<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[INNPoland.pl - Magazyn]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii Magazyn w INNPoland.pl]]></description>
		<link>https://innpoland.pl/c/241,magazyn</link>
				<generator>innpoland.pl</generator>
		<atom:link href="https://innpoland.pl/rss/kategoria,241,magazyn" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224266,wiemy-ilu-polakow-posiada-kryptowaluty-nasz-kraj-wyroznia-sie-na-kilku-polach</guid><link>https://innpoland.pl/224266,wiemy-ilu-polakow-posiada-kryptowaluty-nasz-kraj-wyroznia-sie-na-kilku-polach</link><pubDate>Tue, 21 Apr 2026 19:45:02 +0200</pubDate><title>Wiemy, ilu Polaków posiada kryptowaluty. Nasz kraj wyróżnia się na kilku polach</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/53eec3c354550377b382231859148914,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Ari10, polska spółka technologiczna działająca na rynku technologii blockchain, opublikowała właśnie kompleksowe badanie dotyczące adopcji kryptowalut w Europie. Okazuje się, że bitcoin i jego pochodne są o wiele popularniejsze, niż wielu myśli. Do tego Polacy są na tym polu liderami.

Kryptowaluty nadal kojarzą się wielu osobom z czymś nowym i tajemniczym. Jak jednak wynika z ostatnich badań, wcale tak nie jest. 
Kryptowaluty w portfelach Europejczyków
Ari10, firma, która działa na rynku kryptowalut i technologii blockchain, opublikowała kompleksowe badanie "Adopcja kryptowalut w Europie 2026". W jego ramach zapytała o cyfrowe aktywa aż 11 000 respondentów z 11 europejskich krajów. Co się okazało? Liderem w tym gronie jest Polska. To jednak czubek góry lodowej interesujących danych.
Z raportu dowiadujemy się, że prawie 40 proc. zapytanych o zdanie Europejczyków miało już kontakt z kryptoaktywami, a około 31 proc. deklaruje, że aktywnie w nie inwestuje. Powód? Wiara w dalszy wzrost wartości aktywów: takiej odpowiedzi udzieliło około 50 proc. inwestorów.
Aż 47,1 proc. respondentów z Polski przyznało, że miało już kontakt z kryptoaktywami. I, co ważne, to najwyższy taki wynik w całym badaniu, czyli w Europie. Jedynie 13,6 proc. Polaków, którzy zgodzili się wziąć udział w badaniu, nie widzi zastosowania kryptowalut. To z kolei najniższy odsetek na Starym Kontynencie.
Polska wyróżnia się także na innych polach. Nasz kraj cechuje się najwyższym poziomem świadomości unijnych regulacji MiCA (31,4 proc.), trzecim najwyższym udziałem aktywnych inwestorów (35 proc.) i największym odsetkiem tzw. early adopters, czyli osób, które inwestowały w kryptowaluty już przed 2017 rokiem (15,8 proc.).
"Wyniki wskazują, że adopcja kryptowalut jest w Europie na wysokim poziomie, a kryptoaktywa są postrzegane jako kolejna klasa aktywów, mogących stanowić element dywersyfikacji portfela, ale także praktyczne narzędzie płatnicze czy rozliczeniowe", wskazuje cytowany w dokumencie Mateusz Kara, CEO Ari10 & Morphic Financial Group.
Jego zdaniem "potencjał dalszej adopcji pozostaje wysoki, a kluczem do dalszego wzrostu jest edukacja obalająca strach przed technologią oraz tworzenie bezpiecznych i prostych rozwiązań do codziennych zastosowań".
Kryptowaluty w Polsce. Kto najbardziej lubi bitcoina?
Kto jednak najbardziej interesuje się kryptowalutami? Przynajmniej jedną formę kontaktu z kryptoaktywami zadeklarowało 50,7 proc. mężczyzn i 28,5 proc. kobiet.
Dominują też osoby młode (25-34 lata) i osoby w wieku średnim (35-44). Po 44. roku życia następuje wyraźny spadek zainteresowanych kryptowalutami.
Jak zaś na to, czy interesujemy się kryptowalutami, wpływają nasze dochody? W najniższej grupie dochodowej aż 27,2 proc. respondentów deklaruje, że miało już styczność z rynkiem, z kolei w najwyższej grupie odsetek ten wynosi 54,3 proc.
Twórcy badania wskazują na to, że "osoby zamożne dysponują większą zdolnością inwestycyjną, są mniej wrażliwe na zmienność cen i mają więcej czasu na śledzenie rozwoju tego obszaru".
Badanie CBOS o kryptowalutach w Polsce
Co ciekawe, badanie Ari10 zostało opublikowane krótko po tym, jak swój raport opublikował CBOS, który na zlecenie "Dziennika Gazety Prawnej" także postanowił sprawdzić, ilu Polaków inwestuje w kryptowaluty.
To ciekawe uzupełnienie "Adopcji kryptowalut w Europie 2026". W raporcie Ari10 do interesowania się tematem cyfrowych aktywów przyznało się 47,1 proc. osób, w badaniu CBOS 6,6 proc. dorosłych Polaków potwierdziło, że posiada kryptowaluty. 
Jak wyliczył CBOS, oznacza to, że w naszym kraju temat bitcoina śledzi nawet 2 mln osób, które mogły zainwestować w cyfrowe aktywa ok. 40 mld zł. Skąd ta kwota? Z tego samego badania wynika, że średnia wartość portfela wynosi ok. 20 tys. zł, co łącznie daje właśnie owe 40 mld zł. 
Na polskim rynku kryptoaktywów zdecydowanie więcej jest mężczyzn: aż 10,4 proc. z nich inwestuje w bitcoiny. Towarzyszą im kobiety, ale jest ich stosunkowo mało: jedynie 2,2 proc. przedstawicielek płci pięknej lokuje kapitał w cyfrowe aktywa. Wszyscy inwestorzy są najczęściej w wieku od 18 do 44 lat.
Inwestujemy w krypto, ale czy świadomie?
Pytanie brzmi: czy inwestujemy świadomie? Chodzi zarówno o wiedzę dotyczącą tego, jak bezpiecznie przechowywać kryptowaluty (nie na giełdzie, ale we własnym portfelu), i to, czy mamy świadomość, że na tej inwestycji możemy stracić.
Tu ponownie sięgnijmy po raport Ari10. Poziom bezpieczeństwa korzystania z kryptowalut jako wysoki oceniło 30,9 proc. ankietowanych, jako neutralny 25,2 proc., a niski – 25,7 proc. Nie jest jednak jasne, jaki odsetek respondentów wie, jak założyć własny portfel na aktywa cyfrowe.
Sama firma Ari10 wskazuje na to, by "przed wejściem na rynek kryptoaktywów skoncentrować się na podnoszeniu własnych kompetencji finansowych i cyfrowych: zrozumieć, czym są kryptoaktywa, jak działa portfel, jakie są główne ryzyka".
To słuszny kierunek: w przeciwnym razie inwestorzy skazują się na niemal pewną porażkę i utratę środków.
Kryptowaluty to już nie nisza
Kryptowaluty przestały być w Europie tematem niszowym i niezrozumiałym. Na tym polu szczególnie wyróżnia się Polska, gdzie poziom zainteresowania bitcoinem i jego realnej adopcji należy do najwyższych na kontynencie. Jednocześnie istnieje ryzyko, że mimo rosnącej popularności i względnego zaufania do rynku, wciąż istnieją istotne luki w wiedzy i świadomości inwestorów. 
To właśnie edukacja oraz rozwój bezpiecznych i prostych rozwiązań będą kluczowe dla dalszego wzrostu znaczenia kryptoaktywów i ich odpowiedzialnego wykorzystania w przyszłości.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/53eec3c354550377b382231859148914,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/53eec3c354550377b382231859148914,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Poznaliśmy nowe dane dotyczącego tego, ilu Polaków ma kryptowaluty.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224257,zmiany-na-b2b-wywolaly-placz-w-sieci-przedsiebiorcy-wstydu-nie-macie</guid><link>https://innpoland.pl/224257,zmiany-na-b2b-wywolaly-placz-w-sieci-przedsiebiorcy-wstydu-nie-macie</link><pubDate>Tue, 21 Apr 2026 12:05:36 +0200</pubDate><title>Zmiany na B2B wywołały płacz w sieci. &quot;Przedsiębiorcy&quot;, wstydu nie macie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/a7c98e649153e1a5f17b2544c3dd2bac,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Urzędnicy widzą w nich "uprzywilejowaną kastę". Oni sami widzą się jako jedyną grupę, która bierze na siebie pełną odpowiedzialność za swój los. Ich zdaniem zmiany co dwa lata to nie reforma, tylko chaos. Przedsiębiorcy B2B protestują nie tylko przeciw wyższym stawkom, ale też przeciwko brakowi stabilności, która uniemożliwia im planowanie inwestycji i spłatę kredytów. Jednak pod ich słuszne pretensje podczepiają się "przedsiębiorcy", którzy de facto pracują na etacie.

Czytając narzekania na proponowane czy planowane przez rząd zmiany podatkowe dla osób na B2B i rozliczających się ryczałtem, zauważyłem, że nie ma w nich w zasadzie nic rzeczowego. Żadnych argumentów. Źle i już. Przedsiębiorców skubią, a przesiębiorcy to sól tej ziemi i podwyższanie im podatków to szatański plan, wszyscy wyjadą.
Ba, wiele, jeśli nie większość wpisów w mediach społecznościowych popełniają osoby, które z B2B i ryczałtem nie mają nic wspólnego. Po prostu nie lubią rządu i dają temu upust, w znacznej części nie wiedząc nawet, o co chodzi. Łatwo to wywnioskować, bo poza buzującymi emocjami w ich wpisach nie ma nic konkretnego. Naprawdę zdziwił mnie fakt, że przy tak dużej zmianie większość ludzi nie ma do powiedzenia niczego sensownego.
Wyłącz emocje, włącz tryb liczenia
Postanowiłem więc zapytać znajomych na ryczałcie, co tak naprawdę oznaczają dla nich planowane zmiany. Marcin i Andrzej rozliczają się właśnie ryczałtem 8,5 proc. Są po prostu specjalistami, ale ich faktyczne zajęcie trudno nazwać czymś innym niż wyprowadzeniem etatu poza firmę. Pracują głównie dla firmy matki, łapiąc czasem zlecenia od innych podmiotów.
Ludzi takich jak oni jest mnóstwo. Ryczałtem 8,5 proc. mogą rozliczać się szkoleniowcy, korepetytorzy, fizjoterapeuci i masażyści, dzierżawcy aut, sprzętu i nieruchomości, niektórzy informatycy i cała rzesza tzw. złotych rączek. A także spora część gastronomii.
– Problem jest nie tylko w pieniądzach. Tak, jeśli te zmiany wejdą w życie, będę płacił więcej. Rzecz jasna, nie może mi się to podobać, ale problem jest szerszy. Bo w przeciwieństwie do wielu innych przedsiębiorców, ja nie mogę uciec w koszty. Ryczałt z pewnością jest jakąś preferencją, ale miał też być kotwicą stabilności – mówi mi Marcin.
O co toczy się walka? Kluczowym elementem reformy jest wprowadzenie progu przychodowego dla bardzo popularnej stawki ryczałtu (8,5 proc.). Zgodnie z propozycją, preferencyjna stawka będzie obowiązywać tylko do momentu, gdy roczny przychód nie przekroczy 100 000 zł. Po przekroczeniu tego limitu, każda złotówka nadwyżki zostanie opodatkowana stawką 15 proc., co oznacza niemal dwukrotny wzrost obciążenia podatkowego dla części dochodów.
Przedsiębiorca będzie mógł zachować stawkę 8,5 proc. powyżej limitu 100 tys. zł wyłącznie pod warunkiem zatrudnienia przynajmniej jednej osoby na pełny etat (umowa o pracę).
Cena za brak urlopu, owocowych czwartków i wczasów pod gruszą
Problem w tym, że ryczałt płaci się od przychodu, nie od dochodu. Oznacza to, że podatek wylicza się od całości uzyskanych kwot bez pomniejszania ich o koszty uzyskania przychodu (np. zakup materiałów, paliwa, czynsz za biuro). Dlatego to dobre rozwiązanie dla tych przedsiębiorców, którzy koszty mają znikome. Czyli nic nie kupują, by to sprzedać, nie przerabiają czegoś, nie muszą za dużo jeździć. 
Od przychodu można odliczyć składki ZUS oraz 50 proc. zapłaconej składki zdrowotnej. Wymagane jest też prowadzenie wykazu środków trwałych oraz ewidencji przychodów. 
– Mówimy o ludziach, którzy utrzymują się – powiedzmy – z usług. Informatycznych, kreatywnych. Czyli nie żonglują kosztami, bo one i tak byłyby znikome. I jest to – moim – podejście uczciwe. Rozliczam się od przychodu, w zamian podatek jest niski. Wiadomo przecież, że "zwykli" przedsiębiorcy czasem ostro przeginają z kosztami. Tacy ludzie jak ja pokonfigurowali swoje firmy, budżety domowe i kredyty pod te konkretne stawki – dodaje Andrzej.
Dodaje też, że składki ZUS płacone przez przedsiębiorców nie pozwalają na wiele swobody.
– Możesz się dziwić, że przedsiębiorca płaci w sumie niskie składki czy niższe podatki. I już pomińmy tę gadkę o napędzaniu gospodarki, my nie robimy tego, by pompować PKB, tylko zarabiać. Ale ja nie mam 26 dni urlopu, nie mam wczasów pod gruszą, nie mam chorobowego. Znaczy chorobowe to mam, ale wynosi chyba jakieś 130 złotych dziennie, czyli mniej niż zarobiłbym na pensji minimalnej. Ale jak nie pracuję, tylko choruję, to przede wszystkim nie zarabiam – tłumaczy Andrzej.
Do tego dochodzi jeszcze brak jakichkolwiek osłon socjalnych.
– Nie obchodzą mnie owocowe czwartki, ale moja umowa na B2B może się skończyć w każdej chwili. Zanim znajdę koleją, minie chwila. Etatowiec jest chroniony okresem wypowiedzenia, teoretycznie nie można kogoś wywalić z pracy z dnia na dzień. Jest wiele innych świadczeń, których ja na B2B nie mam. Godzę się na to, dostając większe pieniądze... Teoretycznie większe – wyznaje Marcin.
Tłumaczy, że taka forma działalności jest całkiem korzystna. W swojej krótkiej historii miała ona stanowić pewną formę rekompensaty za chaos związany z Polskim Ładem, zmianą podatkową wprowadzoną przez rząd PiS na początku 2022 roku. Ale nikt prawdopodobnie nie spodziewał się aż takiego zainteresowania. Ogółem na ryczałcie jest ponad 2 mln jednoosobowych firm, z czego mniej więcej jedna trzecia jest na stawce 5,5 proc. Nieco mniej na 8,5 proc. Sporo jest też informatyków na stawce 12 proc.
Zmiany w ryczałcie. W kogo uderzą nowe przepisy?
Warto też pamiętać, że ryczałt 8,5 proc. to dla wielu osób sposób rozliczania się z wynajmu na przykład mieszkań. W ten sposób rozliczają się przedsiębiorcy z każdej grupy oraz osoby nie prowadzące przy okazji działalności gospodarczej. 
Z planów rządu Koalicji 15 października wynika, że zmiany miałyby dotknąć wszystkich, którzy do tej pory rozliczają się ryczałtem 8,5 proc. Ale czy tak naprawdę uderzą one w przedsiębiorców lub ludzi wynajmujących choćby mieszkania?
Sprawą, na którą dziś mało kto zwraca uwagę, jest fakt, że przy wielu rodzajach działalności już dziś mamy limit 100 000 zł przychodu. Nadwyżki są rozliczane już wedle stawki 12,5 proc. Tak dzieje się choćby przy wynajmie mieszkań. 
Problemem tej stawki są jednak różne wyjątki. Cały system ryczałtu jest niesamowicie skomplikowany: jedni płacą wyższy podatek od nadwyżki, inni nie. Teraz, jak można wnioskować z planów rządu, obowiązywać będzie stawka 15 proc. od nadwyżki. To jednak plany, a co z nich zostanie – jeszcze nie wiadomo.
Jaka będzie różnica? Policzmy to na szybko. Jeśli teraz ktoś zarobi, czyli będzie miał przychód, do 100 tys. zł rocznie, płaci 8,5 tys. zł podatku. Jeśli przekroczy tę kwotę (i nie obowiązuje podwyższona stawka od nadwyżki) płaci dalej 8,5 proc. Ale jeśli zwolnienia nie ma i przedsiębiorca zarobi, powiedzmy, 150 tys. zł, to zapłaci 8,5 tys. zł stawki podstawowej i 6 250 zł od nadwyżki. 
Jeśli wejdzie stawka 15 proc., ta druga kwota wzrośnie do 7,5 tys. zł, czyli o 1 250 złotych. Ale jeśli ktoś dziś nie musi płacić podatku od nadwyżki, to po wprowadzeniu zmian zamiast 0 zł zapłaci 7, 5 tys. zł rocznie.

W skali miesiąca robi się z tego odpowiednio nieco ponad 100 lub 625 złotych więcej. Owszem, różnica jest, ale czy przy przychodach 150 tys. zł rocznie (12,5 tys. zł miesięcznie) jest znacząca? Trudno ocenić. Mój rozmówca zdaje się bardziej rozdrażniony tym, że podatki cały czas się zmieniają.
– Kolejna zmiana w ciągu 2-3 lat sprawia, że prowadzenie działalności w Polsce przypomina grę w ruletkę, a nie planowanie biznesu. Nawet malutkiego – narzeka Andrzej.
Dyskusja wokół zmian w ryczałcie dla B2B (szczególnie w sektorze IT) przypomina przeciąganie liny. Z jednej strony mamy Ministerstwo Finansów szukające wpływów i "sprawiedliwości społecznej". Z drugiej są specjaliści, którzy wybrali ryczałt jako jedyną kotwicę stabilności w polskim systemie podatkowym, a teraz ją tracą.
Przeciwnicy zmian w ryczałcie na B2B. Czy ich argumenty są sensowne?
Tak, te argumenty są sensowne, jeśli patrzymy na B2B jako na realną działalność gospodarczą, gdzie człowiek sam dba o sprzęt, biuro i marketing. Wtedy podniesienie ryczałtu to uderzenie w rentowność małej firmy. 
Nie, to nie jest sensowne jeśli mówimy o tzw. "ukrytym etacie", czyli sytuacji, gdzie programista pracuje 8 godzin dziennie dla jednego szefa, ma u niego biurko, służbowy laptop i owocowe czwartki, a B2B jest tylko nakładką optymalizacyjną, żeby płacić niższe podatki. W takim przypadku argumenty o "kosztach i ryzyku" stają się czysto teoretyczne.
Pytanie brzmi, jaką część przedsiębiorców na B2B stanowi ta pierwsza, a jaką ta druga grupa.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/a7c98e649153e1a5f17b2544c3dd2bac,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/a7c98e649153e1a5f17b2544c3dd2bac,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wkurzeni na zmiany w ryczałcie. Jak widzą to &quot;przedsiębiorcy&quot; na B2B</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224065,zamykajmy-stare-szpitale-budujmy-nowe-wiele-obecnych-przypomina-xix-wieczne-umieralnie</guid><link>https://innpoland.pl/224065,zamykajmy-stare-szpitale-budujmy-nowe-wiele-obecnych-przypomina-xix-wieczne-umieralnie</link><pubDate>Sun, 19 Apr 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Zamykajmy stare szpitale, budujmy nowe. Wiele obecnych przypomina XIX-wieczne umieralnie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/164bff5ad3197990d08bebc892a7d42b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Dyskusja o polskiej służbie zdrowia to wiecznie te same tematy. Finansowanie, terminy, jakość żywienia, dostępność leków i podejście lekarzy. Jeden temat jednak nie jest specjalnie popularny, mimo tego, że wypadamy w tej kwestii fatalnie, a skutki ponoszą pacjenci, rodziny, księgowe i lekarze.

Wieloosobowe sale w liczących czasem setki lat budynkach, rosnąca fala zakażeń, zgony spowodowane bakteriami i upałem. Ilu z was odwiedzało kogoś w szpitalu i z zaskoczeniem odkrywało, że w sali gdzie pacjent ma dochodzić do zdrowia panuje temperatura 30 stopni?
Upał, tłok, komfort jako fanaberia
Według raportu Narodowego Instytutu Dziedzictwa, ponad 378 szpitali znajduje się w obiektach zabytkowych lub powojennych. Skutkuje to między innymi znacząco przekraczającą europejską średnią skalą zakażeń szpitalnych. Szpitale te zresztą obarczone są wieloma wadami, gdzie brak parkingów to najmniejszy z nich. Większym jest problem chociażby z zasilaniem awaryjnym.
Upał, zakażenia, hałas, wieloosobowe sale, rośnie stres i dyskomfort. Leczenie przedłuża się. Do tego w zimie jest gorąco (bo kaloryfery bez termostatów) i w lecie jest gorąco. Szpitale płacą fortunę za ogrzewanie, płacą fortunę za utrzymanie i płacą fortunę za remonty.
Klimatyzacja? Zapomnijcie. Ponad 150 000 łóżek szpitalnych w Polsce nie ma klimy. Tylko 15 proc. szpitalnych pomieszczeń szpitalnych jest w ten sposób wentylowanych. Morderstwo na pacjentach.
Nie ma się co zresztą dziwić. NFZ nie refunduje kosztów klimatyzacji. Śmierć pacjenta przecież ciężko połączyć z 35 stopniami w szpitalnej sali w środku sierpnia.
Coraz dłuższe i silniejsze fale upałów będą miały swoje konsekwencje, szczególnie dla seniorów. Brak właściwej temperatury w pomieszczeniu szpitalnym to odwodnienie organizmu, zaburzenia termoregulacji. Gorzej goją się rany, a pacjenci kardiologiczni i pulmonologiczni mają wyższe ryzyko powikłań. A my nadal patrzymy na klimatyzację jak na fanaberię.
Zresztą, przecież to znamy. Nie podoba się jedzenie szpitalne? A CO TO?! PRZYSZEDŁ ŻREĆ CZY SIĘ LECZYĆ? Kto tego nie słyszał nawet od pacjentów, którzy ze zrozumieniem przyjmowali niejadalną breję. Leczenie pacjenta, który złapał sepsę lub gronkowca z powodu takich, a nie innych, warunków, kosztuje kilkakrotnie więcej. O ile w ogóle się udaje. 
No i przecież budowa nowego szpitala to kolejna fanaberia, skoro szpital funkcjonuje w danym miejscu 200 lat, to może i następne 200. A że to klasyczna "umieralnia", gdzie jako "remont" można odhaczyć remont sali operacyjnej i pokoju socjalnego, bo przecież nie dorobienie prywatnej łazienki i klimatyzacji. Niestety dla nas, mamy nawet badania, że sale wieloosobowe generują hałas zaburzający sen, co wpływa na zdrowie pacjentów. 
Co z zasadą, że po pierwsze nie szkodzić? 
Pacjenta w Polsce nie szanuje nikt. Ani system, ani administracja szpitala, ani politycy. Niech się cieszy, że udało mu się znaleźć miejsce w szpitalu. Cała reszta nie jest ważna. 
To co na zachodzie i w Skandynawii jest normą od 20 lat, u nas dalej jest uznawane za "wymyślanie". Tam standard to jednoosobowy pokój, prywatna łazienka, klimatyzacja i miejsce, aby rodzina miała gdzie usiąść przy pacjencie. 
Wypadałoby jednak w 2026 to pacjenta postawić w centrum uwagi i zrozumieć, że nikt nie robi mu łaski. Czas też porzucić wygodne "remonty" i zacząć budować nowe szpitale, zwalniając cenne tereny w centrach miast. Opłaci się to nam wszystkim. Nowe budowle na obrzeżach z pewnością przyniosą więcej korzyści niż strat.
Wielohektarowe tereny w środku wielkich miast można wykorzystać inaczej, pozbywając się problemu z parkingami, kosztami, rozbudową czy lotniskiem dla LPR-u. Nie należy też bagatelizować zupełnie realnego problemu gdzie szpital objęty jest… opieką konserwatora zabytków. Remont takiego szpitala z utrzymaniem jego działania to potężny ból głowy i potężne koszty.
Już parę lat temu dyrektor szpitala w Lublińcu informował, że przez nadzór konserwatora zabytków nie było możliwe zrealizowanie przy remoncie właściwych węzłów sanitarnych.
A problemy będą tylko rosnąć – robotyzacja medycyny wymagająca prądu, systemy AI wymagające sprawnego internetu tak jak i inteligentne czujniki. Nie zrobimy tego w dwustuletnim, ceglanym budynku. A gdzie jeszcze miejsce na obniżenie kosztów utrzymania, fotowoltaikę czy systemy bateryjne zapewniające awaryjne zasilanie.
Jaskółki dobrej zmiany
Mamy w kraju też dobre przykłady. Koronkowym jest wart 1,5 mld złotych projekt Dolnośląskiego Centrum Onkologii, Pulmonologii i Hematologii. Ten wchodzący w etap wykańczania szpital, łączy 3 istniejące oddziały w jednym budynku. Pacjenci będą mieli tam dostęp do prawie 700 łóżek w pokojach jedno- i dwuosobowych, w pełni klimatyzowane i z prywatną łazienką. Dostępne będą strefy dla bliskich i nowoczesne systemy nadzoru. 
Nowy szpital powstaje też w Poznaniu, trwają prace w Lubinie. To jednak tylko kropla w morzu. 150 000 łóżek dalej czeka na wymianę. Czy ktoś z naszej klasy politycznej się nad tym problemem pochyli? Szczególnie, że mamy czym się inspirować i z czego wyciągnąć wnioski. U swojego schyłku PRL rozpoczął budowę 11 szpitali wojewódzkich, bazując na podobnym projekcie, co miało przyspieszyć budowę i obniżyć koszty.
Jeśli szpital we Wrocławiu to koszt 1,5 miliarda złotych, to kosztem 15 miliardów na przestrzeni kilku lat postawić możemy przynajmniej 10 supernowoczesnych szpitali, oferujących tysiące łóżek. To niewielki koszt za to, aby poprawić jakość leczenia, ale i jakość chorowania. No i z wielu problemów polskiej służby zdrowia ten rozwiązać można naprawdę łatwo – dużą paczką pieniędzy.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/164bff5ad3197990d08bebc892a7d42b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/164bff5ad3197990d08bebc892a7d42b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zamykajmy stare szpitale, budujmy nowe. Wiele obecnych przypominają XIX-wieczne umieralnie</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224002,prezydent-rzeszowa-najlepszego-polskiego-miasta-mamy-dlugi-ale-mamy-tez-plan-b</guid><link>https://innpoland.pl/224002,prezydent-rzeszowa-najlepszego-polskiego-miasta-mamy-dlugi-ale-mamy-tez-plan-b</link><pubDate>Sat, 18 Apr 2026 12:00:02 +0200</pubDate><title>Prezydent Rzeszowa, najlepszego polskiego miasta: Mamy długi. Ale mamy też plan B</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/1102d6a5356d3eb8e22442a79d5a75f7,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Rzeszów, miasto numer 1 w Polsce, mierzy się z paradoksami: smogiem mimo najlepszej jakości życia i najwyższą liczbą kolizji – mimo że pozostaje najbezpieczniejszym miastem w Polsce. – W związku z tym, że staliśmy się ofiarą własnego sukcesu, błyskawicznie rozwijamy drogi i inwestujemy w program transportowy – mówi InnPoland.pl Konrad Fijołek, prezydent miasta.

Agnieszka Porowska: Rzeszów jest numerem 1 w rankingu jakości życia "Business Insidera". Czy ten sukces ma jakąś ciemną stronę?
Konrad Fijołek: Mieszkańcy są dumni, ale bycie na świeczniku oznacza ciągłe wskazywanie tego, co jeszcze wymaga poprawy. Sukces generuje nowe, niekończące się wyzwania i zawsze pojawia się jakieś "ale".
Ja też je dorzucę. Rzeszów jest najlepszym polskim miastem do życia, ale smog to wciąż wasza pięta achillesowa. Kiedy pionierskie miasto w końcu rozwiąże ten problem?
Specyfika miasta położonego u podnóża wzgórz utrudnia przepływ powietrza i powoduje kumulację zanieczyszczeń. W części komunalnej miasta wszystkie piece zostały już wymienione. Obecnie ogromnym wyzwaniem jest przekonanie mieszkańców domów indywidualnych do wymiany pieców. Co nie jest proste, bo ludzie obawiają się wyższych kosztów nowego paliwa.
Rzeszów ma teraz trochę "szczęścia". Miasto i lotnisko w Jasionce to teraz logistyczny hub dla Ukrainy i NATO, co mocno napędza waszą infrastrukturę. A co będzie, gdy wojna się skończy?
Jasionka nie jest naszym jedynym fundamentem. Nasz rozwój opiera się na silnej bazie przemysłowej, na którą składa się Lotnicza Dolina i tak wielkie marki, jak Boeing, MTU czy Rolls-Royce.
Czyli macie plan B?
Nasz plan B jest stały: inwestycje, edukacja i przygotowanie terenów pod biznes. Nie czekamy na los – kreujemy własne przewagi. Rozwijamy nowe technologie, jak drony i rozwiązania dual-use. 
Dziś Rzeszów, z którego kiedyś wszędzie było daleko, leży na przecięciu kluczowych korytarzy transportowych. Z tego też staramy się umiejętnie korzystać.
Wymienia pan robiące wrażenie światowe marki, ale Rzeszów zadłuża się w zawrotnym tempie. Kto za to zapłaci?
Przyznaję: mamy długi i powiem więcej – one rosną, ale jest to "zdrowe zadłużanie się". Tłumaczy je konieczność współfinansowania największych inwestycji drogowych, np. jezdni do strefy ekonomicznej, gdzie miasto musi wyłożyć własne środki na wykup terenów. Nowe miejsca pracy, większy podatek od nieruchomości i pracowników sprawią, że ta droga szybko zacznie się zwracać.
Co teraz najmocniej drenuje budżet najlepszego miasta w Polsce?
Wyżej wspomniane drogi. Skończyliśmy dwie duże inwestycje: połączenie osiedli i Zalesie z centrum i tzw. Wisłokostradę. Ale najbardziej nas obciąża droga prowadząca do strefy ekonomicznej: to koszt 400 mln zł, z czego 25 proc. środków pochodzi z miasta. Budżet mocno drenuje też budowa centrum atletycznego za 200 mln złotych.
Rzeszów przyjął proporcjonalnie najwięcej uchodźców w kraju, pozostając najspokojniejszym miastem w Polsce. W jaki sposób miasto obaliło tezę, że migracje generują zagrożenie dla bezpieczeństwa?
Tradycyjnie już mamy najniższy wskaźnik przestępczości, co wynika z mentalności mieszkańców, którzy są przywiązani do przestrzegania prawa. I mimo że tradycyjna struktura społeczna nam się ostatnio przemodelowała, bo przyjęliśmy wielu migrantów –  obawy przed wzrostem przestępczości z powodu ludności napływowej okazały się niepotwierdzone. 
Uchodźcy z Ukrainy są porządnymi ludźmi, którzy pozytywnie wpływają na gospodarkę i wizerunek miasta: większość z nich pracuje, a dzieci regularnie się uczą. To nie myślenie życzeniowe, a fakty wynikające z raportów.
Jednocześnie Rzeszów jest miastem z największą liczbę kolizji przypadającą na tysiąc mieszkańców. Bezpieczne miasto, gdzie poruszanie się po mieście bywa szczególnie niebezpieczne? To brzmi jak paradoks.
Rozwój przyciąga pracowników spoza Rzeszowa – dziennie wjeżdża do nas dwa razy więcej aut, niż jest zarejestrowanych. To generuje stłuczki. 
W związku z tym, że staliśmy się ofiarą własnego sukcesu, błyskawicznie rozwijamy drogi i inwestujemy w program transportowy z funduszy unijnych, który obejmie m.in. audyt 250. przejść dla pieszych, doświetlenie skrzyżowań, dodatkowe systemy sterowania oraz rozwój ścieżek rowerowych.
Czym dla pana jest Smart City, które pan propaguje – poza medialnym hasłem?
Smart City to społeczny ruch, który założyłem 10 lat temu, mający poprawiać jakość życia w miastach poprzez nowoczesne rozwiązania.
I udało się?
Oczywiście. Mieszkańcy zyskali więcej czasu i komfortu. Dzięki Smart City wdrożyliśmy m.in. jeden z najnowocześniejszych systemów zarządzania skrzyżowaniami oparty na czujnikach i kamerach, który adaptuje sterowanie ruchem. W praktyce polega to na puszczaniu większej ilości zielonych świateł w jedną stronę rano, a wieczorem w drugą. 
Mamy też aplikację do strefy płatnego parkowania, która pokazuje kierowcy wolne miejsca. Smart City to też kilkadziesiąt instalacji fotowoltaicznych na publicznych budynkach połączonych z systemami sterowania, co generuje oszczędności i zieloną energię.
Dalsza część tekstu poniżej.
W jaki sposób Rzeszowianie mogą się czuć decyzyjni w zarządzaniu miastem?
Mógłbym oczywiście mówić o konsultacjach społecznych czy budżecie obywatelskim, który oczywiście uskuteczniamy, ale tu też wrócę z ciekawostką od Smart City. 
Rzeszowianie mogą współzarządzać miastem np. dzięki cieszącej się ogromnym powodzeniem Aplikacji Mieszkańca. Mieszkańcy, robiąc zdjęcia poprzez system, zgłaszają nam usterki, a my w trybie pilnej motywacji – bo status realizacji wciąż wyświetla się zgłaszającemu – wszystko na bieżąco naprawiamy.
Kontrowersje wokół pańskiej roli w konkursie architektonicznym na projekt Biblioteki Narodowej wzbudziły zarzuty o naruszenie bezstronności. Czy ta sytuacja nie podważa wiarygodności Rzeszowa w kontekście dużych inwestycji publicznych?
Nie szukałbym tu skandalu: moja rola w konkursie na projekt Biblioteki była analogiczna do tej, jaką pełnił minister kultury w konkursie na Pałac Saski w Warszawie. Łączenie roli zamawiającego i eksperta to nic nadzwyczajnego. 
Głosy, które podnoszą, że wpłynąłem na wynik, nie mają racji. Wyrok Krajowej Izby Odwoławczej potwierdził zresztą prawidłowość przeprowadzenia konkursu oraz oddalił wszystkie zarzuty podnoszone w odwołaniu.
Czy coś pozytywnego może płynąć z takich burz?
Jeśli się nie ma nic na sumieniu – to tak. Plusem płynącym z tego zamieszania jest na pewno to, że o Rzeszowie mówi się jako o mieście walczącym o ambitną architekturę. Cieszę się, że światowe marki i nazwiska, takie jak pracownia współpracująca z Zahą Hadid czy japoński architekt Kengo Kuma, którego projekt zwyciężył, zaczynają się u nas pojawiać.
Sam projekt będzie zresztą bardzo innowacyjny, bo połączy w jednym miejscu wielu przestrzeni kulturalnych: bibliotecznych, konferencyjnych, wystawienniczych i muzycznych. Powstanie scena teatru muzycznego i operowa, czego do tej pory w Rzeszowie brakowało.
Dla mnie Rzeszów to...
...to dynamiczna i ekonomiczna rodząca się metropolia o europejskich aspiracjach.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/1102d6a5356d3eb8e22442a79d5a75f7,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/1102d6a5356d3eb8e22442a79d5a75f7,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Nasz plan B jest stały: inwestycje, edukacja i przygotowanie terenów pod biznes - mówi InnPoland.pl Konrad Fijołek, prezydent Rzeszowa</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/223921,b90-czyli-drugie-zycie-stoczni-gdanskiej-klub-jest-mekka-melomanow</guid><link>https://innpoland.pl/223921,b90-czyli-drugie-zycie-stoczni-gdanskiej-klub-jest-mekka-melomanow</link><pubDate>Sat, 18 Apr 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>B90, czyli drugie życie Stoczni Gdańskiej. Klub jest mekką melomanów</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/56c5afb9de2d260522d4b7c236665898,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Pomysł, by przerabiać poprzemysłowe obiekty na dyskoteki i sale koncertowe, nie jest może oryginalny, ale gdańskie B90 jest na tym polu czymś szczególnym. Właściciele klubu dają Stoczni Gdańskiej nowe życie, tworząc z jej terenów centrum kultury alternatywnej.

B90 to dziś jedno z najważniejszych miejsc na mapie fana muzyki: koncertowali w nim najwięksi, a w tym roku odbędzie się tam największy polski festiwal metalowy.
Początki B90. Jak powstał znany klub w Gdańsku
Jak na stronie klubu podają jego założyciele, początkowo ten miał powstać w Gdynii. Nagle jednak pojawiła się "informacja o terenach postoczniowych w Gdańsku".
"Żyliśmy w przekonaniu, że są one wciąż niedostępne. Obejrzeliśmy wszystkie poziomy hali 90B i zdecydowaliśmy się na parter. W miejscu, w którym obecnie jest scena, wcześniej znajdowała się rampa kolejowa", wspominają.
Prace, których celem było zamienienie hali przemysłowej na industrialny klub muzyczny, trwały osiem miesięcy: w tym czasie wybudowano dwie sceny, a całą przestrzeń przystosowano pod kątem akustycznym. Było nad czym pracować, gdyż pomieszczenia przed adaptacją cechowały się pogłosem wynoszącym ponad... siedem sekund. Grać w takich warunkach koncert to jedno, ale być słuchaczem – drugie.
W końcu jednak udało się: dziś klub może pomieścić nawet dwa tysiące osób i regularnie grają w nim znane zespoły: a to metalowe, a to hip-hopowe.
"Najtrudniejsze były, oczywiście, początki. I pierwsze trzy lata. W trakcie ich trwania skupiliśmy się na rocku i metalu. Klub B90 swoją działalność rozpoczął koncertami Primal Scream, The Raveonettes, Buzzcocks i The Damned – był to przedsmak tego, co będzie się działo w kolejnych latach", wspominają dalej założyciele.
I choć rock i metal to dziś rdzeń działalności klubu, nierzadko odwiedzają go też fani innych gatunków. Wystarczy wymienić eklektyczny Soundrive Festival. 
Mystic Festival w Gdańsku
Z pewnością pewnym przełomem dla B90 była reaktywacja Mystic Festival.
Mowa o polskim festiwalu, poświęconym wszystkim odcieniom muzyki metalowej, który wystartował pod koniec lat 90. Początkowo był stosunkowo małą imprezą, odbywającą się w krakowskiej Hali Wisły (gwiazdą był wtedy blackmetalowy Emperor). W następnych latach festiwal organizowano w Krakowie, Katowicach, Wrocławiu, Chorzowie i wreszcie Gdańsku. Przez lata headlinerami były na nim takie gwiazdy jak Iron Maiden, Kreator, Slayer, Sabaton, Megadeth, King Diamond czy Judas Priest.
Obecnie za imprezą stoi Mystic Coalition, sojusz agencji koncertowej Knock Out Productions, wytwórni płytowej Mystic Production i wreszcie klubu B90. Dziś to też czterodniowy festiwal, bliższy takim imprezom, jakie odbywają się na Zachodzie.
W tym roku na czerwcowym (4-6.06) festiwalu zagrają m.in. Megadeth, Black Label Society, Behemoth, Gaahls Wyrd, Cavalera, Death to All, Ciśnienie, A.A. Williams, Blood Incantation, Mastodon, Marduk, Today is the Day czy Coroner. A to tylko czubek góry lodowej, gdyż łącznie polskiej publice zaprezentuje się kilkadziesiąt (bliżej setki niż dwudziestu) formacji z całego świata.
B90 nie obsługuje całego festiwalu: są w nim organizowane tylko koncerty klubowe. Co nie oznacza, że takie wydarzenia są gorsze: nierzadko prawdziwą magię muzyki można poczuć dopiero w taki sposób.
B90. Nie tylko metal, nie tylko Mystic
Sprowadzenie roli B90 tylko do "mysticowego" klubu byłoby jednak zbyt dużym uproszczeniem tematu. To dziś centrum kultury alternatywnej w Gdańsku. W tym roku zagrała tam wspólny koncert nieszczególnie święta trójka: Mayhem, Immolation i Marduk. Kilka dni po niej na scenę weszli Brytyjczycy z Paradise Lost. 
Już 19 kwietnia odbędzie się tam też "Wild Hunt Metal" – koncert przygotowany przez współautorów muzyki do gry "Wiedźmin 3: Dziki Gon", na którym zaprezentowane zostaną utwory wykorzystane w grze, ale w mocniejszej, metalowo-rockowej aranżacji.
12 maja polskim fanom zaprezentują się Public Image Ltd. Dla niewtajemniczonych: to formacja znanego z Sex Pistols Johna Lydona.
23 i 24 maja już wyprzedane koncerty zagra Palion, polski youtuber, osobowość internetowa i piosenkarz, a 30 maja legendarny Kaliber 44 (wszystko w ramach trasy upamiętniającej zmarłego w maju 2025 roku rapera Jokę).
22 czerwca klub zdominują ponownie metalowcy: członkowie Trivium, Frontside i Heriot, a 15 lipca ich koledzy ze sceny: formacja In Flames.
Jakby komuś zabrakło mocnych wrażeń, tp już 20 lipca w B90 zagrają reprezentanci sceny hardcore: Biohazard i Cro-Mags. 
Jeżeli ktoś będzie chciał odpocząć od ciężkich gitar i wrzaskliwych wokali, polecamy rockowe Gogol Bordello (17 sierpnia) albo – i tu klub pokazuje swoją uniwersalność i otwartość – Ich Troje. Tak, chodzi o ten zespół od Eurowizji, Michała Wiśniewskiego i czerwonych włosów.
Klub przygotowuje się już na kolejny rok: na 13 lutego 2027 zabukował koncert T.Love.
Muzyka w budowie. Dać Stoczni Gdańskiej nowe życie
Klub B90 pokazuje, jak ogromny potencjał tkwi w rewitalizacji przestrzeni poprzemysłowych. To, co kiedyś było miejscem ciężkiej pracy i przemysłu, dziś staje się tętniącym życiem centrum kultury, przyciągającym tysiące ludzi i artystów z całego świata (w tym przy okazji tak spektakularnych wydarzeń jak Mystic Festival).
Wniosek jest jasny: odpowiednio zagospodarowane obiekty tego typu nie tylko zachowują swoją historyczną tożsamość, ale zyskują nowe życie jako przestrzenie integrujące społeczność, rozwijające kulturę i budujące markę miasta. B90 jest tego najlepszym dowodem — przykładem, że przeszłość i nowoczesność mogą współistnieć, tworząc coś naprawdę wyjątkowego.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/56c5afb9de2d260522d4b7c236665898,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/56c5afb9de2d260522d4b7c236665898,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">B90 pozwala ożywić tereny Stoczni Gdańskiej. Klub jest mekką fanów muzyki</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/223909,unia-europejska-na-progu-najwiekszych-wyzwan-pora-myslec-o-planie-b</guid><link>https://innpoland.pl/223909,unia-europejska-na-progu-najwiekszych-wyzwan-pora-myslec-o-planie-b</link><pubDate>Fri, 17 Apr 2026 06:01:01 +0200</pubDate><title>Unia Europejska na progu największych wyzwań. Pora myśleć o planie B</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/e6b2069bd3fa9248a1854f5c2f17563d,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Referendum w sprawie wejścia do UE było pierwszym głosowaniem w moim pełnoletnim już wówczas życiu. Od tego czasu moja relacja z Unią od umiarkowanego euroentuzjasty ewoluowała do "to skomplikowane".

Dzisiaj nadal widzę więcej zalet bycia w UE niż wad, ale zaczyna się to niepokojąco do siebie zbliżać w kalkulacji, co przeważa. Mimo wszystko uważam członkostwo w UE za bezalternatywne. Nie jest to jednak wpis o "polexicie", ani nawet o słabościach Unii. To wpis o tym – co zrobimy, jeśli Unia się rozpadnie, nie pytając nas o zdanie?
Czy mamy plan B na Unię Europejską?
Czy poważne państwo, a Polska przynajmniej do tego aspiruje, może żyć w stanie bezalternatywności? Czy nie powinniśmy już teraz mieć w jakiejś państwowej instytucji grupy roboczej, która po prostu będzie pracować nad stworzeniem wizji takiej alternatywy?
Wbrew hałaśliwym politykom i ich fanom, jak najbardziej można i należy rozmawiać o alternatywie. Unia nie jest darem niebios, dogmatem, który będzie nienaruszalny do śmierci cieplnej wszechświata. 
Gdzie więc szukać nadziei? Albo chociaż Planu B?
Polska obecnie współpracuje w ramach dwóch inicjatyw, które teoretycznie mogłyby być bazą do "Nowej Unii", czyli Bukaresztańska Dziewiątka oraz Trójmorze. Przybliżmy sobie te inicjatywy. Co ciekawe, obie zostały powołane z inicjatywy Polski i Prezydenta Dudy.
Czym jest Bukaresztańska Dziewiątka
Bukaresztańska Dziewiątka (B9) to nieformalny format współpracy 9 krajów NATO – Bułgarii, Czech, Estonii, Węgier, Łotwy, Litwy, Polski, Rumunii i Słowacji. Powołano go w 2015 roku, w związku z rosyjską agresją na Krym i od tego czasu było polem do ustalania wspólnego frontu wojskowego na tzw. Wschodniej Flance NATO. 
W ramach tej grupy państw regularnie spotykali się ministrowie spraw zagranicznych czy ministrowie obrony narodowej. Szczególnie po agresji Rosji na Ukrainę format ten był narzędziem do koordynowania presji na inne kraje NATO celem wzmocnienia obecności wojsk zachodnich na wschodzie Europy i ciągłego wsparcia Ukrainy.
Słabością jest oczywiście nieformalność tej platformy dyskusyjnej i brak faktycznych narzędzie wpływu oprócz lobbingu wypracowanego w ramach dyskusji. Szczególnie dało to o sobie znać nie tylko w wypadku Węgier, które zachowują odmienne stanowisko względem pomocy Ukrainy, ale niestety również w kontekście Polski. Według informacji mediów po objęciu władzy w 2023 przez obecny rząd Radosław Sikorski właściwie nie wykazuje zainteresowania współpracą w ramach B9 czy Trójmorza. To kolejny smutny przykład prymatu wewnętrznej polityki nad interesem Rzeczypospolitej.
Czym jest Trójmorze
Inicjatywa Trójmorza czy też Trójmorze to druga inicjatywa powołana przez Prezydenta Dudę, tym razem z Prezydent Chorwacji. Było to wprowadzenie w życie propozycji wypracowanej przez amerykański środowiska eksperckie, które wskazywały na gigantyczną dziurę infrastrukturalna na wschód od Niemiec. Oficjalnie zainaugurowane w 2016 Trójmorze skupić się miało na projektach infrastrukturalnych, energetycznych i transportowych.
Stworzony w 2020 fundusz inwestycyjny, miał operować ponad 1 miliardem euro środków przeznaczonych na te właśnie cele. Co ciekawe, projekt ten cieszy się dużym zainteresowaniem i wsparciem nie tylko USA, ale również Niemiec czy Japonii. Od trzech lat również Ukraina i Mołdawia traktowane są jako kraje stowarzyszone z inicjatywą Trójmorza, a on spotkania w Polsce w 2025 również Albania i Czarnogóra. Obecnie członkami Trójmorza są Polska, Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Grecja, Węgry, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja i Słowenia.
Mamy więc dwie duże inicjatywy regionalne, które pokrywają tematy współpracy militarnej, infrastrukturalnej i inwestycyjnej. Jak też widać, nie ma problemu, aby inicjatywy te uzyskały wsparcie nie tylko w krajach UE, ale również w USA czy Japonii. 
Dochodzi do tego również rosnąca współpraca z krajami skandynawskimi, które pod presją rosyjskiej agresji postanowiły zbliżyć się do krajów regionu centralnej i wschodniej europy.
Czy jest możliwa nowa polityczna Unia?
Można więc sobie wyobrazić, że na tej bazie można by powołać polityczną unię, która mogłaby stanowić alternatywę czy zastępstwo dla dzisiejszej Unii. Oczywiście, kraje regionu mają wspólne problemy w kwestii bezpieczeństwa czy infrastruktury, ale mają również wiele różnic. Czy tych różnic jest jednak tyle samo co w samej UE?
Ile tak naprawdę łączy mieszkańca Tallina, z mieszkańcem Sewilli? Raczej mniej niż mieszkańca Tallina i Białegostoku. Z pewnością za to w krajach regionu mniej jest problemów wewnętrznych znanych z krajów zachodniej Europy. Z kolei siłą naszego regionu CEE byłoby szeroko rozumiane IT i technologie cyfrowe. Kraje skandynawskie, Polska czy Estonia to prawdziwi giganci w tej sferze.
Czy w związku z tym powinniśmy szykować referendum i radośnie przeć do nowego bytu politycznego? Nie. Oczekiwałbym jednak, aby gdzieś w pojemnych szafach leżały plany co zrobić w sytuacji, kiedy obudzimy się w świecie bez Unii Europejskiej.
Dobrze byłoby wiedzieć gdzie jechać, z kim rozmawiać, co i jak zorganizować. Jakie składać propozycje i jak to sfinansować. Po prostu byłoby dobrze być dla odmiany gotowym na globalne wstrząsy.
Co dalej z Unią Europejską?
Nie mam wątpliwości, że w najbliższych latach Unia będzie trzeszczeć w posadach. Sypiący się globalny ład, rewolucja AI i brak odpowiedzi ze strony UE na te zmiany, wewnętrzne problemy związane z nielegalną imigracją i społeczeństwem multikulti, problemy z bezpieczeństwem i dotykający całą Europę problem z demografią. 
Wszystko to sprawi, że Unia zostanie postawiona przed największymi wyzwaniami w swojej historii. I może ich nie przetrwać. Bądźmy na to gotowi i miejmy plan, bo nikt nie będzie na nas czekał. My sami będziemy musieli wywalczyć dla siebie miejsce w takiej Europie.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/e6b2069bd3fa9248a1854f5c2f17563d,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/e6b2069bd3fa9248a1854f5c2f17563d,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Omawiamy Bukaresztańską Dziewiątkę i Inicjatywę Trójmorze.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/223993,gpw-ma-juz-35-jej-historia-jest-o-wiele-ciekawsza-niz-wielu-mysli</guid><link>https://innpoland.pl/223993,gpw-ma-juz-35-jej-historia-jest-o-wiele-ciekawsza-niz-wielu-mysli</link><pubDate>Thu, 16 Apr 2026 14:01:01 +0200</pubDate><title>GPW ma już 35 lat. Jej historia jest o wiele ciekawsza niż wielu myśli</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/f7755cb9aef2b294c8f562fd68ca312a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Polska giełda papierów wartościowych działa od 35 lat. Przez ten czas przeszła sporo zmian i to historia na fascynujący serial, a nie nudne lekcje ekonomii.

16 kwietnia 2026 roku Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie obchodzi swoje 35-lecie. Ale jej korzenie są jeszcze starsze i sięgają początku XIX wieku.
Początki GPW
Choć okres zaborów kojarzy się nam z czasem, gdy rządzili nami obcy władcy, nie była to epoka aż tak jednoznacznie negatywna, jak wielu się wydaje. To wtedy na terenach byłej Polski zaczęły rodzić się nowoczesne – oczywiście jak na XIX wiek – finanse. 
Cofnijmy się więc do 2 maja 1817 roku, kiedy to w Warszawie w Pałacu Saskim założono pierwszą w Polsce giełdę, Giełdę Kupiecką (po 11 latach przeniesiono ją na Plac Bankowy, a następnie do siedziby przy ul. Królewskiej). Było to jedno z pierwszych takich miejsc w Europie, w którym handlowano walutami, wekslami oraz towarami. Papiery wartościowe wprowadzono do obrotu dekadę później.
Losy Giełdy Kupieckiej były bardzo dramatyczne. W czasie powstania listopadowego (1830–1831) nie zwołano ani jednej sesji.
W kolejnych dekadach powstawały kolejne giełdy: w Krakowie, Lwowie, Łodzi i Poznaniu. Rozwój rynku finansowego uniemożliwił wybuch I wojny światowej.
Czas II RP i jak zostać maklerem
Kolejny etap działalności giełdy – tym razem pod nazwą Giełdy Pieniężnej – rozpoczął się 2 stycznia 1921 roku. Ponownie umożliwiono inwestorom obrót dewizami, monetami oraz walutami innych krajów. Rynek akcjami nadal stanowił nikły procent handlu.
Uregulowano też zawód maklera: kandydat musiał być niekarany, znać język polski w mowie i piśmie, być w wieku 35–70 lat. I oczywiście zdać specjalny egzamin. W 1939 r. w Polsce działało nieco ponad 100 maklerów. W skali roku realizowali 50 tys. transakcji. 
Wybuch II wojny światowej doprowadził do oficjalnego zamknięcia giełdy – ta działała jednak nadal, ale nieoficjalnie. Dopiero w lutym 1940 roku handel formalnie reaktywowano. 
Ponowne zamknięcie nastąpiło po wybuchu powstania warszawskiego. Po powstaniu PRL giełdy nie przywrócono do życia.
Powrót w latach 90.
Przełom nastąpił 12 kwietnia 1991 roku – wtedy to podpisano akt założycielski spółki "Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie" (GPW). Pierwsza sesja odbyła się 16 kwietnia 1991 roku.
O jakiej skali wtedy mówiliśmy? Kapitał akcyjny wyniósł tylko 6 000 000 zł, wszystkie akcje objął Skarb Państwa. Pierwszym prezesem został Wiesław Rozłucki. Początkowo notowano tylko pięć spółek. Były to: Tonsil, Próchnik, Krosno Glass, Śląska Fabryka Kabli i Exbud. Z tych Próchnik utrzymał się na parkiecie najdłużej: do 18 stycznia 2019 roku. W czasie debiutanckiej sesji złożono 112 zleceń. Notowania odbywały się tylko raz w tygodniu: we wtorki.
Warto dodać, że mówimy o czasach przedinternetowych, co mocno ograniczało handel i rozwój. Pierwsze giełdowe platformy internetowe zaczęły powstawać w połowie lat 90., ale w Polsce dopiero w latach 1998-2000 domy maklerskie zaczęły umożliwiać klientom składanie zleceń przez sieć, tym samym zastępując model zlecania transakcji przez telefon lub osobiste.
W kolejnych latach GPW zaczęła się bardzo dynamicznie rozwijać: rosła liczba notowanych spółek, wprowadzano nowe instrumenty finansowe oraz nowoczesne systemy transakcyjne. Ważnym impulsem dla rynku były m.in. reforma emerytalna z 1999 roku oraz przystąpienie Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku.
GPW współcześnie
Stworzenie Otwartych Funduszy Emerytalnych (OFE) stworzyło masowy popyt na akcje, z kolei przystąpienie do UE otworzyło polski rynek na kapitał zagraniczny, co zaowocowało wzrostem liczby inwestorów międzynarodowych oraz debiutami dużych spółek zagranicznych.
Nie można zapomnieć, że pomogło też dołączenie do NATO, które sprawiło, że Polska zaczęła jawić się jako kraj bezpieczniejszy i pewniejszy jako miejsce inwestycji.
Z czasem powstały także dodatkowe rynki, takie jak NewConnect (dla mniejszych, rozwijających się firm) czy Catalyst (rynek obligacji korporacyjnych i komunalnych), które umożliwiły finansowanie zarówno dużych, jak i mniejszych przedsiębiorstw. W następnych latach obroty na GPW podlegały wahaniom, zależnym od sytuacji gospodarczej i nastrojów inwestorów. 
Obecnie GPW jest największą giełdą w Europie Środkowo-Wschodniej i ważnym centrum finansowym regionu. Dziś pełni ona kluczową rolę w polskiej gospodarce, umożliwiając przedsiębiorstwom pozyskiwanie kapitału, a inwestorom – lokowanie środków. Jej rozwój odzwierciedla jednocześnie przemiany gospodarcze Polski od początku lat 90. aż po współczesność.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/f7755cb9aef2b294c8f562fd68ca312a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/f7755cb9aef2b294c8f562fd68ca312a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">16 kwietnia 2026 r. GPW w Warszawie obchodzi 35-lecie.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/223786,polska-rozpycha-sie-na-rynku-polprzewodnikow-na-te-firmy-warto-chuchac</guid><link>https://innpoland.pl/223786,polska-rozpycha-sie-na-rynku-polprzewodnikow-na-te-firmy-warto-chuchac</link><pubDate>Tue, 14 Apr 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Polska rozpycha się na rynku półprzewodników. Na te firmy warto chuchać</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/fc34ecb53f116a34c761066da91fca65,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Polska i Europa nie są znane jako giganci produkcji elektroniki, ale nie jest też tak, że Polska pozostaje całkowitą pustynią.

Wielkie nadzieje wiązaliśmy z planami budowy pod Wrocławiem fabryki Intela, ale ten amerykański gigant pod presją problemów wewnętrznych wycofał się z tego projektu. Nie tylko zresztą u nas, ale i w Niemczech, bo fabryki te były ze sobą połączone. Wtedy tak samo szybko zniknęliśmy z globalnej mapy produkcji półprzewodników jak się na niej pojawiliśmy.
Rosnąca potrzeba wzrostu niezależności technologicznej, czy to europejskiej, czy polskiej, otwiera jednak nowe możliwości, ułatwia dostęp do kapitału i pozwala marzyć o rzeczach dotychczas trudnych do osiągnięcia.
Polski Krzem. Firma znad Wisły rozpycha się na rynku półprzewodników
Jednym z przykładów może być firma Polski Krzem, którą parę miesięcy temu założyła grupa weteranów z Intela i paru innych firm z branży półprzewodnikowej. To co świadczy o rozsądku założycieli to oparcie się na tzw. podejściu fabless oraz wykorzystanie otwartego standardu RISC-V do projektowania polskich chipów. 
Co to znaczy? Podejście fabless oznacza zlecanie produkcji w działających już fabrykach, ponieważ budowa takiej fabryki oznaczałaby inwestycje warte miliardy złotych. Wykorzystanie architektury RISC-V oznacza po pierwsze przyśpieszenie prac, a po drugie wykorzystanie istniejących branżowych standardów. Firma chce się skupić na tworzeniu chipów do wykorzystania w branży wojskowej, energetycznej i kosmicznej, a ich główny cel to bezpieczeństwo chipów i tzw. szyfrowanie postkwantowe. 
Jak zapowiadają twórcy, trwają rozmowy z polskimi funduszami i inwestorami, bo wymogi finansowe są niebagatelne. Mowa o kilkuset milionach złotych w początkowej fazie budowy firmy.
Samo szyfrowanie postkwantowe to w branży gorący temat i pracuje nad nim nie tylko polskie wojsko w postaci Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni. Wojskowi eksperci przeprowadzili już udane testy rozwiązań, które mają być wdrażane w polskim wojsku i służbach specjalnych. ResQuant, startup z Łodzi, zajmuje się właśnie projektowaniem systemów odpowiedzialnych za szyfrowanie odporne na, kolokwialnie mówiąc, komputery kwantowe, które zniszczą obecne, klasyczne systemy bezpieczeństwa.
Polskie doświadczenie w projektowaniu chipów
Polska posiada już zresztą pewne kompetencje w projektowaniu elementów lub całych chipów. ChipCraft z Warszawy/Lublina specjalizuje się w projektowaniu elektroniki do systemów satelitarnych GPS, a Digital Core Design z Bytomia to prawdziwy weteran. Istniejąca już od ponad 25 lat firma chwali się, że zaprojektowane przez nich systemy trafiły do ponad miliarda urządzeń elektronicznych na całym świecie.
Nie jest jednak też tak, że Polska jest globalną pustynią. Wilk Elektronik, producent pamięci i dysków, to mały, ale jednak uznany producent elektroniki. Firma mająca ponad 35 lat doświadczenia, nie produkuje oczywiście kluczowych elementów swoich pamięci, ale jest to absolutny globalny standard. Nawet najwięksi, jak Kingston czy Corsair są tylko i aż ekspertami od montowania chipów od dostawców jak Samsung, Micron czy SK Hynix. Faktycznych producentów w skali TSMC, Samsunga czy Intela w Europie nie ma w ogóle, a i Goodram jest unikatem w skali Europy. 
Warto to docenić, nawet jeśli chciałoby się mieć więcej. Niestety nie ma tutaj łatwiej ścieżki rozwoju, ponieważ przeskoczenie tego wymagałoby dokonania przez Goodram wielomiliardowych inwestycji, bez gwarancji sukcesu, a sama firma daleka jest od posiadania takich środków.
Bez wątpienia perłą w koronie pozostaje Vigo Photonics, unikatowy w skali świata producent fotonicznych układów scalonych i detektorów fotonowych, wykorzystywanych w medycynie, wojsku i branży kosmicznej. To ich detektory wylądowały na Marsie z amerykańskim lądownikiem.
 Obecnie firma szykuje się do budowy wartej miliard złotych fabryki fotonicznych układów scalonych, która ma ich wprowadzić do pierwszej ligi w tej niszy produkcyjnej oraz uczynić pierwszym na świecie producentem fotonicznych układów scalonych w zakresie tzw. średniej podczerwieni. 
Warto by było, aby polskie państwo chuchało i dmuchało na firmę z Ożarowa. Vigo już teraz dostarcza podzespoły do Polskiej Grupy Zbrojeniowej i należy liczyć, że ten szybko rosnący producent uzbrojenia będzie traktował tę współpracę priorytetowo.
Instytucje, które "trzymają" elektronikę w Polsce
Za aspekty badawczo-rozwojowe w kwestii elektroniki i odpowiedniki odpowiadają w Polsce głównie dwie instytucje. Jedno to związany z Politechniką Warszawską CEZAMAT, który posiada już infrastrukturę wartą około 2 miliardy złotych, która może stanowić bazę do krajowej linii produkcji układów scalonych. 
Nie mówimy oczywiście o najbardziej zaawansowanych i najmniejszych wersjach układów scalonych, ale o alternatywnych i mniej wymagających produkcyjnie, ale nadal bardzo nowoczesnych, które i tak znajdują zastosowanie w tysiącach produktów. 
Drugą instytucją jest Łukasiewicz – IMiF (Instytut Mikroelektroniki i Fotoniki), intensywnie zaangażowany w europejski projekt linii pilotażowej w zakresie produkcji tzw. półprzewodników szerokoprzerwowych.
Dodatkowe środki i perspektywy dla tych ośrodków badawczych jak i środki dla Vigo Photonics znalazły się dzięki unijnemu CHIPS Act, który zakłada wydanie miliardów euro na europejską suwerenność półprzewodnikową.
Mamy więc jak widać liderów i struktury, które mają przed sobą przyszłość wartą wsparcia państwa nie tylko w zakresie finansowania produkcji i badań, ale również w zakresie bycia kluczowym klientem dla przyszłych polskich chipów. Orlen, PGE czy PGZ to firmy, które mogą złożyć w nich naprawdę spore zamówienia i liczmy na to, że w tym kierunku pójdzie program "local content" zapowiadany przez premiera Polski.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/fc34ecb53f116a34c761066da91fca65,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/fc34ecb53f116a34c761066da91fca65,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Polska rozpycha się na rynku półprzewodników. Na te firmy warto chuchać</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/223771,na-wegrzech-odsuneli-viktora-orb-na-a-pepowina-do-rosji-nadal-sie-trzyma</guid><link>https://innpoland.pl/223771,na-wegrzech-odsuneli-viktora-orb-na-a-pepowina-do-rosji-nadal-sie-trzyma</link><pubDate>Mon, 13 Apr 2026 14:01:01 +0200</pubDate><title>Na Węgrzech odsunęli Viktora Orbána. A pępowina do Rosji nadal się trzyma</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/499a09214328ecb0164901b2e788de1c,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />12 kwietnia 2026 r. przejdzie do historii Węgier jako data przełomowa: po 16 latach władzę w kraju stracił Viktor Orbán. Czy jednak naprawdę mówimy o tak dużym przełomie, jak chcą to widzieć niektórzy dziennikarze i polscy politycy? Sprawa jest bardziej złożona.

Stało się coś, co jeszcze parę lat temu wydawało się nierealne: po 16 latach Viktor Orbán i jego partia, Fidesz, przechodzą do opozycji. Wybory wygrało ugrupowanie Tisza, na którego czele stoi Péter Magyar. Czy jednak przełom jest aż tak duży, jak wielu uważa?
Polak, Węgier, dwa bratanki?
Zacznijmy od wyjaśnienia jednej kwestii: sytuacja polityczna na Węgrzech wcale nie jest tak podobna do polskiej, jak chcą to widzieć polscy politycy.
Przede wszystkim należy zrozumieć, że Węgrzy kompletnie inaczej niż Polacy podchodzą do Zachodu. Rozdźwięk ten ma swoje korzenie w I wojnie światowej. A dokładniej: w traktacie w Trianon.
Chodzi o jedno z najważniejszych porozumień pokojowych zawartych po I wojnie światowej, które zostało podpisane 4 czerwca 1920 roku w pałacu Grand Trianon we Francji. Traktat dotyczył przede wszystkim losu Węgier, które jako część pokonanych Austro-Węgier musiały zaakceptować bardzo surowe warunki pokoju. Na jego mocy kraj stracił około dwóch trzecich swojego terytorium oraz znaczną część ludności, która znalazła się w granicach innych państw: Czechosłowacji, Rumunii czy Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców.
Decyzja ta wywołała wśród Węgrów poczucie krzywdy. Nie bez powodu kraj ten w czasie kolejnego światowego konfliktu stanął po stronie państw rewizjonistycznych. Kiedy więc w 1918 r. ówcześni Polacy skorzystali na końcu I wojny światowej i ich kraj powrócił na mapy, Węgrzy mogli tylko poczuć gorzki smak porażki i poniżenia przez Zachód. 
I to na tym resentymencie wypromował się Viktor Orbán: nie bez powodu balansował pomiędzy Unią Europejską a Rosją. To podobało się jego wyborcom, nieufnym Brukseli i zachodnim elitom.
Czym stoją współczesne Węgry?
To jednak nie wszystko. Na przeszłość nakłada się teraźniejszość. Współczesne Węgry są w dużym stopniu uzależnione surowcowo od Rosji – zwłaszcza w zakresie dostaw gazu ziemnego i ropy naftowej. Kraj ten importuje większość swoich surowców energetycznych właśnie z terenów tego wschodniego mocarstwa, co wynika zarówno z uwarunkowań historycznych, jak i istniejącej infrastruktury przesyłowej. Ważną rolę odgrywa tu współpraca z rosyjskimi firmami, takimi jak Gazprom, które dostarczają gaz na podstawie długoterminowych umów.
Spójrzmy na dane: z danych Centrum Studiów nad Demokracją wynika, że w latach 2021-2025 węgierska zależność od rosyjskiej ropy skoczyła z 61 proc. do 93 proc. W 2025 r. to ze wschodu pochodziło aż ok. 95 proc. importowanego do kraju Bratanków gazu ziemnego. Wszystko to owoc podpisanego w 2021 r. piętnastoletniego kontraktu z Gazpromem.
Węgry Orbána robiły więc coś odwrotnego do Polski: nie tylko uniezależniły się od dostaw z Rosji, ale jeszcze tę zależność zwiększyły. Czy ktoś tu oszalał? Nie.
Przede wszystkim Węgry to państwo śródlądowe, więc nie ma tylu możliwości importu surowców co nasz kraj. Do tego kluczowa rafineria w Százhalombatta pod Budapesztem jest przystosowana do przetwarzania ropy z Rosji. Po prostu technicznie nie jest gotowa do obsługi innego surowca.
Ropa z Rosji jest też stosunkowo tania, co pomagało Fideszowi tłumaczyć, wyborcom, że jeżeli ich kraj zrezygnuje z tej współpracy, koszty ich życia wzrosną. I dopiero na to nakładają się decyzje polityczne: Orbán dążył do pewnej dywersyfikacji, starał grać na paru fortepianach, a to współpracując z Brukselą, a to Moskwą, a to Pekinem.
Węgry przejdą rewolucję? Nie ma na to szans!
Czy więc teraz, gdy na czele rządu stanie Péter Magyar, wszystko to się zmieni?
Zdaniem Sebastiana Seligi, niezależnego analityka rynkowego, "z perspektywy rynków finansowych i zagranicznego kapitału, powrót Węgier do europejskiego mainstreamu to jednoznacznie byczy sygnał, który radykalnie obniża ryzyko polityczne i daje zielone światło do odblokowania miliardów euro z zamrożonych funduszy unijnych, co zadziała jak potężny stymulant inwestycyjny i pomoże w stabilizacji wyceny forinta".
Na to samo wskazuje XTB, które podaje, że "kluczem do przyszłego wzrostu jest odmrożenie funduszy unijnych". Sam bank Morgan Stanley szacuje, że dostęp do środków z KPO i funduszy spójności podniesie wzrost PKB Węgier o 1-1,5 punktu procentowego.
Zmiana rządu i otwarcie się na Bruksele, które obiecuje Tisza, pomogą więc w "podpompowaniu" gospodarki Bratanków funduszami UE.
Co z daninami?
XTB wskazuje też na "koniec tzw. podatków nadzwyczajnych". Zdaniem analityków firmy, "możliwe jest wycofanie się z sektorowych danin nałożonych przez Orbána na banki, handel i energię, co poprawi klimat inwestycyjny".
Same zaś środki z UE "zostaną prawdopodobnie skierowane na modernizację infrastruktury i transformację energetyczną, co jest bardziej prowzrostowe niż przedwyborcze transfery socjalne Fideszu".
W kwestii surowców energetycznych sprawa jest już o wiele trudniejsza. XTB sugeruje bardziej ewolucje niż rewolucje: po prostu uzależnienie Węgier od rosyjskiego rynku jest zbyt duże, "by odciąć się z dnia na dzień".
Podobnie na sprawę patrzy Seliga. Jego zdaniem "całkowite odcięcie się od dostaw ze Wschodu z dnia na dzień jest technicznie niemożliwe z uwagi na uzależnienie infrastrukturalne od rurociągu Przyjaźń i gazociągu TurkStream". Jednocześnie "możemy spodziewać się teraz gwałtownego poszukiwania alternatywnych dostaw LNG z południa Europy oraz zacieśniania współpracy z sąsiadami, co w średnim terminie całkowicie zmieni strukturę kosztową węgierskiego przemysłu i uniezależni Budapeszt od politycznych nacisków Kremla".
(R)ewolucja w Budapeszcie
Wszystko więc wskazuje na to, że na Węgrzech dokona się pewna zmiana, ale nie będzie ona rewolucyjna. Cały proces potrwa lata, jeżeli nie dekady. Zakładając, że do władzy nie powróci już Fidesz czy inna tego typu formacja.
Rząd Magyara może więc okazać się dla wielu pewnym rozczarowaniem: nie dokona gwałtownych zmian, bo po prostu nie może. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/499a09214328ecb0164901b2e788de1c,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/499a09214328ecb0164901b2e788de1c,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Po 16 latach władzę na Węgrzech stracił Viktor Orban. Co to oznacza?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/223633,najwieksze-klamstwo-sieci-komorkowych-dlaczego-konsultant-nie-moze-wyslac-ci-oferty-mailem</guid><link>https://innpoland.pl/223633,najwieksze-klamstwo-sieci-komorkowych-dlaczego-konsultant-nie-moze-wyslac-ci-oferty-mailem</link><pubDate>Mon, 13 Apr 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Największe kłamstwo sieci komórkowych. Dlaczego konsultant nie może wysłać Ci oferty mailem?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/d3c3364f7338cc3a7ce9bc98770bf6c9,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Ta oferta jest ważna tylko podczas tej rozmowy" – to zdanie słyszał niemal każdy z nas, gdy przyszło do przedłużenia umowy z siecią komórkową. Żyjemy w świecie 5G i światłowodów, ale gdy prosimy o warunki umowy na piśmie, wielkie firmy nagle stają się bezradne. Dlaczego operatorzy boją się słowa pisanego i co ukrywają między wierszami barwnych opowieści konsultantów?

Na pewno to znasz: przychodzi taki moment, że zaczynasz się zastanawiać nad przedłużeniem umowy ze swoim operatorem. Wchodzisz na stronę internetową, sprawdzasz taryfy i oferty i... niemal natychmiast dzwoni telefon. Oczywiście zupełnym przypadkiem!
Dzwoni konsultant, który obiecuje złote góry, gigabajty płynące miodem, a do tego abonament za pół darmo. A kiedy mówisz: "Brzmi super, proszę to wysłać na maila, przeczytam i potwierdzę", nagle zapada cisza albo zaczyna się festiwal uników. Dlaczego?
Dlaczego operator nie wysyła umowy. Telekomunikacyjny cyrograf na gębę
Ile razy ja to przerabiałem, ile razy słyszałem marudzenie znajomych! Planujesz związać się z operatorem na rok, dwa, może więcej. Może przy okazji wziąć jakiś telefon w aktualnej promocji? A może nie warto? Chcesz wiedzieć, przeanalizować, porównać opcje.
Co Ci da rozmowa z konsultantem operatora? Literalnie nic. Po niej możesz wręcz wiedzieć mniej. Zostaniesz zasypany marketingowym bełkotem, w którym na próżno szukać kluczowych informacji: usłyszysz za to, że telefon ma fajny ekran i jest ładny, a za umowę zapłacisz grosze. Kiedy chcesz sprawdzić, ile to są grosze i czy inny operator nie ma oferty na mniejsze grosze, konsultant nawija dalej. Ponawiasz prośbę o maila z umową. Nic z tego. Za każdym razem pracownik sieci komórkowej nie może nic Ci wysłać mailem, żebyś mógł lub mogła spokojnie się nad tym zastanowić.
Rozumiecie? Żyjemy w 2026 roku. Wysyłamy sondy na Marsa, rozmawiamy z AI o sensie istnienia, a technologia pozwala nam przesłać całą bibliotekę narodową w ułamku sekundy. Jednak gdy prosisz operatora sieci komórkowej o ofertę na piśmie, nagle lądujesz w epoce kamienia łupanego.
"Nie mamy takiej technicznej możliwości", "System nam na to nie pozwala", "To oferta tylko na teraz, przez telefon". Znacie to, prawda? To nie jest awaria systemu. To precyzyjnie zaplanowana strategia osaczania klienta. I nie jest to wymysł wrednych konsultantów, lecz polityka sieci komórkowych. To one ustalają zasady.
Umowa na telefon. Mail – zabójca "świetnych okazji"
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego operatorzy komórkowych tak bardzo nie chcą do nas pisać, nawet gdy jest to dla nas znacznie bardziej wygodne i prosimy o to wprost? Odpowiedź jest prosta i brutalna: słowo pisane to wróg sprzedaży impulsywnej. Mail z umową to dla operatora wyrok śmierci na superofertę. Dlaczego?
Pamięć jest ulotna, PDF nie. Przez telefon łatwo rzucić hasło "darmowe pakiety", zapominając dodać, że są darmowe tylko przez dwa miesiące, a potem kosztują tyle, co mały jacht. W mailu to zdanie musiałoby zostać napisane czarnym na białym.
Mając ofertę na skrzynce, możesz ją w trzy minuty zestawić z tym, co oferuje konkurencja. Natomiast gdy wszystko odbywa się na gębę... Przez telefon konsultant jest twoim jedynym oknem na świat. Gra na twoich emocjach, na presji czasu, na wyjątkowości tej cudownej chwili. Wszystko według scenariusza opracowanego na samej górze firm telefonii komórkowej.
No i czy widziel... słyszeliście kiedyś konsultanta sieci komórkowej, który podczas rozmowy odczytuje 15 stron regulaminu drobnym drukiem? No właśnie. Mail wymusiłby dołączenie załączników, których lektura mogłaby sprawić, że szybko straciłbyś zainteresowanie ofertą.
Przedłużenie umowy. Tylko tutaj, tylko teraz – jak gra w 3 kubki
Największym (chociaż skutecznym) absurdem jest tworzenie aury tajemniczości podczas rozmowy o zawarciu umowy. Konsultanci zachowują się, jakby przekazywali nam tajne kody do sejfu Narodowego Banku Polskiego, których nie wolno utrwalić na żadnym nośniku. "To oferta specjalnie dla pana, wygenerowana przez system, tylko na tę rozmowę". Serio? Wiesz, ile razy ja to słyszałem?
To psychologiczna pułapka. Ma w nas wzbudzić lęk przed utratą okazji (słynne FOMO: ang. fear of missing out). Gdyby przedstawiciele operatorów wysłali nam warunki umowy mailem, czar by prysł. Zostałaby sucha tabela z cyframi, z której jasno wynikałoby, że te supergratisy i inne fajerwerki to po prostu sprytne przesunięcie kosztów z jednej kolumny do drugiej.
Czy sieć komórkowa ma prawo odmówić przekazania propozycji umowy na piśmie?
Niestety prawo stoi tu po stronie silniejszego. Firma nie ma obowiązku przedstawiania oferty marketingowej w formie, jaką sobie zażyczymy. Konsultanci mogą namiętnie do nas dzwonić i równie namiętnie odmawiać wysłania maila. Ich prawo. No dobra, ale co możemy my, obecni lub potencjalni klienci?
W sumie możliwe jest, że to co słyszymy od telemarketera to całkiem dobre oferty, lepsze niż byśmy dostali na stronie internetowej operatora albo w salonie. Ale warto chyba powiedzieć: "Skoro nie chcecie tego zapisać, to znaczy, że nie macie mi nic ciekawego do zaoferowania".
To brak szacunku do klienta i jego czasu, a także obrażanie jego lub jej inteligencji. Wymuszanie decyzji "na gębę" to relikt lat 90., który w dobie cyfryzacji wygląda po prostu żałośnie. 
Operatorzy telekomunikacyjni, którzy żyją z przesyłania danych, nagle twierdzą, że nie potrafią przesłać kilku zdań tekstu na skrzynkę pocztową? To tak, jakby piekarz twierdził, że nie potrafi sprzedać chleba, jeśli nie zjesz go bezpośrednio przy ladzie.
Klienci mają dość umów tylko na gębę. Czas na bunt?
Dopóki będziemy zgadzać się na ten telefoniczną operetkę, dopóty operatorzy będą nas traktować jak zwierzynę łowną, a nie partnerów, którzy podejmują racjonalne decyzje.
Następnym razem, gdy podczas rozmowy z konsultantem usłyszysz: "nie mogę wysłać tego na maila", odpowiedz po prostu: "to zadzwońcie, jak będziecie mogli". I odłóż słuchawkę. Bo w świecie poważnego biznesu, jeśli coś nie jest zapisane, to po prostu nie istnieje. A my, klienci, zasługujemy na to, by traktować nas poważnie.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/d3c3364f7338cc3a7ce9bc98770bf6c9,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/d3c3364f7338cc3a7ce9bc98770bf6c9,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Największe kłamstwo sieci komórkowych. Dlaczego konsultant nie może wysłać Ci oferty mailem?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/223223,pracodawcy-zaganiaja-pracownikow-do-biur-na-zdalnej-zostawilbym-tylko-najzdolniejszych</guid><link>https://innpoland.pl/223223,pracodawcy-zaganiaja-pracownikow-do-biur-na-zdalnej-zostawilbym-tylko-najzdolniejszych</link><pubDate>Sun, 12 Apr 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Pracodawcy zaganiają pracowników do biur. &quot;Na zdalnej zostawiłbym tylko najzdolniejszych&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/c959b1f49eaa697e8f0948774656f9df,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Choć jeszcze niedawno praca zdalna była standardem, dziś pracodawcy masowo "zaganiają" nas z powrotem do biur. Czy ten nagły zwrot to faktycznie przepis na lepszą komunikację i twórcze pomysły? A może raczej to cichy powrót do kontroli, który wyklucza z rynku pracy tysiące zdolnych osób i burzy skomplikowaną, domową logistykę? InnPoland sprawdza, dlaczego trend RTO (Return to Office) budzi tak silne kontrowersje. Rozmawiamy z pracownikami i szefami.

Tego nie da się nie zauważyć, choć wielu z nas chciałoby udać, że tego nie dostrzega. Wracamy do biur. Wystarczy spojrzeć na oferty pracy na portalach ogłoszeniowych. Oferty zdalne to zdecydowana mniejszość, często zarezerwowana dla anonsów typu: wypełnianie ankiet, składanie wniosków, które prawie nigdy nie są pracami z prawdziwego zdarzenia. Bywają za to doskonałymi narzędziami do wyłudzenia danych lub naciągania na pieniądze. 
Czy naprawdę wszystko, co jeszcze kilka miesięcy temu można było zrobić z domu położonego na drugim końca świata, dziś wymaga stałego oddechu szefa na ramieniu w Warszawie, czy innym dużym mieście? Sądząc po treści ofert, najwyraźniej taką opinię mają teraz ogłoszeniodawcy.
Praca zdalna ratuje dom i firmę. "Wciąż siedziałabym na L4" 
Nie oszukujmy się. Brak możliwość pracy zdalnej wyklucza nas – i piszę to w imieniu tysięcy mieszkańców mniejszych miast – z lwiej części rynku pracy. Znam dziesiątki osób, dla których konieczność przejścia na pracę stacjonarną wiązałaby się z utratą wymarzonej posady w mediach, finansach, logistyce... Przeprowadzka? Łatwo powiedzieć.
 – Nie chodzi o to, że ja jestem tak bardzo wygodna i boję się dojazdów czy zmian, ale najzwyczajniej w świecie: nie dałabym sobie rady z domową logistyką. Z obiadami, sprzątaniem, zajęciami dodatkowymi, a najważniejsze… z chorobami – mówi InnPoland pani Aleksandra, księgowa, prywatnie mama dwóch przedszkolaków.
Kobieta jest po rozwodzie, dzieci często zapadają na infekcje, a praca zdalna daje jej możliwość równoległej opieki nad synami.
– Nie wiem, co zyskałby mój pracodawca, gdyby chciał mnie bardziej kontrolować poprzez powrót do biura. Przecież ja wtedy wciąż siedziałabym na L4, bo jak nie jednemu bliźniakowi coś dolega, to drugiemu. Wystarczy, że rano któregoś zaboli brzuch i po herbacie. Pracując w biurze, trzeba byłoby natychmiast wziąć urlop na żądanie lub szorować do przychodni. W pracy zdalnej idzie się "przemęczyć" – mówi Aleksandra.

Kobieta przyznaje, że gdy jej dzieci są przeziębione, w jednym czasie próbuje łączyć obowiązki pracownika z powinnościami matki. Przeważnie "jakoś" jej się to udaje.
– Nie jestem wtedy wzorową matką i prawdopodobnie nie jestem też idealnym pracownikiem, ale to takie moje "zjeść ciastko i mieć ciastko" – ocenia moja rozmówczyni.
Pracodawcy tłumaczą, dlaczego chcą, by pracownicy wrócili do biur
Managerzy czy właściciele firm, z którymi rozmawiam, nie lubią słowa "kontrola". Wszyscy zgodnie podkreślają, że w powrocie do biur nie o nią chodzi. Większość z nich mówi, że ma zaufanie do pracowników, jednak wystarczy porozmawiać trochę dłużej i okazuje się, że bywa ono dość ograniczone.
– Nie chciałbym stresować moich pracowników i wciąż zaglądać im w komputer, ale po latach doświadczeń jestem prawie pewien, że przepływ informacji przy pracy zdalnej jest dużo dłuższy, a to mocno wpływa na tempo i energię niektórych projektów – zaznacza pan Jan, właściciel agencji marketingowej.
Zdaniem rozmówcy InnPoland, więcej spraw można byłoby załatwić sprawniej i lepiej, gdy pracownicy rozmawiali ze sobą przy stole, niż wiecznie pisali czy dzwonili do siebie przez komunikatory.
– W pracy na odległość wszystko przypominało bardziej zabawę w głuchy telefon niż wspólny cel i wspólne rwanie tej samej rzepki z wiersza Tuwima. Ten temu coś napisał, ale tamten nie zauważył. Tamta tamtej coś nagrała, ale zapis wpadł do spamu. Czasem na odkręcaniu takich rzeczy, na wiecznej pogoni za zaginionymi mailami, można było naprawdę stracić dużo czasu i cierpliwości – opisuje mężczyzna, który rok temu z ulgą "zagonił" pracowników do biura.

Przedsiębiorca zauważa też, że przy pracy zdalnej pracownicy mniej uczą się od siebie, a "burza mózgów" praktycznie nie istnieje. To duży minus zwłaszcza przy pracy kreatywnej, którą trudni się agencja.
– Wyobraźnia gra dużą rolę w naszej branży. Gdy pracownicy są razem, każdy coś do tego wspólnego gara dorzuci. Jakiś kolejny szalony pomysł wpadnie komuś do głowy i wszystko pączkuje, mknie przed siebie efektem kuli śnieżnej. Pracownikom pochowanym w domach, za komputerami, nie chce się aż tak "produkować". I to wcale nie jest ich wina. Tylko chyba wina ewolucji! – rzuca przedsiębiorca.
Podczas rozmowy z nim (notabene zdalnej) wspólnie dochodzimy do kolejnego wniosku: nie każdy umie się precyzyjnie wypowiadać pracując zdalnie przez komputer lub słuchawkę. Rozmowa twarzą w twarz może wyzwolić więcej emocji i potencjału.
Pan Jan zastrzega, że nie jest psychologiem rozwojowym ani też biologiem, jednak na to, dlaczego tak się dzieje, ma pewną teorię. 
– Na świecie żyjemy obok siebie, spotykamy się, rozmawiamy od setek tysięcy lat. W bezpośrednim kontakcie wiele spraw przychodzi nam naturalnie. Zdalne porozumiewanie się zza ekranów to tak naprawdę wymysł XXI wieku. Jako gatunek chyba dopiero się w to wgryzamy. Te proporcje czasowe muszą mieć jakieś znaczenie – zastanawia się.

Z własnej perspektywy mogę przyznać: praca w domu, gdzie przez większość dnia jestem panią i władczynią swojej przestrzeni i swojego komputera, bardzo indywidualizuje, a nawet wycofuje. Czasem potrzeba mi dużo sił i samozaparcia, by po pracy wyjść z kapsuły własnego świata.
Chcąc nie chcąc bardzo mi w tym pomagają dzieci, które codziennie trzeba odebrać z placówek opiekuńczych, a następnie gdzieś zawieźć czy spędzić z nimi czas na basenie, rowerze czy sankach. 
To daje mi kopa i codziennie pokazuje, że poza szklanym ekranem jest jeszcze jakiś inne życie, które być może nie byłoby dla mnie tak oczywiste, gdybym po pracy "nic" nie musiała. Często zastanawiam się, czy po pracy tak łatwo przenikałabym w niewirtualne życie, gdyby moich synów nie było.
Wyobcowanie i fobie społeczne. Kiedy praca zdalna osłabia potencjał zespołu
Pan Michał prowadzi firmę geodezyjną. W tej branży wiele rzeczy robi się zza biurka, ale trzeba też pracować w terenie, na przykład na pomiarach.
 – Zakłada się wodery, pakuje narzędzia i jedzie. Gdy jesteśmy wszyscy razem i trzeba wysłać kogoś w plener, to nie ma z tym najmniejszego problemu. Mordęgą była pandemiczna praca zdalna. Chłopacy chyba przyrośli do tych siedzeń, nikomu się nigdzie nie chciało jeździć – bulwersuje się rozmówca InnPoland.
Geodeta zauważa, że zatrudnieni zbyt długo pracujący wyłącznie zdalnie stają się wyobcowani.
– Łapią jakieś fobie społeczne. Tracą elastyczność, a często i pokorę przed bardziej doświadczonymi pracownikami. Jako pracodawca jestem gorącym fanem wspólnej pracy z jednego miejsca. Zresztą: przecież nie będę siedział w biurze sam. Po coś za nie płacę. Dla mnie ważne jest oddzielenie czasu rodzinnego i prywatnego od zawodowego. Podczas pracy z domu wszystko się miesza. Myślę, że innym te podziały też wychodzą na zdrowie – ocenia pan Michał.  
Mężczyzna cieszy się też z tego, że nie musi wyrównywać rachunków za prąd u pracowników zdalnych. Uważał to za kłopotliwe.
Dalsza część tekstu poniżej.
Praca zdalna bywa bardziej efektywna niż stacjonarna. Cisza, spokój i koncentracja
Pani Katarzyna jest managerką w jednej z firm komunikacyjnych. Dział, którym zarządza, zajmuje się zdalną obsługą klienta. Pracownicy mają możliwość codziennej pracy z biura lub hybrydowej.
– Nie zauważyłam, żeby praca zdalna była mniej efektywna niż ta z biura, co zresztą potwierdzają wewnętrzne statystyki. Powiem szczerze: czasem drażniły mnie te plotki, wspólne kawki i wycieczki na papierosa. Na zdalnej nie ma tego problemu – mówi InnPoland pani Katarzyna.
Nasza rozmówczyni zwraca też uwagę na to, że wielu osobom, które przechodzą na pracę zdalną, wyniki rosną. Powód? Nie muszą zmagać się z setkami rozpraszających rzeczy, które skutecznie utrudniały im wykonywanie obowiązków, gdy siedziały na jednej sali wśród kilkudziesięciu kolegów i koleżanek.
 – Cisza i spokój są nieosiągalne w siedzibie korporacji, a przecież są niektórym bardzo potrzebne. Praca zdalna sprzyja koncentracji i zmniejsza przebodźcowanie. Osoby neuroatypowe bardzo sobie cenią pracę z domu, a my potem bardzo cenimy ich osiągnięcia – mówi managerka. 
Pani Katarzyna zaskakuje mnie jeszcze jednym: praca zdalna to jej zdaniem koniec romansów w pracy:
– Pracujemy w dość młodym zespole. Spięcia między ludźmi lub wręcz odwrotnie, ich zbliżanie się do siebie, generowało mnóstwo dramatów, na które w pracy teoretycznie nie powinno być miejsca. W praktyce były jednak mocno odczuwalne.
Dlaczego pracodawcy nie chcą zdalnych pracowników? "Zaczęłoby się, że kogoś lubię bardziej, a kogoś mniej"
Kolejny przedsiębiorca, z którym rozmawiam, pan Tomasz, właściciel agencji ubezpieczeniowej, o pracy zdalnej ma znacznie gorsze zdanie. Uważa, że efektywność wtedy spada, a niektórych pracowników trzeba po prostu bardziej nadzorować.
– Na zdalnej zostawiłbym tylko tych najzdolniejszych – mówi pan Tomasz.
Jestem tak zdziwiona, że muszę dopytać:
– Najzdolniejszych? Co to znaczy? Czyżby chciałby im pan mierzyć inteligencję i na tej zasadzie dzielić i rządzić: ty do biura, ty na zdalną?
– Chodzi o tych bardziej zdyscyplinowanych. Tych, którzy dodatkowo sami szukają rozwiązania problemów, nie trzeba ich co krok prowadzić za rączkę. Oni nadają się do pracy zdalnej. Są jednak i tacy pracownicy, którzy na odległość po prostu sobie nie poradzą. Ludzie mają podobne wykształcenie, podobne kursy, podobną wiedzę, czasem nawet podobny staż pracy, a i tak realizują zlecenia w różny sposób – wyjaśnia.
W marzeniach pan Tomasz idzie jeszcze dalej.
– Chciałbym móc wybrać, kto może, a nawet powinien pracować zdalnie, a kogo miałbym bliżej. W pracy jednak obowiązuje zasada braku dyskryminacji i ciężko byłoby mi się z tego wytłumaczyć. Zaraz by się zaczęło, że kogoś lubię bardziej, a kogoś mniej i jestem niesprawiedliwy. Dlatego, żeby uprościć sobie życie, każę wszystkim przychodzić do biura, choć wiem, że niektórym łatwiej byłoby pracować z domu – konkluduje.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/c959b1f49eaa697e8f0948774656f9df,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/c959b1f49eaa697e8f0948774656f9df,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Powrót do biur (RTO): dlaczego pracodawcy rezygnują z pracy zdalnej? Czy brak elastyczności wyklucza z rynku pracy i jak praca zdalna wpływa na logistykę domową oraz efektywność zespołu.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/222823,prezydent-zielonej-gory-nie-mamy-kompleksow-liczby-mowia-same-za-siebie</guid><link>https://innpoland.pl/222823,prezydent-zielonej-gory-nie-mamy-kompleksow-liczby-mowia-same-za-siebie</link><pubDate>Sat, 11 Apr 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Prezydent Zielonej Góry: Nie mamy kompleksów. Liczby mówią same za siebie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/c4eca4cc8879c69ba9875c80013e2fa2,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Prezydent Zielonej Góry Marcin Pabierowski szykuje miasto na to, że liczba jego mieszkańców znacząco wzrośnie. Skąd ten optymizm i czym samorządowiec chce przyciągnąć ludzi, by zamieszkali w stolicy województwa lubuskiego? – Nie mamy kompleksów – mówi w wywiadzie dla InnPoland prezydent Marcin Pabierowski.

Agnieszka Porowska: Dlaczego nie chciał pan Grzegorza Brauna w swoim mieście?Najpierw umowę najmu sali na spotkanie z politykiem Konfederacji zerwał Zajazd Kultury, a potem Targi Książki Bez Cenzury.
Marcin Pabierowski: Targi Książki oczywiście popieram, ale nie popieram zakamuflowanych występów europosła Brauna. Organizatorzy nie poinformowali władz miasta o wystąpieniu politycznym, które miało się odbyć w świetlicy należącej do miasta. 
Nie ma mojej zgody na to, żeby w obiektach miejskich prowadzić agitację partyjną. Polityków zapraszam do lokali komercyjnych: w Zielonej Górze jest ich wiele do wynajęcia.
Nie ma pańskiej zgody, ale organizatorzy kontynuowali wydarzenie bez przeszkód. 
Ja zareagowałem, ale prośba, aby tego wydarzenia nie przeprowadzać w miejskiej świetlicy, została zignorowana. Przecież nie będę się z nikim szarpał. Mam jednak nadzieję, że ziarno zostało zasiane, informacja poszła w świat i w przyszłości podobne sytuacje nie będą miały miejsca.
W dobie kryzysu demograficznego przewiduje pan, że liczba mieszkańców Zielonej Góry zwiększy się do 180 tysięcy. Skąd ten optymizm?
Potencjał naszego miasta określił dokument strategiczny, jakim jest plan ogólny. To nie tylko inwestycje, ale również analizy demograficzne, kierunki współpracy z Uniwersytetem Zielonogórskim oraz potencjał terytorialny Zielonej Góry.
W tym dokumencie chłonność miasta w perspektywie 20 lat jest wyliczona na ponad 180 tysięcy mieszkańców. Mamy już zabezpieczone tereny pod budownictwo jedno- i wielorodzinne. W planie ogólnym na Strefy Aktywności Gospodarczej przewidziany jest teren o powierzchni 400 hektarów. Wykorzystamy wszystkie potencjały tak, aby miasto stało się jeszcze atrakcyjniejszym miejscem do życia.
Konkretnie: co przyciągnie tych wszystkich ludzi do Zielonej Góry?
Stawiamy na bezpieczeństwo medyczne mieszkańców miasta. Rozbudowujemy szpitale. Powstaje właśnie Lubuskie Centrum Onkologii. To projekt na 300 mln zł, wspierany przez Ministerstwo Zdrowia, który miasto dofinansowało kwotą 30 mln zł. 
Intensywnie rozwijamy współpracę z kierunkiem lekarskim Uniwersytetu Zielonogórskiego. W centrum miasta powstanie Centrum Neuropsychiatrii Dzieci i Młodzieży w powiązaniu z klinicznym szpitalem uniwersyteckim.
To świetna wiadomość, bo dostęp do lekarzy jest palącym problemem mieszkańców województwa lubuskiego. Wątpię jednak, by ktoś chciał się przeprowadzić do Zielonej Góry tylko ze względu na planowany szpital.
Gwarantujemy też bardzo wysoki poziom nauczania. Stopień zdawalności matur w zielonogórskich szkołach jest najwyższy w województwie. Jedno z naszych techników jest piąte w całej Polsce. Pozyskaliśmy ponad 30 mln zł z KPO na termomodernizację ośmiu szkół.
Inwestycje sportowe dla dzieci i młodzieży również przyciągają rodziny do miasta. Na budowę hal z systemu Olimpia przeznaczyliśmy ponad 16 mln zł. Zrealizujemy też projekt rewitalizacji stadionu lekkoatletycznego, na który otrzymaliśmy od Ministra Sportu i Turystyki 22 mln zł dotacji, a także program wsparcia stypendialnego dla zdolnych uczniów. 
Mieszkaniami postaramy się też zachęcić do pozostania w mieście zdolnych studentów. A w czerwcu do użytkowania zostanie oddane Urban Lab, przestrzeń dla młodych, gdzie będą się odbywały warsztaty, także biznesowe i z przedsiębiorczości. Zaktywizuje to młodzież i ożywi Starówkę.
Mamy już zleconą dokumentację na pierwsze 300 mieszkań w systemie KTBS, część z nich będzie przeznaczona na program wsparcia najlepszych absolwentów Uniwersytetu. Regulamin powstaje w uzgodnieniu z uczelnią. W nim zaś będzie opisane studentów jakich branży chcielibyśmy najbardziej u nas zatrzymać i w jaki sposób wykorzystać ich potencjał. Na podstawie regulaminu student będzie miał możliwość wynajęcia czy użytkowania mieszkania komunalnego z preferencyjnym czynszem.
Trwa walka o młodych, bo oni się u nas kształcą i wyjeżdżają do innych, większych miast, a my chcielibyśmy, żeby zostali w Zielonej Górze i wiązali z naszym miastem swoją przyszłość. To w mojej opinii jeden z najważniejszych czynników decydujących o dalszym rozwoju Zielonej Góry.
W wywiadzie dla InnPoland prezydent sąsiedniego Gorzowa Wielkopolskiego kreśli niewesołą przyszłość Zielonej Góry. "Szeroko rozumiane usługi, które dominują w Zielonej Górze, za chwilę będą wypierane przez automatyzację i oparte na AI systemy informatyczne. Zielona Góra ma dziś poważny problem, bo nie ma terenów inwestycyjnych i nie ma filaru przemysłowego, który właśnie ma Gorzów". Z tego wynika, że zaraz możecie zbiednieć. Jak pan to skomentuje?
 Z Jackiem Wójcickim znamy się i szanujemy, ale każdy z nas stawia na swoje miasto. Fakty są jednak takie, że to my jesteśmy największym miastem województwa lubuskiego. Mamy 140 tysięcy mieszkańców i idziemy wzwyż. Gorzów, pomimo swoich niewątpliwych walorów, w ciągu ostatnich 10 lat skurczył się o prawie 10 tysięcy mieszkańców.
Mamy potencjał, którego nie ma Gorzów, czyli pasażerski port lotniczy Zielona Góra w Babimoście, który wspieramy i promujemy. Pasażerskie lotnisko z regularnymi połączeniami dało nam między innymi możliwość ulokowania u nas biura regionalnego Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu. 
Owszem, nie stawiamy wzorem Gorzowa na montownie czy magazyny, ale bardzo dynamicznie rozwijamy firmy w zakresie informatycznym i IT. To taki intelektualny impuls pochodzący z Uniwersytetu Zielonogórskiego.
Mamy ponad 26 tysięcy podmiotów gospodarczych: te firmy powstały również dzięki absolwentom zielonogórskim. Uniwersytet Zielonogórski, który obchodzi teraz 25-lecie, jest naszą olbrzymią wartością: ma ponad dziesięć tysięcy studentów, podczas gdy w Gorzowie jest ich tylko tysiąc. Liczby mówią same za siebie.
Nie każdy z nas ma dzieci, ale, jak podkreślił pan w rozmowie z miejską telewizją, prawie każdy ma jakiegoś bliskiego seniora. Co Zielona Góra proponuje swoim najstarszym mieszkańcom i ich rodzinom?
Przed nami budowa Centrum 75 Plus oraz ZOL-u, bo rodziny, aby żyć wygodnie w Zielonej Górze, potrzebują również opieki nad swoimi rodzicami czy dziadkami. Nie może być tak, że ktoś nie może się rozwijać zawodowo, bo w domu trzyma go wymagający opieki senior. 
Gdy rodziny są w pracy, starsi ludzie muszą mieć możliwość przebywania w klubach dziennego pobytu dla seniorów, dlatego otworzyliśmy już takie cztery. Wspieramy też Zielonogórski Uniwersytet Trzeciego Wieku.
Brzmi pięknie, ale niedawno w TVP ukazał się niepokojący reportaż Macieja Piotrowskiego o zielonogórskim Domu Seniora Kombatant. Jednym z najpoważniejszych zarzutów wobec placówki są nieprawidłowości w opiece nad pensjonariuszami. Krótka piłka: umieściłby pan w Kombatancie bliską osobę?
Tak. Bez żadnych obaw. Za mojej kadencji Dom Seniora Kombatant jest mocno doinwestowywany. Milion złotych zostało przekazane na sprzęt, wanny, masaże i opiekę. Zamontowano też dający mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa, nowoczesny system przyzywowy i nowe, komfortowe windy. Kupiono też busa, który jest przystosowany do przewozu osób starszych i z niepełnosprawnościami.
Dom, który ma około 150 pensjonariuszy i 4 duże skrzydła, za mojego poprzednika faktycznie nie był doinwestowany i być może stąd te kontrowersje, ale ja tę sytuację odwracam. Jestem tam stałym gościem.
Z reportażu wynika, że nie chciał pan rozmawiać z dziennikarzem. Rzucił pan tylko przez ramię, że interesują pana wyłącznie inwestycje. A gdzie w tym wszystkim są ludzie?
Reportaż redaktora Piotrowskiego moim zdaniem nie był do końca obiektywny. Ale faktycznie byłem tam wtedy na inwentaryzacji obiektu, bo wpisywałem pieniądze w budżet i rozmawialiśmy o inwestycjach, stąd takie odpowiedzi. Ta placówka jest moim priorytetem. Wciąż będziemy ją dofinansowywać zarówno infrastrukturalnie, jak i kadrowo.
Zielona Góra pozyskała, jak sam pan mówi, gigantyczne dofinansowanie z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska. Starówkę czeka gruntowna przebudowa. Co konkretnie zostanie zrobione?
Starówka zostanie przebudowana. Rewitalizacja obejmie przestrzeń od Pomnika Bachusa do Pomnika Bohaterów. Czeka nas wymiana nawierzchni, czyli starych, zdegradowanych płyt, ale pojawi się też nowa zielono-błękitna architektura, między innymi w postaci ogrodów deszczowych. 
Na Starówce w Zielonej Górze powstanie jedyna w województwie lubuskim Dzielnica Kultury. Otrzymaliśmy niemal 20 mln zł na rozbudowę nieremontowanego od 50 lat Biura Wystaw Artystycznych. Zarówno BWA, jak i zabytkowy budynek po Państwowej Szkole Muzycznej przy deptaku zyskają nowe funkcje, stając się docelowo nowoczesną przestrzenią dla działalności kulturalnej, organizacji wydarzeń oraz wystaw artystycznych. 
To wszystko razem pobudzi naszą kulturę i zainspiruje do tworzenia coraz atrakcyjniejszych wydarzeń, które już teraz są inicjowane przez organizatorów życia kulturalnego w przestrzeniach wyremontowanych przez miasto.
Za co chciałby pan być zapamiętany przez mieszkańców Zielonej Góry?
Za najnowocześniejszy w Polsce amfiteatr: to moje największe marzenie. Dzięki niemu wrócimy do tradycji miasta festiwalowego. Poprzednik go zaniedbał, dopuścił do zdewastowania i chciał go zburzyć. 
Walczymy o amfiteatr wspólnymi siłami miasta oraz wielu stowarzyszeń. Wierzę, że moja kadencja jest między innymi właśnie po to, by wskrzesić tę budowlę i przyległe tereny Parku Piastowskiego. 
Wykonawca składa już projekty dotyczące rozbiórki starej, zniszczonej części. Wszystko jest na dobrej drodze.
Co jest największym kompleksem Zielonej Góry?
Nie mamy kompleksów, bo stawiamy na dialog i otwartość. Powołałem Biuro Partycypacji Społecznej, gdzie mieszkańcy dzielą się swoimi uwagami, zastrzeżeniami i pomysłami, a my na bieżąco staramy się na nie reagować. 
Dzięki Budżetowi Obywatelskiemu mieszkańcy mają realny wpływ nie tylko na nową infrastrukturę, ale także na życie społeczne miasta, mogąc decydować o organizacji warsztatów, spotkań sąsiedzkich czy wydarzeń kulturalnych. Rozwój takich inicjatyw to dla mnie bardzo ważne zagadnienie i budujące poczucie tożsamości lokalnej zjawisko. Wspólne działanie na rzecz miasta i jego mieszkańców daje nam dużo siły i pozytywnej energii.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/c4eca4cc8879c69ba9875c80013e2fa2,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/c4eca4cc8879c69ba9875c80013e2fa2,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Prezydent Zielonej Góry Marcin Pabierowski na tle miasta. Samorządowiec udzielił wywiadu InnPoland.pl.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/223660,jesli-usa-wyjda-z-nato-polska-gospodarka-bedzie-miala-wielki-problem-to-uderzy-w-nasze-portfele</guid><link>https://innpoland.pl/223660,jesli-usa-wyjda-z-nato-polska-gospodarka-bedzie-miala-wielki-problem-to-uderzy-w-nasze-portfele</link><pubDate>Fri, 10 Apr 2026 16:55:01 +0200</pubDate><title>Jeśli USA wyjdą z NATO, polska gospodarka będzie miała wielki problem. To &quot;uderzy w nasze portfele&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/e6ef8a709190efed34ef23295a4a9e4f,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Coraz częściej w wypowiedziach Donalda Trumpa powraca temat potencjalnego wyjścia USA z NATO. Jeżeli taki najczarniejszy scenariusz się sprawdzi, jaki będzie to miało wpływ na Polskę? I nie, nie chodzi tylko o nasze bezpieczeństwo militarne, ale też gospodarkę i giełdę.

Wyjście USA z NATO przez dekady uchodziło za ciekawy scenariusz, ale filmu z gatunku political fiction. Tyle że Donald Trump coraz częściej sugeruje, że ta wizja może się ziścić. Czy mówi poważnie? I przede wszystkim: jak taka drastyczna zmiana w amerykańskiej polityce wpłynęłaby na polską gospodarkę?
NATO bez USA, czyli historia zaczyna się na nowo
Rzeczywistość, jaką znamy, zaczęła się w dużej mierze od powstania NATO. To stworzenie Sojuszu Północnoatlantyckiego pozwoliło na integrację europejską i zapewniło pokój w Starym Świecie, przez wieki rozszarpywanym przez niemal ciągłe wojny. Po prostu hegemonia USA i rywalizacja z ZSRR sprawiły, że europejskie państwa zostały wręcz zmuszone do wzajemnej współpracy.
Przełom lat 80. i 90., w tym upadek bloku wschodniego, był okresem postawienia kropki nad "i". USA miały zapewnić nam pokój i dobrobyt, szerzyć demokracje, a wojny miały przejść do lamusa. Historia dobiegła końca. 
Wszystko to brzmiało pięknie na papierze i wykładach ekspertów, którzy źle zinterpretowali prace Francisa Fukuyamy. Praktyka pokazała, że to utopia.
Choć USA czerpały (i nadal czerpią) z zaprojektowanego przez siebie systemu korzyści, w gronie części ich elit można było zacząć dostrzegać pesymizm i chęć powrotu do izolacjonizmu. 
I by oddać sprawiedliwość: Amerykanie utrzymują NATO. To oni są odpowiedzialni za większość wydatków obronnych całego Sojuszu. USA to też jego kręgosłup logistyczny, wywiadowczy i przede wszystkim – nuklearny. Bez Waszyngtonu NATO staje się regionalnym sojuszem europejskim o ograniczonym zasięgu.
Tyle że USA, jak już padło, też korzystają na tym systemie. To dzięki niemu mogą kontrolować przepływy kapitału na świecie (aktywów finansowych czy surowców), a tym samym rządzić niemal całym globem: załatwiać intratne deale dla swoich korporacji, przenosić "brudne" prace do krajów trzeciego świata.
I elity amerykańskie zapewne to rozumieją. Nawet obecny krytyk i były współpracownik Donalda Trumpa, John Bolton, w swojej książce "Trump w Białym Domu. Tajemnice Gabinetu Owalnego" wskazywał na to, że ówczesny (i obecny) prezydent USA jedynie straszył członków NATO wyjściem z Sojuszu.
Wiele też wskazuje na to, że republikanin używa argumentu o wycofaniu Waszyngtonu z Sojuszu jako środka w negocjacjach (np. dot. zwiększenia zakupów broni przez inne kraje). 

                    
                        
                    
                Dziś nie musimy się więc obawiać najczarniejszego scenariusza. Na potrzeby tego tekstu zabawmy się jednak w małe political fiction. 
NATO bez USA
Załóżmy jednak, że wyjście USA z NATO stanie się faktem. Co się wtedy stanie? 
Przede wszystkim prawdopodobnie okazję tę wykorzysta Rosja, która zinterpretuje taki krok Białego Domu jako zachętę do realizacji "Ultimatum Ławrowa". To nawiązanie do projektu Moskwy z końca 2021 roku, gdy Kreml zażądał wycofania wojsk Sojuszu z krajów, które zostały do niego przyjęte po 1997 roku. W praktyce oznaczałoby to wpadnięcie naszego kraju w orbitę wpływów Rosji.
Do tego w regionie zaczęłoby obowiązywać europejskie prawo dżungli. Czyli: ponownie to Niemcy i Francja zaczynają dominować i stawiać warunki. W to wszystko wmieszałaby się Wielka Brytania ze swoją strategią wspierania silniejszego, by osłabiać lokalnego hegemona. Zaczęłyby więc powstawać "małe NATO", mniejsze sojusze geopolityczne.
Tak, to wszystko brzmi jak przepis na wojnę, bo tym w istocie jest nie tylko wyjście USA z NATO, ale szerzej: słabnięcie amerykańskiego kolosa.
"Gospodarka, głupcze!"
Zostawmy jednak geopolitykę i skoncentrujmy się na głównym temacie tego artykułu: skutkach gospodarczych.
Przez lata mogliśmy pozwolić sobie na inne niż wojskowe wydatki, gdyż chroniły nas USA (nawet jeżeli tylko na papierze, zawsze zwiększało to nasze bezpieczeństwo). Wyjście USA z NATO oznaczałoby konieczność zwiększenia wydatków na zbrojenia, a to implikuje cięcia w służbie zdrowia, systemie edukacji czy inwestycjach w infrastrukturę. O końcu idei państwa opiekuńczego nie wspominając.
– Brak wsparcia militarnego ze strony USA mogłoby także doprowadzić do wzrostu deficytu i długu. Zwiększenie budżetu wojskowego oznacza mniej pieniędzy na rozwój cywilny, edukację, transformację energetyczną – wskazuje w rozmowie z InnPoland Arkadiusz Jóźwiak, analityk i redaktor naczelny portalu Comparic.pl.
Jego zdaniem problem byłby jednak szerszy i dotyczył zagranicznych firm, które dziś chętnie inwestują w naszym kraju.
– Bez gwarancji bezpieczeństwa USA inwestorzy zza granicy mogliby ponadto postrzegać Europę Środkowo-Wschodnią jako region bardziej ryzykowny. Dotyczyłoby to szczególnie Polski, państw bałtyckich i Rumunii – dodaje Jóźwiak.
Podobnego zdania jest Maciej Wieczorkowski, prawnik związany z giełdą kryptowalut Kanga, z którym rozmawialiśmy.
– Inwestorzy odebraliby to [wyjście USA z NATO] jako sygnał alarmowy – niepewność geopolityczna uderzyłaby w europejskie giełdy, osłabiła euro i wywindowała ceny aktywów uznawanych za bezpieczne przystanie, jak złoto – tłumaczy.
Wtóruje mu nasz kolejny rozmówca, Albert Czajkowski, redaktor naczelny Cryps.pl, portalu piszącego o gospodarce i geopolityce. 
– Ewentualne wyjście USA z NATO wywołałoby natychmiastową panikę na rynkach, co doprowadziłoby do drastycznego osłabienia złotego i masowej ucieczki zagranicznych inwestorów z Polski. Zamiast stabilnego wzrostu, z dnia na dzień stalibyśmy się wysoce ryzykownym państwem przyfrontowym, co uderzyłoby w nasze portfele i zatrzymało rozwój wielu firm – ostrzega.
Jego zdaniem "w obliczu takiego zagrożenia i utraty zaufania do tradycyjnego systemu bankowego, inwestorzy ratowaliby swój majątek, przenosząc go do niezależnych aktywów cyfrowych i kryptowalut".
To ostatnie jest szczególnie interesującym wątkiem, gdyż podobne zjawisko widzieliśmy np. w Iranie: gdy USA zaatakowały ten kraj pod koniec lutego, lokalne giełdy z kryptowalutami rejestrowały rekordowe obroty.

                    
                        
                    
                Wieczorkowski, związany z giełdą Kanga, ostrzega jednak, że w tak skrajnym scenariuszu kryptowaluty mogłyby jednak tracić na wartości. Jego zdaniem "bitcoin, którego część inwestorów traktuje jako ryzykowny walor", raczej mocno by potaniał. Zakupy przestraszonych Polaków zapewne by nie pomogły.
Polska na nowo
Wyjście USA z NATO oznaczałoby więc zmianę niemal wszystkiego w Polsce: zapewne ograniczenie lub likwidację systemu socjalnego (800 plus), przestawienie naszej gospodarki na nowe tory, trudniejsze poszukiwanie zewnętrznych inwestorów, którzy do tego stawialiby surowsze warunki współpracy (w końcu lokując u nas kapitał ryzykowaliby o wiele więcej niż teraz).  
– Ostatecznie polska gospodarka musiałaby przejść bolesną transformację, drastycznie tnąc inne wydatki, aby samodzielnie sfinansować gigantyczną rozbudowę własnej armii – podsumowuje Czajkowski.
W interesie naszego kraju jest to, by USA pozostały w NATO. Ich wyjście z Sojuszu będzie oznaczało nie tylko przemodelowanie Europy, ale też zmianę naszego życia codziennego.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/e6ef8a709190efed34ef23295a4a9e4f,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/e6ef8a709190efed34ef23295a4a9e4f,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Jeżeli USA wyjdą z NATO, Polska będzie miała ogromny problem.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/223432,gdansk-zniszczy-charakter-dawnej-stoczni-za-mlode-miasto-biora-sie-starzy-deweloperzy</guid><link>https://innpoland.pl/223432,gdansk-zniszczy-charakter-dawnej-stoczni-za-mlode-miasto-biora-sie-starzy-deweloperzy</link><pubDate>Wed, 08 Apr 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Gdańsk zniszczy charakter dawnej stoczni? Za Młode Miasto biorą się starzy deweloperzy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/c17cbcae5a97656eb3f30642b144af8e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Stocznia Cesarska w Gdańsku zmienia właściciela. Najstarszy obszar historycznych terenów postoczniowych został sprzedany przez dwie belgijskie firmy. Transakcję poprzedziły lata drobiazgowych przygotowań pod rewitalizację. Kupiec? Polski deweloper Develia. Specjaliści od urbanistyki alarmują: to de facto ta sama firma, która już raz bezpowrotnie zepsuła panoramę tej części Gdańska, stawiając gigantyczny i nie pasujący do niczego Bastion Wałowa.

Gdańsk. Młode Miasto: wizja a rzeczywistość
Powstające na terenach postoczniowych Młode Miasto w Gdańsku budziło nadzieję na to, że nie stanie się kolejną airbnb-only dzielnicą stolicy Pomorza. Ostra kontrola konserwatorska, świadomość historycznego znaczenia terenów, kreatywne wizje nowych funkcji hal, w których przed laty budowano statki... To wszystko miało sprawić, że w mieście nazywanym republiką deweloperów pojawi się zielona wyspa, miejsce służące faktycznie lokalnej społeczności, a nie jedynie turystom i zagranicznym inwestorom. 
Tereny postoczniowe składają się z dużej liczby działek, które zostały kupione przez różne podmioty z branży deweloperskiej. Efekt? Już teraz okolice ulicy Wałowej w Gdańsku są gęsto pokryte nowymi blokami, z mieszkaniami czekającymi głównie na przejęcie przez fundusze inwestycyjne lub najem krótkoterminowy przez turystów. 
Ale ze Stocznią Cesarską miało być inaczej. To XIX-wieczny kompleks obiektów z czasów pruskich, w których do wybuchu I wojny światowej budowano niemieckie okręty podwodne. 
Belgowie prowadzili ten projekt w wyjątkowy sposób
Belgijscy deweloperzy Alides i Revive przejęli te tereny w 2017 roku. To był czas urzędowania najbardziej restrykcyjnego konserwatora zabytków na Pomorzu w historii. Igor Strzok nie tylko na terenie stoczni nie chciał godzić się praktycznie na nic (dość powiedzieć, że udało mu się na siedem lat zablokować remont słynnego mostu w Tczewie). 
A jednak Belgowie uznali, że podniosą rękawicę i przygotują taką wizję rewitalizacji Stoczni Cesarskiej, że nawet surowe recenzenckie oko konserwatora Strzoka nie będzie się miało do czego przyczepić.
W 2018 roku portal Trójmiasto.pl pisał o bardzo szerokiej wizji przyszłości Stoczni Cesarskiej, przygotowanej dla Belgów przez pracownię z Danii. Obok 3500 mieszkań miało tam znaleźć się między innymi miejsce na targ żywności, muzeum sztuki współczesnej, nadbrzeżną promenadę, miejsca spotkań, mnóstwo zieleni. Ta wizja została zrealizowana jedynie fragmentarycznie – zrewitalizowano między innymi budynek dawnej dyrekcji stoczni, którą wypełniono nowoczesnymi przestrzeniami biurowymi.
Stocznia Cesarska sprzedana. Znalazła się w rękach firmy od kontrowersyjnej inwestycji
Niestety w piątek przed Wielkanocą Belgowie ogłosili, że pozbywają się terenu Stoczni Cesarskiej w Gdańsku. 
– To wyjątkowy teren w Polsce. Jesteśmy dumni z tego, co tutaj zbudowaliśmy, nie tylko w betonie i stali, ale przede wszystkim w zakresie wizji, planowania i zaangażowania społeczności. Przeprowadziliśmy ten teren przez jego najbardziej złożoną i przełomową fazę transformacji – powiedział Rikkert Leeman, prezes Alides. 
Nowym właścicielem terenu został polski deweloper Develia, który w 2027 roku ma zacząć na nim realizować swoje inwestycje mieszkaniowe.
Decyzja belgijskich deweloperów błyskawicznie odbiła się echem w Gdańsku. Trudno się dziwić, bo Develia to nowa nazwa firmy deweloperskiej LC Corp. A ta budzi w stolicy Pomorza złe skojarzenia, bo to właśnie ona postawiła jedną z pierwszych inwestycji mieszkaniowych na terenach postoczniowych: Bastion Wałowa. 
To cztery 17-piętrowe budynki mieszkalne, widoczne z każdego wyżej położonego punktu w Gdańsku, których budowa wzbudziła dekadę temu ogromne kontrowersje. Ówczesny prezydent Gdańska Paweł Adamowicz próbował w tej sprawie mediować z deweloperem, ale nic to nie dało. Plan zagospodarowania przestrzennego pozwalał na takie kolosy, a o zmianie formy LC Corp dyskutować nie chciało.
Gdańsk. Aktywiści mówią o "najgorszym scenariuszu"
"Właściwie trudno wyobrazić sobie gorszy scenariusz dla przyszłości terenów postoczniowych. Tracimy potencjalnie najlepszego inwestora w historii Młodego Miasta" – czytamy na profilu ruchu miejskiego Forum Rozwoju Aglomeracji Gdańskiej. 
"Realizuje się scenariusz, przed którym ostrzegaliśmy służby konserwatorskie w 2018 roku. I nie realizuje się przypadkiem. Nasze miasto robiło co mogło, aby zniechęcić do siebie zagraniczny kapitał z mniej 'małosycylijskim' podejściem do inwestycji. Z jednej strony mieliśmy lata blokowania inwestycji przez poprzedniego Pomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, z drugiej kuluarowe naciski na wybór 'lepszych' pracowni architektonicznych" – dodają aktywiści.
Forum Rozwoju Aglomeracji Gdańskiej zaznacza, że jedyną nadzieją dla Młodego Miasta jest to, że nowy właściciel terenów Stoczni Cesarskiej będzie wdrażał pomysły poprzednika, z takim mozołem budowane przez lata. 
Jeśli tak się nie stanie, może się okazać, że teren tak niebywale cenny historycznie, posiadający potencjał uczynienia z Gdańska architektonicznej postindustrialnej perły na skalę europejską, stanie się kolejną pozbawioną duszy maszynką do zarabiania pieniędzy przez wielkie podmioty branży finansowo-inwestycyjnej. 
– Projekt tej skali, w tak wyjątkowej lokalizacji, niesie ze sobą zarówno ogromną odpowiedzialność, jak i silną szansę na wzrost – mówi prezes Develii Andrzej Oślizło. Pozostaje więc nam obserwować to w jaką stronę pójdzie ten projekt. 
Czy ochota na jak największy wzrost zwycięży nad odpowiedzialnością za duszę bezcennego historycznie terenu? Pozostaje trzymać kciuki, że wygra jednak to drugie. Nawet jeśli to myślenie naiwne.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/c17cbcae5a97656eb3f30642b144af8e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/c17cbcae5a97656eb3f30642b144af8e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Gdańsk zniszczy charakter dawnej stoczni? Za Młode Miasto biorą się starzy deweloperzy.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/223189,pamiatki-po-t-love-na-sprzedaz-sidney-polak-dostrzegl-trend-na-ktorym-za-granica-zbija-sie-fortune</guid><link>https://innpoland.pl/223189,pamiatki-po-t-love-na-sprzedaz-sidney-polak-dostrzegl-trend-na-ktorym-za-granica-zbija-sie-fortune</link><pubDate>Mon, 06 Apr 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Pamiątki po T.Love na sprzedaż. Sidney Polak dostrzegł trend, na którym za granicą zbija się fortunę</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/38a005e24b10a4e104d22ebbd7d05633,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Najpierw było jedno z najgłośniejszych rozstań w historii polskiego rocka. Teraz jest próba zarobienia pieniędzy na "relikwiach". Sidney Polak nie bębni już w T.Love. Rozpoczyna za to wyprzedaż pamiątek i gadżetów związanych z tym legendarnym zespołem. Czyżby jako jeden z pierwszych w naszym kraju dostrzegł trend, który na Zachodzie pozwolił wielu zbić fortunę?

Pod koniec 2025 r. Sidney Polak dowiedział się, że nie gra już w T.Love. Na fanów padł blady strach: w końcu mowa o perkusiście, który wystukiwał w zespole rytm przez 35 lat, a do tego był współtwórcą największych jego hitów. Teraz muzyk ma na siebie nowy, lukratywny pomysł, wpisujący się w szerszy trend widoczny na Zachodzie.
Sidney Polak odchodzi z T.Love i wkracza na nowy rynek
Rozstanie w T.Love z pewnością nie należało do jednych z najkulturalniejszych: Polak dowiedział się o swoim zwolnieniu przez SMS-a. Nie tak się załatwia takie sprawy, panie Muniek!
Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło: niesmak, jaki poczuć musiał wtedy Sidney Polak, zainspirował go do odpalenia nowego biznesu. Jak napisał na Facebooku, postanowił sprzedać różne gadżety związane z T.Love.
I tak fani zespołu mogą kupić teraz rzadkie wydawnictwa grupy (m.in. winylowe single "Moje pieniądze", "Jazda" oraz "Gnijący świat"). Ceny zaczynają się od ok. 200 zł, a kończą na blisko 300 zł. Są jednak i droższe rarytasy: DVD z 2006 r. kosztuje 317 zł, winyl z końca lat 80. aż 842 zł, a koszulki z autografem od 100 do 234 zł.
Wszystkie produkty można kupić na Vinted.
Włosy lidera Nirvany i gitary legend rocka
Ceny, jakie chce za swoje pamiątki Polak, to jednak grosze przy tym, ile od fanów potrafią wyciągnąć posiadacze rockowych "relikwi" za granicą. Wkroczmy na ten specyficzny rynek. Ale ostrzegam: momentami będzie makabrycznie.
Najpierw typowe przykłady. W czerwcu 2004 r. gitara Erica Claptona – Fender Stratocaster "Blackie" – została sprzedana na aukcji w prestiżowym domu aukcyjnym Christie’s za 959,5 tys. dolarów.
Rok później rodzina królewska Kataru zainwestowała 3,7 mln dol. w białego Fendera Stratocastera, na którym swoje podpisy złożyli członkowie rockowego panteonu: Paul McCartney, Mick Jagger, Keith Richards, Jeff Beck, Jimmy Page, David Gilmour, Mark Knopfler i Sting. 
W porządku, gitary to jednak coś praktycznego: można wieczorem na nich poplumkać. Po co jednak komuś zadrukowana kartka papieru? W 2008 r. jakiś fan The Beatles kupił za 426 tys. USD czterostronicowy kontrakt, jaki legendarny zespół z Liverpoolu podpisał z menedżerem Brianem Epsteinem.
Jednak dopiero teraz wchodzimy w prawdziwe inwestycyjne ekscesy. Za 2,5 tys. dol. sprzedano fiolkę po pigułkach, która należała do Elvisa Presley'a. W 2001 r. stanik Madonny, jaki piosenkarka nosiła na trasie "Blonde Ambition", znalazł nabywcę za 14 tys. funtów. Ponownie organizatorem aukcji był dom Christie’s.
W 2009 roku na aukcji w Melbourne ktoś został szczęśliwym właścicielem ozdobionej szlachetnymi kamieniami rękawiczki, którą Michael Jackson założył na ślub z Debbie Rowe. Przyjemność posiadania takiej pamiątki kosztowała 49 tys. dolarów.
Wspomniałem jednak, że będzie też makabrycznie. Historia rocka zna bowiem przykłady licytacji... włosów. I tak np. pozłacany medalion z puklem włosów Leonarda Cohena został sprzedany za 5080 dolarów. 
Pamiątki zawierające DNA Kurta Cobaina z Nirvany pod koniec lat 80. zdobyła fryzjerka Tessa Osbourne, która obcinała muzyka w czasie trasy promującej debiut zespołu. Później przekazała włosy piosenkarza koleżance, Nicole DePolo, która przechowała je przez lata i nieźle na tym wyszła. W 2021 roku sprzedała je za ponad 14 tysięcy funtów.
Koneserom mocniejszych wrażeń można polecić majtki legendy punk rocka GG Allina z jego autografem wykonanym krwią. Na tej niezwykle pożądanej przez fanów bieliźnie znajduje się napis: "Ssij. Mój tyłek śmierdzi". "Gadżet" znalazł nowego nabywcę za 425 dolarów.
Pamiątki po muzykach. Po co kupować takie rzeczy?
Nim jednak odeślecie nabywców takich przedmiotów do lekarza, warto dodać, że kupowanie takich pamiątek (nierzadko specyficznych) po muzykach to intratny biznes.
Przykładowo, firma Anchorage Capital Partners posiada swój "fundusz gitarowy" z docelową kapitalizacją na poziomie 100 mln dolarów. Kupuje gitary popularnych muzyków.
Tego typu instrumenty mogą potem na siebie zarabiać: są wystawiane w muzeach rocka czy popularnych pubach. 
W Barcelonie znajduje się Rock Museum Barcelona, w którym można zobaczyć gitary muzyków m.in. Led Zeppelin, Soundgarden, Bon Jovi, Metalliki, Megadeth, AC/DC czy Scorpions.

            
                
            
            Także w Polsce nie brakuje inwestorów, którzy lokują kapitał w tego typu aktywa. Promotor rocka Franciszek Walicki posiada np. gitary Bogusława Wyrobka i Krzysztofa Klenczona, pierwszą perkusję Czerwonych Gitar czy stroje, w których na scenę wchodziła Ada Rusowicz. 
Kupowanie takich pamiątek to inwestycja. Podaż tego typu przedmiotów, takich jak instrumenty znanych artystów czy specjalne wydania płyt (np. z autografami), jest mocno ograniczona, więc ich cena powinna zachować wartość. A zakładając wzrost popytu (np. wraz ze wzrostem legendy danego muzyka), wartość inwestycji będzie rosła.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/38a005e24b10a4e104d22ebbd7d05633,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/38a005e24b10a4e104d22ebbd7d05633,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Sidney Polak sprzedaje pamiątki po T.Love. Za granicą zbija się na tym fortunę.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/223243,gosc-w-dom-chyba-poza-dom-deweloperzy-robia-wszystko-bysmy-przestali-sie-odwiedzac</guid><link>https://innpoland.pl/223243,gosc-w-dom-chyba-poza-dom-deweloperzy-robia-wszystko-bysmy-przestali-sie-odwiedzac</link><pubDate>Sun, 05 Apr 2026 12:00:02 +0200</pubDate><title>Gość w dom? Chyba poza dom. Deweloperzy robią wszystko, byśmy przestali się odwiedzać</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/4e8bc59593f8b7f3f56ab87d848ea5b9,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Deweloperzy realizują swoje marzenie – rugują w polskim społeczeństwie zwyczaj wpadania do siebie w gości. Na nowych osiedlach powoli padają ostatnie bastiony w postaci miejsc, gdzie można zaparkować samochód na czas wypicia przykładowej kawy u cioci. Wszelkie próby ominięcia tego faktycznego zakazu wjazdu dla gości są brutalnie duszone w zarodku. Jeśli nie przez gospodarza terenu, to przez niektórych jego "życzliwych" mieszkańców.

Bloki bez miejsc parkingowych dla gości
Nie piszę o zjawisku nowym, bo problem braku miejsc postojowych dla gości mieszkańców nowych osiedli towarzyszy nam od dobrej dekady, jeśli nie dłużej. Jednak o ile na początku były to incydentalne zdarzenia, które wywoływały społeczny sprzeciw i generowały zauważalny szum medialny, to dziś wszyscy zdają się być z tym pogodzeni.
Jeśli zdecydowałeś się zamieszkać gdzieś poza PRL-owską "wielką płytą", goście mają przyjść do ciebie na piechotę, a najlepiej, by w ogóle nie przychodzili. Ja jednak czuję, że warto o tym mówić, zwłaszcza jeśli jest się świadkiem absurdalnych konsekwencji takiego stanu rzeczy.
Nowe osiedle w Gdańsku. Goście niemile widziani
W Gdańsku, w którym mieszkam, w jednej z południowych dzielnic jest sobie pewne nowe osiedle. Składa się na nie kilkadziesiąt bloków, w których żyje około 10 tysięcy osób. 
Liczba ogólnodostępnych, legalnych miejsc do zostawienia auta wynosi natomiast około... 30 (słownie: trzydziestu). Do tego można dorzucić drugie tyle miejsc "nieoficjalnych", gdzie da się zaparkować bez narażania się na mandat i blokadę koła od straży miejskiej. 
Z tym "drugie tyle" to trochę przesadziłem, bo na rzeczonym osiedlu właśnie zapadła decyzja, by część tych nieoficjalnych miejsc zlikwidować. Gospodarza terenu raziło bowiem to, że przy wyjeździe z osiedla jest małe klepisko, na którym mogło zaparkować jakieś 8-9 aut. 
Kilka dni temu ogrodził je więc wbitymi w ziemię słupkami uniemożliwiającymi wjazd kierowcom samochodów. A że przy okazji uwięził dwa pojazdy, których właściciele nie zdążyli odjechać przed montażem słupków? Teraz owe auta stały się elementem krajobrazu dzielnicy. 
Wojna o miejsce do parkowania. Absurd goni absurd
Wjeżdżając na to nowe osiedle można na pierwszy rzut oka odnieść wrażenie, że ogólnodostępnych miejsc do parkowania jest cała masa. Oto bowiem chodnik jest bardzo szeroki, akurat taki, że może zmieścił się na nim samochód, zostawiając przepisowe 1,5 miejsca dla pieszych. Niedoczekanie: kostka brukowa jest w połowie czerwona, co oznacza że jest to ścieżka rowerowa, a więc zastawiać jej nie można. 
Problem w tym, że jest to ścieżka prowadząca donikąd. Na jej końcu jest bowiem rondo, na którym można jedynie... zawrócić. Rowerzyści przejeżdżają nią od wielkiego dzwonu.
I mimo że na ścieżce rowerzystów jest jak na lekarstwo, a zostawiony na chodniku samochód w niczym nie przeszkadza pieszym, to owo osiedle regularnie odwiedzane jest przez straż miejską, która zawsze wpada z obowiązkowym zestawem blokad na koła. 
Stróże prawa szczególnie upodobali sobie chodnik przy dwóch sklepach, bo to tam swoje samochody najczęściej parkują kierowcy. Działa tam też najaktywniejsza grupa "życzliwych", którzy chętnie po straż miejską dzwonią, by poinformować służby o tym strasznym procederze. 
Tak, ja też zarobiłem w tym miejscu blokadę. I dobrze, bo dzięki niej nie tylko dowiedziałem się o istnieniu zakazu, ale też o tym, że strażnicy miejscy nie jeżdżą tam sami z siebie. Są regularnie wzywani przez mieszkańców nowego osiedla, którzy nie życzą sobie przyjezdnych na swoim terenie. 
Gdy zapytałem strażników miejskich gdzie w takim razie mogę legalnie zostawić auto, zostałem przez funkcjonariuszy zaproszony do skorzystania z parkingu przy pętli tramwajowej. Oddalonego, bagatela, o 15-20 minut spaceru od bloków na osiedlu. 
I jasne: po to jest komunikacja miejska i taksówki, żeby kwestią parkowania się nie przejmować. Wszystko fajnie, gorzej jeśli przyjechaliśmy odwiedzić kogoś całą rodziną, dotarliśmy z innego miasta albo, broń deweloperski Boże!, po prostu chcieliśmy przy okazji wdepnąć na pogaduchy. 
Gość w dom, Bóg w dom? Dawno i nieprawda
Co kilka miesięcy odwiedzam moich przyjaciół w stolicy, którzy mieszkają w jednym z nowych warszawskich osiedli. Na ulicach wokół trzech masywnych bloków, zamieszkałych przez około 1,5 tysiąca osób, nie ma miejsc do swobodnego zostawienia auta, natomiast na samym osiedlu są 4 (słownie: cztery) miejsca dla gości. 
Jednak żeby na nich zaparkować, trzeba najpierw udać się do ochroniarza, poprosić o odkluczenie blokady, przekazać swój numer telefonu i zadeklarować na jak długo przyjechało się na wizytę (instrukcyjny termin to maksymalnie dwie godziny). 
Miejsca parkingowe stają się luksusem
To i tak luksus, bo istnieją i takie osiedla, na których liczba miejsc dla gości jest równa okrągłemu zeru. Wtedy można tylko i wyłącznie liczyć na życzliwość sąsiadów, którzy (o ile sami gdzieś wyjadą autem) mogą nam udostępnić kawałek ziemi na na potrzeby gości. 
Ci, którzy lubią dreszczyk emocji, mogą zaproponować swoim gościom chwilowe zajęcie dowolnego niezajętego miejsca. Może się uda. A jeśli nie? Wybuchnie awantura, jak tylko właściciel miejsca parkingowego przyjedzie i zobaczy, że nie może zaparkować na swoim sowicie opłacanym prostokącie. 
Wszystko to daje dość smutny obraz miast coraz gęściej pokrytych zamkniętymi, niegościnnymi enklawami mieszkalnymi. Osiedli, gdzie ludzie, przynajmniej według wizji budowniczych, powinni ograniczyć kontakty towarzyskie do minimum. Ewentualnie utrzymywać je w znacznie oddalonych od "sypialni", za to drenujących kieszenie, centrach metropolii. 
A samorządy? Im pozostaje promowanie uśmiechniętych dojazdów komunikacją miejską. To łatwiejsze i tańsze od twardego postawienia deweloperom cywilizowanych wymogów. Również tak wysublimowanych, jak stworzenie możliwości przyjmowania do siebie zmotoryzowanych gości. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/4e8bc59593f8b7f3f56ab87d848ea5b9,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/4e8bc59593f8b7f3f56ab87d848ea5b9,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Gość w dom? Chyba poza dom. Deweloperzy robią wszystko, byśmy przestali się odwiedzać.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/223127,jedno-klikniecie-i-pracownika-nie-ma-tak-sie-zwalnia-na-pracy-zdalnej</guid><link>https://innpoland.pl/223127,jedno-klikniecie-i-pracownika-nie-ma-tak-sie-zwalnia-na-pracy-zdalnej</link><pubDate>Sun, 05 Apr 2026 06:00:01 +0200</pubDate><title>Jedno kliknięcie i pracownika nie ma. Tak się zwalnia na pracy zdalnej</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/a241bf224ce96f265d90e6b221220f94,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kilka lat temu zwolnienie oznaczało rozmowę twarzą w twarz. Dziś często wystarczy jedno zdanie rzucone przez szklany ekran. Pracownik jest tylko statusem "online": jest, a potem nagle znika. Czy praca zdalna odczłowiecza relacje w firmach? Psycholożka Beata Rajba przekonuje w InnPoland, że nie musi tak być.

Agnieszka Porowska: W erze pracy zdalnej człowieka się zwalnia czy wylogowuje?
Dr Beata Rajba: To wciąż jeszcze zależy od specyfiki pracy. Nasilają się dwa trendy. Pierwszy, powszechniejszy, jest związany z mechanizmem psychologicznym, że jak kogoś nie widzimy i nie mamy z nim relacji – a to jest koszt pracy zdalnej – to łatwiej nam jest być tym okrutnym zwalniającym. Człowiek z pracy z dnia na dzień znika, poniekąd jednym przyciskiem zostając wylogowanym. 
Brak już takich standardów, które dotyczyłyby "osłodzenia zwalniania". Teraz często długo trzyma się zwalnianego w niepewności. Brak relacji w pracy na odległość sprawia, że główny zainteresowany dowiaduje się o zwolnieniu na końcu, bo firma maksymalizuje zyski i chce, żebyśmy pracowali do ostatniego momentu tak samo sumiennie.
Słyszałam o sytuacjach, że pracownika jeszcze rano proszono, aby zrobił coś do południa. On zadanie wykonał i dopiero w południe go zwalniono.
Ten brak relacji sprawia, że po drugiej stronie nie widzimy człowieka, tylko numerek w Excelu. A taki numerek jest łatwiej czasem wykorzystać, a czasem zdmuchnąć z szachownicy, czyli zwolnić w sposób przysparzający dużo cierpienia. Takie trzymanie w niepewności jest w tej chwili częste zwłaszcza u osób, którym kończą się kontrakty. Jak dopytują, to słyszą, że proces jest w toku, a potem nagle spada na nich gorzka prawda.
Czasem nawet przez telefon w pracy się nie rozmawia. Wielu z nas załatwia prawie wszystko pisząc na komunikatorach. Nie znamy nawet barwy głosu osób, z którymi pracujemy.
Efekt jest taki, że w takiej sytuacji tak naprawdę nie ma z nimi relacji. Więc gdyby to od pani zależało, czy kogoś zwolnić, czy nie, wypowiedzenie im umowy byłoby łatwiejsze i mniej by pani dbała o ich emocje. Mniej by to panią obchodziło, bo dla pani to są takie trochę wirtualne byty.
Ale mówiła też pani o drugim trendzie?
Jest też trend przeciwny, zauważany w HR-ach. Na razie głównie w literaturze branżowej, ale w dużych korporacjach zaczynają wchodzić zalecenia większej dbałości o ludzką twarz zwolnień. Coraz częściej pisze się o tym, że brak relacji jest problemem dehumanizacji.
Ta dehumanizacja polega na tym, że w firmie jesteś sprowadzony do roli punktu, który się świeci i ma przynosić produkty. W pewnym momencie twój punkt robi się szary, znikasz z listy pracowników i dla innych po prostu przestajesz istnieć. Nikt cię nie wspomina, nie ma z tobą żadnych skojarzeń.
Dlatego tak ważne jest, aby ten drugi trend znów się rozwijał. Do łask wraca praca hybrydowa. Chodzi o to, by aranżować spotkania twarzą w twarz, włączać kamerkę –kiedy informujemy o zwolnieniu, a przede wszystkim wcześniej zaczynać cały proces. Pracownik powinien wiedzieć, co ma dalej zrobić, żeby nie stawiać go przed faktem dokonanym z dnia na dzień. 
Znam przypadek pacjenta, który przez wiele lat co roku był do ostatniego dnia trzymany w niepewności, co do odnowienia kontraktu B2B i któregoś dnia nowy kontrakt po prostu się nie pojawił. A on na 100 proc. był przekonany, że będzie pracował dalej.
Najgorsza chyba jest ta cisza?
Tak, to bardzo boli. Poczucie własnej wartości bardzo spada, gdy nagle ktoś nas strzepuje jak kurz, bez uważności. Pacjent, który wcześniej słyszał "pracujemy nad tym", "staramy się", ostatecznie został potraktowany jak mebel.
Jak powinno wyglądać "dobre" zwolnienie w pracy zdalnej?
Tak samo, jak w biurze. Po pierwsze, pracownikowi dajemy czas, licząc się z tym, że może mu spaść efektywność. Po drugie, rozmawiamy z nim twarzą w twarz. Po trzecie, jeżeli firma ma takie zasoby, można zaoferować wsparcie, np. psychologa. 
Przede wszystkim dajemy pracownikowi czas na przekazanie swoich obowiązków. Kiedy firmy trzymają człowieka do ostatniej chwili, działają na swoją szkodę, bo następca nie dostaje żadnych informacji. Chodzi o to, żeby zrobić przeszkolenie dla osoby, która przejmie obowiązki. 
Pracownicy wbrew pozorom są najczęściej lojalni wobec firmy. Należy dać wszystkim czas na przygotowanie się do sytuacji, a nie dostosowanie po fakcie.
A co w sytuacji takiego nagłego zwolnienia traci pracownik, czego nie widać na ekranie? Jakie są te pierwsze chwile od razu po zamknięciu laptopa?
Beata Rajba: Traci zaufanie, a pierwsze chwile "po" są bardzo dezorientujące. Pracownik zostaje nagle wyrzucony na rynek pracy i błyskawicznie musi się zorientować w swojej nowej roli, a rekrutacje trwają długo. W niektórych branżach to nawet 3-4 miesiące. Brak przygotowania i brak kontroli wywołuje gigantyczny stres, na który początkowo reaguje się zaprzeczeniem. Mało kto od razu wpada w rozpacz.
To doświadczenie sprawia, że taki człowiek już będzie zawsze funkcjonował inaczej na rynku pracy. Nagłe poczucie bezradności zmienia ludzi. Pracownik traci też np. opiekę medyczną, która będzie trwała tylko miesiąc. 
Inaczej podejmuje się decyzje, wiedząc, że za dwa miesiące kończy się współpracę, a inaczej, gdy firma obiecuje kontrakt i nagle go nie ma. To jest też kwestia zmian statusów zatrudnienia – umowa o pracę jest zastępowana kontraktami, zleceniami, B2B, co generuje większą niepewność.
Wracając do tych kamerek. Nie jestem pewna, czy po długim czasie rozmów głównie pisanych, chciałabym w ostatnim momencie być wzięta na kamerkę tylko po to, żeby "obcy" ludzie mogli pooglądać sobie jak płaczę lub się denerwuję, gdy mnie zwalniają.
Może nie chodzi o to, żeby pokazać ludzką twarz na końcu w sensie dosłownym, ale żeby pokazywać ją w sposobie, w jakim traktujemy pracownika w momencie zwalniania. To prawda – kamerka może być dodatkowym stresem dla pracownika, który czuje się upokorzony i odrzucony, i musi ukrywać emocje. Chodzi przede wszystkim o to, żeby dać pracownikowi czas na przystosowanie się, tak samo jak całemu działowi. Trzeba mieć zaufanie, że pracownik nie będzie sabotował. 
Główna racjonalizacja osób zwalniających z dnia na dzień to lęk, że pracownik mógłby coś sabotować. Najczęściej tego nie robi, ponieważ niosłaby się za nim zła opinia z pracy. Istotne są drobne gesty, które pomagają, to np. zapytanie "czego potrzebujesz?", zaoferowanie rekomendacji, listu polecającego czy telefonu do sprawdzenia przez następnego rekrutera.
Kiedyś funkcjonowały pożegnania w firmach, kupowało się prezent, szykowało poczęstunek.
W pracy zdalnej tego już nie ma, bo nie ma relacji. Prezent dla kogoś, kogo zna się tylko z messengera i widziało na oczy raz albo wcale – jest czymś sztucznym. Specyfika pracy zdalnej jest taka, że te relacje są słabsze, i tak będzie zawsze. Ale słabsze relacje nie oznaczają braku szacunku.
Szeregowi pracownicy mają trudniej, ale menedżerów współczesne realia mogą cieszyć. Pozwalają im unikać odpowiedzialności i wyrzutów sumienia.
Dokładnie tak. Ta odpowiedzialność dotyczy przede wszystkim tego, żeby wszyscy –   firma, pracownik, dział, jego współpracownicy – mieli czas na przygotowanie: domknięcie projektów, przekazanie obowiązków, szukanie pracy. Chodzi o to, żeby wejście na rynek pracy z powrotem było w miarę łagodne.
Dalsza część tekstu poniżej.
Jak oceni pani sytuacje, w których firma, jak Centralny Ośrodek Informatyki,  zaprzecza planom zwolnień grupowych, po czym zwalnia cały dział z dnia na dzień? Cały LinkedIn huczy po wycieku dokumentów w tej sprawie.
To jest właśnie to trzymanie pracowników w niepewności, oszukiwanie ich de facto.
Gdy pracownicy spotykają się w biurach są w stanie wyczuć pewne rzeczy. Atmosfera zbierania się czarnych chmur nad głowami wiele mówi.
Tak. Przede wszystkim ludzie plotkują. Szacuje się, że 72 proc. komunikacji to są plotki, przez które roznoszą się informacje. To jest dodatkowe źródło wiadomości, które znika, gdy pracujemy zdalnie.
Co można powiedzieć osobie, która szybkim gestem została wylogowana z pracy? Możemy ją jakoś pocieszyć?
Nic, co powiemy, nie sprawi, że poczuje się lepiej. Będzie musiała przejść dynamikę żałoby po tej pracy, która będzie taka sama niezależnie od tego, czy zwolnienie było nagłe, czy rozłożone w czasie. 
Różnica polega na tym, że jeśli jest to proces, ma szansę zacząć wcześniej poszukiwanie nowej pracy. Ma wtedy większą kontrolę, bo jej pensja wpada, a ona już szuka.
Postulujemy więc nadawanie komuś podmiotowości i utrzymanie go w poczucie sprawczości, a nie nagłe wyrzucenie za burtę bez kamizelki?
To drugie to bardzo krótkowzroczna polityka, która psuje obraz firmy w oczach pracowników. Pracownicy nie wiedzą, czego się spodziewać, więc mniej ufają i mniej się angażują. Firma traci dwukrotnie: przez mniejsze zaufanie i brak możliwości przygotowania działów na zniknięcie pracownika. 
Pracownik mógł posiąść kluczowe informacje, prowadzić kluczowe procesy, o których nikt nie wie. Nagłe zwalnianie szkodzi nie tylko pracownikom, ale i firmom.
Gdy się pracuje z człowiekiem biurko w biurko i nagle się go ma zwolnić, to to boli na tyle, że wszystko wcześniej się dziesięć razy przemyśli?
Mam pacjentów-menedżerów w korporacjach, którzy mają bliskie relacje z pracownikami. Gdy muszą ich zwolnić, trafiają do psychologa – to jest silne przeżycie. Z drugiej strony, mam też zwolnionych z dnia na dzień. Jedni i drudzy potrzebują wsparcia.
A jest coś, co jest być może lepsze w nowoczesnym zwalnianiu?
Tylko to, że jest łatwiejsze. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/a241bf224ce96f265d90e6b221220f94,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/a241bf224ce96f265d90e6b221220f94,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Brak relacji sprawia, że po drugiej stronie komputera nie widzimy człowieka, tylko numerek w Excelu, a taki łatwiej zdmuchnąć - podkreśla ekspertka.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/223321,polska-moze-leciec-w-kosmos-miejmy-odwage-marzyc-i-wierzyc-marzycielom</guid><link>https://innpoland.pl/223321,polska-moze-leciec-w-kosmos-miejmy-odwage-marzyc-i-wierzyc-marzycielom</link><pubDate>Sat, 04 Apr 2026 12:00:02 +0200</pubDate><title>Polska może lecieć w kosmos. Miejmy odwagę marzyć i wierzyć marzycielom</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/d1c1c7875eccaef861a3ce76d4ee3f6c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Miliony Amerykanów, ale i mieszkańców całego globu, oglądało pierwszego kwietnia start misji Artemis II. To wydarzenie w pewnej mierze symboliczne: Amerykanie wracają na Księżyc. Oczywiście jeszcze nie teraz. Ten lot, kopiujący poniekąd zakres misji Apollo 8, zabiera trójkę Amerykanów oraz Kanadyjczka tak daleko od Ziemi, jak nie był nikt od dziesięcioleci.

To kolejny krok milowy, który finalnie ma doprowadzić do powrotu na Księżyc, ale tym razem nie dla odcisku butów i postawienia flagi. Jak powtarza szef NASA, Jared Isaacman: tym razem zostaniemy tam na stałe.
Polska w kosmosie to rzeczywistość, nie science fiction
Zostaniemy, bo Polska od 2021 roku jest sygnatariuszem Porozumień Artemis. Jest to szereg umów USA z innymi krajami na temat tego, jak powinna przebiegać załogowa współpraca przy podboju kosmosu. Ponad 55 krajów ustaliło, jak ma wyglądać współpraca globalna przy badaniu Księżyca i Marsa. Tak więc to również nasza, polska sprawa.
Program Artemis to również symboliczne przekazanie pałeczki kosmicznego postępu. To ostatnie lata z rakietą SLS i kapsułą Orion. Koniec dominacji Boeinga i Lockheed Martina. Nadchodzą nowi: tańsi, szybsi i lepsi. 
To nie tylko SpaceX, ale również Blue Origin (Jeffa Bezosa) czy Vast i Axiom ze swoimi prywatnymi stacjami kosmicznymi. Co ciekawe, Zygmunt Solorz parę miesięcy temu zainwestował niesprecyzowaną kwotę właśnie w firmę Axiom Space. To ta firma odpowiadała za misję w ramach której na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej znalazł się pierwszy polski astronauta (a drugi w kosmosie).
Skąd jednak ten przydługi wstęp o niszowym z punktu widzenia polskiej "bieżączki" temacie? Wstęp i artykuł jest po to, aby nikt nie mówił za 10 lat: "czemu nikt nie mówił nam wcześniej?". No to mówię.
Czy Polska jest gotowa na badanie kosmosu?
USA wraca na Księżyc, USA poleci na Marsa. Zrobi to ze swoimi sojusznikami, którzy będą gotowi na to wyzwanie nie tylko mentalnie, nie tylko finansowo, ale i technologicznie. 
Paradoksalnie to nie finanse będą dla nas największym problemem. Już teraz nasza składka do ESA, przekładająca się bezpośrednio na kontrakty naszych firm, wynosi prawie 1 miliard złotych rocznie. Nie ma wątpliwości, że będzie się zwiększać, bo segment kosmiczny w polskiej gospodarce rośnie bardzo dynamicznie.
Największym problemem będzie sfera mentalna i technologia. Czemu technologia? Ponieważ o ile nasze firmy rozwijają się bardzo dynamicznie, to są to firmy skupione głównie na ziemskiej orbicie: satelity, radary, optyka czy oprogramowanie. Aby sięgnąć dalej i mieć co włożyć do koszyka technologii misji załogowych, musimy rozwijać się dalej i szybciej. 
Polskie firmy zderzą się w końcu z tym, że są firmami (w porównaniu do zachodniej konkurencji) małymi i z niewielkim kapitałem. Trudno będzie to przeskoczyć bez fuzji i wsparcia instytucji państwowych. 
Załogowe misje kosmiczne to przyszłość 
Są jednak też pierwsze jaskółki zmian. Chociażby startup Orbital Matter, założony przez polskiego przedsiębiorcę, który za cel stawia sobie budowanie konstrukcji kosmicznych bezpośrednio w kosmosie. Również przy użyciu druku 3D. 
Mimo początkowego etapu rozwoju, firmę na pewno warto obserwować i miejmy nadzieję, że stanie się ona zalążkiem nowej fali polskich firm "dalekiego kosmosu". Nowy plan przedstawiony niedawno przez szefa NASA zakłada, że na Księżycu powstanie duża baza kosmiczna, która będzie wymagać transportu, przemysłu, żywności, pojazdów i rozrywki. 
Warto, aby były przy tym polskie firmy, bo załogowe misje kosmiczne to temat, który przyciąga naprawdę duże pieniądze. Szkoda, aby nas tam zabrakło przez "niedasizm", krótkowzroczność lub pesymizm.
No bo to właśnie problem kluczowy: mental. "Ale czy ty nie słyszałeś o służbie zdrowia?". No słyszałem. Że naukowców zwalniają też słyszałem. Tylko to odwieczny zarzut do badań kosmosu. "Rozwiążmy najpierw problemy w Polsce/Europie/Ziemi" brzmi kusząco, ale to nigdy tak nie działa i działać nie będzie. 
Brak eksploracji kosmosu nie poprawi niczyjego życia na naszej niebieskiej kropce. Spragnionych argumentacji za sięganiem do gwiazd odsyłam do słynnego listu Ernsta Stuhlingera, naukowca NASA, który znalazł się w USA dzięki operacji Paperclip. Odpisał on w 1970 roku siostrze zakonnej z Zambii czemu eksplorujemy kosmos i czemu jest to dobre. Argumentował odnosząc się do wynalezienia mikroskopu: "Hrabia, który zachował część majątku na naukę, zrobił dla swoich biednych sąsiadów więcej, niż gdyby rozdał im wszystko do ostatniego grosza". 
Jak ktoś nie zna: zachęcam do poznania.
Wróćmy jednak do Polski i naszej ścieżki rozwoju kosmicznego. Skąd te obawy? Już w najbliższych latach poważni eksperci i ci nieliczni poważni politycy zaczną mówić oczywiste rzeczy. O polskiej stacji kosmicznej dla krajów regionu. O polskich sondach kosmicznych. O polskich astronautach na Księżycu i Marsie. 
Polska w kosmosie. To się po prostu wydarzy
W kuluarach i na niszowych forach dyskusyjnych toczyć się będą rozmowy o polskim wkładzie w bazę księżycową, o polskich konstelacjach, o KGHM-ie i Orlenie inwestującym w (oby) polskie startupy przemysłu wydobywczego w kosmosie. To się wydarzy. Po prostu jako duży i tak bogaty kraj będziemy musieli tam być, tak jak będą inne kraje europejskie. Nie uciekniemy od tego tylko dlatego, że to trudne, drogie, albo nie pasuje do wizji zacofanej Polski.
I obyśmy mieli wtedy odwagę, aby nie utopić tych potrzeb w morzu kpin i szyderstw. Żebyśmy nie zgasili zapału, tak jak zgaszono płomień nadziei Izery, CPK, globalnego portu Cargo czy wielkiego Orlenu. Bo nic tak nie szkodzi marzeniom jak podcinanie skrzydeł. Podcinanie ich nie merytoryczną krytyką i analizą, a zwykłą kpiną. Bo wiadomo: Polacy nie mogą, nie potrafią, nie chcą, nie pozwolą nam i w ogóle to nie ma to sensu.
Polski orzeł wtedy będzie miał najtrudniej ze wzbiciem się w… kosmos, kiedy do jego nóg doczepi się stadko "naysayerów", krytykantów i marud, którzy cały wysiłek swojego życia włożą w to, aby dodać ciężaru innym, którzy będą próbować.
Miejmy odwagę marzyć i miejmy odwagę wierzyć marzycielom. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/d1c1c7875eccaef861a3ce76d4ee3f6c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/d1c1c7875eccaef861a3ce76d4ee3f6c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/222724,klasa-srednia-bez-wstydu-stawia-na-prywatna-edukacje-dzieci-to-moj-kapital</guid><link>https://innpoland.pl/222724,klasa-srednia-bez-wstydu-stawia-na-prywatna-edukacje-dzieci-to-moj-kapital</link><pubDate>Sat, 04 Apr 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Klasa średnia bez wstydu stawia na prywatną edukację. &quot;Dzieci to mój kapitał&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/4d0cfa800a61d3dde69c08607564181a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Czas ironizowania i ostrożnego podchodzenia do szkół niepublicznych dawno się skończył. Rankingi mówią same za siebie: najlepsze podstawówki to te prywatne. Dlaczego klasa średnia nie widzi już miejsca dla siebie i swoich dzieci w "normalnym systemie"? – Wolę zapłacić niż w weekendy gonić w piętkę i głowić się nad tymi wszystkimi trudnymi sprawami, które można przy pomocy specjalistów załatwić w tygodniu do popołudnia – podkreśla jedna z rozmówczyń InnPoland.

Dorastałam w wojewódzkim, ale dość małym mieście. Chodziłam do podstawówki wciśniętej między wysokie bloki mojego osiedla 100 metrów od mojego domu. Moją koleżanką z ławki na polskim była Ania, córka alkoholików ze strychu, a na matematyce Karolina, córka potentata wędliniarskiego mojego regionu. 
Dorastanie między blokami – szkoła publiczna jako wspólne doświadczenie
Cały mój blok chodził zresztą do tej szkoły. Poza elegancko ubranym chłopakiem z 6. piętra, którego postać majestatycznie przesuwała się w drzwiach windy ze skrzypcami na plecach. Chłopak nie wychodził na dwór, nie szukał kontaktów rówieśniczych, za to często widywaliśmy go w asyście dostojnych ubranych w płaszcze rodziców. Podobno chodził do jakiejś – i wymawialiśmy to z przekąsem – "prywatnej szkoły". 
Dorastając w dominującej w latach 90. narracji pt. "Płacą, więc im przepychają te dzieci z klasy do klasy. Wszystko i tak wyjdzie na egzaminach do liceum" my, podwórkowe dzieciaki – jak na ironię czułyśmy się od niego lepsi. 
Kuba, ucierając nos naszym założeniom – dostał się potem dobrego liceum, skończył dwa stopnie szkoły muzycznej i zgłębiał astronomię. Raz czy dwa, jeszcze w czasie szkoły średniej jego twarz mignęła mi w gazecie. Potem wyjechał na studia za granicę. Tyle go widziałam. Czy czuł się od nas lepszy? Chyba nigdy się nie dowiem.
Szkoła publiczna vs prywatna – skąd bierze się wzajemna rywalizacja?
– To jest ciekawy paradoks: gdy szkolnictwo publiczne zestawia się ze szkolnictwem niepublicznym, to wychodzi na to, że tu każdy od każdego w jakiś sposób czuje się lepszy. Media i mam wrażenie samorządy, podsycają te antagonizmy. Szkoda, bo zamiast rywalizować, można współpracować. Z dorobku i metod wypracowanych przez małe prywatne szkoły, które są pewnym rodzajem laboratorium badawczym, korzystają przecież potem szkoły państwowe – zauważa Marcin Rozmarynowski, pedagog, doktor nauk społecznych, dyrektor Akademii Dobrej Edukacji w Gdańsku, z którym rozmawia InnPoland.
Lubimy skrajności. One działają na wyobraźnię. Klasa średnia, klasa niższa i klasa wyższa. Biedne dzieci kontra bogate dzieci. Posługując się łopatologicznymi skojarzeniami i uproszczeniami: biedne – wiadomo, zasilają szkoły publiczne, podczas gdy te z klasy średniej coraz częściej oddelegowują się do szkół niepublicznych. Pojawiają się pytania: kto w takim razie zgasi światło na pokładzie szkół publicznych, skoro wszyscy odpłyną drogimi jachtami do prywatnych szkół?
Przecież liczby nie pozostawiają złudzeń. Coraz więcej dzieci uczy się "niepaństwowo", a wyniki mówią same za siebie: szkoły niepubliczne wygrywają w rankingach edukacyjnych.
Rosnąca popularność szkół niepublicznych w Polsce – dane i trendy
Jak podaje GUS, w Polsce w szkołach niepublicznych uczy się około 6-7 proc. uczniów, ale w Warszawie już co 6 uczeń chodzi do szkoły prywatnej. Warszawa ma więc dwa razy większy udział w rynku niż średnia krajowa. Trend jest jednoznacznie rosnący: w 2013 roku poza systemem państwowym w kraju uczyło się  ok. 3,5 proc. uczniów, dziś jest ich aż dwa razy tyle.
Dr Marta Majorczyk, pedagożka z USWPS, gdy pytam, czym tłumaczyć nowe upodobanie klasy średniej do szkolnictwa niepublicznego zastanawia się:
– Tu nie chodzi o klasowość społeczeństwa. Zresztą w Polsce wciąż ciężko określić, czym ta klasa średnia jest. Większe zainteresowanie szkołami niepublicznymi wynika raczej z coraz większej liczby dzieci z orzeczeniami: ADHD, zespół Aspergera czy autyzm. System wciąż nie jest na takie dzieci gotowy, rodzice szukają więc ratunku często poza nim i są za to zapłacić naprawdę dużą cenę – zauważa.
– Płacę za ciszę i spokój. Za to, że mnie wciąż nie straszą sądem i kuratorem. Mój syn będący w lekkim spektrum, bardzo szybko się przestymulowuje i potem zaczyna mu "odwalać". Chowa się pod ławkę i zamyka w sobie lub wręcz odwrotnie – zaczyna biegać i krzyczeć. W szkole publicznej miał 24 osoby w klasie i głośne korytarze. W prywatnej szkole ma 12 osób  i puste, przytulne przestrzenie, gdzie się może wyciszyć. Po przeniesieniu liczba bodźców oddziałujących na syna zmniejszyła się dwukrotnie. Zmniejszyły się problemy z zachowaniem, co nie znaczy, że zupełnie zniknęły. Cenię sobie też stały dostęp do psychologa, w szkole państwowej pojawiał się raz na jakiś czas – zauważa pani Agnieszka, mama chłopca z ADHD.
Klasa średnia a edukacja dzieci – czy szkoła prywatna to luksus?
Sprawdzam: szkoła prywatna w mniejszym lub średniej wielkości mieście to koszt do ok. 2 tysięcy złotych. Tylko Warszawa mocno się tu wyróżnia, proponując uczniom wiele szkół z programami międzynarodowymi, gdzie czesne potrafi wynosić nawet kilkanaście tysięcy złotych.
Jak więc porównać stopień życia i oczekiwania – w stosunku do tego, co szkoła miałaby dzieciom dać – ludzi, którzy płacą za szkołę miesięcznie 1500 zł i tych, którzy płacą 15 000 zł? Gdy różnice w cenie bywają dziesięciokrotne, tego po prostu zrobić się nie da.
Pani Marta ma dwoje dzieci w najlepszej w tym momencie wg rankingów szkole podstawowej w warmińsko-mazurskim. Zarówno ona, jak i mąż to inżynierowie. Mają dom na kredyt, dużo pracy i dwa razy w roku wakacje za granicą. "Bogaczami" jednak by ich nie nazwał.   
– Jeśli klasa średnia to ci, którzy zarabiają średnią krajową, to akurat z mężem idealnie się w to wpasowujemy, ale żadnych większych lokat i majątków poza pensjami nie mamy. Moją lokatą są dzieci. To kwestia priorytetów, na co się lubi i potrzebuje wydawać – zauważa. Kobieta z dumą wspomina ich pierwsze, rodzinne zagraniczne wakacje.  
– To jest po prostu coś bardzo budującego, gdy pojechaliśmy do Włoch, a moje dzieci w wieku 10 i 12 lat bez żadnego zająknięcia i z dużą pewnością siebie zaczęły się tam płynnie komunikować. Duża liczba zajęć językowych od pierwszej klasy, w tym z native speakerami powoduje, że dzieci w obcy język wchodzą naturalnie i bezstresowo – opisuje.
Korepetycje, języki i zajęcia dodatkowe – ukryte koszty edukacji publicznej
Wszyscy moi rozmówcy na pytanie: "za co płacą płacąc za szkołę?" zgodnym chórem odpowiadają, że za to, za co inni rodzice dodatkowo płacą po szkole – czyli za języki, zajęcia sportowe, artystyczne i korepetycje.
– W pierwszych latach podstawówki jeszcze może tego nie widać, ale w 7. klasie zaczyna się jazda bez trzymanki. Wiele dzieci ląduje na korkach: chemia, fizyka, drugi język. W szkole moich synów załatwiane jest to wewnętrznie. Nauczyciel przychodzi i mówi: "ciebie długo nie było, więc idziesz na zajęcia uzupełniające, a ty jeszcze musisz poćwiczyć, bo widać, że sobie nie radzisz, więc też zapraszam". Przy takiej organizacji człowiek nie jest wciąż tak bardzo rozerwany między pracą, a niekończąca się logistyką domową. Po prostu ma więcej czasu i sił, by pracować i za tę szkołę potem płacić. Może to trochę takie zamknięte koło, ale wolę to, niż po 17.00 i w weekendy gonić w piętkę i głowić się nad tymi wszystkimi trudnymi sprawami, które można przy pomocy specjalistów załatwić w tygodniu do popołudnia – opisuje pani Marta.
Zastanawiać może czy szkoła prywatna nie jest pewną ochroną przed problemami życia codziennego, skoro wszystko jest tam młodzieży podsuwane "pod nos". Dziecko nie zdąży zdać sobie sprawy, że ma problemy, a już z pomocą biegnie cały zastęp ludzi do pomocy.
Dr Majorczyk: – Szkoła to taki mały świat społeczny dla dziecka, namiastka tego, z czym zderzy się w przyszłym życiu. Elitarne szkoły nie są wolne od problemów. Tam również występuje hejt i problemy z używkami, tylko poprzez większą indywidualizację uczniów pewne zawirowania łatwiej szybciej dostrzec i w zalążku rozwiązywać. Rodzic, który jest w stanie dodatkowo płacić za edukację, jest też bardziej świadomy, współpracujący i zaangażowany.
Czy rodzice w szkołach prywatnych są bardziej roszczeniowi? Fakty i mity
Gdzie w takim razie podziali się roszczeniowi rodzice, którzy dokonując raz w miesiącu sutego przelewu na konto szkoły, od wszelkich problemów związanych z ich dziećmi umywają ręce?
– Prowadzę szkoły niepubliczne od 29 lat i postawy typu: "skoro płacę, to wymagam i cała reszta mnie nie interesuje" zdarzają się niezwykle rzadko. Nas też chronią regulaminy i statut szkoły. W skrajnych przypadkach jedno zdanie: "przecież państwa nikt na siłę w tej szkole nie trzyma" wystarczy – podkreśla Grzegorz Szymczak, założyciel przodujących szkół w Lublinie, które jak z wynika z rankingów, są też jednymi z najlepszych szkół w całej wschodniej Polsce.
Mężczyzna jest świeżo po przeprowadzeniu egzaminów do jednej z jego placówek. W formie zabawy i rozmów testowano w tym roku 61 siedmiolatków. Przyjmą co drugiego.  
– Mówi się o boomie na szkoły niepubliczne, ale nas też niż demograficzny nie oszczędza. Z reguły mieliśmy po 70 chętnych. Niż jest szansą dla szkół publicznych. Klasy zmalały, a mniej zawsze znaczy jakościowo więcej. Pod warunkiem, że fundusze na szkolnictwo publiczne adekwatnie do spadku liczby uczniów nie będą obcinane – zauważa.
Bańka społeczna w edukacji – czy szkoła prywatna izoluje dzieci?
Skazywanie na dojrzewanie w bańce budzi kontrowersje rodziców na wszystkich dotyczących szkolnictwa niepublicznego forach. Dominuje pytanie: "co może stać się z wrażliwością młodego człowieka, który odkąd pamięta i gdzie nie spojrzy, ma wokół siebie rzeczywistość, gdzie wszyscy wokół są posażni, wykształceni i zaangażowani?"
Dalsza część tekstu poniżej:

Julia, studentka medycyny z Poznania otwarcie przyznaje, że gdybym po poznańskiej społecznej Jedynce, za którą płacili jej rodzice, nie wylądowała w ogólnodostępnym liceum "Marcinek", to u progu dorosłości na pewno byłabym innym człowiekiem. 
– Lepszym? Nie wiem. To wszystko jest relatywne, każdy tak naprawdę zawsze żyje w jakiejś bańce, której nigdy nie jest do końca świadomy. Wiem tylko, że gdy poszłam do "normalnego" liceum, to dopiero wtedy dowiedziałam się, że wakacje można spędzać inaczej niż w ciepłych krajach, że istnieją ludzie, dla których przejazd tramwajem nie jest weekendową atrakcją, a codziennością, bo nas wszystkich do szkoły dowozili rodzice. I że na świecie jest tak dużo różnych ludzi. W podstawówce było nas po kilkanaście w dwóch klasach, w liceum ponad trzydziestka w każdej z sześciu klas. To był największy szok – wspomina.
Czy osiedlowa podstawówka zrobiłaby z niej człowieka, który naprawdę wie, na czym życie polega?
Dziewczyna szczerze w to wątpi. – Słyszałam takie opinie, że dzieci po szkołach niepublicznych mogą być zbyt wydelikacone, ale przecież my też robiliśmy swoje i ciężko pracowaliśmy. Dużą część dnia zawsze pochłaniała mi nauka i zajęcia rozwijające, co dało mi możliwość dostania się do dobrego liceum i studiowania teraz tego, co kocham. Nie uważam, żeby moje życie byłoby pełniejsze, gdybym po szkole, zamiast przygotowywać się w wygodnej świetlicy do konkursów, bawiła się na trzepakach. Czy na tym właśnie polegałoby to "real life"? – pyta.
Życie po szkole prywatnej – zderzenie z rzeczywistością
Maja, warszawska koleżanka Julii z wydziału mówi jednak, że w jakiś sposób czuje się "spaczona" i przez to, że była lepsza, teraz całe życie czuje się gorsza jako osoba. 
– Przez narrację w domu, że w szkołach prywatnych, które kończyłam, nie ma takiej patologii jak w szkołach państwowych, termin "zwykła osiedlówka" długo napawał mnie lękiem. Moja mama miała ze swoją szkołą na Śląsku złe doświadczenia. Opowiadała, jak była gnębiona przez sforę dzieciaków wąchających klej. Chyba chciała mi tego oszczędzić, ale przesadziła w drugą stronę. Przez to zwykła szkoła kojarzyła mi się jak coś z horroru. Teraz mi za to wstyd, ale nie wiem, czy od tego patrzenia na ludzi z góry kiedykolwiek będę umiała się tak do końca wyzwolić – opowiada.
Dr Marta Majorczyk: – Może kiedyś można było przeprowadzić jakąś linię podziału, że dzieci ze szkół płatnych, to te w teorii lepiej dopilnowane, niespacerujące popołudniami między blokami i przebywające w bardziej wysublimowanym gronie. Dzieci ze zwykłych "osiedlówek" miały za to możliwość zetknięcia się z większą różnorodnością społeczną, co być może intensywniej budowało ich charakter. Dziś wszystkie po lekcjach lądują przed ekranami z tymi samymi grami i aplikacjami. To w tym życiu w "wirtualnej bańce" upatrywałabym prawdziwego zagrożenia i nie tworzyła sztucznie napędzanych podziałów i przepaści między nauczaniem prywatnym a państwowym. Zarówno tu, jak i tu może być fajnie lub niefajnie. Wiele wciąż zależy nie tylko od szkoły, ale również od rodziców – dobrze, aby o tym pamiętali.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/4d0cfa800a61d3dde69c08607564181a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/4d0cfa800a61d3dde69c08607564181a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Szkolnictwo niepubliczne przeżywa boom. W ciągu kilkunastu ostatnich lat liczba uczniów uczących się w taki sposób wzrosła dwukrotnie.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/222997,pierwsza-prezydentka-kielc-tlumacze-sie-radnym-nawet-ze-swoich-skarpetek-to-skandaliczne</guid><link>https://innpoland.pl/222997,pierwsza-prezydentka-kielc-tlumacze-sie-radnym-nawet-ze-swoich-skarpetek-to-skandaliczne</link><pubDate>Fri, 03 Apr 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Pierwsza prezydentka Kielc: Tłumaczę się radnym nawet ze swoich skarpetek. To skandaliczne</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/0f126e14334f3a8a05742ac36997458c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Agata Wojda, pierwsza kobieta na stanowisku prezydenta Kielc, mierzy się nie tylko z fatalnym wizerunkiem miasta – uznanego niedawno za najgorsze polskie miasto wojewódzkie – ale też z brutalną polityką, w której urzędniczki przezywane są drwiąco "kolorowymi dziewczynkami". – Odbudowanie poczucia dumy jest jednym z największych wyzwań mojej prezydentury – mówi InnPoland prezydentka Wojda.

Agnieszka Porowska: Woli być pani nazywana prezydentem czy prezydentką Kielc?
Agata Wojda: Obydwie formy są dla mnie absolutnie akceptowalne. Nie rozumiem tej ekscytacji "końcówkami", która często wiąże się z negatywnymi emocjami. Nie wiem, dlaczego ludzie mają problem, żeby kobiety używały feminatywów w pracy, dlaczego nie mogą być dyrektorkami zamiast dyrektorami. 
Zauważam też, że słowo "prezydentka" jest przez wiele osób bardzo pozytywnie przyjmowane, szczególnie w młodszym pokoleniu. Dzieci i młodzież używają tego języka w sposób naturalny.
Myślę, że naszą dużą rolą społeczną jest upowszechnianie feminatywów w języku, co ma niesamowity walor wzmacniający. Szczególnie młode dziewczyny, słysząc, że są dyrektorki, prezydentki – budują w świadomości perspektywę, że jest to przestrzeń otwarta także dla nich w przyszłości.
Jest pani pierwszą kobietą na stanowisku prezydenta Kielc. Podczas kampanii wielokrotnie pani słyszała, że mieszkańcy nie są na to gotowi. Czy po dwóch latach rządzenia nadal pojawiają się takie komentarze?
Niestety kobieta nadal budzi pewną sensację na wysokich stanowiskach: czy to menedżerskich, prezydenckich, czy w samorządzie. Było to dla mnie szokujące, gdy słyszałam, że choć moje doświadczenie i kompetencje są w porządku, to Kielce mogą nie być gotowe na kobietę na tym stanowisku. 
Spotykałam się też z sytuacjami, gdy ktoś mówił, że nabiorę jeszcze doświadczenia i w przyszłości na pewno osiągnę sukces. Było to zaskakujące, bo spośród wszystkich kandydatów już wtedy miałam największe doświadczenie samorządowe: byłam kilkanaście lat radną, pełniłam funkcję wiceprezydentki, miałam doświadczenie w pracy w administracji rządowej. Musiałam z wielkim spokojem pokazywać swoje kompetencje. 
To głęboki proces – mentalny i edukacyjny. Myślę, że jesteśmy na dobrej drodze, ale kobiety muszą się jeszcze czasem dużo bardziej i dużo mocniej starać.
Czyli płeć ma znaczenie na wysokich stanowiskach?
Znaczenie mają osobiste kompetencje. Mamy jednak naleciałość wynikającą z wieloletniej mentalności, która dzieli role społeczne i uznaje, że mężczyźni są stworzeni do wyższych rzeczy. 
Doświadczenie społeczne pokazuje jednak, że kobiety robią kariery zawodowe, jednocześnie często zajmując się domem. To dowodzi, że jesteśmy wielozadaniowe i mamy naturalną zdolność do szukania niestandardowych rozwiązań i kompromisów.
Czy jako kobieta zwraca pani uwagę na inne obszary niż mężczyzna? Przywództwo kobiet jest inne?
Kobiety w sferze publicznej były kojarzone z tzw. miękkimi rzeczami, jak edukacja, pomoc społeczna czy zdrowie. Ale te skojarzenia powoli odchodzą do lamusa. 
Jako młoda radna pierwszej kadencji zostałam szefową komisji zajmującej się planowaniem przestrzennym. Tematy związane z polityką komunalną i infrastrukturą zawsze były mi bliskie, co nie oznacza, że współpracując z ludźmi, nie potrafię skutecznie zarządzać na przykład obszarem pomocy społecznej.
Województwo świętokrzyskie to region prawicowy, jednak w Kielcach wygrywają kandydaci ugrupowań umiarkowanych. Jak rządzi się miastem, które jest taką "wyspą" na tle konserwatywnego województwa?
Wciąż jest to jednak mniejsza wyspa niż na przykład Cisna na Podkarpaciu.
W czasie kampanii wyborczej pewna pani powiedziała, że podoba jej się moja kandydatura, ale drażni ją, że jestem z Koalicji Obywatelskiej. Zapytałam ją jakiej decyzji w polityce miejskiej, wynikającej z mojej przynależności, się obawia i co będzie dla niej nieakceptowalne. Pani się zastanowiła i powiedziała, że właściwie nic nie przychodzi jej do głowy. 
W polityce miejskiej decyzji związanych z poglądami ideologicznymi jest skrajnie mało. Na pierwszy plan wysuwają się poglądy na rozwój miasta i politykę gospodarczą. Poglądy polityczne mają wtórne znaczenie.
Kielce fatalnie wypadły w rankingu "Business Insider": zostały uznane za najgorsze polskie miasto wojewódzkie. Jak się pani z tym czuje?
Żyjemy w otoczeniu różnego rodzaju rankingów i statystyk. Taki ranking, którego merytoryki w żaden sposób nie podważam, nie jest dla mnie czymś optymistycznym. Ani się z niego nie cieszę, ani go bagatelizuję. Mam świadomość, w jakiej kondycji i sytuacji przejmowałam Kielce. Procesy, które uruchomiliśmy, są procesami wieloletnimi, rozłożonymi na tę i przyszłą kadencję. 
Trzeba też wniknąć w kryteria rankingu. Jeżeli ktoś wspomina o najniższych płacach w miastach wojewódzkich i wskazuje Kielce, ale nie uwzględnia kosztów życia, gdzie siła nabywcza pieniądza jest szalenie istotna, to ten obraz nie będzie miarodajny. 
W tym rankingu Kielce w żadnej z kategorii nie były ostatnie, a w kategoriach, za które odpowiada polityka miejska, nie straciły pozycji. 
Mam świadomość, że przed nami jest dużo pracy, szczególnie w zakresie przeciwdziałania depopulacji, wzmocnienia polityki miejskiej i spraw gospodarczych. Problemy mamy zdefiniowane. Wiemy, gdzie są deficyty i podjęliśmy szereg działań, aby im przeciwdziałać.
Konkretnie?
Zdefiniowaliśmy dwa deficyty. Pierwszym z nich jest dostęp do terenów inwestycyjnych. Centrum Obsługi Inwestora już prowadzi intensywne działania i rozmowy z potencjalnymi inwestorami, którzy szukają terenów do lokalizowania nowych przedsięwzięć. 
Miasto ma w tym duże zapóźnienia. Nie jesteśmy właścicielami gruntów miejskich, otaczają nas grunty prywatne. Mamy jednak narzędzia, aby planowaniem przestrzennym określać sposób ich wykorzystania. 
W planie ogólnym chcemy znacząco zwiększyć tereny gospodarcze i przemysłowe. Stawiamy na intensywne uzbrojenie terenów inwestycyjnych. Projektujemy układ drogowy na Nowym Malikowie, aby tam w pierwszym etapie uwolnić 40 ha terenów inwestycyjnych. Wchodzimy w sojusze, zawieramy porozumienia z przedsiębiorcami i partnerami. 
Będziemy też wspólnie inwestować miejskie pieniądze, aby budować infrastrukturę drogową na terenie Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Te tereny, szybko się komercjalizując, przyniosą miastu podatki. W tegorocznym budżecie stworzyliśmy specjalną rezerwę na uzbrojenie terenów inwestycyjnych, to pierwszy raz w historii Kielc.
A ten drugi deficyt?
Brak nam powierzchni biurowych klasy A. Kielecki Park Technologiczny funkcjonuje, ale ma ograniczone kręgi rozwoju. Priorytetem jest budowa nowego inkubatora przedsiębiorczości, który od pierwszych dni będzie działał na zasadach komercyjnych. 
Wcześniej pojawiały się zarzuty, że miasto wykorzystując środki zewnętrzne, np. dotacje unijne, staje się nierówną konkurencją dla lokalnych przedsiębiorców. Nowy model
finansowy będzie działał na zasadzie rynku komercyjnego, oferując 6 tys. m. kw. powierzchni biurowej wysokiej klasy, zlokalizowanej w strefie śródmiejskiej. Ma to dać impuls dla tworzenia nowych firm i inkubacji startupów, a także ożywić centrum.
Jakie są najważniejsze wyzwania, przed którymi stoją Kielce?
Promocja dobrego wizerunku na zewnątrz. Przychodzi czas na mniejsze miasta. Młode pokolenie szuka miast o spokojniejszym trybie życia. Ważny jest dla nich work-life
balance i elastyczny styl pracy, często zdalnej lub hybrydowej, bo nierzadko pracują dla pracodawców z zagranicy lub warszawskich korporacji. 
Kielce są idealnym miejscem, by wygodnie żyć: nie marnować czasu na dojazd, mieć dostęp do wysokiej jakości usług publicznych i terenów zielonych, mieć czas na rodzinę i przyjaciół. 
Mamy świetny dostęp do żłobków, oferty edukacyjnej, wysokiej jakości transport publiczny, dwa stoki narciarskie i las komunalny. Nie powinniśmy mieć kompleksów. Musimy przedostać się z tym prawdziwym wizerunkiem Kielc do szerokiej opinii publicznej.
Ale mieszkańcom Kielc na pewno nie jest miło, gdy słyszą, że są najgorsi.
Odbudowanie poczucia dumy i tożsamości jest jednym z największych wyzwań mojej prezydentury. Ranking, który pokazuje Kielce jako miasto z deficytami, obiega media i jest przedmiotem komentarzy typu: "oczywiście Kielce, nic nowego". To takie samobiczowanie się. Natomiast statystyki, w których miasto zaczyna osiągać pozytywne efekty, przechodzą bez echa lub są traktowane jako wypadek przy pracy. 
Ważny jest dla nas element budowania lokalnej tożsamości i związania z miastem. Ma temu służyć polityka młodzieżowa, dzięki której chcemy budować poczucie realnej sprawczości u młodych ludzi, aby współtworzyli miasto. Jeżeli czujemy się za coś odpowiedzialni i mamy na coś wpływ, wzrasta w nas poczucie dumy.
Wspomniała pani o transporcie publicznym. Kilka tygodni temu miasto ogłosiło, że na ulice Kielc wyjadą nowe autobusy. Wiele z nich jest wyposażone w siedzenia "na półtorej osoby". Komu to potrzebne?
Pyta pani, komu potrzebne są nowoczesne, elektryczne autobusy?
Pytam o to, czy autobusy wyposażone w siedzenia na półtorej osoby nie są źle urządzone…
Nie są źle urządzone. Te 24 autobusy zostały wyprodukowane w ramach dużego zamówienia i dużych środków unijnych, pozyskanych na zrównoważoną mobilność i rewolucję w komunikacji publicznej. 
Szczegół, o którym mówimy, dotyczy technicznego odbioru i homologacji. Zastosowano technologię, która wymusza określoną liczbę miejsc w pojazdach. Półtora siedzenia nie jest niczym zdrożnym. Jest to maksymalne wykorzystanie przestrzeni, by autobusy mogły być jak najbardziej ekologiczne.
Dalsza część tekstu poniżej.
Pojawiają się głosy nawołujące do odwołania pani w referendum. Sprawa ma związek ze sporem wokół inwestycji na Placu Wolności. Opozycja zarzuca pani, że planując kosztowną przebudowę, nie uwzględniła pani postulatu mieszkańców o stworzenie parkingu podziemnego.
Fala mówienia, czy straszenia referendum przetacza się przez całą Polskę, a samo słowo "referendum" stało się dzisiaj bardzo powszechnym argumentem w polityce. To ma duży walor społecznego wpływu, ale w wielu przypadkach jest motywowane polityką najniższych standardów, choć oczywiście nikomu nie odmawiam obywatelskiego prawa do oceny włodarzy.
Plac Wolności jest największym placem publicznym w Kielcach. Dzisiaj znajduje się tam prowizoryczny parking wymagający przebudowy. Miasto pozyskało środki z Funduszu Unijnego na rewitalizację płyty Placu Wolności, co umożliwi stworzenie tam placu publicznego z prawdziwego zdarzenia.
Mieszkańcy wnioskowali, że pod placem powinien być parking podziemny. Gdy
zaczynaliśmy tę kadencję, nie było możliwości współfinansowania parkingu ze środków zewnętrznych. Unia Europejska nie chciała finansować tego typu inwestycji. 
Teraz priorytety się zmieniły, bo stawia się na inwestycje podwójnego zastosowania. Wykorzystaliśmy tę szansę. Przeprocedowaliśmy z Komisją Europejską przekierowanie części środków właśnie na bezpieczeństwo.
Dziś już wiemy, że parking podziemny pod Placem Wolności, czy raczej miejsce schronienia z funkcją parkingu, może liczyć na dofinansowanie ze środków europejskich. Niedawno ogłosiliśmy, że to będzie już inwestycja kompleksowa: rewitalizacja płyty i części podziemnej z miejscem schronienia, która zaoferuje 250 miejsc parkingowych. 
Osoby, które znalazły sobie Plac Wolności jako pretekst do organizacji referendum, będą musiały się bardzo nagimnastykować, by znaleźć pretekst.
Na sesjach Rady Miasta rzeczowe dyskusje są wypierane przez osobiste przytyki. Jeden z radnych miał zwrócić się do pani i pani współpracowniczek per "kolorowe dziewczynki". Co się wydarzyło 12 marca w kieleckim ratuszu?
Poziom debaty publicznej leci na łeb na szyję nie tylko w Kielcach, ale niestety u nas widać to dobitnie. Merytoryka odchodzi na dalszy plan, trwają jałowe rozmowy, podczas których radni zajmują się głównie sobą i krytyką władz miasta. 
Wspomniana sesja Rady trwała 16 godzin. Po takim czasie dyskusja sięga bruku. Nie ma mojej zgody na wypowiedzi poniżające moje współpracownice, na nazywanie ich "kolorowymi dziewczynkami".
Czy to miała być aluzja do tego, że jest pani orędowniczką praw ludzi LGBTQ?
Nie wiem. Usłyszałam jedynie, że styl ubierania się mój i niektórych osób z mojego otoczenia budzi kontrowersje. Poważnie. Odkąd jestem prezydentką, muszę się tłumaczyć radnym nawet ze swoich skarpetek czy butów sportowych. To proste: pracuję po 15 godzin dziennie i w takim stroju jest mi wygodniej sprawować moją funkcję. 
Z drugiej strony to aż dziwne, że się z tego tłumaczę. To skandaliczne, że wobec urzędniczek, które mają doświadczenie i pełnią odpowiedzialne stanowiska, młody wiekiem radny potrafi formułować takie treści.  
W stronę urzędników często padają niesprawiedliwe inwektywy, które deprecjonują ich wartość. "Kolorowe dziewczynki" są dla mnie nieakceptowalne. Jeżeli ktoś chce czynić zarzut z barwnej marynarki albo sportowych butów, to najwidoczniej nie ma prawdziwych argumentów, by krytykować władze miasta.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/0f126e14334f3a8a05742ac36997458c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/0f126e14334f3a8a05742ac36997458c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;Odkąd jestem prezydentką Kielc, muszę wyjaśniać nawet swoje skarpetki&quot;. Nam Agata Wojda wyjaśnia jeszcze więcej</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
