja go nawet rozumiem. Cena paliwa boli.
Mnie też, ale jakoś mniej niż kiedyś, bo przynajmniej mam poczucie, że nikt już nie kombinuje z marżami przy pomocy partyjnego kalkulatora i nie przepala moich podatków na dziwne fuzje, ale wciąż – szczęśliwy nie jestem. Płacę, bo muszę dojechać do pracy, na zakupy, takie tam. To koszt stały, bilet wstępu do względnej niezależności.
Ale wtedy dzieje się magia. Ten sam facet, który przed chwilą niemal płakał nad pistoletem z napisem PB95, nagle prostuje dumnie plecy i mówi: "To jeszcze duża kawa. I hot-dog. Sos amerykański". W kilka sekund rachunek rośnie o trzy dyszki. Czyli jakieś cztery i pół litra paliwa, a więc około 60-70 kilometrów "wolności", które bohater naszej tragedii właśnie przehandlował za bułkę z parówką i kofeinę w cenie ziarna zbieranego w świetle księżyca przez ludzi o czystych sercach.
I ja rozumiem, że człowiek ma ochotę na kawę, że poczuł się głodny i musi coś zjeść. Tak, to się zdarza, mnie również. Ale wiem też, że kawa na stacji to produkt wybitnie przepłacony, podobnie jak hot dog. Właśnie w takich spontanicznych zakupach można szukać oszczędności, zwłaszcza gdy paliwo drożeje. No i szukać można też zdrowia, bo nie jest to modelowy posiłek zgodny z wytycznymi Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej.
Gdzie tu sens? Gdzie logika?
Narzekamy na rosnące ceny paliw, na które nie mamy absolutnie żadnego wpływu. Możemy tupać, krzyczeć, pisać petycje do OPEC i zaklinać kurs baryłki ropy, a i tak zapłacimy tyle, ile wyświetla pylon. Ale kawa i hot-dog? To jest nasza suwerenna decyzja. To jest ten moment, w którym dobrowolnie pozwalamy stacji benzynowej ograbić nas z marży, przy której zysk na litrze paliwa wygląda jak napiwek dla kelnera.
To trochę tak, jakby płakać nad wysokim czynszem, a potem codziennie zamawiać kawior z dostawą do domu, żeby zagłuszyć smutek. Stacja benzynowa stała się naszym narodowym konfesjonałem i fast-foodem w jednym. Wylewamy tam żale na rząd, świat i drożyznę, a potem kupujemy sobie "pocieszajkę" za cenę połowy obiadu w normalnej restauracji. Albo dosłownie za cenę obiadu w barze mlecznym. I to z kompotem!
Może to mechanizm obronny? Może ten hot-dog to nagroda za to, że przeżyliśmy szok przy dystrybutorze? A może po prostu jako naród uwielbiamy narzekać na system, jednocześnie będąc jego najbardziej oddanymi klientami w kwestiach, które możemy kontrolować. Bo narzekanie to przecież nasz sport narodowy.
Ja tam po prostu tankuję i wychodzę. Bez kawy, bez parówki, za to z resztką godności w portfelu. Bo jeśli już mam na coś narzekać, to wolę na to, na co muszę, a nie na to, co sam sobie zafundowałem na własne życzenie.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/3b5ada619129575a4d2edb1c98594974,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/3b5ada619129575a4d2edb1c98594974,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Litr łez, dwa gryzy pocieszenia. Dlaczego na stacji tracimy rozum?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/221848,po-co-nam-bomba-atomowa-ten-pomysl-jest-tak-slaby-ze-glowa-mala</guid><link>https://innpoland.pl/221848,po-co-nam-bomba-atomowa-ten-pomysl-jest-tak-slaby-ze-glowa-mala</link><pubDate>Mon, 09 Mar 2026 06:00:02 +0100</pubDate><title>Po co nam bomba atomowa? Ten pomysł jest tak słaby, że głowa mała</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/e044ec6f36ed0e0e78b0db53a0afc3bd,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wiem, że igram z ogniem. Idę pod prąd ekspertom medialnym, politykom, autorom książek, iksowiczom i całej masie ludzi przekonanych, że nic tylko potrzebujemy polskiej bomby atomowej. No ale muszę, bo inaczej się uduszę. Nie, nie potrzebujemy.

Od lat słyszymy, że ostatecznym ruchem Polski w obronie przed naszym wrogiem ze wschodu będzie nasza, autorska, niezależna i niepodległa broń atomowa. Ma ona w magiczny sposób rzucić na kolana państwo mające... (sprawdzam notatki)... prawie 6000 głowic atomowych. 
Polska bomba atomowa będzie niczym przy nuklearnym arsenale Rosji
Czemu uważam polską bombę atomową za słaby pomysł? Już wyjaśniam. Po pierwsze, już samo licytowanie się z Rosją w kontekście użycia broni atomowej jest bezzasadne. Wygrają. Zawsze. My użyjemy 1 to oni użyją 3, my użyjemy 5, to oni użyją 20. I co im zrobimy? Nic, bo już nas nie będzie.
Można oczywiście argumentować, że Francja ma tylko 300 bomb, ale Francja ma też atomowe okręty podwodne i całą triadę nuklearną, oraz (jakże pożądaną w tym przypadku) większą odległość od głównego wroga. Z natury rzeczy w Polsce nigdy nie będziemy wstanie zbudować ani dużej liczby bomb, ani posiadać dużej liczby nośników. Ani nigdy nie będziemy tak bezwzględni jak Rosja.
Bomba atomowa to również broń ostateczna: nie możesz zagrozić już niczym więcej. Game Over. Nie ma już niczego wyżej, nie ma opcji eskalacji. Dlaczego więc opierać na bombie atomowej polską niepodległość? A co jak naszą broń przejmie Specnaz? Co jak Rosjanie ją zniszczą w akcie sabotażu albo niespodziewanym uderzeniem? 
Polska doktryna MAD to mrzonka
Niestety, nie mamy ani głębi strategicznej, ani przesadnie dużego terytorium. Nie jesteśmy pod tym względem ani Ukrainą (ponad 600 tys. km kwadratowych), ani Rzeczpospolitą Obojga Narodów (w pewnym momencie prawie 1 mln km kwadratowych). 
Opieranie swojego bezpieczeństwa na czymś tak zerojedynkowym, nie da nam żadnej gwarancji. Nie uda się nam polska wersja doktryny MAD (wzajemnego gwarantowanego zniszczenia), bo nie będziemy mogli zagwarantować zniszczenia Rosji. Za to w drugą stronę nie będzie ani problemu, ani oporów.
Bomba atomowa pogodzi polskich polityków? Wolne żarty
Nie da się też zlekceważyć oporu politycznego: presja na Polskę z pewnością byłaby gigantyczna. Nad krajem zawisłaby groźba sankcji. Oczywiście możemy mówić o autonomii w decyzjach, suwerenności i robienia po swojemu, ale opór będzie oporem. Trzeba mieć siłę, by go zwalczyć. Klasa polityczna musiałaby być zdeterminowana, aby ten opór przełamać i nie dać się (w ten czy inny sposób) przekupić ani podzielić. 
Czekałyby nas liczne ataki, problemy obiektywne i nieobiektywne, a także konieczność wychodzenia z kolejnych międzynarodowych instytucji i rad. Nie jest to sam w sobie argument przeciwko, ale próba wykazania, jak wielowarstwowy to problem. Wymagałby walki na jak wielu frontach i to przez dziesiątki lat. Tyle musiałby wytrwać konsensus polityczny w Polsce. Czy ktokolwiek ma złudzenia, że nasza klasa polityczna jest gotowa do solidarnego i permanentnego sporu z całym światem przez następne 20-30 lat?
Wyzwania związane z bombą atomową w Polsce
Sama skala wyzwań związanych z polską bronią jądrową jest ogromna. Pytania można mnożyć: gdzie będziemy testować bombę atomową? Nie mamy kolonii, nie mamy wysp na środku oceanu. Jakie będą nośniki tej broni? Gdzie je wypróbujemy? W jaki sposób zabezpieczymy miejsce składowania broni jądrowej? 
Trzeba byłoby zaprojektować system dowodzenia, uzbrajania bomb, a wreszcie cały łańcuch wydania rozkazu ich użycia. To zapewne wymagałoby też nowej Konstytucji i nowego systemu politycznego. 
W co mielibyśmy celować? Jak mocna miałaby być ta bomba? A co gdyby do władzy doszedł ktoś, kto zablokowałby projekt mimo wydanych dziesiątek miliardów złotych? Byłby to projekt który wymagałby gruntownych zmian nie tylko mentalnych, ale i instytucjonalnych.
Bomba atomowa to nie projekt ambitny, lecz nierozsądny
Możecie teraz powiedzieć: "Ale Szymon, miałeś być ambitny, a jesteś jednym z nich!". Tyle że ambicja to nie jest robienie wszystkiego tylko dlatego, że można. Tak jak CPK nie był nigdy projektem megalomańskim, tak polska bomba atomowa moim zdaniem właśnie takim projektem jest.
Czy naprawdę jesteście przekonani, że projekt, którego koszt wyniosłyby pewnie setki miliardów złotych przez kilkadziesiąt lat, jest tym jednym, jedynym, na którym powinno wszystkie swoje siły skupić państwo polskie? Ja uważam, że nie. 
Są lepsze cele, są lepsze wyzwania których możemy się podjąć "nie dlatego, że są łatwe, ale dlatego, że są trudne". Bo nie o obawę przed trudem tu chodzi, ale o racjonalny wybór wyzwania dziejowego dla Rzeczpospolitej.
Co zamiast polskiej bomby atomowej? Nuclear sharing
Czy należy więc w całości odrzucić koncepcję polskiej bomby atomowej? Moim zdaniem nuclear sharing byłby wystarczającym kompromisem. Czy to w formie współpracy z USA, czy niedawno sugerowanej współpracy z Francją. Polska miałaby część zalet posiadania własnego arsenału, ale bez jego licznych wad.
Jaki jest jednak mój główny argument przeciwko polskiej bombie atomowej? Tak naprawdę zależy nam nie na bombie atomowej, ale na uzyskaniu wysokich zdolności obronnych, które uczynią naszą odpowiedź na rosyjską agresję tak kosztowną, że nawet Rosjanie uznają, że nie warto zaczynać.
Program zapoczątkowany lata temu jako Polskie Kły w końcu zaczyna przynosić owoce. Setki wyrzutni rakietowych Homar (odpowiedników amerykańskiego HIMARS-a), setki sztuk pocisków JASSM, oraz duże w skali zakupy amunicji rakietowej o zasięgu kilkuset kilometrów to siła, która pozwoli zadać Rosji straty dużo większe, niż pojedyncze głowice atomowe, a na dodatek z ograniczonym ryzykiem jądrowej odpowiedzi.
Za 10 proc. tego, co kosztowałaby nas broń atomowa, możemy mieć zestaw wojenny w skład którego wejdą setki sztuk artylerii lufowej (Krab/K9) i rakietowej (Homar) z tysiącami sztuk amunicji dalekiego zasięgu, pociski manewrujące (jak JASSM), dziesiątki tysięcy sztuk tanich pocisków manewrujących lub dronów uderzeniowych dalekiego zasięgu czy nawet polskich rakiet balistycznych.
Fetysz polskiej bomby atomowej
Broń atomowa dla Polski wydaje mi się jakąś dziwną zbiorową halucynacją. Oczywiście, ma ona swój złowieszczy "urok", ale z punktu widzenia praktycznego czy militarnego jej użyciu towarzyszyłby znacznie większy opór.
Nikomu nie zadrży ręka, kiedy trzeba będzie uderzyć JASSM-ami na terytorium Rosji, ale czy znajdzie się chętny, aby uderzyć taktyczną bronią atomową na zgrupowanie wojsk przeciwnika? Co jeśli skupiając się na broni atomowej sami utrudnimy sobie obronę, nie uzyskując argumentu w zarządzaniu konfliktem z Rosją?
Wolałbym, żebyśmy skupili się na polskim programie systemów uderzeniowych: rakiet balistycznych, pocisków manewrujących, dronów dalekiego zasięgu. Ich tania produkcja z pewnością przestraszy Rosję bardziej niż wizja paru bomb atomowych, których Warszawa będzie mogła użyć w 2060 roku. Bomb, które moim zdaniem stały się dziwnym masowym fetyszem, a nie realną i logiczną odpowiedzią na zagrożenie ze wschodu, które możemy zablokować dużo szybciej i dużo taniej.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/e044ec6f36ed0e0e78b0db53a0afc3bd,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/e044ec6f36ed0e0e78b0db53a0afc3bd,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Co zmieni polska bomba atomowa, gdy Rosja ma ich tysiące?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/221911,burza-o-osiedle-w-szczerym-polu-faktycznie-ma-cos-w-sobie-z-papierosa</guid><link>https://innpoland.pl/221911,burza-o-osiedle-w-szczerym-polu-faktycznie-ma-cos-w-sobie-z-papierosa</link><pubDate>Sun, 08 Mar 2026 17:01:02 +0100</pubDate><title>Burza o osiedle w szczerym polu. Faktycznie, ma coś w sobie z papierosa</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/1c22add594eceffa383c5125b0c8c87a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Na zdjęciu pole w Podolszynie niedaleko Warszawy, przecięte jedną długą białą linią domków z czerwonymi dachami. W internecie: burza. Architekci łapią się za głowy, internauci mówią o szkodliwości projektu, oburzeni ludzie szukają winnego. A mieszkańcy podobnej zabudowy? Bywa, że stają w obronie takich inwestycji.

"Reklama takich inwestycji powinna mieć – jak papierosy czy alko – obowiązkową informację o szkodliwości" – czytam wpis Artura Celińskiego, prowadzącego Podcast Architektoniczny. Osiedle w Podolszynie niedaleko Warszawy rzeczywiście ma w sobie coś z papierosa – długa biała "kreska" z budynków budzi pewne skojarzenia. 
Zapaliła się za to dyskusja wokół tego tematu i ona również zabrzmiała dla mnie znajomo. Nie bez powodu ten temat wraca niczym bumerang przy każdej takiej nowej zabudowie. Są rzeczy, na które rzeczywiście warto pokrzyczeć i sam to odczułem, mieszkając w podobnym miejscu.
Dlaczego osiedle Zieloni Mi oburza ludzi?
Nie jest to pierwsza taka dyskusja, jaką obserwuję w przestrzeni publicznej. W INNPoland pisaliśmy już o osiedlu w Świdnicy, z kolei reporter naTemat zawitał do niesławnego osiedla "kopiuj-wklej", czyli Villa Campina pod Warszawą. Łączy je, oprócz polnego otoczenia, ciasna zabudowa i spora odległość od innych zabudowań. 
"Zabudowa łanowa, z szeregiem domów na długich, wąskich działkach, wprowadza mieszkania bez planu urbanistycznego. Gminy, z powodu takich inwestycji, muszą zmieniać transport publiczny i rozbudowywać drogi. Osiedle przyczynia się do suburbanizacji i zwiększa korki" – czytam o osiedlu Zieloni Mi w serwisie Murator.
Eksperci wymieniają problem ukrytych kosztów dojazdów i doprowadzania mediów. Do tego ci, którzy zamieszkają bliżej bramy wyjazdowej, mogą uważać się za szczęściarzy. Ogrodzenia zabudowy łanowej zmuszają każdego spacerowicza do drałowania przez całe osiedle. Jak czytamy, taki układ obciąża główną drogę dojazdową.
Co mówią mieszkańcy takich osiedli?
Dla wielu jednak diabeł nie jest tak straszny, jakim go malują. Pod postem podcastera wypowiedział się mężczyzna mieszkający w podobnej zabudowie. 
Cieszy go dom z ogródkiem w cenie mieszkania, dużo zieleni na przedmieściach, w okolicy mają nowe retail parki, dojazd do centrum, własny parking, osiedle jest zamknięte, a wśród mieszkańców jest dużo młodych osób z dziećmi. A, i brak kopciuchów zimą, ponieważ okolica to wyłącznie nowe budownictwo.
Osiedle Zielono Mi zapewne również będzie czymś takim, bo plan przewiduje konstrukcję drugiego sąsiedniego łanu. Może nie będzie tak dokuczliwie, jak wydaje się po zdjęciach. Tak wybrzmiewało również ze słów mieszkańców Villa Campina. Zresztą, w samej Warszawie są dzielnice już przekształcone przez zabudowę łanową, jak mój rodzimy Wawer. 
Mieszkałem na osiedlu łanowym – nie tęsknię
W moim przypadku nie był to jednak dom jednorodzinny, a wielorodzinne jamniki. Czynsz był niski, dojazd do reszty miasta – niezły, nawet bez samochodu. Na tym kończyły się zalety. Niewiele brakowało, a mógłbym do sąsiada naprzeciwko skoczyć z balkonu… z którego i tak nie było żadnych widoków, poza właśnie drugim takim budynkiem. 
Zabudowa ewidentnie powstała w celach szybkiego postawienia i skoszenia kasy – zimą lodowato, latem nie dało się wytrzymać (tym bardziej że miałem pokój na poddaszu). A teren był zalewowy i kiedy mocniej popadało, wszystko na dole pływało. Nawet bez powodzi pękające zimą rury potrafiły zalać sąsiadów na całej wysokości.
Fakt, cieszyłem się, że mam jakiś dach nad głową. Wracać do podobnego mieszkania jednak nie zamierzam. Ale nie każde osiedle łanowe takie jest. Widziałem godne pozazdroszczenia domki z pięknymi ogródkami, w otoczeniu jezior, drzew… Miodzio, faktycznie. Artur Cieliński w dniu poprzedzającym dyskusję sam pochwalił jedno z wawerskich osiedli. 
W mojej okolicy jakość zabudowy łanowej zweryfikuje zapewne kolejna powódź, jeśli do takiej dojdzie. Kolejny fakt jest taki, że wyrasta tego od groma i na wąskich uliczkach robi się tłoczno. Od dzików również.
Kto odpowiada za to, że powstają osiedle łanowe?
Szeregowce w szczerym polu? Komentatorzy zachodzą w głowę: kto w ogóle wydał pozwolenie?
Nie ma odgórnie narzuconych standardów urbanistycznych – masz działkę, możesz ją sprzedać deweloperowi. Boleśnie poczuli to mieszkańcy Helu, nadal walczący z wycinką drzew pod rzekomy "raj" w zgodzie naturą.
Marketing to też kolejny problem, co szczególnie podkreślił Cieliński. Kiedy jeszcze spojrzymy na reklamę inwestycji, to porównując do niej zdjęcia z magazynu, rzeczywiście czuć dysonans. "Esencja domowego ciepła", "życie w rytmie slow life", "czyste powietrze". I dookoła nic. Autor wpisu argumentuje, całkiem słusznie, że o ile budowanie takich miejsc jest legalne, to deweloperzy przeginają w reklamach. Tak samo jak z promowaniem mikrokawalerek jako idealnej przestrzeni życiowej.
"Wczytując się w opisy marketingowe, jestem przekonany, że nasze Państwo powinno wymusić – tak samo jak zrobiło to w przypadku produktów tytoniowych czy alkoholowych – dołączanie informacji o szkodliwym wpływie na zdrowie psychiczne, fizyczne i społeczne. Bo wiemy dokładnie, jakie są konsekwencje rozlewającej się urbanistyki. Mamy to zbadane, policzone i opisane" – ocenia Cieśliński.
"Polski wynalazek, niespotykany w cywilizowanych krajach"
Danych niestety Cieliński nie załączył do wpisu, a trochę szkoda. Opracowanie "Kryzys polskiej przestrzeni" Polskiej Akademii Nauk z 2020 roku porusza jednak problem rozlewania się miast i punktuje politykę przestrzenną władz, w tym mocno ograniczoną kontrolę procesów urbanistycznych, gdzie wypadamy w ogonku Europy. Z tej analizy wynika, że źródła problematycznej sytuacji z planowaniem sięgają aż 2003 roku i wadliwej Ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym.
Opracowanie porusza temat osiedli łanowych jako urbanistyki "narolnej", co wskazuje się jako "polski wynalazek, niespotykany w cywilizowanych krajach". Wśród jej problemów wymienia się koszty dociągania infrastruktury, utrata strefy żywicielskiej przez zastępowanie pól takimi tworami, niską efektywność ekonomiczną z powodu wysokich kosztów rynkowych, kosztu transportu...
Autorzy powołują się na dane z GUS gromadzone od 2012 roku, gdzie wydatki na skutek nieprzemyślanej urbanizacji wzrosły ok. 65 mld zł w ciągu 8 lat. W koszty wchodzi przekształcanie dolin rzecznych, gęstnienie sieci dróg i obudowa tras ekranami dźwiękoszczelnymi, ekspansja zabudowy na tereny przyrodnicze, likwidacja korytarzy ekologicznych czy tworzenie barier ekologicznych.
Do tego powstaje niespójność w dostępie do wodociągów i kanalizacji. Autorzy podkreślili też, że sporo szamb wykorzystywanych na takich osiedlach było "wątpliwej szczelności" i tworzyło ryzyko zanieczyszczeń. Potencjalne straty mocno mogą z kolei obciążać samorządy, które i tak muszą radzić sobie z usuwaniem odpadów komunalnych z rozrastających się osiedli.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/1c22add594eceffa383c5125b0c8c87a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/1c22add594eceffa383c5125b0c8c87a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Osiedle w Podolszynie znowu rozpętało burzę ws. planowania przestrzeni w Polsce</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/221851,trump-uderzyl-na-iran-bez-zadnego-planu-rachunek-za-szalenstwo-usa-zaplaci-polska</guid><link>https://innpoland.pl/221851,trump-uderzyl-na-iran-bez-zadnego-planu-rachunek-za-szalenstwo-usa-zaplaci-polska</link><pubDate>Sun, 08 Mar 2026 06:00:02 +0100</pubDate><title>Trump uderzył na Iran bez żadnego planu. Rachunek za szaleństwo USA zapłaci Polska</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/3c6bf8f7fa7c0c5247e0e4f6b0d82beb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Obalenie ekstremistów w Iranie to marzenie wielu, ale sposób, w jaki zabrał się za to Waszyngton pod przywództwem Trumpa, po prostu przeraża. Ryzyko blokady Cieśniny Ormuz wisi w powietrzu, a to oznacza jedno: potężny cios w polską gospodarkę i drenaż naszych portfeli z każdym wyjściem do marketu.

Kiedy izraelskie i amerykańskie bomby uderzały jedna po drugiej w Teheran i irańskie instalacje, nie miałem w sobie euforii, ale drzemała we mnie cicha nadzieja. Nadzieja, że ten piękny kraj ze wspaniałymi ludźmi będzie miał wreszcie szansę się odrodzić. Czas szybko pokazał, jak bardzo byłem naiwny. 
Każdy upływający dzień to dowód na to, że USA z administracją Donalda Trumpa na czele nie mają zielonego pojęcia, co zrobili, dlaczego to zrobili i co właściwie chcą osiągnąć. A to bardzo złe wieści. Również dla nas, dla Polski.
Atak USA na Iran. Miało być zwycięstwo, jest chaos
Reżim ajatollahów w Iranie powinien upaść, co do tego chyba nikt z nas nie ma wątpliwości. Wyobraźcie sobie sytuację, gdy na czele potężnego kraju stoi organizacja skrajnych fundamentalistów religijnych – takich Grzegorzów Braunów podniesionych do sześcianu. 
Ta fanatyczna organizacja ma własną armię, policję i imperium biznesowe w jednym (Korpus Strażników Rewolucji), decyduje o składzie władz państwa i arbitralnie akceptuje kandydatów do jakichkolwiek wyborów. Tam nawet w głosowaniu lokalnym nie wystartuje nikt, kto nie dostanie glejtu od religijnego reżimu.
Mamy więc państwo, nad którym góruje nieponosząca żadnej odpowiedzialności za swoje czyny kasta ludzi o wątpliwej poczytalności, niekierująca się zdrowym rozsądkiem, strzelająca do własnych obywateli na ulicach. 
I to wszystko dzieje się w Iranie – dawnej Persji, perle Bliskiego Wschodu, kraju olbrzymim, zjawiskowo pięknym, będącym niegdysiejszym źródłem nauki i mądrości. Nic dziwnego, że na Iran ze złością patrzą inne państwa regionu, nawet te, które delikatnie mówiąc, niespecjalnie lubią się z Izraelem czy USA.
Z moralnego i strategicznego punktu widzenia, uderzenie w reżim było słuszne. Ale czy zrobiono to dobrze? Gdzie tam. Akcja została koncertowo spaprana.
Trump rozpętał wojnę bez żadnego trybu. Jakoś to będzie? Niestety nie
Świat z przerażeniem słucha teraz chaotycznych komunikatów administracji Trumpa. Jedni doradcy mówią, że prezydent ma plan. Jaki? Świetny! Bo przecież jest "genialnym strategiem". Inni doradcy, w chwilach szczerości, przyznają, że USA zostały namówione do ataku przez Izrael. Są jeszcze tacy ludzie Trumpa, którzy z kamiennymi twarzami próbują nas przekonywać, że to właściwie Iran sprowokował USA do uderzenia wyprzedzającego. 
Co dalej? "No, może uzbroimy Kurdów" – słyszymy z Waszyngtonu. A że to absolutnie rozwścieczy Turcję (kraj NATO!), która z Kurdami walczy na śmierć i życie? Oj tam, oj tam, jakoś to będzie.
Nie, nie będzie. Historia najnowsza uczy nas, że "jakoś" na Bliskim Wschodzie zawsze kończy się tragedią. Prezydent George W. Bush zapłacił gigantyczną cenę za swoją nieudaną awanturę w Iraku, który do dziś nie podniósł się ze zgliszcz i jest państwem o krok od upadku. Poprzednik Trumpa, prezydent Joe Biden, drogo zapłacił za chaotyczne, paniczne wycofanie wojsk z Afganistanu, który znów wpadł w łapy talibów i tonie w biedzie oraz terrorze.
Trump podąża tą samą drogą. Właśnie wychodzi na jaw, że on po prostu nie wie, co dalej robić. Być może amerykański wywiad, jeszcze nie do końca opanowany przez jego ludzi, ma jakieś pojęcie o sytuacji i działa niezależnie. Ale analitycy wiedzą, że próba narzucenia władz Iranowi przez USA źle się skończy, bo w innych państwach zawsze źle się kończyła. Że de facto będzie to cofnięcie się do sytuacji sprzed kilkudziesięciu lat.
Wtedy zainstalowanie na szczycie kontrolowanego przez Zachód człowieka skończyło się rewolucją. Irańczycy są dumni i doskonale pamiętają to upokorzenie. A obecny aparat władzy ma jeszcze dość napędzanych fanatyczną religią psychopatów z karabinami, by uniemożliwiać demokratyzację kraju.
Kto zapłaci za wojnę USA? Pan zapłaci, pani zapłaci, Polska zapłaci
Teraz sytuacja w Iranie zaczyna przypominać wrzodziejący czyrak na mapie świata. I jeśli myślicie, że to tylko problem z wieczornych wiadomości, jesteście w ogromnym błędzie. Brak amerykańskiego planu na "dzień po" uderza rykoszetem w polską gospodarkę, a więc w nas wszystkich.
Geopolityczna niewiadoma to najgorszy z możliwych scenariuszy dla rynków, który już teraz wywołuje efekt domina. Za amerykański chaos zapłacimy my wszyscy. W jaki sposób?
Iran kontroluje Cieśninę Ormuz. Przez to "wąskie gardło" przepływa każdego dnia około 20 proc. światowego zapotrzebowania na ropę naftową (ponad 20 milionów baryłek dziennie). Jeśli desperackie działania upadającego reżimu zablokują ten szlak, rynki wpadną w histerię. Cena ropy Brent może wystrzelić w kosmos, a to oznacza, że zapowiadane przez pesymistów scenariusze diesla po 8 czy 9 złotych za litr nagle staną się bardzo bolesną rzeczywistością.
I już nie o samo paliwo chodzi. Z ropy robi się przecież plastik, gumę, asfalty, smary. Jest ona surowcem do wyrobu kosmetyków, leków i nawozów sztucznych. I już nie o samą ropę chodzi. W razie czego przypominam: ropy nam nie zabraknie, Polska jest pod tym względem bezpieczna. Ale ceny mogą pójść w górę, bo przez zamieszanie ktoś postanowi robić na niej świetny interes. I powtarzam: nie ma sensu robić najazdu na stacje paliw, bo w ten sposób sami napędzimy ceny. Trzeba okiełznać strach, by się nie urzeczywistnił.
Mówiąc wprost: jak zdrożeje ropa, to podrożeje transport. Z automatu wrosną koszty produkcji i dystrybucji wszystkiego – od chleba i masła, po cegły i usługi. Nasz z trudem wypracowywany spadek inflacji może zostać brutalnie zatrzymany, a ceny w sklepach znów zaczną pustoszyć nasze konta i portfele.
W tym tygodniu Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe. To wspaniała wiadomość dla kredytobiorców. Niestety w tym samym czasie okazało się, że trumpistowskie USA nie mają żadnego planu na Iran. Teraz członkowie RPP mogą z niepokojem myśleć o decyzji, którą podjęli. Kolejne posiedzenia będą upływały pod znakiem nerwowego wetrowania dokumentów i prognoz.
Jeśli sytuacja się nie zmieni, a chaos będzie trwał, zapomnijmy o tańszych kredytach. To bezpośrednia konsekwencja powrotu inflacji. Jeśli ceny zaczną rosnąć z powodu bliskowschodniego szoku, Rada Polityki Pieniężnej będzie miała związane ręce. Przy obecnej stopie referencyjnej wynoszącej 4,00 proc., marzenia setek tysięcy polskich rodzin o wyraźnym spadku rat kredytów hipotecznych zostaną pogrzebane. Koszt pieniądza pozostanie wysoki.
W czasach globalnej zawieruchy inwestorzy wpadają w panikę. Uciekają od walut tzw. rynków wschodzących (czyli pozbywają się polskiego złotego) i kupują "bezpieczne przystanie" – złoto i dolary amerykańskie. Kurs dolara rośnie, a za nim idą ceny elektroniki, samochodów i absolutnie wszystkiego, co sprowadzamy z zagranicy.
To, co miało być chirurgicznym cięciem uwalniającym świat od reżimu ajatollahów, z powodu braku długofalowej strategii administracji Trumpa zamienia się w globalny pożar. A my, stojąc tysiące kilometrów dalej, już zaczynamy płacić za to rachunek przy każdej wizycie w sklepie i na stacji benzynowej.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/3c6bf8f7fa7c0c5247e0e4f6b0d82beb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/3c6bf8f7fa7c0c5247e0e4f6b0d82beb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wrzodziejący czyrak na mapie świata. Brak planu USA w Iranie uderzy w portfel każdego Polaka</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/220852,nawrocki-kontra-nowrocky-w-sprawie-koszulki-prezydent-kreci-jak-z-kawalerka</guid><link>https://innpoland.pl/220852,nawrocki-kontra-nowrocky-w-sprawie-koszulki-prezydent-kreci-jak-z-kawalerka</link><pubDate>Tue, 17 Feb 2026 12:29:34 +0100</pubDate><title>Nawrocki kontra Nowrocky. W sprawie koszulki prezydent kręci jak z kawalerką</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/43bcb8e5ef93da10c96136023e0c8c40,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wiecie, że Nawrocki wcale nie reklamował ubrań marki "Nowrocky" produkowanych przez jego siostrę? Wcale. On po prostu chciał się ubrać luźniej na spotkanie ze sportowcami, ale pechowo nie wziął dresów. No po prostu zapomniał spakować walizki. Biedaczysko musiał pożyczyć koszulkę od fotografa, bo inaczej wystąpiłby nago. Rozumiecie? Od obcego w sumie faceta. Mam tylko nadzieję, że nie przepoconą.

W sumie to cała sprawa byłaby śmieszna, gdyby Nawrocki powiedział "Macie rację, popełniłem błąd, przepraszam". Ale natura drobnego geszefciarza zwyciężyła i wielce szanowny pan prezydent wymyślił najgłupsze tłumaczenie, jakie mógł. Biedny pożyczył koszulkę od fotografa. Faceta o innym wzroście i wymiarach.
Brzmi jak scenariusz kiepskiej komedii, ale to oficjalne tłumaczenie głowy państwa. Czas zapytać wprost: czy ktoś tu robi z nas idiotów? Ba, czy ktoś myśli, że stara zagrywka "jak cię złapią za rękę, mów, że to nie twoja ręka" znów zadziała?
Nawrocki rzekomo nie miał swojej koszulki, więc założył cudzą
Ja tam może się nie znam, ale jak jadę gdzieś w podróż służbową, to biorę jakieś ubrania na zapas. I na ogół mieszczą się w plecaku i kabinówce, bo ja nie mam prywatno-państwowego odrzutowca do dyspozycji. A prezydent ma i ubrań nie wziął. Czy ja tylko mam takie wrażenie, czy ktoś usiłuje robić z logiki kurtyzanę?
– Akurat włożyłem tę koszulkę. Gdyby mój fotograf Mikołaj Bujak miał inną, to pewnie włożyłbym inną. Natomiast pożyczyłem od niego t-shirt i czapeczkę, bo miał akurat taką, a ja miałem stroje oficjalne. Gdyby to była inna marka, ale polska, to włożyłbym inną. Włożyłem tę – mówił prezydent Karol Nawrocki w Polsat News.
Trochę siara, że lokator Pałacu Prezydenckiego nie ma ze sobą jakiejś koszulki na zmianę. I czapki. Mam taką radę: następnym razem może pożyczy coś od funkcjonariuszy SOP, oni powinni mieć odpowiedni rozmiar i może bez jakichś obciachowych haseł i chomików.
Głowa państwa to nie influencer na Instagramie, który musi oznaczać marki w postach barterowych. Prezydent reprezentuje majestat Rzeczypospolitej, a nie rodzinny biznesik tekstylny. Wyobraźcie sobie kanclerza Niemiec, który na szczycie NATO wyskakuje w czapce z daszkiem promowanej przez szwagra. Albo prezydenta Francji w bluzie z logo winnicy wujka. Brzmi jak skecz Monty Pythona? U nas to rzeczywistość.
Poza tym to przecież to absurd z punktu widzenia bezpieczeństwa! Prezydent zakłada na siebie niesprawdzoną odzież od osoby trzeciej? SOP chyba spał, gdy prezydent wymieniał się garderobą z fotografem. Procedury? Jakie procedury? Ważne, żeby "look" się zgadzał. Może następnym razem Nawrocki pożyczy buty od przypadkowego przechodnia, bo go cisną?
Nawrocki "wyjaśnia" sprawę koszulki Nowrocky. Co tłumaczenie, to głupsze
Ale żarty na bok. Bo mamy tu, w całkowicie drobnej sprawie, kalkę z sytuacji ze słynną kawalerką pana Jerzego, którą sprytnie przejął polityk wspierany przez PiS. Pamiętacie jego tłumaczenia w sprawie mieszkania? Teraz mamy powtórkę z rozrywki, tylko zamiast metrów kwadratowych, tematem są bawełniane koszulki. Schemat ten sam: zaprzeczanie, głupie wymówki i udawanie, że deszcz pada, gdy ktoś pluje nam w twarz. Prezydent znów testuje, ile kitu jesteśmy w stanie przełknąć.
Najpierw Nawrocki milczy, potem się wypiera, potem wymyśla coraz głupsze tłumaczenia i przekonuje, że wszystko jest w porządku. A przecież wiemy, że nie jest. Natury nie oszukasz, ludzi możesz próbować. Ale i tak wszyscy wiedzą, że to gigantyczna ściema, podlewana kolejnymi wersjami łgarstw i oburzenia.
Nawrocki przez całą kampanię dumnie paradował w swoim tzw. merchu. W sieci są dosłownie tysiące jego zdjęć w ciuchach z hasłem "Nowrocky". W takich samych koszulkach, bluzach i czapeczkach zasuwał cały jego sztab, grono popleczników i małżonka. Są na to dowody w postaci tysięcy zdjęć. Problem polega na tym, że podczas kampanii te ubrania mógł po prostu kupić jego sztab. A dziś facet jest prezydentem kraju i nie wiadomo, kto czerpie korzyści ze sprzedaży tych ubranek.
I pal licho ich przaśność i wątpliwą urodę. Każdy ma prawo chodzić w czym chce. Tyle że jeśli ubrania produkuje rodzina Nawrockiego (a mamy mocne przesłanki ku temu, by tak podejrzewać), że jeśli są one promowane zdjęciami prezydenta (oficjalnymi) i nie wiemy czy on sam czerpie z tego korzyści, to taki proceder powinien być dogłębnie wyjaśniony.
Metka Adidasa gryzie Nawrockiego w kark?
"Będę sobie chodził, w czym mam ochotę, zawsze w polskiej marce" – mówi Nawrocki. I niech sobie chodzi, byle to wszystko było legitne. A nie jest, bo jeśli siostra Nawrockiego robi mu ciuchy i na tym zarabia, to coś tu nie gra. I dalej: jeśli prezydent promuje ubrania, które robi jego siostra, to coś nie gra jeszcze bardziej.
Oczywiście wszyscy doskonale wiemy, że Nawrocki mógłby się ubrać w taki sam strój, jak polscy sportowcy na igrzyskach. No ale tego nie założy, bo metka niemieckiego Adidasa za bardzo by go gryzła w kark. Normalnie dostałby od tego wysypki. No i jego elektorat zjadłby go za niemiecką metkę na napęczniałej klatce piersiowej. A może zażądałby od Niemiec całego Adidasa w ramach reparacji wojennych.
"Będę chodził w czym chcę" – mówi prezydent. I ma rację, o ile nie zamienia urzędu w słup reklamowy dla handlu prowadzonego przez krewnych. Sprawa "pożyczonej koszulki" to nie tylko modowa wpadka, to dowód na to, że mentalność drobnego kombinatora wciąż ma się w Polsce świetnie. Nawet na najwyższym szczeblu władzy.
Kiedyś nie widział problemu w ubraniach zagranicznych marek. Bez problemu znajduję jego zdjęcia w koszulkach różnych firm. A nawet film, jak ćwiczy w różowych spodenkach, dumnie prezentując swoje tatuaże na plecach.

                    
                        
                    
                Miał być mąż stanu, a wyszedł nam influencer promujący rodzinny stragan. Tłumaczenia prezydenta Nawrockiego w sprawie ubrań marki "Nowrocky" obrażają inteligencję wyborców. Zamiast "przepraszam", słyszymy bajki o pożyczaniu ciuchów od obsługi. Problem w tym, że te bajki mają bardzo konkretną cenę, którą płacimy wizerunkiem państwa. Bo zamiast męża stanu mamy akwizytora, który nawet nie potrafi sprawnie kłamać.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/43bcb8e5ef93da10c96136023e0c8c40,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/43bcb8e5ef93da10c96136023e0c8c40,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Nawrocki: Pożyczyłem koszulkę od fotografa. Tłumaczenia jak ze sprawy kawalerki</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/220315,awantura-trump-czarzasty-rose-tusk</guid><link>https://innpoland.pl/220315,awantura-trump-czarzasty-rose-tusk</link><pubDate>Fri, 06 Feb 2026 11:23:35 +0100</pubDate><title>Trump się obraził, Tusk się wściekł. Mamy drżeć o bezpieczeństwo czy kupić popcorn?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/53b22414c440cadfb7298a328635ea10,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wniosek o Nobla dla Trumpa w polskim Sejmie brzmiał jak żart, ale foch ambasadora USA jest śmiertelnie poważny. Mamy do czynienia z dyplomatycznym kuriozum, w którym urażona dumna mocarstwa zderza się z suwerenną asertywnością rządu Tuska. Choć prawica wieszczy koniec sojuszu, prawda jest bardziej prozaiczna: czołgi będą jeździć, gaz płynąć, a Tom Rose właśnie udowodnił, że do dyplomacji po prostu się nie nadaje.

Wydawać by się mogło, że afera z udziałem marszałka Czarzastego i ambasadora Rose’a pogrzebała właśnie lata mozolnego budowania mostów dyplomatycznych i gospodarczych ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki. Tak naprawę cała sprawa jest raczej śmieszna i tragiczna, niż poważna i brzemienna w skutki.
Moim zdaniem awantura może jeszcze przybrać na sile, ale tylko na moment. Nikt nie czerpie z niej korzyści. Zarówno Rose, jak i Tusk czy Czarzasty poza ciskaniem w siebie gromów podkreślają, że stosunki polsko-amerykańskie są dobre i oba narody żyją w przyjaźni. Tak naprawdę USA poza zrobieniem awantury i jakimiś niejasnymi groźbami nie zrobią Polsce nic. Bo nie mają w tym interesu, ucierpiało jedynie ego Trumpa. Rose musi go bronić, bo za to dostaje pieniądze.
Wszyscy wiedzą, jak bardzo nieobliczalny i humorzasty jest Trump, ale trzeba zauważyć, że amerykańska dyplomacja od dawna mocno rozdzielała sprawy gospodarcze od politycznych. 
Owszem, lubi wywierać gospodarczy nacisk, ale nigdy nie pozwala, by amerykańskim firmom stała się krzywda. Dlaczego? Bo przedsiębiorcy to sponsorzy polityków. Inwestorzy z USA mają w Polsce sporo interesów i z pewnością woleliby ich nie tracić z powodu małostkowej awantury dyplomaty-amatora i niestabilnego emocjonalnie prezydenta.
Awantura Trump – Czarzasty. Gdzie USA mogą nas nacisnąć, by zabolało?
Mimo wszystko Amerykanie mają kilka ewentualnych punktów nacisku gospodarczo-ekonomicznego na Polskę. O co może chodzić? 
Dyplomacja lubi ciszę, ale pieniądze lubią spokój. Kiedy ambasador największego mocarstwa i gwaranta bezpieczeństwa Polski wchodzi w otwarte zwarcie z premierem i marszałkiem Sejmu, rynki finansowe zaczynają nasłuchiwać.
Czy polityczna pyskówka może zamienić się w gospodarcze sankcje? Oto cztery obszary, gdzie Polska może odczuć skutki tego konfliktu. Sęk w tym, że równie mocno ucierpiałyby na tym amerykańskie firmy, więc scenariusz jest mało realny.
1. Atomowy szantaż? Projekt Westinghouse pod lupą
Największym wspólnym interesem gospodarczym Polski i USA jest budowa elektrowni jądrowej na Pomorzu w technologii Westinghouse. To projekt wart dziesiątki miliardów dolarów. 
W skrajnym scenariuszu amerykańska administracja (rękami ambasadora) może spowalniać procesy decyzyjne dotyczące finansowania dłużnego (Exim Bank) lub transferu technologii, używając atomu jako lewara politycznego, by wymusić na rządzie Tuska ustępstwa w innych obszarach (np. w kwestiach światopoglądowych czy medialnych, które mogą nie podobać się Republikanom).
Zerwanie umowy jest mało prawdopodobne (to zysk dla USA), ale opóźnienia i "problemy proceduralne" mogą stać się narzędziem nacisku. Słowem: Amerykanie mogą piętrzyć trudności i opóźniać inwestycję.
2. Dostawy F-35 i Abramsów a "lojalność"
Polska jest jednym z najlepszych klientów amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego. Konflikt dyplomatyczny rzadko zatrzymuje sprzedaż broni (bo to czysty biznes dla USA), ale może wpłynąć na tzw. "kolejkowanie".
Ambasador Rose może sugerować Waszyngtonowi, że w obliczu "niestabilności politycznej" w Polsce (jak może określać rządy koalicji KO-Lewica), priorytet w dostawach sprzętu czy amunicji powinny mieć inne kraje.
Dla rządu Tuska byłby to cios wizerunkowy w kontekście bezpieczeństwa, choć realnie kontrakty są zbyt mocno "zabetonowane", by je zerwać z dnia na dzień.
3. Klimat inwestycyjny i "efekt mrożący"
Kapitał ma narodowość, a wielkie fundusze inwestycyjne z USA (BlackRock, Vanguard itp.) pilnie czytają raporty Departamentu Stanu.
Jeśli ambasador Rose zacznie publicznie podważać praworządność działań rządu Tuska (np. w kontekście zmian w mediach czy spółkach, używając narracji, że "naruszane są interesy amerykańskich firm"), może to wysłać sygnał ostrzegawczy do inwestorów. "Polska to ryzykowny rynek" – taka łatka kosztuje miliardy w niewykonanych inwestycjach (FDI).
To najbardziej realne i bolesne zagrożenie. Awantura z Czarzastym może być odebrana jako sygnał, że Polska skręca w stronę nieprzewidywalności. Ale inwestorzy widzą też, że najbardziej nieprzewidywalnym elementem tej układanki jest przecież prezydent Trump.
4. Kurs złotego i premia za ryzyko
Rynki walutowe reagują nerwowo na konflikty wewnątrz NATO. Otwarta wojna rządu w Warszawie z wysłannikiem Waszyngtonu to sygnał osłabienia sojuszu.
W momentach eskalacji słownych (np. ostre wpisy ambasadora vs riposty Czarzastego) możemy obserwować osłabienie złotego względem dolara i euro. Inwestorzy mogą wyceniać wyższą "premię za ryzyko geopolityczne". Ale to też nie pierwsza taka awantura z udziałem ludzi Trumpa. I niestety nie ostatnia.
Ten polityczny teatrzyk nikomu się nie opłaca
Mimo ostrej retoryki, Ameryka pod rządami Republikanów wciąż kieruje się pragmatyzmem biznesowym. Tom Rose jako ambasador może być "jastrzębiem" w mediach, ale USA nie zrezygnują z zarabiania na Polsce.
Największym zagrożeniem nie są sankcje, ale utrata zaufania. Jeśli Waszyngton uzna rząd Tuska za "wrogi ideologicznie" (a spór z Czarzastym może być tego katalizatorem), Polska może wypaść z kręgu uprzywilejowanych partnerów przy transferze najnowszych technologii czy inwestycji w AI, które popłyną np. do Rumunii czy Niemiec.
O co chodzi w awanturze Rose z Tuskiem i Czarzastym?
Zacznijmy od początku: wczoraj, po dwóch dniach od oświadczenia marszałka Włodzimierza Czarzastego (o nim za chwilę) odpalił się (mówiąc językiem niedyplomatycznym) ambasador USA Tom Rose. 
W dużym skrócie: stwierdził, że on zrywa stosunki dyplomatyczne z Czarzastym, bo on obraził Trumpa. Nie wiadomo wszakże, czy te stosunki zrywa Tom Rose i nie zaprosi marszałka na imprezę i nie wyśle mu kartki na święta, czy to USA zrywają ze wszelkimi kontaktami z drugą osobą w państwie.
Takie oświadczenie to dyplomatyczne kuriozum. Widać, że Rose dostał od szefostwa polecenie zdecydowanej, acz nie psującej całości stosunków reakcji na oświadczenie Czarzastego.
A czym zawinił Rose’owi Czarzasty? Otóż oświadczył, że Trump jest niewiarygodnym partnerem dla Europy i nagroda Nobla mu się po prostu nie należy. A to była reakcja na niezwykle osobliwy wniosek, jaki wpłynął do jego marszałkowskiej laski. 
Kilka dni temu o takie wsparcie zaapelowali przewodniczący Izby Reprezentantów USA i Knesetu, dołączając gotowiec tekstu do wysłania do komitetu noblowskiego w Norwegii. Takie kuriozum dostali też przedstawiciele władzy w innych państwach – to ważne dla całej sprawy.

                    
                        
                    
                Słowa Rose’a skrytykował już ostro premier Tusk mówiąc, że nie będzie go ambasador pouczał, a ten odpisał, że to chyba pomyłka i powinien te słowa skierować do Czarzastego. A potem pan ambasador zaczął wdawać się w słowne potyczki z internautami. Na początku było groźnie, wyszło śmiesznie.
Ale co to oznacza dla nas, Polaków?
Tak naprawdę niewiele. Trwa polityczna wojna, więc PiS twierdzi, że władza rujnuje stosunki z USA. Prawda jest taka, że ambasador Rose zrobił coś dziwnego i niemądrego: zaczął pouczać i łajać władze suwerennego niezależnego kraju. Coś takiego w poważnej polityce międzynarodowej nie uchodzi. Nie zdziwię się, jeśli zostanie wezwany do premiera na tzw. dywanik i dostanie lekcję pokory.
Druga sprawa: ambasador Rose na początku próbował nie zepsuć stosunków z Polską, podkreślając wielokrotnie, że współpraca kwitnie. Widać więc, że dostał polecenie reakcji, ale bez przesady. 
Takie polecenie z pewnością wyszło z Białego Domu, bo równocześnie uaktywnili się przedstawiciele USA w innych krajach. Mamy więc typowy przykład małostkowości Trumpa, który bardzo chciałby zabawkę Nobla, ale nikt mu go nie chce dać. Więc się obraża, awanturuje, straszy i grozi.
Dla ogółu stosunków polsko-amerykańskich nie znaczy to nic. One zawsze mogą być gorsze, zawsze mogą być lepsze. Nie spowoduje to, że Amerykanie zawieszą np. pomoc wojskową (choć ambasador Rose również do takich gróźb się posunął).
Tom Rose nie jest zawodowym dyplomatą, dramatycznie nie zna się na tej robocie, co właśnie udowodnił. Łajanie drugiej osoby w państwie (bo taką formalnie jest marszałek Sejmu) i premiera mogło w Polsce uchodził płazem w PRL i ze strony radzieckich dygnitarzy. Ale nie w XXI wieku.
I to właśnie Rose ma najwięcej do stracenia, bo może zapłacić stanowiskiem za swoją awanturkę. Takie głosy pojawiają się już nie tylko w Polsce, ale i Waszyngtonie. Pozycja Trumpa w USA słabnie, rośnie mu grupa przeciwników nawet w łonie jego partii.
Tak naprawdę nie powinniśmy się przejmować tą sprawą. Trump to chimeryczny atencjusz, więc jutro wywoła nową awanturę z równie absurdalnego powodu. Ale samoloty i czołgi nadal będzie nam sprzedawał. Współpraca gospodarcza będzie dalej się jakoś układać, z tym zastrzeżeniem, że Trump nie myśli o Polsce, ale o całej Europie. I on faktycznie chce ją osłabić, bo tak sobie wymyślił. Tu Czarzasty, którego można lubić, można nie lubić, nawet nie wyraził swojej opinii, ale stwierdził po prostu fakt.
Jeśli chodzi o politykę wewnętrzną, to nie sądzę, by bronienie Rose’a komukolwiek politycznie się opłaciło. Polacy lubią Amerykanów, ale nie przepadają za namiestnikami, łajaniem i pouczaniem – pełno na to przykładów w naszej historii. Prawica już to zresztą zauważyła i nie tyle broni Rose’a, co próbuje uderzać w Tuska i Czarzastego.
"Polska jest jednym z najbardziej proamerykańskich krajów Europy i kluczowym sojusznikiem w NATO, jednak niestabilna polityka Trumpa zmienia poglądy. Niedawne badanie wykazało, że 72 proc. Polaków ocenia politykę Trumpa negatywnie, a tylko 28 proc. pozytywnie" – przytomnie zauważa portal Politico. Zachowanie Trumpa i Rose’a jest więc problemem głównie dla polskiej prawicy bardzo niesuwerennie wpatrzonej w amerykańskiego prezydenta jak w słoneczko.
Czasy, gdy obce mocarstwa mogły bezkarnie łajać polskiego premiera, skończyły się w poprzednim stuleciu. Ambasador USA, próbując "ustawiać" Donalda Tuska i Włodzimierza Czarzastego, popełnił koszmarny błąd. Pouczanie sojusznika może skończyć się dla Rose'a dywanikiem w Departamencie Stanu, a nie zmianą polityki w Warszawie.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/53b22414c440cadfb7298a328635ea10,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/53b22414c440cadfb7298a328635ea10,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Trump się obraził, Tusk się wściekł. Mamy drżeć o bezpieczeństwo czy kupić popcorn?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/219760,polska-6-gospodarka-ue-ale-nasze-firmy-to-karly-szklany-sufit-jest-nizej-niz-myslisz</guid><link>https://innpoland.pl/219760,polska-6-gospodarka-ue-ale-nasze-firmy-to-karly-szklany-sufit-jest-nizej-niz-myslisz</link><pubDate>Tue, 27 Jan 2026 06:00:02 +0100</pubDate><title>Polska 6. gospodarką UE, ale nasze firmy to karły. Szklany sufit jest niżej, niż myślisz</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/49d3db865735f7e947e9230826589fec,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kiedy w ostatnim czasie znowu wróciła dyskusja o połączeniu banków Pekao SA i PKO BP (a może i Alior Banku, który należy w dużej części do… Pekao SA), wróciły również głosy o monopolizacji rynku.

Kiedy w ostatnim czasie znowu wróciła dyskusja o połączeniu banków Pekao SA i PKO BP (a może i Alior Banku, który należy w dużej części do… Pekao SA), wróciły również głosy o monopolizacji rynku.
Widmo "monopolu", które wraca jak bumerang
Głos ten dało się słyszeć przy innych okazjach. Czy to przejęciu Lotosu czy PGNiG przez Orlen, czy nawet przy… budowie CPK. Tak, CPK miał monopolizować transport lotniczy w Polsce. Byli też i tacy którzy krytykowali próbę przejęcia spółki Condor przez LOT w przeddzień COVID-u. To też według niektórych miało skutkować gorszą, bo "monopolistyczną" ofertą LOT-u w Polsce.
Głosy te to niestety często echa dawnego świata, w którym to polskie firmy konkurowały z polskimi firmami celem zdobycia pozycji na polskim rynku. Te czasy już dawno za nami, a szklany sufit organicznego rozwoju jest niżej niż można by przypuszczać.
Cofnijmy się w czasie i wróćmy do sprawy przejęcia Lotosu przez Orlen. Sprawa ta budziła politycznie dużo kontrowersji, jednak z praktycznego punktu widzenia jedyną wadą tego rozwiązania było to, że zrobiono to… zbyt późno.
To właśnie dlatego ten proces wymagał pewnych ustępstw i zrobienia kroku w tył, czyli sprzedania części stacji Lotosu. Oczywiście temat rozgrzany politycznie szybko wyrwał się poza merytoryczną dyskusję, natomiast nie ma żadnych wątpliwości, że był to krok potrzebny.
Tzw. branża oil & gas od lat dąży do maksymalnej konsolidacji, gdzie fuzje i przejęcia o wartościach rzędu 50 miliardów nie są niczym dziwnym. Tylko w 5 ostatnich latach wartość przejęć i fuzji w tej branży przekroczyła 200 miliardów dolarów. 
Czy na tam skonsolidowanym rynku Lotos mógł się utrzymać? Oczywiście, że nie. Mała firma, z jedną rafinerią, bez potencjału na ekspansję zagraniczną, raczej wcześniej niż później, stałaby się celem przejęcia. W Polsce przejąć mógł ich tylko Orlen. Było to de facto ratowanie potencjału rafineryjnego w dobie (bardzo kosztownej) transformacji energetycznej.
Po co powstał "Wielki Orlen"
Krok w tył, czyli sprzedaż części stacji firmie MOL, oraz 30 proc. w 1 z 7 rafinerii Orlenu (a nie 30 proc. w całym Lotosie, co jest popularnym mitem), był akceptowalnym kosztem. Polski rynek jest już dla Orlenu (szczególnie w handlu detalicznym ropą) przesycony i jedyna szansa rozwoju to ekspansja zagraniczna. 
To właśnie po to "Wielki Orlen" powstał, przez przejęcie Energi, PGNiG i Lotosu. Dzięki temu udało się wejść na rynek węgierski (przez przejęcie stacji MOL-u) oraz austriacki (przez przejęcie stacji Turmöl). Żałować można tylko, że obecny zarząd wprost zapowiedział wycofanie się z dalszej ekspansji zagranicznej, pomimo pojawiających się okazji. 
Poprzedni zarząd Orlenu nie ukrywał, że kolejnym celem miała być próba przejęcia… austriackiego rywala: OMV. OMV, który jeszcze parę lat temu był firmą bogatszą od Orlenu.
Cieszyć można się jednak z tego, że rynek państwowych spółek z tego obszaru przemysłu został częściowo skonsolidowany. Nawet mimo tego, Orlen to dopiero 50 największa firma w Europie, pomimo tego, że jesteśmy 6 gospodarką UE. 
Bez tych fuzji i rozwoju, nie byłaby nawet w pierwszej setce. Byłaby to dla tej firmy tragedia w perspektywie gigantycznych wyzwań finansowych przy rozwoju energii odnawialnej i rosnących kosztów wydobycia gazu i ropy.
O ile problem ten częściowo udało się rozwiązać w Polskiej Grupie Zbrojeniowej, przez konsolidację pod jednym parasolem kilkudziesięciu spółek, tak polski system bankowy nadal pozostaje w sytuacji patologicznej.
Rynek bankowy w Europie jest bardzo rozwinięty, nawet jeśli stanowi tylko marną konkurencję dla systemu amerykańskiego. Nie da się tutaj na poważnie mówić o ryzyku monopolu w Polsce, kiedy do wejścia do Polski szykują się coraz to kolejne banki typu uniwersalnego. W tym, co zabawne, również bank węgierski. 
Tymczasem Skarb Państwa posiada udziały w 4 instytucjach finansowych, gdzie chaos jest nawet bardziej zabawny niż w PGZ. 
Państwowe banki: duże w Polsce, małe w Europie
Otóż głównym udziałowcem banku Pekao jest… firma ubezpieczeniowa PZU, która posiada tam 20 proc. udziałów. 
To samo PZU posiada 32 proc. akcji w banku Alior. Obecnie trwają prace, aby postawić to wszystko na logicznych fundamentach: rząd chce doprowadzić do sytuacji, kiedy to bank Pekao jest właścicielem PZU, a nie odwrotnie. Los Aliora dalej pozostaje niewiadomą. Natomiast Bank Pocztowy to również całkowita kontrola przez kapitał państwowy.
Żeby było śmieszniej, albo też, straszniej, ani Pekao, ani PKO BP, nie planują ekspansji zagranicznej. Jest to poniekąd oczywiste, bo oba te banki to w skali Europy banki… małe. Wbrew krzykom jak to rośnie państwowy monopol bankowy, mówimy o dosyć biednych instytucjach finansowych. 
Aby pokazać skalę: po połączeniu banku Pekao, PKO BP, Alior i Bank Pocztowy, uzyskalibyśmy… mniej więcej 25 największy bank w Europie. Obecnie nawet PKO BP, największy bank w Polsce, plasuje się gdzieś w 4. dziesiątce. Absurdalny wynik jak na kraj tak bogaty jak Polska.
Co gorsza, przez brak środków na ekspansję zagraniczną, zarządy obu banków ogłosiły strategię wedle której klientów zamierzają szukać tam… gdzie silny jest drugi państwowy konkurent. Czyli będą nawzajem kanibalizować rynek. Czy może być coś lepszego niż konkurencja wewnętrzna państwowych spółek?
Natomiast czy można mówić o monopolu kiedy nawet połączone banki odpowiadałyby za 40 proc. aktywów bankowych w Polsce? Z perspektywą wejścia na polski rynek kolejnych dużych banków?
Żeby nie być gołosłownym co do losów polskich banków. Tylko PKO BP funkcjonuje na innym rynku poza Polską w segmencie detalicznym. KredoBank na Ukrainie jest jednak poza pierwszą dziesiątką największych banków. 
Co więcej w 2024 głośna była historia, kiedy na spotkanie z premierem Tuskiem przyjechała premier Łotwy, prosząc wręcz o kupno banku Luminor, który posiada silną pozycję na Litwie, Łotwie i Estonii. Na nic nie zdały się też apele szefa Banku Litwy i litewskiego ministra finansów, którzy apelowali o większe zaangażowanie kapitałowe Polski. 
Przez rozbicie dzielnicowe polskich banków, nie mają one kapitału na zakup banku wartego skromne 2 mld euro. Chętny jednak był. Tutaj jednak ci sami politycy interweniowali, aby sprzedaż zablokować. Zakupu chciał bowiem dokonać bank… węgierski: OTP Bank. Zresztą bank bardzo agresywny w przejęciach i ekspansji, który planuje wejść również na rynek… polski. Jak widać, niektórzy patrzą trochę dalej, nawet jak są z dużo mniejszych krajów.
Granice wzrostu organicznego
Po co ten przydługi wstęp? Po to, aby pokazać, że polskie "czempiony" osiągnęły granice rozwoju organicznego. O ile jeszcze Orlen można uznać za firmę dosyć ekspansyjną (7 rynków w Europie), tak LOT, PGZ czy Pekao/PKOBP docierają do granicy organicznego rozwoju.
Po pierwsze: "time to market". Jest to, kolokwialnie mówiąc, pojęcie które oznacza czas od rozpoczęcia jakiejś inicjatywy produktowej do jej debiutu na rynku i dostępu dla konsumentów. Rozwój organiczny oznacza więc budowanie od zera absolutnie wszystkiego. Trzeba zbudować struktury, znaleźć ludzi, wyszkolić ich, zbudować wartość marki i sięgnąć po klientów. A w niektórych branżach, jak bankowość i energetyka, zdobycie licencji na działalność to kolejne lata i setki milionów euro. To proces na lata, który można osiągnąć jednym szybkim przejęciem. 
Doskonałym przykładem tego jest jedna z największych polskich firm: Maspex. Ta podkrakowska firma dokonała w ostatnich latach kilkudziesięciu (!) przejęć. W tym czasie wszystkie spółki państwowe dokonały może kilku. Nie da się nie wspomnieć o nieudanych z wielu powodów próbach przejęcia Condora i Smartwing (LOT) czy Talgo (PESA). Warto tutaj dodać przykład ostatniego przejęcia dokonanego przez PESA. Niemieckie HeiterBlick, producent tramwajów, po przejęciu pozwoli natychmiastowo startować w niemieckich przetargach, o co bez powodzenia PESA starała się od lat.
Szacuje się, że to, co zajęło Orlenowi pół roku, czyli przejęcie Turmol w Austrii, przy rozwoju organicznym zajęłoby nawet kilkanaście lat.
Można też wspomnieć o firmie InPost, która skokowych wzrostów dokonuje właśnie przez przejęcia spółek logistycznych działających czy to we Francji czy w Anglii. W tym czasie spółki państwowe pozostają bierne, tracąc czas. Tracąc go nieodwracalnie, bo rynek firm do przejęcia będzie malał razem z dalszą konsolidacją. 
W rozwoju czas to pieniądz, a my ten czas marnujemy. Ekspansję zagraniczną ze swoich strategii wykreślił za obecnych rządów Pekao, PKO BP oraz Orlen. Pozostałe duże spółki nigdy nawet takich planów nie miały. Boli to szczególnie w przypadku PGZ, pompowanego gigantycznymi pieniędzmi. Kiedy spółka zajmuje się sama sobą, niemieccy, ale i czescy rywale, kupują firmy zbrojeniowe na świecie jedna za drugą.
Po drugie: prawo malejących przychodów. Na nasyconym rynku każdy nowy klient kosztuje więcej niż poprzedni. PKO BP z 12 mln klientów nie ma już gdzie rosnąć w Polsce, natomiast nie próbuje rosnąć tam gdzie ma na to miejsce: na europejskim rynku setek milionów konsumentów. Dwaj państwowi rywale walczą już tylko o to, aby odebrać sobie klienta, który i tak ma już konto. To wojna na coraz niższe marże, kiedy rynki mniej nasycone jak Rumunia czy kraje bałtyckie, czekają na ofertę, która nie nadchodzi.
To samo dotyczy Orlenu, który w poprzednim roku otworzył w Polsce bodaj jedną nową stację benzynową. Po prostu Orlen w Polsce wyczerpał limit rozwoju i bez ekspansji zagranicznej w końcu przestanie rosnąć. 
Po trzecie: siła nabywcza kapitału. Mówiąc prosto: im jesteś bogatszy, tym tańsze są dostępne dla ciebie narzędzia finansowe. Ba, nie tylko tańsze, ale i w ogóle bardziej dostępne. To dzięki fuzjom stać Orlen na wielomiliardowe inwestycje np. w farmy wiatrowe. Lotos byłby zwyczajnie zbyt biedny, aby takie inwestycje prowadzić, ale konkurowałby z Orlenem o te same zasoby, wzajemnie się wyniszczając. 
Po czwarte: synergie. Konsolidacje to oszczędności idące w miliardy złotych oraz uwolnienie zasobów na kierunki wymagające skokowego rozwoju. To również impuls rozwojowy dla procesów wewnętrznych czy systemów IT. 
Jeśli wchodzisz na nowy rynek, to musisz zmodernizować swoje systemy, przy okazji podnosząc jakość usług dotychczasowym klientom. To nie tylko cięcie etatów, działów i oddziałów, ale i akumulacja wiedzy. Liczba bardzo dobrych managerów, architektów oprogramowania czy ekspertów od bezpieczeństwa jest ograniczona. Teraz o tę wąską pulę rywalizują państwowe spółki marnując potencjał.
Po piąte: często rozwój organiczny jest po prostu niemożliwy. Nikt nie czeka w Niemczech czy Francji na nowy polski bank, który będzie od zera budował swoją obecność. Nie, ekspansja Orlenu była możliwa właśnie dzięki przejęciom i utrzymaniu marek takich jak Star w Niemczech czy Turmol w Austrii. O ile oczywiście przejęcia oznaczają szereg ryzyk, to na ogół rozwój bez przejęć jest zwyczajnie niemożliwy.
Ostatni dzwonek
Nie jesteśmy już krajem na dorobku, gdzie możemy się cieszyć, że na stacji benzynowej nie śmierdzi, a w banku stoją nowe komputery. Jesteśmy szóstą gospodarką UE i najwyższy czas, aby ambicje naszych rządzących dojrzały do stanu faktycznego. Jeśli pozwolimy na to, aby nasze największe firmy toczyły wojnę same ze sobą na śmierć i życie, to czeka nas tylko jeden los. 
Los w którym finalnie trafią do wielkich zagranicznych konglomeratów, które w tym samym czasie były zajęte ekspansją. I pewnie wielu wybaczyłoby gdyby te konglomeraty miały siedziby w Berlinie czy Paryżu. Uznaliby to za właściwą kolei rzeczy, gdzie zachód jest lepszy, bogatszy i fajniejszy. 
Niestety, perspektywa jest dużo mniej zabawna i może wywołać cierpką minę nawet u entuzjastów zjednoczonej Europy. Bo te konglomeraty mogą mieć swoje siedziby nie na zachodzie, a w Pradze, Wiedniu czy Budapeszcie. I sami będziemy sobie winni.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/49d3db865735f7e947e9230826589fec,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/49d3db865735f7e947e9230826589fec,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Polska 6. gospodarką UE, a nasze firmy to karły. Szklany sufit jest niżej niż myślisz.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/219292,pis-i-ostroleka-na-wodzie-port-haller-to-kolejna-wizja-na-miare-krola-juliana</guid><link>https://innpoland.pl/219292,pis-i-ostroleka-na-wodzie-port-haller-to-kolejna-wizja-na-miare-krola-juliana</link><pubDate>Sat, 17 Jan 2026 06:00:02 +0100</pubDate><title>PiS i Ostrołęka na wodzie. Port Haller to kolejna wizja na miarę króla Juliana</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/9a2c09d0b0bfba8c9e5b42cd4fda6d35,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Mieliśmy już dwie wieże w Ostrołęce, przekop Mierzei dla kajaków, milion aut elektrycznych. Teraz ekipa PiS, pozbawiona zabawki w postaci CPK, rysuje palcem po mapie nowy port na Bałtyku. Pomysł ma jeden drobny mankament: to nie jest wizjonerstwo, ale ignorancja. Projekt skazany na porażkę, zanim jeszcze pierwsza fala uderzy o nieistniejące nabrzeże.

Nie jestem zdziwiony, że PiS wyszedł nagle z koncepcją budowy nowego portu. Skoro Donald Tusk przejął narrację w sprawie CPK Portu Polska, to musieli czymś to przykryć i go wyprzedzić. I niestety nie mam żadnych wątpliwości, że w tym pomyśle tylko o politykę chodzi. 
Dlaczego? Sam pochodzę znad morza i choć nie jestem ekspertem od budowy portów, to wiem co nieco o stopniu skomplikowania takiej infrastruktury. I wiem, że port narysowany palcem na mapie jest czymś niemożebnie głupim. Ale po kolei.
Kacper Płażyński, promotor pomysłu, i jego koledzy argumentują, że skoro do obsługi elektrowni jądrowej na Pomorzu będzie budowany port, to lepiej od razu zrobić większy i że tak będzie taniej i prościej.
No nie, to bzdura. Tam jest planowany pirs, czyli po prostu coś w rodzaju wychodzącego w morze nabrzeża. Może on pomóc w wyładunku elementów budowanej elektrowni, potem zaś (prawdopodobnie) będzie odprowadzał i doprowadzał wodę do chłodzenia reaktora. Nikt nie planuje tam budowy nawet małego portu, to ma być tylko infrastruktura dla elektrowni.
A gdyby chcieć tam postawić port?
Przede wszystkim trzeba zapytać naukowców. Oni znają rodzaj dna, rozkład prądów morskich, kierunek i siłę wiatrów. Skoro Płażyński i spółka chcą tam budować port, to może się okazać, że statek nie wejdzie do niego nawet przy słabym wietrze, że port zamuli się po miesiącu od otwarcia, że trzeba zrobić odpowiednio głębokie podejście.
Uwzględnić trzeba mnóstwo spraw o wiele trudniejszych i bardziej skomplikowanych, niż im się wydaje. Same badania, które dadzą odpowiedź na pytanie, czy dane miejsce nadaje się na port, mogą potrwać nawet kilka lat. 
Druga sprawa: co i kto miałby tam wozić?
Nie wiadomo. Ekipa PiS jest znana ze swojego niebywale luźnego podejścia do takich kwestii. Pamiętacie, jak mówili, że przez CPK będzie latać 100 milionów ludzi? Że w Ostrołęce zbudują elektrownię węglową? Że przekop Mierzei Wiślanej jest cudownym pomysłem i że przez port w Elblągu będą przepływać jakieś miliony ton towarów? A, i że w rok czy dwa odpalą wielką fabrykę polskich samochodów elektrycznych, a milion takich aut wyjedzie na polskie drogi?
Wszystko to g*wno prawda. Zanim zbuduje się cokolwiek, trzeba sprawdzić, czy to ma jakikolwiek sens. Kiedy stało się jasne, że przekop Mierzei nie ma uzasadnienia ekonomicznego, przemianowali to na inwestycję strategiczną. I co z tego wyszło? Śluza dla jachtów i kajaków. 
Kiedy banki mówiły, że nie dadzą kredytu na Ostrołękę, bo to nie ma sensu, kasę musiały wyłożyć koncerny energetyczne. I co? Było budowanie, było burzenie, a forsujący projekt na siłę i wbrew zdrowemu rozsądkowi Krzysztof Tchórzewski dalej nosi w PiS miano eksperta energetycznego. I tak dalej, i tak dalej...
To ciągle było kopiowanie słów króla Juliana z popularnej kreskówki: "A teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu".
Płażyński i spółka nawet nie wiedzą, gdzie to jest
Ale do meritum: kto i co miałby wozić przez port w Choczewie / Słajszewie / a może Lubiatowie (oni sami nie wiedzą gdzie)? Choczewo jest akurat kilka kilometrów od morza, ale jak rozumiem dla ekipy, która uruchomiła stocznię Marynarki Wojennej w Radomiu, nie jest to problem.
To podobnie jak forsowane przez niektóre środowiska "przywrócenie" żeglowności Odry. Nią po prostu nie ma co wozić. Kto, co, ile? Płażyński chciałby, żeby w Porcie Haller były ładunki ro-ro. W dużym skrócie: do takiego (wielkiego i z dużym zanurzeniem) statku wjeżdżają wagony i ciężarówki z towarem. 
Żeby port miał sens, byłoby trzeba do niego doprowadzić szeroką drogę dla ciężarówek i nie jeden, ale kilka torów. To już nie jest proste wykorzystanie tego, co i tak trzeba zbudować przy okazji elektrowni jądrowej. To kolejne grube miliardy.
Ile osób miałoby w takim porcie pracować? Skąd ci ludzie mieliby dojeżdżać, gdzie mieszkać? Okoliczne wioski nie zapewnią setek osób potrzebnych do obsługi portu. A okolice Choczewa to lasy, nie metropolia. Pociąg czy ciężarówka pojedzie stąd albo w prawo, na Szczecin, albo w lewo, do Trójmiasta. Czyli do miejsc, gdzie od lat porty się rozbudowują i rosną. Wiem, że fajnie jest mieć również mniejsze porty, ale nie na siłę.
Na siłę próbowano zrobić duży port z Elbląga. To doświadczenie PiS niczego nie nauczyło. Elbląg to fajne miasto, ale port ma niewielki, nawet po ewentualnej rozbudowie nie wiadomo kto i co miałby do niego wozić. Jego przepustowość jest po prostu za mała, by to się kiedykolwiek zwróciło. Samo utrzymanie portu (obsługa, pogłębianie, koszty ludzkie) jest i będzie zbyt drogie jak na poziom obrotów.
Argument ostateczny: ruskie haubice (serio?)
Płażyński i spółka coś piszą o kwestiach bezpieczeństwa, ruskich haubicach, w zasięgu których jest Trójmiasto itp. Sorry, już to przerabialiśmy z Elblągiem i przekopem Mierzei. Na Bałtyku nie operuje się lotniskowcami, nasze okręty mogą być przyjmowane w każdym mniejszym porcie. A w zasięgu rakiet jest dziś cały świat.
Takie gadanie o portach-widmach osobiście mnie wkurza. Pisałem już, że jestem z morzem emocjonalnie związany. Pomorze poza głównymi metropoliami ma swoje problemy, których władza centralna nie dostrzega. A szczególnie nie dostrzega ich właśnie PiS, rozrzucając po mapach fikcyjne inwestycje, które nijak się mają do rzeczywistości.
Doskonale znamy schemat działania polityków Prawa Sprawiedliwości. Najpierw ogłaszają wielki sukces, a potem pytają ekspertów, czy to w ogóle możliwe. A jak się okaże, że nie jest możliwe, to i tak próbują się za to wziąć.
Nowy pomysł PiS na port przy elektrowni jądrowej to klasyk gatunku. Politycy narysowali kropkę na mapie, ignorując takie "detale" jak rodzaj dna, siła wiatru czy brak ładunków do przewożenia. To projekt, który ma przykryć utratę narracji o CPK, a skończyłby się jak port w Elblągu i przekop Mierzei – drogim pomnikiem pychy, do którego nikt nie chce pływać. A my musielibyśmy za to zapłacić.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/9a2c09d0b0bfba8c9e5b42cd4fda6d35,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/9a2c09d0b0bfba8c9e5b42cd4fda6d35,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">PiS i Ostrołęka na wodzie. Port Haller to kolejna wizja na miarę króla Juliana</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/219193,atak-na-polska-energetyke-to-najlepszy-dowod-ze-wiatraki-i-solary-sa-wazne</guid><link>https://innpoland.pl/219193,atak-na-polska-energetyke-to-najlepszy-dowod-ze-wiatraki-i-solary-sa-wazne</link><pubDate>Wed, 14 Jan 2026 14:31:26 +0100</pubDate><title>Atak na polską energetykę. To najlepszy dowód na to, że wiatraki i solary są ważne</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/ac5106b54a47e2c3d7a6bb7a99b7f157,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Tego jeszcze w Polsce nie było. Jak informuje minister energii Miłosz Motyka, nieznani sprawcy zaatakowali pod koniec roku 2025 nasz system energetyczny. Zrobili to w bardzo wyrafinowany sposób: próbowali włamać się nie do klasycznych elektrowni, ale do farm fotowoltaicznych i wiatrowych. To nie przypadek.

– W ciągu ostatnich dni 2025 roku doszło do najsilniejszego, nieudanego ataku na polskie sieci elektroenergetyczne – poinformował we wtorek minister energii Miłosz Motyka. Dodał, że był to atak cybernetyczny, że był skoordynowany i wymierzony w pojedyncze farmy fotowoltaiczne i wiatraki.
To jest w sumie najciekawszy element tej informacji. Bo oto okazuje się, że nieznani sprawcy zaatakowali nie "tradycyjne" elektrownie węglowe, ale nowoczesne źródła OZE. Minister Motyka nie wyjaśnił motywacji sprawców ani miejsca pochodzenia ataku, ale w sumie można domniemywać, że atakujący (gdziekolwiek są) dostają pensję w rublach.
Atak na farmy solarne i wiatraki. Dlaczego to one są celem?
Cóż, one od jakiegoś czasu nie są już tylko wsparciem, ale jednym z filarów naszego systemu energetycznego. Nie da się nie zauważyć, że w Polsce produkujemy miks prądu i ciepła z różnych źródeł. Nie jest tak, że to węgiel rządzi: on ma za zadanie stabilizować system produkcji prądu.
Polska produkuje coraz więcej energii z OZE, osiągając w ostatnich miesiącach (2025/2026) historyczne rekordy, z udziałem przekraczającym 40 proc. w produkcji w niektóre dni i miesiące. W 2023 roku ten udział wyniósł ponad 26 proc. ogólnej produkcji. Teraz ten wskaźnik oscyluje wokół 30 proc.
Z najnowszego raportu Forum Energii podsumowującego 2025 rok wynika, że po raz pierwszy w historii w ciągu sześciu miesięcy udział węgla kamiennego i brunatnego w produkcji energii elektrycznej spadł poniżej 50 proc.
Na koniec roku węgiel odpowiadał za 52,6 proc. generacji, podczas gdy odnawialne źródła energii osiągnęły już 31,5 proc., a gaz ziemny – 14,1 proc. A skoro OZE są coraz ważniejsze, to tym bardziej stają się coraz bardziej narażone na ataki. Również cybernetyczne, w tym inspirowane przez pewne nieprzyjazne nam mocarstwo.
Motyka wyjaśniał, że próba ataku skierowana była na polskie sieci elektroenergetyczne, głównie na pojedyncze farmy fotowoltaiczne i wiatraki, ale i jedną elektrociepłownię. 
– Próbowano zakłócić komunikację między operatorami systemów dystrybucyjnych (OSD) a rozproszonymi źródłami energii. Ataki objęły większą część kraju – wyjaśniał minister. Dodał, że z takimi atakami inne państwa jeszcze nie miały do czynienia.
Nie wiadomo, czy mogą się ich spodziewać. W Polsce najprawdopodobniej atak się nie udał; w każdym razie nie mieliśmy blackoutu czy zauważalnych problemów. Wiadomo jednak, że taka infrastruktura będzie teraz na celowniku obcych służb.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/ac5106b54a47e2c3d7a6bb7a99b7f157,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/ac5106b54a47e2c3d7a6bb7a99b7f157,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Atak na polską energetykę. To najlepszy dowód, że wiatraki i solary są ważne.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/219178,nowacka-i-giertych-z-projektem-ustawy-pieklo-zamarzlo-dla-dobra-naszych-dzieci</guid><link>https://innpoland.pl/219178,nowacka-i-giertych-z-projektem-ustawy-pieklo-zamarzlo-dla-dobra-naszych-dzieci</link><pubDate>Tue, 13 Jan 2026 18:00:02 +0100</pubDate><title>Nowacka i Giertych z projektem ustawy. Piekło zamarzło dla dobra naszych dzieci</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/819ac5e0232de78633acbc82fb6a7853,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kolegium Klubu Parlamentarnego KO zaakceptowało propozycję Barbary Nowackiej i Romana Giertycha dotyczącą przygotowania ustawy ograniczającej możliwość korzystania z mediów społecznościowych przez dzieci poniżej 15 roku życia. Trochę nie dowierzam, ale nie z powodu samego pomysłu, bo ten należałoby wprowadzić na wczoraj.

Gdy amerykańscy oligarchowie piorą ludziom mózgi na swoich platformach, cali na biało wchodzą… Barbara i Nowacka i Roman Giertych. Tak, dobrze widzicie. Mam tak samo: to nie jest duet, po którym spodziewałbym się wspólnego frontu. 
Na wszystko widać przychodzi pora i różnice oraz dawne niesnaski tracą na znaczeniu, gdy razem można rozwiązać poważny problem: negatywny wpływ mediów społecznościowych na dzieci i młodzież. 
Chodzi w końcu o zdrowie psychiczne najmłodszych, najbardziej wrażliwych. Każdy kolejny dzień, który dzieciaki spędzają na platformach społecznościowych, tylko pogłębia szkody.
Teraz Polska. Zakaz mediów społecznościowych dla dzieci i młodzieży do 15 roku życia
Według informacji klubu parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej projekt ustawy ma być gotowy do końca lutego. Zabrzmię teraz jak stary dziad, który nie rozumie tego, co lubi młodzież, ale: tak, w końcu, byle szybciej z tym zakazem! Własnych dzieci jeszcze się nie doczekałem, ale wiecie co? Widząc obecny kształt mediów społecznościowych aż mrozi mnie na myśl, że cały ten ściek czeka na nie jak tykająca bomba.
Sieciowy świat jest nie do uniknięcia. Widzę to po kolegach, których dzieci obcują z internetem od najwcześniejszych lat. Po dzieciach sąsiadów, które zmagają się z chronicznym przyklejeniem do smartfona. 
I nie mówię o tym, co wszyscy robimy np. w komunikacji miejskiej, by się nie nudzić przez te kilka lub kilkanaście minut. Chodzi o to, że chroniczne bycie online od najmłodszych lat wpływa negatywnie na funkcjonowanie człowieka, z chęcią do życia włącznie. Problem poruszają eksperci z którymi rozmawiam zawodowo: od środowisk informatycznych po politykę.
Nawet dorośli wpadają w bezlitosne tryby socjalkowej maszyny. A co dopiero dzieci, którym ciężko jest nawet przestać wcinać słodycze, bo ich mózg się po tym dobrze czuje, ale brzuch potem już niekoniecznie. 
Szeroko pojęta drapieżność mediów społecznościowych, kształtowana przez algorytmy, ma nas utrzymać jak najdłużej przy amerykańskich, rosyjskich i chińskich platformach internetowych. A tutaj protest organizmu nie pozwoli nam łatwo się oczyścić z tego, co się nałykamy, choć może nam być równie niedobrze. 
Nie chodzi bowiem tylko o to, że właściciele mediów społecznościowych walczą o naszą uwagę używają algorytmów, które dopasowują treści do naszych zainteresowań. Problem również w tym, że premiują "kontent" bazujący na najniższych instynktach. Wiedzą, że się kliknie, więc zgarną zyski, a koszty poniesie społeczeństwo. 
Trucizna w mediach społecznościowych
W sieci promowane są treści polaryzujące: wywołująca emocję dezinformacja, czy propaganda ukryta pod bezkarnymi profilami spod znaku "to tylko żarty". Internet wypełniają skrajne opinie i działania influencerów. Do tego dochodzą komentarze botów podważające fakty, propagujące nienawiść do różnych grup czy prymitywne kłamstwa. Takie materiały łatwo trafiają do oczu młodzieży, która ma więcej czasu na buszowanie w internecie niż dorosła osoba.
Nawet nie wspomnę o tym, że algorytmy swobodnie dozują użytkownikom materiały zahaczające o erotykę, niekoniecznie nawet zgodne z regulaminem. W skrajnych wypadkach mamy takie rzeczy jak skandal z AI Grok na X, gdzie maszyna Elona Muska na życzenie przerobi zdjęcie dowolnej osoby na rozbierane. 
Która to już afera z udziałem tego cholerstwa? Liczy się, że ludzie korzystają z produktu, nabijają kasę z reklam. W myśl starej biznesowej zasady Facebooka: "działaj szybko i psuj rzeczy" czyli lepiej wystartować z produktem, który narozrabia, niż przegapić okazję na zysk. A przede wszystkim lepiej zakorzenić się, zanim politycy zorientują się co się dzieje.
Ściek. Slop. W efekcie to wypływa z socjalek. "Brain rot" przestał być tylko młodzieżowym hasełkiem, zaczął nabierać naukowych podstaw. Póki nie będzie porządku w sieci, zakaz mediów społecznościowych dla dzieci to przydatny środek zapobiegawczy.
Czy ograniczenie mediów społecznościowych dla dzieci i młodzieży do 15 roku życia będzie działać?
Trzeba jednak podkreślić tutaj znaczenie edukacji, bo inaczej sam zakaz nic nie da. Zakazany owoc smakuje najlepiej itd. Wie to każdy, kto był nastolatkiem uzależnionym od papierosów lub ma kontakt z takimi dzieciakami. Dlatego równie ważne jest przekazywanie młodym wiedzy. 
Na apkach życie społeczne w internecie się kończy. Nie mamy gwarancji, czy ograniczenie dostępu dotknie innych ośrodków socjalizacji online popularnych wśród młodzieży. Przykładem niech będzie gra Roblox, która ma morze problemów z traktowaniem nieletnich. Przyda się też pociągnięcie cyfrowych big techów do odpowiedzialności, np. poprzez akt o usługach cyfrowych.
Sam kiedyś śmiałem się z haseł z moich szczenięcych czasów, gdy zalewano nas karykaturalnymi plakatami z otyłymi jegomościami piszącymi na klawiaturze "nazywam się Ania i też mam 12 lat". Śmiechy-cichy, ale jednak człowiekowi ten obraz gdzieś zagnieździł się w świadomości, gdy buszował online. Dlatego czekam na porządny projekt ustawy Nowackiej i Giertycha oraz na działania edukacyjne.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/819ac5e0232de78633acbc82fb6a7853,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/819ac5e0232de78633acbc82fb6a7853,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Barbara Nowacka i Roman Giertych przygotowali projekt zakazu social mediów dla dzieci i młodzieży poniżej 15 roku życia.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/219022,zakupy-u-chinczykow-to-konsumpcyjna-bulimia-sciagamy-smieci-zabijamy-gospodarke</guid><link>https://innpoland.pl/219022,zakupy-u-chinczykow-to-konsumpcyjna-bulimia-sciagamy-smieci-zabijamy-gospodarke</link><pubDate>Sun, 11 Jan 2026 06:00:02 +0100</pubDate><title>Zakupy u Chińczyków to konsumpcyjna bulimia. Ściągamy śmieci, zabijamy gospodarkę</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/5389ea21e53c30d838e3e1aab2a26e52,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Kupuj jak miliarder" – zachęca chińska platforma handlowa. Serio? Miliarder to ktoś, kto tonie w górze niskiej jakości plastiku, który za dwa tygodnie wyląduje na wysypisku? Fenomen chińskich platform typu Temu, Shein czy AliExpress to dla mnie absurd. Patrząc na to z perspektywy ekonomii, ekologii i cyberbezpieczeństwa, wydawanie tam choćby złotówki jest działaniem na własną szkodę.

Gdy widzę kolejne "burze zakupowe" w mediach społecznościowych, gdzie ludzie chwalą się stertą gadżetów za 5 zł, czuję mieszankę zażenowania i niepokoju. Nie chodzi o snobizm. Chodzi o matematykę i świadomość kosztów ukrytych, które w przypadku tych platform są astronomiczne.
Zakupy z Chin. Iluzja oszczędności, czyli podatek od biedy
Pierwszym powodem, dla którego omijam chińskie platformy szerokim łukiem, jest prosta kalkulacja. To nie są oszczędności – to przepalanie własnych pieniędzy. Kupienie blendera za 30 zł, który spali się przy trzecim użyciu, albo koszulki za 15 zł, która po praniu nadaje się tylko do mycia podłogi, nie jest rozsądne.
Jak można kupować ubrania, które nie wiadomo z czego są zrobione, jaki mają rozmiar? Jak można kupować buty z plastiku? Ja rozumiem, że jest tanio, ale nie kupuje się rzeczy tylko dlatego, że są tanie. Daleki jestem od postawy Julii Wieniawy, że "bieda to stan umysłu", czy co ona tam powiedziała. Sam nie jestem bogaczem i kiedy chcę coś kupić konkretnego, szukam najtańszej opcji. A jak wpadnę na pomysł, że może by kupić coś, co nie jest niezbędne, to zapisuję na liście. Najczęściej mi przechodzi i co jakiś czas kasuję swoje genialne pomysły zakupowe.
Tym bardziej nie rozumiem fenomenu Temu czy Shein oraz innych chińskich platform zakupowych. Owszem, zdarzyło mi się tam coś kupić, ale raz czy dwa, jak jeszcze były nowością. Owszem, przeglądałem produkty. Ale poza tym, że były tanie, nic mnie tam nie poruszyło. Wiem, że kilkoro moich znajomych kupuje tam różne części do skuterów czy innych pojazdów mechanicznych. Robią to z głową, kupują to, czego potrzebują.
Ale wiem też, że są osoby wręcz uzależnione od "tanich" zakupów. – Słuchaj, ona ma przedpokój zawalony kartonami, których nawet nie rozpakowała – opowiada mi znajomy o swojej córce. – Mój ojciec ciągle kupuje te różne sprytne sprzęty, które się rozpadają po użyciu. Rozpadają, ale nadal zamawia różne nowe cudowne patenty – mówi inny. 
Dane to nowa waluta. Płacisz swoją prywatnością
Staram się być pilnym obserwatorem rynku technologii i ekonomii. I widzę, że wiele osób nie dostrzega zagrożenia w tanich zakupach. Bo jeśli produkt jest podejrzanie tani, to znaczy, że prawdziwym produktem jesteś… ty.
Aplikacje takie jak Temu są oskarżane przez ekspertów od cyberbezpieczeństwa o bycie czymś więcej niż sklepem – o bycie narzędziem inwigilacji. Ilość uprawnień, jakich żądają te apki, często wykracza poza logikę e-commerce. Dostęp do mikrofonu, galerii, listy kontaktów? Po co sklepowi z ubraniami wgląd w twoją sieć Wi-Fi?
Wydając tam pieniądze, finansujemy systemy, które mapują zachowania zachodnich konsumentów z precyzją, o jakiej Google może tylko pomarzyć. Firma macierzysta Temu (Pinduoduo) miała już problemy z obecnością malware w swoich aplikacjach. Czy naprawdę warto ryzykować bezpieczeństwo cyfrowe dla silikonowej foremki do lodu za 4 złote? Moim zdaniem to absurdalna wymiana.
Na dodatek, im więcej wie o tobie sprzedawca, może opracować jeszcze skuteczniejszy sposób na wciskanie ci kolejnych zbędnych produktów. 
Jednorazówki, pierdoły i rzeczy absolutnie zbędne
Naprawdę nie rozumiem, jak można kupować chińską elektronikę. Już nie chodzi mi o jakość, tylko o brak jakiegokolwiek wsparcia. Weźmy odkurzacz jakiejś marki o wymyślnej nazwie. Co zrobisz, jak się zepsuje? 
Nie kupisz do niego baterii, akcesoriów, nic. Nie masz żadnej gwarancji, a wysyłanie sprzętu z powrotem do Chin to jakaś abstrakcja. Kupujesz jednorazówkę, tyle że za 70 proc. ceny podobnego sprzętu w Polsce. Albo kupujesz elektronikę z chińskim oprogramowaniem, które nie wiadomo co robi, gdzie wysyła dane i jakie zapewnia wsparcie (na ogół żadnego).
Nie rozumiem, jak można kupować na chińskich platformach zabawki. Nie wiem, z czego są zrobione, przecież co rusz słychać o przekroczonych jakichś normach metali ciężkich. Albo sprzęty kuchenne. Serio nie chciałbym mieszać w garnku łyżką z niewiadomego pochodzenia plastiku.
Tymczasem codziennie setki samolotów cargo kursują między Chinami a Europą i USA, wioząc tony plastiku o żywotności kilku tygodni. Ślad węglowy takiej operacji jest gigantyczny. To systemowa produkcja odpadów. Towary z Temu czy Shein często są tak niskiej jakości, że nie nadają się do drugiego obiegu. Ich jedynym przeznaczeniem jest wysypisko. 
Kuszenie Polaka złudną oszczędnością
Rozumiem jednocześnie, że tanie zakupy kuszą. Na chińskich platformach niemal wszystko jest w wyjątkowej promocji, kręcą się kółeczka z loteriami, co chwila dostajemy niesamowite bonusy. Ale na Trygława i Swaroga, czy to jest powód, by zamówić sobie maskę konia, elektryczną obcinaczkę do paznokci, rękawiczkę z diodami LED, cudowną ostrzałkę do noży,  elektryczną maszynkę do robienia pierogów… (tak, przeglądam właśnie hity sprzedaży na chińskich platformach).
Te platformy nie sprzedają produktów. One sprzedają dopaminę. Grywalizacja zakupów – koła fortuny, odliczanie czasu, "promocje -99%" – to mechanizmy żywcem wyjęte z kasyn, zaprojektowane przez sztaby psychologów behawioralnych. Celem nie jest zaspokojenie twojej potrzeby, ale uzależnienie cię od otwierania paczek. Wydajemy tam pieniądze na rzeczy, których nie potrzebujemy, tylko dlatego, że algorytm wmówił nam, że to "okazja życia". To nie jest smart shopping. To konsumpcyjna bulimia.
Wiem, że chińskie platformy mają bardzo agresywny marketing, reklamy, limitowane czasowo oferty, koła fortuny. Tak, to może wciągać. Ale można tam zrobić zakupy raz czy dwa, tymczasem Polacy (i nie tylko) robią tam zakupy nałogowo. 
Według różnych raportów rocznie wydajemy w chińskich sklepach 11-12 miliardów złotych. To tyle, ile w półtora miesiąca kupuje się w Biedronce. A przecież z Chin nie ciągniemy pieczywa, mięsa, masła i mleka, tylko… nie wiem, jak to nazwać. Głównie pierdoły. Ubrania, elektronikę, gadżety, elektryczne obcinaczki do paznokci i maski konia.
Jak wynika z jednego z raportów ("Chińskie platformy e-commerce a polska gospodarka" przygotowanego KPMG dla Izby Gospodarki Elektronicznej) dominują zamówienia tanie, czyli w przedziale 51-150 zł. Właśnie takie nie podlegają ocleniu, o co toczy się teraz całkiem interesująca wojenka.
Nóż w plecy lokalnej gospodarki
No bo skoro nie podlegają ocleniu, to mogą być tańsze od produktów rodzimych lub ściągniętych przez profesjonalnych handlowców. A więc każda złotówka wydana na Temu to cios w europejski i polski handel.
Mechanizm jest prosty i brutalny: chińskie podmioty korzystają z gigantycznych subsydiów państwowych, taniej siły roboczej (często w warunkach urągających godności człowieka, o czym donoszą raporty dotyczące pracy przymusowej Ujgurów) oraz luk w systemie celno-podatkowym. Przesyłanie indywidualnych paczek często pozwala ominąć cła, które muszą płacić polscy importerzy sprowadzający towar kontenerami.
To nie jest wolny rynek. To dumping. Lokalne małe i średnie firmy, które płacą ZUS, podatki w Polsce i muszą spełniać wyśrubowane normy UE (np. dotyczące bezpieczeństwa materiałów), nie mają szans w starciu z gigantem, który te zasady ignoruje. Kupując tam, podcinamy gałąź, na której siedzimy. Nie rozumiem, jak można w 2026 roku, mając dostęp do wiedzy o inwigilacji, pracy przymusowej i katastrofie klimatycznej, z uśmiechem klikać "Kup teraz" tylko po to, by zaoszczędzić kilka złotych na przedmiocie, który i tak jest zbędny.
Pamiętajcie: biednych ludzi nie stać na tanie rzeczy. Rozumiecie? Chodzi o to, że jak nie masz za dużo pieniędzy, to kup coś dobrej jakości. Nie chodzi o produkt premium, ale porządny, nie najtańszy. Wtedy posłuży ci przez lata. Pod jednym warunkiem: że go w ogóle potrzebujesz, a nie kupiłeś tylko dlatego, że był tani.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/5389ea21e53c30d838e3e1aab2a26e52,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/5389ea21e53c30d838e3e1aab2a26e52,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zakupy u Chińczyków to konsumpcyjna bulimia. Ściągamy śmieci, ubijając gospodarkę</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/218962,nie-tylko-czolgi-4-filary-ktore-czynia-z-polski-militarnego-lidera</guid><link>https://innpoland.pl/218962,nie-tylko-czolgi-4-filary-ktore-czynia-z-polski-militarnego-lidera</link><pubDate>Sat, 10 Jan 2026 06:00:02 +0100</pubDate><title>Nie tylko czołgi. 4 filary, które czynią z Polski militarnego lidera</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/42ae76be1ff59094b3c5cb560afe37c1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Stan polskiej armii to temat rzeka, pełen sprzecznych danych i emocji. Jeśli jednak odsiejemy politykę i skupimy się na faktach, wyłaniają się cztery obszary, w których Polska nie ma sobie równych w regionie. Specjalsi, rozpoznanie satelitarne, zintegrowana artyleria i cyberbezpieczeństwo – to nasze asy w rękawie.

Debaty o rzeczywistym stanie wojska polskiego toczą się od lat, ku radości uczestników, którzy mogą raz za razem przerzucać się argumentami, kontrargumentami, danymi, datami, wspomnieniami i dowodami anegdotycznymi.
Dzisiaj jednak omówmy sobie te jednostki wojska polskiego, które bezdyskusyjnie wyróżniają się nie tylko na tle polskiej armii, ale również stanowią wyjątkową siłę w skali globu.
Czy polski GROM mógłby przeprowadzić akcję jak w Wenezueli? Mamy ludzi, sprzęt i coś jeszcze
Tak świeżo po wydarzeniach w Wenezueli nie można nie zacząć od Wojsk Specjalnych. Tu padnie oczywiście pierwsze pytanie – "czy my też tak możemy", a odpowiedź jest skomplikowana, bo zależy od roku w którym pytamy, tła (geo)politycznego i stanu konfliktu z wybranym krajem. W jednej kwestii zgodzić się możemy – mamy większą część systemu, która do takiej operacji w bliskiej zagranicy byłaby niezbędna. Wydaje się istnieć rzeczywistość w której taka operacja np. na Białorusi byłaby możliwa.
Temat ten już zresztą poruszał opinię publiczną… 17 lat temu. 7 lutego 2009 roku w Pakistanie zabity został Piotr Stańczak, a wcześniej Polacy zadawali sobie pytanie, czy bylibyśmy w stanie go odbić.
Od tego czasu minęło jednak wiele lat, a nasze wojska specjalne, obecnie dowodzone przez tzw. Dowództwo Komponentu Wojsk Specjalnych i generała brygady Michała Strzeleckiego, osiągnęły (jak się wydaje) swój docelową strukturę.
Tutaj uwaga. Pozwolę sobie w dalszej części na sporo uproszczeń.
JW Grom czy JW Formoza wymieńmy tylko dla porządku. To jednostki przeznaczone do tzw. akcji bezpośrednich. Planujecie uprowadzić prezydenta nielubianego kraju, albo odbić zakładnika? To wasi ludzie. Wchodzą, strzelają, wychodzą. Najciekawsze dzieje się jednak dalej.
Posiadamy również JW Komandosów. To najstarsza jednostka specjalna, powołana już w 1961 roku, a dzisiaj odwołuje się między innymi do tradycji batalionów do zadań specjalnych Armii Krajowej – Parasol, Zośka i Miotła. To im najbliżej do roli pierwszych komandosów, działających w czasie II wojny światowej. Działają głównie w ramach tzw. "taktyki zielonej", czyli w terenie naturalnym. Można sobie wyobrazić, że w czasie uderzenia Gromu lub Formozy, oni w tym czasie dokonują aktów dywersji na nieodległą bazę, jednostkę wojskową czy elektrownię, aby odciągnąć uwagę przeciwnika.
Skoro więc jedni atakują budynek prezydenta, drudzy atakują elektrownię, to kto ochrania tych pierwszych? Tutaj pojawia się JW Agat, która w tym wypadku realizowałaby zadanie izolacji obszaru działań, czyli tworzyła tzw. kordon zewnętrzny. Ich zadanie to powstrzymanie ewentualnej odsieczy czy wtargnięcia na teren działań postronnych osób. Kultywują oczywiście tradycje jednostki Armii Krajowej AGAT – AntyGestapo.
No dobrze, a kto ma zadbać o to, że wiemy gdzie uderzamy, kogo tam spotkamy, albo kto pierwszy ruszy im na pomoc? Tutaj do gry wchodzi Jednostka Wojskowa Nil, swoje imię zawdzięczają oczywiście generałowi Augustowi Emilowi Fieldorfowi, ps. Nil. Jednostka ta ma zadanie rozpoznać miejsce operacji, w zakresie obrazowym, radiowym i osobowym. Przygotować analizy, wspierać dowodzenie, łączność i logistykę takiej operacji. Jest to bardziej jednostka wsparcia niż bojowa. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że to jednostka z pogranicza wywiadu, zapewniająca informacje nie tylko z nasłuchu, rozpoznania dronami, ale i dzięki tzw. źródłom osobowym (HUMINT).
Zawiozą, odwiozą, poratują piaskiem
Transport w obie strony zapewni Powietrzna Jednostka Operacji Specjalnych. Formalnie to najmłodszy element naszych wojsk specjalnych, ale tylko dlatego, że dopiero w 2023 sformowano tę jednostkę na bazie 7 Eskadry Działań Specjalnych. Można powiedzieć, że to polski odpowiednik słynnego amerykańskiego 160 Lotniczego Pułku Operacji Specjalnych, o którym było głośno przy okazji wydarzeń w Wenezueli. Oczywiście – zachowując skalę.
Jednostka ta powstała jako realizacja polskich zobowiązań względem NATO, gdzie zadeklarowaliśmy zdolność dowodzenia większą liczbą pododdziałów specjalnych niż zapewnić mogła 7EDS. To właśnie piloci z tej jednostki zasłynęli w czasie powodzi na Dolnym Śląsku, kiedy zrzucali worki z piaskiem na pękające wały. Są oni też wyznaczeni do dyżurów w tzw. Siłach Odpowiedzi NATO. Życzyć im można tylko tego, aby w najbliższych latach otrzymali nowe śmigłowce, w miejscach wiekowych Mi–17.
Nie można też nie wspomnieć, że Polska od lat stara się zapewnić rezerwę kadrową wojsk specjalnych na czas wojny. Czy nie zastanawiało was nigdy, czemu mamy w Polsce tak wiele jednostek specjalnych, jak chociażby te w… Służbach Ochrony Kolei? No właśnie.
Oczy armii patrzą z nieba
Pozostając na wysokości, przejść możemy płynnie do rosnących w siłę zdolności rozpoznawczych polskiego wojska. Rosnących, a nie powstających, bo ku zaskoczeniu dla wielu w Wojsku Polskim rozpoznanie obrazowe funkcjonuje od lat. Już w 2015 roku powołano Ośrodek Rozpoznania Obrazowego, który zapewniał takowe głównie na bazie kupowanych komercyjnie zdjęć lub takich uzyskanych w wyniku umów sojuszniczych.
Ta rzeczywistość to już jednak przeszłość. W połowie 2025 powołano Agencję ARGUS. Nazwa ta, inspirowana imieniem olbrzyma o stu wiecznie czuwających oczach, najlepiej oddaje zadanie tej instytucji. Polska branża kosmiczna (o czym już pisałem) dokonała wielkiego skoku rozwojowego, co dobrze uzupełniło potrzeby wojska. W ciągu paru lat Polska posiadać będzie jeden z najlepszych systemów rozpoznania satelitarnego na świecie, znacząco przekraczający możliwości rosyjskie. Jak to możliwe?
Po pierwsze, gramy trochę na kodach i oszukujemy. Polsko–fińska firma ICEYE, to operator największej na świecie konstelacji satelitów SAR, czyli takich które pozwalają, kolokwialnie mówiąc, widzieć przez chmury. Tych satelitów jest już ponad 60, a Polska posiada na orbicie pierwszy z trzech zamówionych w tej firmie, ale spodziewane jest zamówienie kolejnych trzech.
Warto też zauważyć, że skoro firma ICEYE stanowiła strategiczne wsparcie dla wysiłku wojennego Ukrainy, to nie ma wątpliwości, że w razie potrzeby wesprze Polskę całą swą potęgą. To w Polsce znajduje się centrum operacyjne konstelacji, w Polsce znajduje się spora część pracowników i w Polsce ma miejsce znaczna część projektów firmy. To również u nas ma powstać kolejna fabryka satelitów tej firmy, w którą niedawno zainwestował Polski Fundusz Rozwoju i Rafał Brzoska.
To jednak tylko część polskiego potencjału, ponieważ Polska zamówiła w firmie Airbus 2 duże satelity obserwacji obrazowej o bardzo wysokiej rozdzielczości, uzyskując jednocześnie dostęp do danych z 4 satelitów konstelacji należącej do Francji. Jakość tych zdjęć pozwala dostrzec nawet to czy sfotografowany człowiek ma broń. Ten typ satelitów z programu GLOB uzupełnią satelity polskiej produkcji w ramach programu mikroGLOB. 
W kolejnych latach na orbitę trafi również polska konstelacja podwójnego zastosowania CAMILA, a w kolejce czekają satelita komunikacyjny i prawdopodobnie kolejne satelity obserwacyjne. Wszystko to uzupełniają umowy o współpracy z Francją, Włochami i Finlandią czy dostęp do komercyjnych konstelacji. Danych do analizy w ARGUS na pewno nie zabraknie. 
Bóg Wojny ześle na wroga morze płynnego ognia
No dobrze, a po co nam właściwie te dane? Co z nimi zrobimy. Odpowiedzią są 4 literki.
WRiA.
Wojska Rakietowe i Artyleria.
Jest to absolutna potęga w skali świata. I nie chodzi tylko o liczbę systemów mogących przeprowadzać uderzenia na przeciwnika. Polska już teraz posiada prawie 180 sztuk wyrzutni rakietowych w stylu słynnego HIMARSa. Ukrainie wystarczyło 20 sztuk, aby zmienić sytuację na froncie wojny z Rosją. Docelowo mamy posiadać ich przynajmniej 310.
Oprócz tego posiadamy kilkadziesiąt sztuk pojazdów systemu Langusta oraz już prawie 300 z przynajmniej 600 nowoczesnych systemów artyleryjskich rodziny Krab/K9. Warto tutaj rozwiać pewien mit. Polska przy każdym z zamówień na sprzęt zamawiała bardzo duże ilości amunicji, a i produkcja w Polsce rozkręca się lub też jest planowana na najbliższe lata. 
To jednak tylko część mocy tego systemu. O jego sile stanowi niepozorny system zwany TOPAZ. Jest to absolutnie jeden z najlepszych systemów zarządzania walką artyleryjską na świecie, a Polska była prekursorem używania dronów rozpoznawczych do prowadzenia walki artyleryjskiej. Mowa oczywiście o FlyEye, do dzisiaj używanym na Ukrainie, który zdobywał doświadczenie na wschodzie już od 2014. Nie można też nie wspomnieć o systemie Gladius, nowoczesnym dronowym systemie rozpoznawczo–uderzeniowym, uzupełniającym możliwości artylerii.
Całe to uzbrojenie spięte jest właśnie w systemie TOPAZ, więc dowódcy w czasie rzeczywistym mogą decydować czego użyć na danym fragmencie frontu. W powszechnej branżowej opinii i w opinii zagranicznych ekspertów, to unikatowy system w skali świata, dzięki spięciu tak wielu systemów w jeden.
Nie można tutaj nie wspomnieć też o Morskiej Jednostce Rakietowej. W tym roku otrzymać mamy ostatnie 2 z 4 zamówionych dywizjonów rakietowych. O ile formalnie MJR podlega pod Marynarkę Wojenną, to sprzęt ten nadaje się również do uderzeń ziemia–ziemia. Dzięki odmiennej trajektorii lotu od systemów artyleryjskich, stanowi prawdziwego asa w rękawie polskich zdolności uderzeniowych.
Światowa elita cyberwojska
Skończyć możemy naszą opowieść na Wojskach Obrony Cyberprzestrzeni. Utworzonym w 2022 rodzajem wojsk dowodzi generał dywizji Karol Molenda. Jest to człowiek o absolutnie światowej reputacji w branży cyber. Absolwent WAT i Wyższej Szkoły Menadżerskiej, były naczelnik Wydziału Cyberkontrwywiadu w Służbach Kontrwywiadu Wojskowego.
WOC powstało celem prowadzenia walki w cyberprzestrzeni. Zarówno defensywnej, jak i ofensywnej. Zajmują się kryptografią, elementami IT w wojsku, ale również np. komputerami kwantowymi. Tworzą też wojskowe oprogramowanie jak System Zarządzania Walką LEGION, który jest już wdrażany w wojskach pancernych i zmechanizowanych. 
To tam zrealizowano program CyberLEGION. Na czym on polega? Otóż jest to specjalna forma służby dla ekspertów od cyberbezpieczeństwa, którzy nie chcą w całości poświęcić się wojsku. Ot, można powiedzieć, że to taki cyberWOT. Dotychczas do programu zapisało się już ponad 2 000 ochotników, ekspertów od szeroko rozumianego tematu "cyber".
Sam WOC od początku plasuje się wśród najlepszych wojsk cyber w NATO, regularnie wygrywając natowskie ćwiczenia i konkursy, gdzie sprawdzają się ze specjalistami z innych krajów sojuszu. Polskie środowisko hakerskie i cyber od zawsze cieszyło się dużym szacunkiem na świecie, a dzięki otwartości dowódcy WOC, mogli oni znaleźć swoje miejsce w armii. 
Kluczowy element WOC to bardzo minimalistycznie nazwane trzy jednostki – JDC "A" w Białobrzegach, JDC "B" w Gdyni oraz JDC "C" we Wrocławiu.
To one odpowiadają za "operacje w cyberprzestrzeni". W czasie pokoju głównie defensywne, ale jak wielokrotnie zapewniał dowódca WOC – w razie wojny przeprowadzą potężne uderzenia w domenie cyber. 
Oczywiście to tylko najbardziej widoczne elementy polskiej armii. W Wojsku Polskim służy wielu wspaniałych ludzi, którzy zasługują na szacunek za swoje poświęcenie i gotowość do obrony Ojczyzny. Warto o tym pamiętać, kiedy natrafimy na częste pochopne oceny i krytyczne uwagi, napisane przez ludzi, którzy realnie żadnej wiedzy o Wojsku Polskim nie posiadają.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/42ae76be1ff59094b3c5cb560afe37c1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/42ae76be1ff59094b3c5cb560afe37c1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Nie tylko czołgi. 4 filary, które czynią z Polski militarnego lidera</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/218959,sorry-premierze-sprawe-zmiany-smieciowek-w-etaty-skopaliscie-koncertowo</guid><link>https://innpoland.pl/218959,sorry-premierze-sprawe-zmiany-smieciowek-w-etaty-skopaliscie-koncertowo</link><pubDate>Thu, 08 Jan 2026 13:03:01 +0100</pubDate><title>Sorry, premierze. Sprawę zmiany śmieciówek w etaty skopaliście koncertowo</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/92a792f73e8c7d2661373a9cbc6b4f04,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Czytam, jak to premier Tusk po raz kolejny "się wściekł", że zrobił awanturę na posiedzeniu rządu i jednoosobowo utrącił genialny pomysł przekształcania umów śmieciowych w etaty. Sorry, ale na miejscu Tuska też bym się wściekł. I nie dlatego, że jestem zwolennikiem śmieciówek czy oszukiwania pracowników. Ten projekt był po prostu zły. A był zły również dlatego, że Tusk nie dopilnował jakości tego, co wychodzi z jego rządu.

Zacznijmy od początku. Plan jest taki: w Polsce ma nie być umów śmieciowych, czyli cywilnoprawnych i B2B. Śmieciowych, przez które pracownik dostaje tylko gołą pensję i żadnego ubezpieczenia. Na śmieciówce nie ma prawa do urlopu, nie liczy mu się staż pracy do emerytury, nie ma ZUS-u czy ubezpieczenia zdrowotnego. Wiele zależy oczywiście od rodzaju umowy.
Dlaczego pracodawca nie chce dać umowy o pracę
Ale generalnie chodzi o to, że taka umowa jest tańsza dla pracodawcy, bo nie musi płacić wielu składowych tzw. pozapłacowych. To są dla niego realne oszczędności. Jeśli dziś firma chce zatrudnić pracownika z wypłatą 5 000 złotych na rękę, to jego wynagrodzenie brutto wynosi wtedy 6 850 złotych. Ale firma miesięcznie musi na niego wydawać 8 253 złote – bo do pensji brutto dochodzą jeszcze kolejne składki i daniny.
I jakkolwiek byśmy nie narzekali na skąpych pracodawców i wyzyskiwaczy, to są to po prostu duże kwoty, szczególnie dla mniejszych firm. A i większe muszą liczyć się z tym, że firma (jako cały twór) musi wypracować tyle, by takie kwoty na pracownika wygospodarować. Czyli płacenie musi się jej opłacić, bo inaczej człowieka zwolni.
Spójrzmy na to jeszcze ze strony państwa, które musi zbierać składki i bilansować wydatki na ochronę zdrowia, emerytury i renty. Im wyższe składki, tym (teoretycznie) lepsze świadczenia dostajemy. Więc w interesie państwa jest to, by jak najwięcej umów było w pełni oskładkowanych.
Jest jeszcze jeden ważny element. Reforma umów może mieć poważne konsekwencje dla Polski. To jeden z tzw. "kamieni milowych" w ramach Krajowego Planu Odbudowy (KPO). Jeśli przepis o przekształcaniu umów cywilnoprawnych w etat nie zostanie wprowadzony, Polska może stracić możliwość wypłaty znacznych środków z KPO. Nieoficjalnie mówi się nawet o 2 mld euro, czyli około 8 mld zł.
Tusk ma rację? Moim zdaniem ma
Problem w tym, że Tusk ma rację. Odrzucony przez niego projekt ustawy zakładał, że Państwowa Inspekcja Pracy może decyzją administracyjną zmienić umowę tzw. śmieciową w etat. Wiele z tych decyzji nie utrzymałoby się w sądach. A sądy z pewnością zostałyby zalane takimi sprawami. Pracy dużo, zysk zerowy.
Reforma PIP i szeroko pojętego problemu umów śmieciowych jest absolutnie konieczna. W Polsce nie może być miejsca na wyzysk pracownika. Ale trzeba to zrobić z głową. Tymczasem z Ministerstwa Pracy wyszedł projekt mocno kontrowersyjny prawnie.
Żeby być uczciwym, muszę przyznać, że zdania w tej sprawie podzielone. Ja nie muszę mieć racji. Protestowali przeciw niemu pracodawcy, grozili serią upadłości i tym podobnymi konsekwencjami. Za były związki zawodowe, które słusznie domagają się ukrócenia patologicznych praktyk na rynku pracy.
Tusk ponosi winę? Moim zdaniem ponosi
Zaskakiwać może fakt, że Tusk czuje się zaskoczony tym projektem. Szef rządu prawdopodobnie nie kontrolował tego procesu, skoro wydaje się nim zaskoczony i "wściekł się" na pomysł resortu.
A przecież Ministerstwo Pracy musiało podczas tworzenia tych przepisów konsultować się z innymi ministerstwami, bo to nie jest kosmetyczna zmiana, która dotyczy jednej ustawy. Chodzi o zmianę wielu dotychczas obowiązujących przepisów. Wygląda więc na to, że w prace rządu wkradł się jakiś chaos.
Założenie, że likwidujemy czy marginalizujemy umowy cywilnoprawne i B2B jest słuszne. Tyle, że powinniśmy robić to z głową, z planem, w zgodzie z przepisami i zdrowym rozsądkiem, a nie na zasadzie "teraz prędko, zanim dojdzie do nas, że to bez sensu".
Założenie, że musimy wzmocnić rolę Państwowej Inspekcji Pracy również jest/było niezwykle słuszne. Dziś inspektorów jest jak na lekarstwo. W zasadzie PIP nie zajmuje się jakimiś planowymi kontrolami czy prewencją, tylko reaguje na donosy. Przecież dziś w Polsce mamy ok. 1500 inspektorów pracy! Na 17 milionów pracowników. Jeden inspektor na ponad 11 tysięcy osób, to nawet nie jest śmieszne.
Wyszło, że (na razie) mamy chaos, utrącone złe przepisy i żadnej sensownej propozycji w sytuacji, gdy piekielnie szybko goni nas czas. Abyśmy nie stracili ogromnej kasy z KPO, ustawa musi wejść w życie w styczniu. Za oknem mróz, ale robi się naprawdę gorąco.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/92a792f73e8c7d2661373a9cbc6b4f04,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/92a792f73e8c7d2661373a9cbc6b4f04,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Sorry, premierze. Sprawę zmiany śmieciówek w etaty skopaliście koncertowo.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/218859,brytyjczycy-zrobili-najmadrzejsza-rzecz-od-wyjscia-z-ue-idzmy-ich-sladem</guid><link>https://innpoland.pl/218859,brytyjczycy-zrobili-najmadrzejsza-rzecz-od-wyjscia-z-ue-idzmy-ich-sladem</link><pubDate>Mon, 05 Jan 2026 14:41:07 +0100</pubDate><title>Brytyjczycy zrobili najmądrzejszą rzecz od wyjścia z UE. Idźmy ich śladem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/7fd415176b9a0ea766e870c6015c01cf,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wiem, że wiele osób wkurzają reklamy, szczególnie takie, które promują niezdrowe produkty. Krew mnie zalewa, gdy przed meczem (w sumie innych rzeczy w TV nie oglądam) widzę, że dumnymi sponsorami haratania w gałę jest fabrykant paszowego jedzenia fast food, producent czipsów i wytwórca rozpuszczającego zęby napoju.

I tak sobie siedzę z moim kilkuletnim synem i widzę, jak chłonie te ogłupiające obrazki. A potem podczas podróży widzi różne fast foody i sugeruje, że może by coś przekąsić. I nagle okazuje się, że może nie cały, ale spora część wysiłku ukierunkowanego na zapewnienie dziecku zbilansowanego pożywienia idzie w diabły.
Widzę, jak dzieciaki na podwórku wcinają chipsy i zalewają je colą. Albo biegają z kolejnymi promowanymi przez internetowych pseudocelebtyrów "soczkami" napompowanymi cukrem jak była żona pewnego polityka silikonem. Na Trygława i Swaroga! Widzę dziecięce imprezy, na których rodzice nie przewidzieli dla dzieciaków wody do picia, ale cola i soczki leją się hektolitrami.
Reklamy śmieciowego jedzenia. Brytyjczycy poszli po rozum do głowy
I wiem, że mamy problem. Ten problem, prawdopodobnie w jeszcze większej skali, mają też Brytyjczycy. W ich najnowszej historii wiele rzeczy poszło nie tak, ale teraz naprawdę jednego im zazdroszczę. Zakazali właśnie reklam śmieciowego jedzenia. Serio, da się to zrobić.
Ogólnobrytyjski zakaz zabrania reklamowania żywności i napojów o wysokiej zawartości tłuszczu, soli i cukru (HFSS) w telewizji przed godziną 21:00 oraz online (całkowicie). Dotyczy on produktów uważanych za główne przyczyny otyłości u dzieci, w tym napojów bezalkoholowych, czekolad i słodyczy, pizzy i lodów. Oprócz bardziej ewidentnie niezdrowej żywności, zakaz obejmuje również niektóre płatki śniadaniowe i owsianki, słodzone pieczywo oraz dania główne i kanapki.
Brytyjczycy uruchomili specjalne narzędzie, punktację, które ocenia zawartość m.in. tłuszczów nasyconych, soli lub cukru w żywności. Produkty, które załapią się na listę, nie mogą być reklamowane we wspomniany wyżej sposób. Zakaz nie wyklucza samych marek. Mówiąc obrazowo – reklama marki "restauracji pod złotymi łukami" jest dopuszczalna, ale promowanie na przykład frytek lub burgera już nie. Sałatki może da się reklamować, chociaż biorąc pod uwagę ich kaloryczność, to przekonany nie jestem.
Brytyjczycy zrobili mądrą rzecz. Zauważyli, że rodzice i dzieciaki przegrywają w starciu z potężnymi siłami reklam. A kampanie, które mogłyby odwrócić trend tycia młodzieży, są kosztowne i pracochłonne. Jednocześnie leczenie skutków złego odżywiania się jest droższe, niż wpływy podatkowe od wytwórców takiej paszy dla ludzi.
Szlak przetarty, do dzieła!
Zjednoczone Królestwo wie o co walczy. Tam prawie co dziesiąte (9,2 proc.) dziecko w wieku przedszkolnym cierpi na otyłość, a co piąte dziecko do piątego roku życia ma próchnicę zębów. Ichni NFZ na leczenie skutków otyłości wydaje ponad 11 miliardów funtów rocznie. Rząd szacuje, że zakaz reklam zapobiegnie około 20 000 przypadków otyłości u dzieci.
Może i my byśmy zaczęli tak robić, by nie obudzić się z ręką w nocniku. Bo dobrze wiemy, że już dziś z otyłością dzieci jest u nas po prostu źle. A i dorosłym nie zaszkodzi, jeśli ich silna wola będzie mniej wystawiana na próbę.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/7fd415176b9a0ea766e870c6015c01cf,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/7fd415176b9a0ea766e870c6015c01cf,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Brtyjczycy zrobili najmądrzejszą rzecz od wyjścia z UE. Idźmy ich śladem</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/218697,nowa-konstytucja-jak-blik-3-powody-dla-ktorych-mozemy-to-zrobic-lepiej</guid><link>https://innpoland.pl/218697,nowa-konstytucja-jak-blik-3-powody-dla-ktorych-mozemy-to-zrobic-lepiej</link><pubDate>Wed, 31 Dec 2025 06:00:02 +0100</pubDate><title>Nowa Konstytucja jak BLIK. 3 powody, dla których możemy to zrobić lepiej</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/7d1a9cd6c172122d4526b5e3223f91bb,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Krytykowano ją od początku i mało kogo obchodziła. Za jej przyjęciem głosowało tylko 6,4 milionów Polaków, a 5,7 miliona było przeciwko. Finalnie tylko 22 proc. uprawnionych do głosowania Polaków postanowiło o jej przyjęciu.

Zarzucono jej postkomunistyczny rodowód i zapisy mające osłabić władzę prezydenta RP, na bazie doświadczeń z nielubianym przez autorów Lechem Wałęsą. Trafiała na koszulki, mylono ją ze słynną poprzedniczką oraz regularnie jedni z drugimi obrzucali się zarzutami o jej łamanie. Spory interpretacyjne toczyły się przez lata, rzadko z dobrym skutkiem.
U progu 2026 rośnie w Polakach przekonanie, że Konstytucja RP z 1997 roku dosyć się nam nie udała i istnieje przynajmniej parę środowisk, które chcą rozpocząć prace nad nową ustawą zasadniczą. W tym jedno kluczowe środowisko: Kancelaria Prezydenta. Według Karola Nawrockiego nowa konstytucja powinna być gotowa na 2030 rok.
To nie jest jednak artykuł o tym, czy powinna być nowa Konstytucja, a jeśli tak jaka powinna być, a bardziej artykuł o tym, czemu mogłaby wykorzystać te same mechanizmy, które wykorzystał między innymi nasz system bankowy, aby stać się jednym z najlepszych na świecie.
Nowa Konstytucja RP a system bankowy. Łączyć może je technologia
Zacznijmy więc od małego kroku wstecz: dlaczego polski system bankowy jest tak nowoczesny i stabilny? Ponieważ jest to realizacja pojęcia "przewaga zacofania" lub "przeskoku technologicznego". Polska, długo pozbawiona rynku finansowego i komercyjnych banków, tworząc swój system nie musiała się kierować tradycjami, przepisami i obciążeniami wynikającymi z dziesiątek i setek lat budowy tego sektora. 
Podobnie jest w Afryce w kwestii telefonii komórkowej, ale i bankowości: przeskoczono tam od razu do bankowych aplikacji mobilnych i lokalnych odpowiedników BLIK-a.
Skąd takie, mimo wszystko, dziwaczne porównanie? Co ma BLIK do nowej Konstytucji? Mechanizmy działania są tutaj bardzo podobne.
Konstytucja jak BLIK
Mamy wszystkie składowe, aby napisać Konstytucję, która położy podwaliny pod nowy polityczny system, pozbawiony wad poprzedników, jednocześnie pozwalający wejść na ścieżkę dalszego rozwoju. Dzisiaj siła, czy raczej słabość instytucji państwowych, wymieniana jest jako jedno z największych zagrożeń dla Polski dla utrzymania tempa rozwoju.
Czego się nauczyliśmy przez niemal 30 lat obowiązywania obecnej Konstytucji? Nauczyliśmy się sporo o naszej klasie politycznej, niezdolnej do kompromisu, która swej siły szuka w politycznych wojnach, hejcie i konflikcie. Wiemy też, co znaczą zapisy drobnym drukiem w Traktacie Akcesyjnym do Unii Europejskiej. 
Jasne jest też, że ilu prawników tyle opinii na temat konkretnych zapisów naszej Konstytucji.  Znamy wady i zal… no dobrze, głównie wady, konkretnych zapisów.
Z perspektywy czasu łatwo ocenić, co nam w ustroju państwa nie wyszło, czego chce społeczeństwo, a czego nie chce. Po prostu - mimo wszystko - trochę jako naród dojrzeliśmy do tej całej demokracji. Naprawdę żal byłoby tego nie wykorzystać do poprawienia wpadek, które nam zafundowano w 1997 roku.
Czysta kartka. Nowa Konstytucja dzięki nowej technologii
Warto byłoby więc zacząć od czystej kartki i stworzyć system polityczny, który przez Polaków jest faktycznie akceptowany i jest do tego maksymalnie odporny na próby omijania systemu.
I mamy do tego narzędzia i technologię, wcześniej niedostępną.
Po pierwsze: należy stworzyć system, który pozwoli na społeczny nadzór nad tworzeniem treści Konstytucji. Mowa o tzw. "repozytorium treści", czyli oprogramowaniu, które pozwoli na pełny wgląd w to kto, kiedy i w jakim celu wprowadził dany zapis lub poprawkę. 
Pozwoli to odkryć pierwsze nieścisłości, lub błędy merytoryczne, a jednocześnie uniemożliwi anonimowe, pojawiające się bez wyjaśnienia zmiany.
Po drugie: przy wszystkich zastrzeżeniach do AI/LLM-ów, są to narzędzia doskonale operujące logiką i już dzisiaj bardzo dobrze nadają się już dzisiaj do analizy treści i szukania sprzeczności lub pól do nadinterpretacji. Niedowiarkom polecam sprawdzenie już dzisiaj treści polskiej Konstytucji. 
Byłby to też dobry moment do wzmocnienia polskiego AI/LLM - Bielika, który pozbawiony byłby naleciałości wynikających z trenowania zagranicznych rozwiązań głównie na anglojęzycznych źródłach.
Co więcej oba te rozwiązania mogą być pierwszym krokiem do reformy tworzenia prawa w Polsce, co i tak nas czeka w najbliższej przyszłości. A czy będzie ku temu lepszy bodziec niż pisanie nowej Konstytucji?
Po trzecie: Protokół Dodatkowy.
A cóż to za dziw? Byłby to dodatkowy dokument, który wprost wskazywałby, co autor miał na myśli i jakie były intencje danego zapisu. Nie rozwiązałoby to z pewnością wszystkich problemów interpretacyjnych, ale z pewnością osłabiłby partyjną rolę Trybunału Konstytucyjnego, a przez to możliwość wpływania na bieżącą politykę.
Bez wątpienia przy próbie stworzenia nowego "systemu operacyjnego" Państwa warto posłużyć się narzędziami, które wykorzystują największe korporacje technologiczne świata chcąc osiągnąć sukces.
Jestem przekonany o tym, że możemy osiągnąć tutaj równie doskonałe wyniki jak w przypadku innych narzędzi polskiego soft power: BLIK-a, InPostu i Wiedźmina. Sprecyzowanie przy tej okazji kto rządzi krajem, kto planuje politykę międzynarodową, a kto kieruje wojskiem w czasie wojny, to już tylko takie tam małe bonusy. 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/7d1a9cd6c172122d4526b5e3223f91bb,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/7d1a9cd6c172122d4526b5e3223f91bb,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Nowa Konstytucja jak BLIK. 3 powody, dla których możemy to zrobić lepiej.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/218333,pip-masowo-zmieni-smieciowki-w-etaty-panstwo-uderzyloby-samo-w-siebie</guid><link>https://innpoland.pl/218333,pip-masowo-zmieni-smieciowki-w-etaty-panstwo-uderzyloby-samo-w-siebie</link><pubDate>Fri, 19 Dec 2025 07:00:02 +0100</pubDate><title>PIP masowo zmieni śmieciówki w etaty? Państwo uderzyłoby samo w siebie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/a4c1f2281b1cd11a6865e1ef817705f3,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Na przedsiębiorców padł blady strach: Państwowa Inspekcja Pracy będzie mogła zmieniać umowy śmieciowe na etaty. Ale czy jest się czego bać? Moim zdaniem nie. Nowe przepisy niczego nie zmienią, bo PIP nie będzie się paliła do radykalnych działań. Gdyby tak było, to musiałaby się wziąć również za szpitale i urzędy, czyli uderzyć w państwo, które reprezentuje.

Coraz głośniej jest o nowych uprawnieniach Państwowej Inspekcji Pracy. Jej ludzie będą mogli żądać od firm przeniesienia pracowników ze śmieciówek na etaty. Nowe uprawnienia PIP budzą popłoch wśród pracodawców i części pracowników. 
Nie jest przecież tajemnicą, że mnóstwo informatyków czy programistów teoretycznie prowadzi własne firmy, rzekomo współpracujące z jedną spółką. W praktyce są pracownikami wykonującymi zlecone przez przełożonych zadania. A ich firmy są po to, by uniknąć płacenia ZUS od stosunkowo wysokich zarobków.
Tak dzieje się też w innych branżach, IT to tylko przykład. Ta branża akurat na śmieciówki nie narzeka. Zatrudnianie pracowników na umowy inne niż etat jest popularne w różnych firmach. I to nie tylko prywatnych...
Dlatego moim zdaniem nowe uprawnienia PIP nie będą szeroko wykorzystywane. Bo państwowi urzędnicy musieliby na początku ugryźć rękę, która ich karmi.
Nowe uprawnienia PIP pozostaną martwe
Rok temu Główny Urząd Statystyczny przeprowadził eksperymentalne badanie i wyszło z niego, że na umowach zlecenie i np. agencyjnych pracuje w Polsce 2,4 mln osób. I uwaga: nie są to pełne dane, bo nie obejmują wszystkich rodzajów umów cywilnoprawnych. 
Mowa o osobach, które mają umowy o pracę lub prowadzącą działalność gospodarczą i równolegle wykonują umowy zlecenia i pokrewne oraz  (1 mln) oraz osoby wykonujące pracę wyłącznie na podstawie umów zlecenia i pokrewnych (1,4 mln).
W tej statystyce nie ma osób wykonujących umowy o dzieło, umowy o pomocy przy zbiorach (pomocników rolnika), osób wykonujących pracę na podstawie umów zlecenia i pokrewnych, które zawarły tą umowę z własnym pracodawcą lub z innym podmiotem, ale na rzecz własnego pracodawcy oraz uczniów szkół ponadpodstawowych lub studentów do 26. roku życia. Nie wiadomo więc, czy pełna liczba byłaby zbliżona bardziej do 3, czy może nawet 4 milionów. Na razie zostańmy przy tych ok. 2,5 mln.
GUS-owi wyszło, że 87,5 proc. ze zbadanych umów zostało podpisanych w sektorze prywatnym. To jednocześnie oznacza, że w sektorze publicznym zawarto ponad 12 proc. umów tzw. śmieciowych, co przy ostrożnej liczbie 2,5 mln wszystkich daje imponujące ponad 312 tysięcy. Tyle ludzi jest zatrudnionych przez państwo (w sektorze publicznym) na domniemanych śmieciówkach!
I jeśli od każdego przekształcenia śmieciówki w etat, pracodawca musiałby zapłacić 1000 zł miesięcznie, to w skali roku zrobiłoby się z tego nieco poniżej 4 miliardów. A to już całkiem bolesna dla budżetu suma, która przesuwana byłaby z jednej rubryki do drugiej.
Zmiana umowy śmieciowej w etat w sektorze publicznym. Oberwałyby służba zdrowia i urzędy
Reasumując: jeśli państwo zdecydowałoby się na serio traktować obowiązki PIP, musiałoby równo uderzyć w firmy prywatne, jak i państwowe. Oberwałyby i jedne, i drugie. Ale w przypadku organizacji publicznych, ostrze przepisów zwróciłoby się przeciwko obywatelom. 
Niedawno eksperci od ochrony zdrowia szacowali, że w szpitalach i przychodniach aż kilkanaście procent osób pracuje na umowach cywilnoprawnych. Nie są w to wliczane kontrakty lekarzy.
Bardzo szybko okazałoby się więc, że zadłużenie szpitali szybuje jeszcze wyżej i sektor ochrony zdrowia jest jeszcze bardziej niewydolny. Na to państwo sobie pozwolić nie może, więc doprawdy trudno jest się spodziewać jakiegoś armagedonu dla firm.
Idźmy dalej: osoby zatrudnione w sprzątaniu i ochronie to znaczna część branży wykorzystywanej zarówno przez sektor prywatny, jak i publiczny. Po zmianie ich umów nagle okazałoby się, że w sądzie czy ministerstwie może być czysto i bezpiecznie, ale na pewno nie za stawki z przetargów. Możemy to postrzegać w kategoriach nierówności i wykorzystywania słabszych, ale każdy niemal kraj stoi na niewidzialnej pracy nisko opłacanej armii ludzi. Polska też.
W tej sytuacji wydaje się pewne, że system poboru składek emerytalno-rentowych i zdrowotnych wymaga reformy. W tej chwili jedne firmy płacą dużo, inne nic. Może gdyby wszystkie płaciły za swoich ludzi niewygórowane, acz uczciwe stawki, dałoby się to wszystko pogodzić. W obecnej sytuacji masowego przekształcania śmieciówek w etaty nie będzie, bo państwa na to nie stać.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/a4c1f2281b1cd11a6865e1ef817705f3,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/a4c1f2281b1cd11a6865e1ef817705f3,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Myślisz, że nowe uprawnienia PIP coś zmienią? Państwo musiałoby uderzyć samo w siebie</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/218324,prywatna-branza-zbrojeniowa-nie-udawajmy-ze-jest-jak-kazda-inna</guid><link>https://innpoland.pl/218324,prywatna-branza-zbrojeniowa-nie-udawajmy-ze-jest-jak-kazda-inna</link><pubDate>Thu, 18 Dec 2025 06:00:02 +0100</pubDate><title>Prywatna branża zbrojeniowa? To mój ulubiony mit wolnorynkowców</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/6012e79327a396763a78ce5f1e6c4be4,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wszyscy od 2022 jesteśmy ekspertami od wojny, wojska i sprzętu wojskowego. Jaki jest mój ulubiony mit o branży zbrojeniowej, w tym polskiej? Otóż taki, że tak jak na “całym świecie” w Polsce dominować powinny prywatne firmy zbrojeniowe.

Jak jest naprawdę? Naprawdę jest tak, że oprócz krajów gdzie ma to uzasadnienie historyczne (USA, UK czy Niemcy), państwowe firmy zbrojeniowe są tak samo popularne i rozwinięte jak prywatne. Albo i bardziej.
Krótka lista wyjątków
Jeśli weźmiemy pod uwagę największe firmy zbrojeniowe na świecie i wykluczymy z tej listy USA, UK i Niemcy, to 9 z 10 tych spółek albo w całości należy do państwa, państwo ma znaczące udziały, albo posiada kluczowy głos w zarządzie.
Czemu wykluczamy USA, UK i Niemcy? Dwa pierwsze kraje oczywiście z tego powodu, że są one twórcami międzynarodowego rynku kapitałowego i jego głównym beneficjentem. Nie potrzebują państwowego kapitału, ponieważ narodowego kapitału mają aż nadto, szczególnie, że w UK kapitał amerykański jest traktowany właściwie jak lokalny.
Niemcy – powód również oczywisty. Niemcy odrzucające militaryzm i pod amerykańską kontrolą nie były zainteresowane tworzeniem państwowych firm zbrojeniowych. Tam zresztą również wielowiekowy kapitał wielkiego przemysłu, od zawsze mocno powiązany politycznie, był więcej niż wystarczający.
Warto tutaj nadmienić o pewnym micie prywatnych firm zbrojeniowych w USA. Sprzedaż amerykańskiego sprzętu jest ściśle regulowana i nie może się odbywać bez zgody Departamentu Obrony Narodowej (aktualnie Departamentu Wojny), albo wręcz za pośrednictwem rządowego programu Foreign Military Sales. 
Tak więc o ile te firmy są faktycznie prywatne, tak ich działalność na wolnym rynku jest bardzo ograniczona. Są one też w pełni zależne od rządowych kontraktów, których roczna wartość przekracza 100 miliardów dolarów. Niewiele ma to wspólnego z mitycznym wolnym rynkiem.
Branża zbrojeniowa w Polsce
No dobrze, a jak to wygląda w Polsce? Na pewno dla niektórych zaskakująco. 
Z jednej strony mamy w pełni państwową Polską Grupę Zbrojeniową (notabene 100 proc. udziałów w tej spółce posiadają 3 różne podmioty państwowe: Polski Holding Obronny, Skarb Państwa i Agencja Rozwoju Przemysłu). 
Z drugiej strony mamy legendarną Grupę WB/WB Electronics, twórcy takich systemów bojowych jak FlyEye czy Gladius. Uznawani są za wzór prywatnej przedsiębiorczości w branży zbrojeniowej, jednak mała część ludzi zdaje sobie sprawę, że aż 26,5 proc. akcji w tej spółce posiada Polski Fundusz Rozwoju, państwowy fundusz inwestycyjny. 
Nie da się tego przełożyć 1 do 1, ale dla porównania zobaczmy ile udziałów w państwowych przecież spółkach ma Skarb państwa. Tauron? 30 proc. KGHM? 32 proc. Azoty? 33 proc. PKO BP? 30 proc. Z przepisów prawa wynika, że jest istotna różnica pomiędzy 26 proc. a 30 proc., ale z pewnym uproszczeniem można powiedzieć, że to spółki z podobnym zaangażowaniem kapitałowym państwa. 
I co w związku z tym? I bardzo dobrze z tym. Jak już wspomniałem we wcześniejszej publikacji o możliwym (a raczej w związku z dementi MAP już niemożliwym) kupnie Carrefoura, nie ma się co bać państwowego kapitału. Czy należy walczyć o lepsze zarządzanie spółkami? Oczywiście! Przejrzystość? Jasne! Natomiast nie ma co starać się być świętszym od wolnorynkowych ekspertów z Zachodu, którzy sami niespecjalnie palą się do prywatyzacji swoich spółek.
Na Zachodzie bez zmian
Bo jak to jest na tym całym Zachodzie? Oczywistych krajów jak Rosja, Chiny czy Indie nawet nie opisuję. Turcja? Branżowi giganci to spółki w całości państwowe, z wyjątkiem prywatnej firmy odpowiedzialnej za słynne Bayraktary. ASELSAN, TAI, Roketsan, MKE – wszystkie są państwowe. Czy muszę dodawać, że turecki przemysł zbrojeniowy jest często podawany za wzór dla Polski?
Nie inaczej jest w krajach nordyckich. Mamy tam w pełni prywatny słynny SAAB, ale również pozostający pod nadzorem państwa norweskie Kongsberg (50 proc.+1) czy fińskie Patria Oyj (50,1 proc. posiada Finlandia). Jak stugębna plotka zresztą mówi, Polska mogła dobrych parę lat temu kupić istotne udziały w Patrii. Nie wolno też zapomnieć o producencie amunicji Nammo, gdzie po 50 proc. mają Norwegia i Patria (czyli Finlandia).
Istotne wpływy lub udziały mają państwa w takich spółkach jak Tales, Naval Group, Leonardo czy Navantia. Nawet Airbus jest projektem w którym istotną rolę odgrywają udziały Francji, Niemiec i Hiszpanii.
Inny oczywisty przykład to Izrael, gdzie Rafael czy IAI są państwowe, a nawet prywatny Elbit wywodzi się z prywatyzacji państwowych firm i jest ściśle z państwem Izrael powiązany.
Po co jest potrzebny państwowy kapitał w branży zbrojeniowej
Jaki jest cel tej wyliczanki? Celem jest wykazanie, że szczególnie w branży zbrojeniowej, strategicznej dla każdego państwa, nie warto wierzyć w ekonomiczne dogmaty o wyższości jednej formy struktury nad drugą. Tutaj szczególnie mocno potrzebny jest kapitał, daleka i szeroka perspektywa oraz stabilność. 
Nie bez powodu nie ma w tej grupie zysku, bo w świecie gdzie od sprzętu wojskowego i amunicji zależy egzystencjalne przetrwanie narodu, zysk jest celem drugoplanowym. I po to też potrzebny jest państwowy kapitał.
Bez wątpienia są elementy i nisze, gdzie to prywatny kapitał jest po prostu sprawniejszy i dynamiczniejszy. Lepiej dostosowuje się do innowacji i nowych realiów pola walki. To jednak te ociężałe molochy często stanowią o być albo nie być dla państwa w czasie wojny. To one stanowią fundamenty wysiłku wojennego całego państwa.
Co więc z tym państwowym kapitałem? Nie bójmy się go, nie unikajmy. Po prostu kontrolujmy i optymalizujmy to, jak jest wydawany.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/6012e79327a396763a78ce5f1e6c4be4,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/6012e79327a396763a78ce5f1e6c4be4,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Szymon Janus: Prywatna branża zbrojeniowa? To mój ulubiony mit wolnorynkowców.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/218318,dosc-dziadowania-w-ogloszeniach-przestancie-marnowac-czas-kandydatow</guid><link>https://innpoland.pl/218318,dosc-dziadowania-w-ogloszeniach-przestancie-marnowac-czas-kandydatow</link><pubDate>Wed, 17 Dec 2025 13:15:07 +0100</pubDate><title>Dość dziadowania w ogłoszeniach. Przestańcie marnować czas kandydatów</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/eec9f7f16a9db01c4870c8968e34a296,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Tegoroczna Wigilia przyniesie polskim pracownikom nietypowy prezent. 24 grudnia wchodzi w życie ustawa "Jasne zarobki". Brzmi jak spełnienie marzeń 93 proc.kandydatów, którzy mają dość zgadywania stawek w ogłoszeniach? Nic bardziej mylnego. To prawo to na razie atrapa, a prawdziwa rewolucja – i to bolesna dla branży IT – szykuje się dopiero za kilka tygodni.

Transparentność wynagrodzeń to od lat Święty Graal rekrutacji, zwłaszcza w sektorze technologicznym. Kiedy rząd zapowiadał ustawę "Jasne zarobki", rynek wstrzymał oddech. Okazuje się jednak, że góra urodziła mysz, a uwaga branży B2B powinna skupić się na zupełnie innym zagrożeniu: nowych uprawnieniach Państwowej Inspekcji Pracy.
Prezent, którego nie można rozpakować
Ustawa wchodząca w życie w Wigilię wprowadza trzy główne zmiany:
Gdzie jest haczyk? Jak punktuje Paulina Król z No Fluff Jobs, przepisy są dziurawe jak sito. Pracodawca ma obowiązek ujawnić stawkę, ale ustawa nie precyzuje, na jakim etapie rekrutacji musi to nastąpić. W praktyce? Firmy nadal mogą grać w kotka i myszkę, ujawniając karty dopiero na ostatniej prostej, marnując czas kandydatów.
– Choć treść ustawy de facto niewiele zmienia, jeśli chodzi o wynagrodzenia, to dyskusja wywołana przez tę zmianę jest bardzo potrzebna. Aktualnie widełki proponowanej pensji można znaleźć tylko w ok. ⅓ ogłoszeń o pracy na rynku – komentuje ekspertka No Fluff Jobs.
Nadzieją pozostaje czerwiec 2026 roku. Do tego czasu Polska musi wdrożyć dyrektywę UE o równym wynagradzaniu, która może (choć nie musi) wymusić publikację widełek już w ogłoszeniach. Na razie jednak "Jasne zarobki" pozostają w sferze życzeń.
Koniec eldorado na B2B? PIP wchodzi do gry
O ile ustawa o zarobkach to kapiszon, o tyle plany na początek 2026 roku brzmią jak wystrzał armatni wymierzony w model współpracy B2B.
Zgodnie z zapowiedziami, inspektorzy Państwowej Inspekcji Pracy (PIP) mają zyskać potężne narzędzie: prawo do przekształcania kontraktów B2B w umowę o pracę decyzją administracyjną. Bez sądu, tu i teraz (choć bez rygoru natychmiastowej wykonalności).
Dla branży IT, gdzie ponad połowa ofert to wyłącznie B2B, to scenariusz atomowy.
– To rozwiązanie lubiane zarówno przez pracodawców, jak i przez pracowników. W IT zarobki doświadczonych specjalistów są wysokie, a przy działalności gospodarczej kwota trafiająca na konto jest znacznie wyższa niż na etacie – tłumaczy Paulina Król.
Jeśli inspektor uzna, że programista ma szefa, sztywne godziny i biurko w firmie – "cywilizowany" kontrakt zamieni się w etat. Efekt? Wzrost kosztów dla firm i drastyczny spadek wynagrodzenia netto dla specjalistów ("na rękę").
Podwójne uderzenie w samozatrudnionych
Jakby tego było mało, od 1 lutego 2026 roku przedsiębiorców czeka kolejna podwyżka – wzrost minimalnej podstawy wymiaru składki zdrowotnej.
Kumulacja tych czynników tworzy niebezpieczny miks:
Ryzyko prawne: Firmy mogą bać się zatrudniać na B2B, by nie narazić się na kontrolę PIP.
Ryzyko finansowe: Samozatrudnienie stanie się droższe.
Ryzyko rynkowe: Mniejsza liczba wakatów i większa ostrożność rekrutacyjna.

Rok 2026 w polskim HR zapowiada się burzliwie. Zaczynamy od pozorowanej transparentności w Wigilię, by zaraz po Nowym Roku wejść w erę administracyjnego ręcznego sterowania rynkiem pracy. Dla tysięcy specjalistów IT może to oznaczać koniec wolności wyboru formy zatrudnienia.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/eec9f7f16a9db01c4870c8968e34a296,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/eec9f7f16a9db01c4870c8968e34a296,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Dość dziadowania w ogłoszeniach. Przestańcie w końcu marnować czas kandydatów</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/218099,dajmy-polakom-bron-bo-idzie-wojna-skonczcie-z-gadaniem-tych-bzdur</guid><link>https://innpoland.pl/218099,dajmy-polakom-bron-bo-idzie-wojna-skonczcie-z-gadaniem-tych-bzdur</link><pubDate>Sat, 13 Dec 2025 07:00:02 +0100</pubDate><title>Dajmy Polakom broń, bo idzie wojna? Skończcie z gadaniem tych bzdur</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/b04d4f0bcc4a024ee471c14aa1537a86,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Mam dość bzdur na temat broni i umiejętności strzelania. Media społecznościowe zalewają wpisy, że powinniśmy się uczyć strzelać, że powinniśmy mieć coraz więcej broni w domach, no bo przecież idzie wojna. Bujda na resorach, jedno z drugim nie ma nic wspólnego. No może jedynie to, że cywil z bronią na wojnie zginie szybciej, niż ten bez broni.

Żeby była jasność: nie jestem wrogiem broni, pasji strzeleckiej i strzelnic. Nienawidzę po prostu robienia kurtyzany z logiki. I to – co szczególnie śmieszne – najczęściej w wykonaniu przedstawicieli tzw. środowisk wolnościowych, które kolejny raz okazują się co najmniej zamordystyczne...
Ale od początku. W społecznościówkach widzę pełno wpisów, że w Polsce jest za mało broni w rękach prywatnych i trudno uzyskać na nią pozwolenie. To jest kompletna bzdura. Gdybym teraz postanowił, że chcę mieć w domu broń, jej legalne załatwienie zajęłoby mi mniej czasu, niż zrobienie prawa jazdy. Takie są fakty, nie chce mi się nawet opisywać powszechnie dostępnej procedury. Broń ma więc niemal każdy, kto mieć chce (z naciskiem na "niemal"). 
Jedynym w zasadzie warunkiem jest to, by umieć się nią (bronią) posługiwać (to nie jest rocket science) i być w miarę stabilnym psychicznie. Zaczynam więc zadawać sobie pytanie: może to właśnie ta ostatnia kwestia jest dla wielu tzw. wolnościowców barierą nie do przejścia?
Broń. Ten kraj świeci przykładem... na czerwono
Idźmy dalej. Może i w Polsce jest stosunkowo mało broni w rękach prywatnych, ale i po co mamy ją mieć? Argumentem paradoksalnym jest zawsze sytuacja w USA. Amerykanie zbroją się od dziesięcioleci, chociaż jedynym, co i kto im naprawdę zagraża, są… inni Amerykanie. Przecież oni mają jakieś 400 milionów sztuk broni, mowa o tzw. rękach prywatnych. Statystycznie każdy ma ponad jedną sztukę.
Widziałem nawet tabelkę, z której wynika, iż obywatele USA, stanowiący około 4 proc. światowej populacji, posiadają blisko 40 proc. całkowitej globalnej liczby broni w rękach cywilów.
I co? Są bezpieczni? W odpowiedzi na to pytanie można byłoby się roześmiać, gdyby za śmieszne uznać kilkanaście tysięcy zabijanych rocznie osób, włącznie z dziećmi w szkołach i własnych domach. Statystyki mocno falują od 13 do prawie 19 tysięcy zabijanych rocznie ludzi. USA są niechlubnym i zastanawiającym wyjątkiem w gronie tzw. krajów rozwiniętych. 
Owszem, są i kraje, w których posiadanie broni jest bardziej popularne, niż u nas, i wielu zabójstw nie ma. Mowa choćby o Szwajcarii czy Czechach. Nie wiadomo jednak, którą my poszlibyśmy drogą, biorąc pod uwagę naszą ułańską fantazję. Ale nie fantazjujmy, skupmy się na faktach.
Dostęp do broni. Argument ostateczny: idzie wojna
Czytam i słucham ostatnio, że idzie wojna i trzeba się zbroić. Czy ktoś może mi wytłumaczyć, jaki związek ma jedno z drugim? Tak się składa, że na wojnie biją się i zabijają żołnierze. Cywil może jedynie próbować nie dać się zabić.
I w większości przypadków nawet nie widzi tego, co mu zagraża: bomby, rakiety, drona. Posiadanie lub nieposiadanie broni niewiele tu zmienia. Obcego wojska możesz nawet nie zobaczyć. A jak wyciągniesz z kieszeni broń na widok obcego żołnierza, to w zasadzie masz pewność, że zginiesz.
Dodajmy: żołnierze są szkoleni do zabijania. Ładniej mówi się: eliminacji wroga. Cały cykl szkolenia jest tak pomyślany, by nie było w nim zbyt wiele miejsca na myślenie. Jest zagrożenie, jest reakcja, wróg został wyeliminowany. Jest ranny albo martwy.
Powszechne szkolenia wojskowe czy strzeleckie nie mają nic wspólnego z przygotowaniem do wojny. W jakiej wojnie biją się cywile? Toż to by musiała być kompletna apokalipsa. Na wojnie nie jest tak, że cywil dostaje broń do ręki i rusza na wroga. Jeśli zajdzie taka potrzeba, to znaczy, że jest bardzo, bardzo źle.
Praktycy, z którymi rozmawiałem, zawsze podkreślają, że godzina czy kilka godzin strzelania nie zrobi z nikogo wyszkolonego zabójcy. Żołnierz musi ciągle trenować, nieustannie doskonalić swoje umiejętności. I korzystać z nich w każdych warunkach, a nie tylko na strzelnicy z kartką papieru. To, że dziś umiesz trafić w tarczę, nie oznacza, że jutro albo za rok będziesz wiedzieć, jak wpakować kulę żywemu człowiekowi, wrogowi.
Na dodatek takiemu, który reaguje automatycznie i pierwsze co robi w sytuacji zagrożenia, to strzela. Świetnym przykładem takiego automatyzmu była wojna w Wietnamie. Tam na jednego zabitego wroga przypadało (wedle różnych źródeł) od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy wystrzelonych pocisków. Najpierw strzelali, potem myśleli. Myślisz, że ze swoim grzmiącym kijem w rękach masz jakieś szanse? Nadmierny optymizm.
Na koniec dodam, że samo strzelanie to jest naprawdę fajny sport, można z niego czerpać sporo przyjemności, potrafi nieźle wyciszyć i odstresować. W chodzeniu na strzelnicę, posiadaniu broni na własne potrzeby nie ma nic złego. Po prostu nie dorabiajmy do tego niepotrzebnej ideologii. Nie wmawiajmy ludziom, że muszą mieć broń, że muszą umieć strzelać. Nie muszą, ale mogą chcieć.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/b04d4f0bcc4a024ee471c14aa1537a86,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/b04d4f0bcc4a024ee471c14aa1537a86,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Dość mam wmawiania, że potrzebuję broni i mam umieć strzelać.</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
