<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[INNPoland.pl - Magazyn]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii Magazyn w INNPoland.pl]]></description>
		<link>https://innpoland.pl/c/241,magazyn</link>
				<generator>innpoland.pl</generator>
		<atom:link href="https://innpoland.pl/rss/kategoria,241,magazyn" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/225031,12-bledow-jezykowych-w-pracy-przez-ktore-wyjdziesz-na-niechluja-twoj-profesjonalizm-traci-blask</guid><link>https://innpoland.pl/225031,12-bledow-jezykowych-w-pracy-przez-ktore-wyjdziesz-na-niechluja-twoj-profesjonalizm-traci-blask</link><pubDate>Mon, 11 May 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>12 błędów językowych w pracy, przez które wyjdziesz na niechluja. Twój profesjonalizm traci blask</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/996a5d404a491c1203a631474d008ed8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Błąd językowy nie oznacza braku inteligencji, ale sugeruje pośpiech, który w interesach bywa ryzykowny. Jeśli Twoje maile są pełne kalk z angielskiego i błędnych końcówek, czas na powtórkę z "językowego BHP". Rozprawiamy się z "dedykowanymi usługami" i wyjaśniamy, dlaczego poprawność językowa to nie tylko wyraz szacunku do odbiorcy, ale prawdziwy rynkowy wyróżnik.

Widok rażącego błędu ortograficznego w korespondencji służbowej czy wpisie w społecznościówkach jest jak rysa na nowym lakierze – niby da się z tym jechać, ale oko odbiorcy cały czas tam ucieka. Język w sieci (i niestety w redakcjach) działa trochę jak wirus. Jeden "pacjent zero" napisze coś niechlujnie, a reszta, zamiast sprawdzić w słowniku, podświadomie kopiuje błąd, bo "przecież wszyscy tak piszą".
W korespondencji biznesowej diabeł tkwi w szczegółach. Błąd nie musi oznaczać, że ktoś jest mało inteligentny, ale sugeruje pośpiech i brak dbałości o detale – a to w biznesie zazwyczaj niechciane skojarzenia, które negatywnie wpływają na reputację.
Oto ranking 12 "językowych sabotażystów", przez które Twój profesjonalizm może stracić na blasku.
1. Nieważne (błąd: "nie ważne")
Zapis "nie ważne" jest poprawny tylko wtedy, gdy wprowadzamy wyraźne przeciwstawienie (np. "To nie ważne, ale kluczowe"). W 99 proc. przypadków w biznesie piszemy to razem.
Skąd błąd? Intuicyjnie oddzielamy "nie", by wzmocnić zaprzeczenie.
Jak zapamiętać? "Nie" z przymiotnikami w stopniu równym piszemy łącznie. Jeśli coś jest "fajne", "ładne" czy "ważne", to z "nie" tworzy z tym słowem jeden nowy wyraz.

2. Na pewno (błąd: "napewno")
Absolutny król błędów, który nie schodzi z podium od dekad.
Skąd błąd? Wymawiamy to niemal jak jedno słowo, a analogia do wyrazów takich jak "naprawdę" czy "nawzajem" pcha nam rękę do połączenia liter.
Jak zapamiętać? Pomyśl o zwrocie "na sto procent". Tam nikt nie ma ochoty pisać tego razem. Skoro "na sto" piszemy osobno, to "na pewno" też.

3. W ogóle (błąd: "wogóle", "wogule")
Ten błąd w mailu bije po oczach bardziej niż krzykliwy Caps Lock.
Skąd błąd? Ponownie – fuzja fonetyczna. Mówimy to szybko, zlewając głoski.
Jak zapamiętać? Wyobraź sobie słowo "ogół". To jest wyrażenie przyimkowe (przyimek "w" + rzeczownik "ogół"). Przyimki lubią stać solo.

4. Osobom vs osobą
"Dziękuję wszystkim osobą za przybycie" – to błąd, który boli najbardziej, bo zmienia strukturę gramatyczną zdania.
Skąd błąd? Podobne brzmienie końcówek "-om" oraz "-ą" w szybkiej mowie.
Jak zapamiętać? Reguła "M jak Mnóstwo". Jeśli piszesz do wielu osób (liczba mnoga), na końcu musi być "-om". Końcówka "-ą" jest zarezerwowana dla jednej osoby (np. "Idę z tą osobą").

5. Bynajmniej vs przynajmniej
To błąd semantyczny – używanie słowa o zupełnie innym znaczeniu, co w biznesie może prowadzić do nieporozumień.
Skąd błąd? Słowa brzmią podobnie, więc są używane zamiennie jako "wzmacniacze" wypowiedzi.
Jak zapamiętać? Bynajmniej = Nie. (Bynajmniej nie twierdzę, że…). Przynajmniej = Choć trochę. (Daj mi przynajmniej jeden powód). Jeśli możesz wstawić "nie", użyj "bynajmniej".

6. Nadużywanie Wielkich Liter
To zjawisko jest tak powszechne, że dorobiło się już nawet swojej nieoficjalnej nazwy: majuskułoza (od majuskuły, czyli wielkiej litery). To taki gramatyczny barok, w którym autor próbuje "wyzłocić" tekst, myśląc, że im większa litera, tym większy szacunek albo ranga sprawy.
W biznesie i polityce to plaga, a fakt, że AI to powiela, wynika z "przedobrzenia" w kwestii uprzejmości. Rozprawmy się z tym mechanizmem. Większość ludzi pisze "naszym Klientom" z dwóch powodów. 
Jeden to lęk przed obrazą. Autor boi się, że jeśli napisze "klient" małą literą, to ten poczuje się niedowartościowany. To fatalne przeniesienie zasady z listów prywatnych na komunikację ogólną. 
Druga to chęć nadania ważności. Politycy piszą o "Narodzie", "Ojczyźnie" czy "Państwie" wielką literą, bo chcą, żeby te słowa brzmiały podniośle, niemal sakralnie. W ich głowach "naród" małą literą wygląda zbyt zwyczajnie.
Oto najczęstsze ofiary majuskułozy:
"Nasi Klienci / Goście". To klasyk marketingu. Firmy myślą, że pisząc "Klient", budują relację. W rzeczywistości budują jedynie dystans i pokazują, że nie znają zasad ortografii. Poprawnie jest "Dbamy o naszych gości", "Mamy najlepszych klientów".
"Nasza Ojczyzna / Państwo". Ulubiony zabieg polityków. Chcą pokazać swój patriotyzm przez Shift na klawiaturze. O ile "Polska" to nazwa własna, o tyle "państwo" czy "ojczyzna" to rzeczowniki pospolite. Poprawnie jest: "Służymy państwu", "Kocham moją ojczyznę".
"Prezes / Dyrektor / Prezydent". Ludzie uwielbiają pisać nazwy stanowisk wielką literą, zwłaszcza gdy mowa o ich własnym szefie. To "poddaństwo ortograficzne". Nazwy stanowisk piszemy małą literą. Wielka jest dopuszczalna tylko w bardzo oficjalnych dokumentach (np. umowach), gdzie "Prezes" staje się nazwą własną jednej ze stron, albo w nagłówkach pism.
"Projekt / Umowa". W korespondencji biznesowej często widzimy: "Zgodnie z naszym Projektem...". To próba nadania dokumentowi rangi relikwii.
Poprawnie: "W załączniku przesyłam projekt umowy".

W języku polskim zasada jest prosta, ale często błędnie interpretowana:
Wielka litera to szacunek dla adresata. W liście lub mailu do konkretnej osoby piszemy: "Przesyłam Panu ofertę", "Dziękuję Państwu". To wyraz osobistego szacunku.
Mała litera przypisana jest do kategorii osób. Kiedy piszesz post na Facebooku albo artykuł, "klienci", "goście" czy "wyborcy" to grupa, kategoria społeczna, a nie konkretna osoba, której się kłaniasz. Pisanie o nich wielką literą to błąd ortograficzny.

Majuskułoza to również efekt nadużywania uprzejmości modeli sztucznej inteligencji. One niezwykle często wpadają w tę pułapkę. Wynika to z dwóch rzeczy. 
Pierwsza to wpływ języka angielskiego. W angielskim wielkie litery sypią się gęściej (np. w tytułach), a AI karmi się tonami angielskich tekstów. Druga to algorytmiczna grzeczność. AI jest szkolone, by być pomocne i uprzejme. Kiedy widzi w danych treningowych, że ludzie piszą "Szanowni Państwo" (poprawnie), system zaczyna kojarzyć wielką literę z bezpieczeństwem i kulturą, przez co nadużywa jej w miejscach, gdzie jest to błędem.
Najlepiej wyobraź sobie, że wielka litera to uroczysty ukłon. Kiedy wchodzisz do pokoju i mówisz do kogoś konkretnego "Panie Marku", kłaniasz się – więc piszesz Pan. Ale kiedy stoisz na rynku i krzyczysz do tłumu "Ludzie, słuchajcie!", nie kłaniasz się każdemu z osobna – więc piszesz ludzie.
Pamiętaj: szacunek okazuje się treścią i kulturą wypowiedzi, a nie rozmiarem czcionki. Nadmiar wielkich liter w tekście sprawia, że wygląda on jak ulotka z lat 90. albo odezwa partyjna z czasów, o których wolelibyśmy zapomnieć.
7. Nie jeden zamiast niejeden
To już klasyka gatunku! "Nie jeden" zamiast "niejeden" to błąd, który wyrasta z tej samej gleby co "nie ważne" – z naszej podświadomej chęci oddzielania przeczenia "nie" od wszystkiego, co napotka na swojej drodze.
W korespondencji biznesowej (i nie tylko) ten błąd potrafi całkowicie zmienić sens zdania, a Ty nawet nie będziesz wiedzieć, kiedy strzeliłeś sobie w stopę. Kiedy piszesz do kontrahenta: "Nie jeden projekt już tak dowieźliśmy", sugerujesz mu podświadomie, że dowieźliście ich "nie jeden (czyli zero?)", zamiast pochwalić się dużym doświadczeniem. To drobiazg, ale w świecie, gdzie o kontraktach decydują detale, takie "nie jeden" wystawia Ci świadectwo osoby mało uważnej.
"Niejeden" piszemy wtedy, go wtedy, gdy mamy na myśli wielu, sporo lub często. To taki elegancki sposób, by powiedzieć, że coś nie jest wyjątkiem. "Niejeden klient pytał już o tę funkcjonalność" (czyli: "wielu klientów pytało"). "Niejeden raz o tym rozmawialiśmy" (czyli: "rozmawialiśmy o tym wiele razy").
"Nie jeden" to zaprzeczenie liczbie "jeden". Zazwyczaj w domyśle (lub wprost) pojawia się kontynuacja: "nie jeden, a dwa/trzy/mnóstwo". "Potrzebujemy na to nie jeden, a co najmniej trzy dni robocze". "Zjadłem nie jeden kawałek pizzy, tylko całą blachę".
To ofiara "bezpieczniackiego" podejścia do ortografii. Boimy się pisać "nie" łącznie z liczebnikami (bo przecież "nie dwa", "nie trzy" piszemy osobno). Zapominamy jednak, że "niejeden" w znaczeniu "wielu" przestał być w zdaniu liczebnikiem, a stał się zaimkiem. A zaimki nieokreślone lubią się z "nie".
Zastanawiasz się, jak będzie właściwie w danym przypadku? Zanim napiszesz, zrób szybki test w głowie. Czy możesz zamienić to słowo na "wielu" lub "często"? Jeśli tak, pisz łącznie (niejeden). Czy podkreślasz, że chodzi o liczbę (nie 1, ale więcej)? Jeśli tak, pisz osobno (nie jeden).
8.  W cudzysłowie (błąd: "w cudzysłowiu")
Często spotykane w dyskusjach o ofertach czy "tak zwanych" projektach.
Skąd błąd? Przez analogię do słowa "przysłowie" (w przysłowiu). Ale cudzysłów odmienia się jak "rów".
Jak zapamiętać? Powiedz sobie: W rowie, nie w rowiu. W cudzysłowie, nie w cudzysłowiu.

9. Wziąć (błąd: "wziąść")
Klasyk, który potrafi zepsuć nawet najlepszą prezentację sprzedażową.
Skąd błąd? Analogia do bezokoliczników kończących się na "-ść", jak "nieść", "wieźć" czy "iść".
Jak zapamiętać? Pomyśl o słowie "brać". Nie ma tam litery "s", więc w "wziąć" też jej nie szukaj. "Wziąć" ma nosowe "ć" na końcu, tak jak "siąść".

10. Tę vs tą (pułapka biernika)
"Przeanalizuję tą ofertę" – brzmi ciężko i niepoprawnie.
Skąd błąd? W mowie potocznej dopuszczalne jest używanie "tą" w bierniku, ale w piśmie biznesowym to wciąż błąd.
Jak zapamiętać? Reguła końcówek. Jeśli rzeczownik kończy się na "-ę", zaimek też musi.

11. Dedykowany (nadużycie: "rozwiązanie dedykowane firmie")
To błąd stylu i kalka z angielskiego (dedicated to), która w Polsce stała się plagą korpomowy.
Skąd błąd? Brzmi prestiżowo i nowocześnie.
Jak zapamiętać? Dedykować można wiersz ukochanej osobie lub książkę rodzicom. Oprogramowanie czy oferta są "przeznaczone dla", "skrojone na miarę" lub "opracowane specjalnie dla".

12. Dzień dobry (interpunkcja i wielkość liter)
Błąd, który widać już w pierwszym zdaniu maila. Pisanie "Dzień Dobry" (oba wielką literą) lub stawianie wykrzyknika po przecinku.
Skąd błąd? Chęć bycia przesadnie uprzejmym lub kopiowanie stylu z angielskiego (Dear Sir,).
Jak zapamiętać? "Dzień dobry" to zwrot, w którym wielką literą piszemy tylko pierwszy wyraz. Jeśli stawiasz przecinek po powitaniu, kolejne zdanie w nowym akapicie zacznij... małą literą.
Dzień dobry,
w nawiązaniu do naszej rozmowy...

Pamiętajmy, że język to narzędzie. Nawet jeśli media czy platformy społecznościowe promują niechlujność, w korespondencji biznesowej poprawność jest formą szacunku do odbiorcy. To sygnał: "Zależy mi na Tobie na tyle, bym poświęcił 3 sekundy na sprawdzenie pisowni".
Żyjemy w czasach, w których komunikacja jest błyskawiczna, a błędy – przez wpływ mediów społecznościowych – stają się nową normą. Ale właśnie dlatego poprawność stała się nowym luksusem.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/996a5d404a491c1203a631474d008ed8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/996a5d404a491c1203a631474d008ed8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">12 błędów językowych, przez które wyjdziesz na niechluja.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/225340,zal-na-zulawach-za-utraconym-zabytkiem-zaspali-kujawy-wchodza-do-gry</guid><link>https://innpoland.pl/225340,zal-na-zulawach-za-utraconym-zabytkiem-zaspali-kujawy-wchodza-do-gry</link><pubDate>Sun, 10 May 2026 12:00:01 +0200</pubDate><title>Żal na Żuławach za utraconym zabytkiem. Zaspali, Kujawy wchodzą do gry</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/4dfe72ecc5a29f8cbd37ce1b0194cf15,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Na Żuławach konsternacja. Jeden z domów podcieniowych, stanowiących unikalny na skalę Europy symbol tego regionu, czeka przeprowadzka pod Toruń. To tam działa park etnograficzny, który pozyskał pieniądze na to, by zabytek stojący we wsi Stalewo odkupić, rozebrać i przenieść do skansenu w Wielkiej Nieszawce. Okazuje się bowiem, że na Żuławach nikt przez lata nie chciał się pięknym domem na poważnie zająć.

Żuławy podcieniami stoją... dopóki zabytki się nie rozsypią
Żuławy to z pewnością nie jest region wymieniany jednym tchem obok Mazur, Karkonoszy, wyspy Wolin czy Puszczy Białowieskiej wśród najsłynniejszych atrakcji turystycznych Polski. Trudno się dziwić: najniżej położona nadwiślańska kraina geograficzna ma dość monotonny krajobraz i mija się ją głównie podróżując z Warszawy do Trójmiasta albo kierując się na wczasy na Mierzei Wiślanej. 
Jednak Żuławy mają swoje grono fanów (w sporej mierze z zagranicy), zwłaszcza za sprawą swojej unikatowej historii. A jej elementami są właśnie domy podcieniowe. 
Podróżując po Żuławach możemy zobaczyć spore podobieństwa tamtejszych terenów do tego jak wygląda Holandia. Jeśli macie takie skojarzenie, to jest ono absolutnie słuszne, bo to pochodzący z Niderlandów mennonici przybyli przed wiekami w okolice Delty Wisły, żeby wykorzystać swoje umiejętności hydrologiczne do zagospodarowania trudnych żuławskich terenów. 
To ich dziedzictwem są domy podcieniowe, charakteryzujące się przede wszystkim specyficznym frontem, na którym dach nad gankiem jest podtrzymywany przez drewniane filary. 
Domy podcieniowe są ozdobą takich wsi jak Drewnica, Żuławki czy Żelichowo. Tam znaleźli się ludzie, którzy byli w stanie zainwestować w ich konserwację i zachowanie dla potomnych (idealnym przykładem jest gospoda Mały Holender, absolutna perełka regionu). 
Jednak nie jest to norma. Wiele żuławskich domów podcieniowych jest w bardzo złym stanie, popada w ruinę i tęsknie wypatruje nowego właściciela, który miałby w sobie i pasję, i pieniądze, by budynek odrestaurować. Jednym z takich miejsc był dom podcieniowy w Stalewie. 
Stalewo czekało latami na nabywcę. Kujawy kupiły zabytek z Żuław
Wystawiony na sprzedaż 10 lat temu, a zbudowany w 1751 roku budynek nie przyciągał do siebie potencjalnych inwestorów. Stalewo jest trochę na końcu świata, to wioska gdzieś między Elblągiem a Malborkiem, położona przy lokalnej drodze, nie oferująca niczego poza świętym spokojem (i tak zakłócanym przez loty myśliwców z pobliskiej bazy lotniczej). Piękny, zdobiony dom podcieniowy z roku na rok więc popadał w ruinę, bez nadziei na przyszłość, aż nagle pojawił się kupiec. 
Tym kupcem okazał się Olenderski Park Etnograficzny w Wielkiej Nieszawce. Na jego terenie jest skansen, w którym prezentowane jest dziedzictwo osiadłych w Polsce mennonitów. W konkursie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego park uzyskał blisko 350 tysięcy złotych na zakup (wartego ok. 400 tysięcy złotych) domu podcieniowego ze Stalewa. 
Jego przeniesienie ma zainaugurować specjalny żuławski sektor na terenie skansenu, co oznacza, że takich przeprowadzek z Żuław do Kujaw może być więcej.
– W tym roku musimy dopiąć kwestie formalne związane z samym zakupem obiektu. Bezpośrednio po zakupie przystąpimy do opracowania kompleksowej dokumentacji konserwatorskiej oraz opracowania projektu rozbiórki. W międzyczasie będziemy się starali o pozyskanie środków na translokację obiektu. W tym momencie trudno założyć, kiedy obiekt będzie udostępniony na terenie Parku – mówi szefowa Olenderskiego Parku Etnograficznego Anna Maślak. 
Na Żuławach żal za domem podcieniowym
Kiedy park w Wielkiej Nieszawce pochwalił się dotacją i otrzymaną szansą na uratowanie budynku, w sieci pojawiły się komentarze ludzi z Żuław, a ze sporej ilości z nich wylewa się żal. 
"Zabierzecie jeden z najcenniejszych domów żuławskich z Żuław na... Kujawy. W Stalewie jest to nie tylko dom, to też kontekst miejsca, a ten zostanie bezpowrotnie zniszczony. To nie jest dobra wiadomość" – napisał Bartosz. "Zabytek przetrwa, ale Żuławy stracą bezpowrotnie kolejny dom podcieniowy... Niby dobra wiadomość, choć uczucia mieszane" – dodał Amadeusz.
W dyskusji głos zabrała prawnuczka dawnych właścicieli domu w Stalewie, która cieszy się, że budynek przestanie wreszcie stać i marnieć, tylko zyska swoją nową historię. – Skoro nie widziano innej możliwości, to lepiej, aby był w muzeum, niż żeby całkowicie się rozpadł z powodu braku remontu i związanej z wymogami konserwatora zabytków renowacji – napisała pani Paulina. Zaznaczyła, że dla Żuław jest to jednak strata cennego historycznie obiektu. 
Problem polega na tym, że na Żuławach nie ma kompleksowego programu ochrony domów podcieniowych. Choć te są główną atrakcją regionu, to są w stanie przetrwać tylko wtedy, jeśli trafią w ręce ludzi z pasją, którzy albo mają pieniądze, albo są w stanie zdobyć finansowanie na remont i utrzymanie takiego obiektu. 
Żuławy nie mają też swojego parku etnograficznego, do którego można by przenieść budynki osierocone, nie mogące się doczekać nowych właścicieli. 
Okazuje się więc, że dla niektórych domów podcieniowych jedynym ratunkiem jest ich ostrożna rozbiórka, a następnie kosztowne przenosiny i zbudowanie na nowo w odległym o 200 kilometrów skansenie. 
Historia ze Stalewa powinna być sygnałem dla władz województw, na terenie których leżą Żuławy – pomorskiego i warmińsko-mazurskiego – żeby zastanowić się nad tym, czy aby na pewno kujawsko-pomorskie jest dobrym miejscem na pielęgnowanie ich wielowiekowej kultury. Czas ucieka, a wiele domów podcieniowych wcale nie ma go już tak dużo. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/4dfe72ecc5a29f8cbd37ce1b0194cf15,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/4dfe72ecc5a29f8cbd37ce1b0194cf15,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Dom podcieniowy (zdjęcie poglądowe).</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/225157,czy-olsztyn-jest-gotowy-na-kryzys-szewczyk-nie-wydajemy-pieniedzy-na-sile</guid><link>https://innpoland.pl/225157,czy-olsztyn-jest-gotowy-na-kryzys-szewczyk-nie-wydajemy-pieniedzy-na-sile</link><pubDate>Sun, 10 May 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Czy Olsztyn jest gotowy na kryzys? Szewczyk: Nie wydajemy pieniędzy na siłę</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/b0ea6b6b2af9be6103fd90c83479b17a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Piłkarze Stomilu nie utrzymują się w nawet trzeciej lidze, mimo to Olsztyn buduje dla nich stadion za kilkaset milionów. Prezydent Robert Szewczyk broni tej inwestycji jako kluczowej dla tożsamości miasta. – Budujemy stadion na naszą miarę, który będziemy w stanie zapełnić i utrzymać, a pod jego trybunami powstanie Centrum Obsługi Mieszkańca – podkreśla w rozmowie z InnPoland.

Agnieszka Porowska: Jak mogę się czuć bezpiecznie jako Olsztynianka, skoro miasto nie wykorzystało 2 mln zł na obronność? Cała Polska śmiała się z tego, że Ratusz musiał zwrócić te pieniądze.
Robert Szewczyk: Uspokajam. Olsztyn jest doskonale przygotowany na wydarzenia kryzysowe, bo od lat wykorzystywaliśmy w tym celu fundusze europejskie jak żadne inne miasto w regionie. Dwa lata temu – jeszcze zanim inni o tym pomyśleli – my już wyposażyliśmy nasze magazyny. Dysponujemy też najnowocześniejszym w województwie Regionalnym Centrum Bezpieczeństwa przy ul. Augustowskiej.
Czyli Olsztyn złożył wniosek, choć nie potrzebował tych pieniędzy?
Za te pieniądze, które rzekomo zdaniem niektórych przepadły, można było zrealizować tylko zakupy określone regulaminami. Te fundusze wpłynęły w połowie roku i wszystkie miasta w jednym momencie zaczęły ogłaszać przetargi, my również. W efekcie popyt wyprzedził podaż. Nagle okazało się, że beczkowozów czy generatorów prądu po prostu już nie ma na rynku. Tymczasem pieniądze trzeba było wykorzystać do końca roku, a katalog zamówień był wąski. Przecież Olsztyn nie będzie kupował tego, co już ma!
Musieliśmy podejść do sprawy racjonalnie, bo do pozyskanych środków trzeba było dołożyć drugie tyle. Postanowiliśmy odpuścić. Teraz jednak udało nam się wynegocjować, aby nowy katalog zakupów w ramach programu był szerszy. Złożyliśmy wniosek na ponad 12 milionów złotych – jeśli zostanie rozpatrzony pozytywnie, będziemy mogli kupić to, czego naprawdę potrzebujemy w Olsztynie.
Czyli?
Razem ze Strażą Pożarną zbudujemy dodatkowe magazyny. Chcemy też wyposażyć nasz szpital miejski, kupić generatory i dodatkowy sprzęt. Nabędziemy też przenośne laboratorium do badania wody. Priorytetem jest to, żeby Olsztyn był przygotowany, a nie żeby po prostu wydać pieniądze. Jeżdżę po Polsce na szkolenia z zarządzania kryzysowego, obrony cywilnej i ochrony ludności, i wiem jedno – Olsztyn nie ma się czego wstydzić. 
Cały czas się rozwijamy: miasto przekazało właśnie Straży Pożarnej nową działkę, dzięki czemu Straż będzie mogła wybudować nową jednostkę na południu miasta. Tam też powstanie nowa specjalistyczna jednostka policji do zwalczania cyberprzestępczości.
Powiedzmy, że pewnego dnia budzi mnie dźwięk wyjących syren, a media alarmują o nalocie. Gdzie jest schron, do którego mogę uciec?
Planujemy miejsca ukrycia m. in. przy nowo projektowanym stadionie miejskim oraz w centrum przy Placu Dunikowskiego. Inwentaryzujemy obecny zasób ze Strażą Pożarną i nadzorem budowlanym. Sprawdzamy, co da się odtworzyć i zmodernizować. Przygotowujemy się do wytypowania miejsc, przy których będziemy mogli stworzyć dobrze wyposażone miejsca ukrycia dla mieszkańców, tak żeby ich zasób rozproszyć w całym mieście. 
Niedawno zorganizowaliśmy z aktywistami, społecznikami i ekspertami do spraw komunikacji kryzysowej z Ukrainy konferencję. Podzielili się z nami doświadczeniem i wskazali, co w praktyce sprawdza się w sytuacji kryzysowej. Zamierzamy czerpać z tej wiedzy.
To, że mówi pan o schronach w czasie przyszłym, w ogóle mnie nie uspokaja. Porzućmy jednak czarne scenariusze i przejdźmy do codziennego życia miasta. Czy Olsztyn naprawdę potrzebuje nowego stadionu miejskiego do gry w piłkę nożną? Zawodnicy Stomilu Olsztyn nie utrzymali się nawet w trzeciej lidze. Tymczasem siatkarze AZS Indykpol Olsztyn to od lat czołówka kraju. Może zamiast ładować pieniądze w coś, co od lat nie rokuje, warto zainwestować w naszą prawdziwą chlubę?
Robiliśmy niedawno analizy dotyczące znaków rozpoznawczych Olsztyna i z nich wynika, że marka Stomilu Olsztyn wciąż dużo znaczy dla mieszkańca województwa. Ludziom wciąż na Stomilu zależy.
Dziwne: moim znajomym kibicom zależy na dofinansowaniu sukcesów w siatkówce.
Rozumiem, ale ja jako prezydent miasta mam obowiązek patrzeć na to z szerszej perspektywy. Widzę, że województwo warmińsko-mazurskie jest pozbawione ważnego elementu, który buduje tożsamość miejsca. 
Jesteśmy pustynią, która ma potężne zaniedbania, gdyż w promieniu 200 kilometrów od Olsztyna nie ma ani jednego profesjonalnego stadionu piłkarskiego. Tylko nasze miasto jest właścicielem pełnowymiarowego boiska ze sztuczną nawierzchnią, więc ważne jest, żeby w końcu było dobrej jakości.
Wiele dzieci swoją przygodę ze sportem zaczyna właśnie od piłki nożnej. Pamiętajmy i uwzględniajmy potrzebę tych tysięcy dzieciaków, które chcą grać w nogę. Nie można tego ignorować. Ktoś musi w końcu przerwać to błędne koło: nie ma mocnego klubu, bo nie ma dobrego stadionu, nie ma dobrego stadionu, bo nie ma mocnego klubu.
Na co konkretnie pójdzie te kilkaset milionów złotych?
Budujemy stadion na naszą miarę, który będziemy w stanie zapełnić i utrzymać: na 10 tysięcy miejsc. Nie budujemy go w innym miejscu, zostawiamy w centrum i stawiamy na wielofunkcyjność, bo chcemy wykorzystać przestrzeń pod trybunami jako Centrum Obsługi Mieszkańca.
Ratusz na stadionie? Urzędnicy i kibice obok siebie?
Po prostu miejsce przystępne i otwarte na wielu grup społecznych, które w przeciwieństwie do stadionu będzie mogło działać codziennie. Główny Ratusz w Olsztynie nie jest dostosowany np. do potrzeb osób z niepełnosprawnościami, a do nowego Centrum będzie łatwy dojazd ze wszystkimi udogodnieniami. Będzie tam można od ręki załatwić większość spraw: od podatków po dowody osobiste. 
Powstanie tam też centrum konferencyjne, restauracja i miejsca schronienia typu dual use czyli podwójnej użyteczności. Planujemy wygospodarować też około 2000 metrów przestrzeni, którą będzie można skomercjalizować. To wszystko pozwoli na to, żeby bieżące utrzymanie stadionu wychodziło na zero, tak jak udaje się to w przypadku świetnie prosperującej hali Urania.
Tyle pan mówi o wychodzeniu naprzeciw potrzebom młodzieży. A tymczasem mnie od kilku lat prześladuje wspomnienie, jak brzydko miasto zamknęło jedyny skate park w centrum Olsztyna, w parku Kusocińskiego. Dwa pozostałe skate parki są tak oblężone, że to aż niebezpieczne. To może chociaż dołożycie skate park do stadionu?
Tamten obiekt został zdewastowany, co wynikało z braku dobrego zarządzania, ale nowego skate parku na razie nie planujemy. Przy Uranii otworzyliśmy wrotkowisko, które zimą zamienia się w lodowisko. W Parku Kusocińskiego budujemy teraz zbiornik retencyjny, który będzie połączony ze ścieżkami rowerowymi i chodnikami, aby mieszkańcy mogli z niego swobodnie korzystać. 
Teraz w Budżecie Obywatelskim jest wniosek o rozbudowę skate parku na plaży nad jeziorem Ukiel. To powinno dać więcej przestrzeni użytkownikom.
Cieszę się, że wspomniał pan o jeziorze Ukiel. To perła Olsztyna, która jest skutecznie zabijana. Wkrótce zwykły mieszkaniec miasta będzie musiał godzinami szukać tam skrawka wolnej przestrzeni, tyle się namnożyło inwestycji deweloperów. Już teraz zamiast natury często trzeba tam podziwiać wielkie bryły bloków. Czy miasto powie "stop" zabudowie?
Tak. Kiedy zostałem prezydentem, jedną z pierwszych moich inicjatyw było przygotowanie planu zagospodarowania linii brzegowej jeziora na terenie od Gutkowa do Łupstycha. Plan zakłada zatrzymanie zabudowy i powstrzymanie wcześniejszych zapędów inwestycyjnych. Chodzi o stworzenie Strefy Użytków Ekologicznych, żeby jak najszybciej zabezpieczyć i ochronić tamtą część. 
Nie na wszystko jednak mamy wpływ. Gdy właściciele prywatnych działek występują o warunki zabudowy, to miasto, jeśli nie ma odpowiedniego dokumentu, nie ma prawa im odmówić. Duża część zabudowy, która jest obecnie wznoszona, powstaje na mocy pozwoleń wydanych nawet jeszcze kilkanaście lat temu. Dlatego tak ważne jest, żeby przyjmować jak najwięcej planów zagospodarowania przestrzennego.
Lokalne media zauważają, że jesienią zorganizował pan konferencję w sprawie ochrony jeziora Ukiel tylko po to, by potem wydać kilkanaście pozwoleń na zabudowę nad jego brzegiem. Czy to się nie wyklucza?
To nieprawda. Przez ostatnie dwa lata nic nowego nie wydaliśmy, a jedno pozwolenie zostało zmodyfikowane. Ta konferencja była bardzo potrzebna, bo trzeba rozmawiać z inwestorami i deweloperami, by prowadzili inwestycje z poszanowaniem przyrody i bezpieczeństwa jeziora. Teraz palącą sprawą jest gruntowne przebadanie akwenu, które ruszy już lada chwila. 
Trzeba pamiętać, że Ukiel i pozostałe kilkanaście jezior, które mamy w mieście to odpowiedzialność nas wszystkich: deweloperów, urzędów, Wód Polskich i każdego mieszkańca indywidualnie. To nasze wspólne dziedzictwo i nasza wspólna sprawa.
Pretendowaliśmy do roli Miasta Ogrodu, a wychodzi nam chyba Miasto Beton. Na Zatorzu blady strach padł na Adama i Ewę: dwa 150-letnie dęby, których dobrostan jest zagrożony przez budowane tam kolejne osiedle. Pojawiają się też głosy, że zielony Plac Trzech Krzyży na przeciwko Teatru Warmii i Mazur, wkrótce przestanie taki być, bo planowana jest tam kolejna inwestycja.
W wyobrażeniu niektórych może to wyglądać tak, że zaraz gdzieś przeniesiemy znajdujący się tam pomnik Stefana Jaracza i zaczniemy ciąć drzewa na potęgę. Pani to powiem jako pierwszej: ten skwer jest miejski i nic mu nie grozi. Inwestycja powstanie na działce bardziej z tyłu. Ona jest prywatna i tam faktycznie inwestor jest w trakcie pozyskiwania zgody na budowę kamienicy.
Czyli może pan zagwarantować że roślinność na Placu Trzech Krzyży jest bezpieczna? Mamy tam przecież pomnik przyrody w postaci rozłożystego buku.
Gwarantuję. 
Dalsza część tekstu poniżej.
Urzędnicy w Olsztynie są jednymi z najmniej zarabiających w Polsce. Jak to możliwe, że osoby, które podpisują się pod ważnymi projektami dotyczącymi miasta, zarabiają około 4 tysiące złotych? Przecież to wpływa na funkcjonowanie Olsztyna. 
Przykład pierwszy z brzegu: w innych miastach znacznie łatwiej było umówić się na wywiad z prezydentem. W Olsztynie trwało to znacznie dłużej z powodu wolnego obiegu informacji. Czy olsztyńscy urzędnicy nie czują się wypaleni?
To fakt. Zastałem w ratuszu sytuację z dość niskimi pensjami, jednak teraz systematycznie są podnoszone. Budżet nie pozwalał na podwyżki dla wszystkich naraz, dlatego zaczęliśmy od kadry zarządzającej: dyrektorów, kierowników i głównych specjalistów. Podwyżki dostała już połowa pracowników. Następnym etapem będą podwyżki dla inspektorów i podinspektorów. 
Musimy doceniać naszych specjalistów, bez których miasto by nie funkcjonowało. To są tacy cisi bohaterowie, którzy mają specjalistyczną wiedzę o procesach i procedurach. Zrobię wszystko, aby odwrócić czarny PR olsztyńskich płac, aby ci, którzy chcą się rozwijać widzieli, że w Ratuszu można budować karierę i awansować finansowo.
Z pracą i płacą problem jest nie tylko w urzędach. Olsztyn wciąż bardzo kojarzy się tylko z fabryką opon Michelin i Indykpolem. Czy w planach są inwestycje, które przyniosłyby porządne zarobki tysiącom osób?
W Olsztynie praktycznie nie ma bezrobocia. Michelin jest świetną firmą, z którą mamy bardzo dobre relacje. Oprócz tego, że jest największym pracodawcą, ma też wielu kooperantów. 
Siłą miasta są jednak firmy średnie i małe, które działają w bardzo różnych branżach. Musimy walczyć o jakościowe miejsca pracy i młodych ludzi, którzy chcą zacząć tu karierę. Typowo korporacyjnych miejsc pracy jednak za wiele nie mamy.
A będziemy mieć?
Jednym z głównych problemów, które wciąż zgłaszali nam inwestorzy i pracodawcy, to brak terenów inwestycyjnych w granicach miasta. Udało się wreszcie przełamać ten impas. 
We wschodniej części miasta budujemy nową drogę łączącą ul. Zientary-Malewskiej z terenami Dworca Głównego. W tych okolicach 80 hektarów należy do Skarbu Państwa. Dziś jeszcze rosną tam zboża, bo przez lata nie mogliśmy przełamać niechęci Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa, który zarządza tym terenem. Teraz przy wsparciu parlamentarzystów i nowego dyrektora nareszcie się udało i te przestrzenie nareszcie będą uwalniane do sprzedaży.
Przyjęliśmy miejscowy plan zagospodarowania właśnie z myślą o stworzeniu tam nowej, przemysłowej dzielnicy Olsztyna. Lokalizacja firmy w granicach miasta ma zasadnicze znaczenie, bo wtedy przedsiębiorca może liczyć na to, że będzie miał media, dobry dojazd do firmy i transport publiczny dla pracowników. I że oni wszyscy znajdą tu mieszkania i dobre szkoły dla swoich dzieci. Chcę, aby Olsztyn był dobrym miastem dla wszystkich. Ten krok bardzo nas ku temu przybliży.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/b0ea6b6b2af9be6103fd90c83479b17a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/b0ea6b6b2af9be6103fd90c83479b17a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Prezydent Olsztyna Robert Szewczyk z miastem w tle.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224875,kupujemy-drogie-rowery-ale-detki-zmienic-nie-umiemy-polska-jezdzi-na-pale</guid><link>https://innpoland.pl/224875,kupujemy-drogie-rowery-ale-detki-zmienic-nie-umiemy-polska-jezdzi-na-pale</link><pubDate>Sat, 09 May 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Kupujemy drogie rowery, ale dętki zmienić nie umiemy. Polska jeździ &quot;na pałę&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/0760a40aef880307ab6ce8912fc35c4b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Rowerowy boom w Polsce osiągnął punkt krytyczny. Kupujemy coraz droższy sprzęt, bijemy rekordy kilometrów i ruszamy na trasy, ale to, co najważniejsze, jest wciąż w tyle: świadomość i umiejętności. – Mamy coraz lepsze rowery, a nasze umiejętności wciąż są słabe i w razie niebezpieczeństwa nie umiemy nad tym naszym ekstra sprzętem zapanować – ostrzega Kamil Brzozowski z rowerowej organizacji ROVELOVNIA w rozmowie z InnPoland.

Ta ostra diagnoza dotyczy nie tylko amatorów, ale i rzeszy Polaków, dla których dwa kółka stały się nowym stylem życia. Coraz więcej osób wsiada na rower, lecz nie zawsze idzie za tym znajomość zasad, odpowiedzialność i wzajemny szacunek między uczestnikami ruchu. 
Dlatego ten rowerowy zwrot potrzebuje dziś kolejnego kroku – nie tylko infrastruktury, ale przede wszystkim mądrych, konsekwentnych działań edukacyjnych i prewencyjnych, które pomogą zbudować kulturę jazdy opartą na bezpieczeństwie i rozsądku.

Podobno jeździmy prawie wszyscy. Z badań wynika, że 80% Polaków jeździ rowerem i choć te cyfry wydają się mocno zawyżone, bo regularne jeżdżenie na rowerze niejedno ma na imię – jedno jest pewne: rowerzystów mamy w Polsce mnóstwo.
W większych miastach na czerwonym świetle z trudnością mieszczą się na wysepkach między jezdniami, rowerowe imprezy przyciągają już nie dziesiątki czy setki, a tysiące osób. Na wsiach, choć to akurat żadna nowina, wystarczy w niedzielę zajrzeć pod dowolny kościół, by zauważyć, jak wiele osób korzysta z tego sposobu przemieszczania się.
Ja również jestem dzieckiem tego boomu – jeszcze kilka lat temu używałam roweru najwyżej kilka razy w miesiącu przy sprzyjających wiatrach i pogodzie, wypuszczając się na raczej krótsze 20–30-kilometrowe wycieczki po okolicy.
Dziś, niezależnie od pogody, rowerem robię do kilkaset kilometrów w miesiącu. Jeżdżę sama i bywam też częścią ustawek rowerowych, gdzie ludzie w sieci umawiają się na wspólne pokonywanie tras. Nie jest mi obcy też udział, a nawet stawanie na podium kolarskich zawodów. 
Zaczęłam nawet prowadzić swojego rowerowego Instagrama, gdzie opisuję swoje wycieczki. Właśnie kupuję swoje pierwsze sakwy i rowerowy bagażnik, bo przede mną mój pierwszy prawdziwy rowerowy urlop, który spędzę na trasie Green Velo. Przymierzam się też do kupienia sobie pierwszych espedów – profesjonalnych, wpinanych w pedały butów zatrzaskowych.
Rowerowy boom w Polsce. Lepszy sprzęt, gorsze umiejętności
– Tak, ten rowerowy boom jest zauważalny, chociaż nie nazwałbym go zrywem. To nie jest tak jak z tym słynnym hasztagiem #morsowałem kilka lat temu, że w czasach pandemii wlazła do zimnej wody prawie cała Polska, sfotografowała się, po czym większość z nas o tym zapomniała. Rowerowy trend od kilku lat jest stabilnie zwyżkujący. Z roku na rok liczba rowerów, o które musimy zadbać, bardzo regularnie się zwiększa, ale nie wiem, czy to samo dzieje się z rowerową świadomością – zauważa Kamil Zaręba, mechanik rowerowy z kilkunastoletnim stażem.
Gdyby ktoś spojrzał na mnie z boku – coraz prawdziwsza kolarka ze mnie. Gdyby ktoś zajrzał głębiej – szybko by się zorientował, że mimo że sporo jeżdżę, to wciąż jestem trochę taką kolarską wydmuszką. Bywa, że wciąż mam problem z rowerowymi przepisami, nie umiem sobie zmienić przebitej dętki, każde spadnięcie łańcucha doprowadza mnie do nerwicy, bo bardzo niewprawnie go zakładam (prawdę mówiąc, niewiele wiem o rowerowej budowie w ogóle), a o swój rower dbam wciąż mocno wybiórczo. W skrócie mówiąc: to się z biegiem czasu zmienia, ale wciąż jeszcze jeżdżę trochę „na pałę”. A ze mną na taką samą „pałę” jeździ pół Polski.
Rowerowa edukacja w Polsce nie istnieje
Z rozmów, które przeprowadziłam, wynika, że nie tylko ja mam problem z tym, że wykręcona ilość kilometrów nie jest wprost proporcjonalna do wiedzy, którą w danym czasie powinnam była przyswoić.
Problem w tym, że tak jak wspólnych wyjazdów rowerowych w moim warmińsko-mazurskim jest sporo, tak bardzo mało jest działań, które szerzyłyby dobre praktyki rowerowej subkultury, działania edukacyjne i budowały system dobrych zachowań na drodze. Tak jest też w całej Polsce, a im mniejsze miasto, tym ta dostępność jest mniejsza.
– W małym mieście kończy się na tym, że pan policjant raz do roku przychodzi do przedszkola, wręcza wszystkim dzieciom po odblasku i mówi, że mają jeździć w kasku. To chyba tyle, jeśli chodzi o edukację i działania prewencyjne. Nigdy nie słyszałam, żeby w moim mieście funkcjonowało ogólnodostępne miasteczko ruchu drogowego, żeby były organizowane jakieś warsztaty dla dzieci i dla dorosłych (co w sumie mogłoby budzić w małym miasteczku zdziwienie i śmiech, bo po co dorosłemu kurs rowerowy?) i żeby policja kogokolwiek skontrolowała za brak świateł czy ochraniaczy – zauważa pani Maja z Nowego Miasta Lubawskiego.
Policja nie poucza rowerzystów. Bo dba o PR.
Z tą policją to jest w ogóle ciekawa sprawa. Tyle się o niej mówi i przed nią ostrzega, a żaden z moich bliższych rowerowych przyjaciół nigdy nie był przez nią sprawdzony czy pouczony. Nie wnoszę tu oczywiście o większy zamordyzm i straszenie – służby mogłyby jednak zrobić więcej dobrego w kształtowaniu dobrych nawyków w walce z rowerowymi ignorantami.
Mirek Arczak, rowerowy aktywista z inicjatywy Rowerowy Olsztyn, założyciel Rowerowej Warmii, próbował nawet do jednej ze swoich akcji zaangażować policjantów i Straż Miejską. Odmówili.
– W Olsztynie, gdzie mieszkam i działam, przez samo centrum wzdłuż szerokiego chodnika wydzielony jest na jezdni pas ruchu wyłącznie dla rowerów, a wielu rowerzystów wciąż w tym miejscu, wybiera trakt pieszy. Zaprosiłem służby, aby stanęły ze mną w tym miejscu i nakłaniały ludzi do zmiany tego nawyku. Oczywiście bez mandatowania i na spokojnie. Nie podchwycili tego pomysłu, tłumacząc, że nie chcą sobie robić czarnego PR-u – wspomina mężczyzna.
Owszem, infrastruktura rowerowa z różnym tempem i o różnej jakości, ale jednak się rozwija, ścieżki się budują, a ludzie i tak... czasem z przyzwyczajenia, czasem ze strachu i niewiedzy, wybierają jazdę po chodniku.
Brakuje warsztatów z bezpieczeństwa jazdy na rowerze
– Jeździć jest gdzie, jeździć jest z kim, ale jak jeździć? To już jest większa zagwozdka, bo pod pewnymi względami wymagająca większych nakładów: zarówno organizacyjnych, jak i finansowych – zauważa Kamil Brzozowski z rowerowej organizacji ROVELOVNIA.
Mężczyzna od kilku lat na Dzień Kobiet przeprowadza warsztat z wymiany dętki dla pań. Wstęp na wydarzenie jest bezpłatny, obowiązują zapisy. Kamil zawsze ma komplet plus jeszcze kilka osób na liście rezerwowej. Gdyby w sezonie zrobił jeszcze kilka takich warsztatów tematycznych – na pewno bez trudu znalazłby chętnych.
– Ale... trzeba znaleźć przyjazny lokal na parterze, który trzeba opłacić. Trzeba mieć sprzęt, cierpliwość i czas. Każda uczestniczka wychodzi od nas z podarowaną na warsztacie dętką i łyżką. W idealnym świecie dołożylibyśmy jeszcze do tego pompkę i zestaw kluczy. 
Ustawki, gdzie wszyscy jedziemy przed siebie "na hura" – a wiem, bo takie też organizuje – są po prostu dużo prostsze logistycznie i łatwiejsze do zorganizowania oddolnie. Tu – przy warsztatach tzw. edukacyjnych – potrzeba wsparcia zewnętrznego, może jakiejś dotacji z urzędu, a z tym bywa ciężko – zauważa Brzozowski.
Ustawka rowerowa. Tam dowiesz się więcej.
Co nie znaczy, że ustawki nie mogą być źródłem wiedzy – pozyskuje się ją jednak mniej formalnie, a po prostu praktycznie podczas jazdy. To na ustawkach dowiedziałam się, że moja technika jazdy jest zbyt siłowa, łańcuch i druciana szczotka do czyszczenia po każdej jeździe powinny wejść ze sobą w kontakt, a za każde zrobione 100 km mój łańcuch powinnam nagrodzić sowitym smarowaniem. Zrozumiałam też, co tak naprawdę znaczy umiejętnie trzymać kolarski dystans. Nauczyłam się obserwować i szacować, a także pojęłam znaczenie kilku bardzo poprawiających bezpieczeństwo gestów kolarskich, które przydają mi się również w życiu codziennym, gdy jadę gdzieś z synami: dziura, zwalniam, zmiana kierunku, omijamy czy zatrzymanie.
– Ludzie mają problem z podstawowymi manewrami na rowerze. Nie umieją efektywnie zmieniać przerzutek czy przybierać odpowiedniej pozycji przy zjeździe. Wiele strachu powoduje też wjechanie do piachu lub pod górkę. Mamy coraz lepsze rowery, a nasze umiejętności często wciąż są słabe i w razie niebezpieczeństwa nie umiemy nad tym naszym ekstra sprzętem zapanować. Gdyby władze i samorządy zwracały uwagę nie tylko na ścieżki i szlaki, ale także wspierały akcje i programy uczące realnie jeździć na rowerze, w przestrzeni zrobiłoby się bezpieczniej, a bardziej techniczna jazda przynosiłaby nam jeszcze więcej przyjemności – zauważa inicjator.
Jadę olsztyńskim lasem miejskim, po drodze mijam grupę nastolatków na rowerach robiących ewolucje na leśnych skarpach i singlach. Trochę mi mrozi to krew w żyłach, mimo to miło popatrzeć na wysmaganych zmęczeniem i wiatrem młodzieńców.
Trwa wiosna, a wybór przyrody i powietrza zawsze wydaje się lepszy niż wybór dusznego pokoju i komputera. Dzielę się tymi spostrzeżeniami z jednym z moich rozmówców.

Karta Rowerowa i co dalej? Brak wiedzy u nastolatków
– Mnie też cieszą młodzi ludzie na rowerach, tylko musimy sobie zdawać sprawę, że większość z nich ostatni raz miała styczność z „rowerowymi” przepisami w czwartej klasie szkoły podstawowej, gdzie być może załapali się na kartę rowerową, a być może nie. Kto nie zrobił tego w tamtym czasie w ramach szkoły, to później
bardzo trudno o inny sposób uzyskania tego dokumentu. Dla WORD-ów to sprawa marginalna. Z kolei rodzice machają na to ręką, mówiąc: "i tak nikt tego nie sprawdza, więc do 18-tki sobie poradzisz bez Karty". I na tym się przeważnie kończy, samowola trwa, a poziom rzetelnej wiedzy jest wciąż zatrważająco niski. Przecież zanim te dzieciaki dojadą do bikeparku czy skateparku, kilometrami jadą wcześniej po mieście w ruchu drogowym. Czy wiedzą, jak to robić przepisowo i bezpiecznie? Nawet jeśli w kieszeni mają na to papier? – pyta Arczak.
Ekspert zwraca też uwagę na ciekawy paradoks: wiele dzieci będąc świeżo po kursie na kartę rowerową, nie umie jechać z jedną ręką na kierownicy. 
– Przecież sygnalizowanie podniesioną ręką zamiaru skrętu w lewo czy w prawo jest jedną z podstawowych umiejętności każdego rowerzysty. Tymczasem są
dzieci, które popisując się na szkolnym boisku potrafią na przykład pokonywać wiele metrów na jednym kole, ale kiedy wyjadą na prawdziwą ulicę, to tracą pewność siebie i nie wykonują prawidłowo nawet najprostszych manewrów – podsumowuje edukator.  
Kask. Temat zastępczy.
Kask i kamizelka odblaskowa to jego zdaniem dużo za mało, jeśli chodzi o edukowanie dzieci młodzieży, a lekcje z rowerowego bezpieczeństwa – o ile w ogóle mają miejsce, często tylko do tego się sprowadzają.
– Podczas zajęć z dziećmi, które mam okazję w szkołach prowadzić, okazuje się, że wiele z nich jeździ w źle dobranych lub dawno za małych kaskach, które mogą przynieść więcej szkody niż pożytku, gdy zdarzy się wywrotka lub wypadek. Kamizelka, która często jest przykryta plecakiem też nie na za wiele nam się zda. Ciemna ręka sygnalizująca skręt, w kontraście z jaskrawą kamizelką może być słabo widoczna w półmroku. Przypominanie o kaskach i odblaskach ma sens, ale nie może zastępować znacznie szerszej edukacji o prawach i obowiązkach rowerzystów w ruchu drogowym.
Jest wiele ważnych elementów, o których mówi się mało albo wcale, a to właśnie one składają się na układankę rowerowego bezpieczeństwa. Myślę tu o znajomości przepisów, prawidłowym wyposażeniu, odpowiednim ubiorze, dobrych nawykach i oczywiście o szeroko pojętej kulturze jazdy. Upowszechnianie tej wiedzy i umiejętności jest wyzwaniem dla całego systemu. I nie myślę tu wyłącznie o najmłodszych rowerzystach, ale także o dorosłych i seniorach, którzy często nawet posiadając prawo jazdy nie jeżdżą na rowerach w sposób przepisowy i bezpieczny. Nasz krajowy system szkolenia rowerzystów potrzebuje poważnego podejścia i wprowadzenia zasadniczych zmian, aby kompleksowo uczył jazdy na rowerze. – konkluduje mężczyzna.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/0760a40aef880307ab6ce8912fc35c4b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/0760a40aef880307ab6ce8912fc35c4b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Ludzie mają problem z podstawowymi manewrami na rowerze - zauważają rowerowi aktywiści.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224827,awans-nie-dziekuje-polacy-nie-chca-byc-menedzerami-i-maja-swoje-powody</guid><link>https://innpoland.pl/224827,awans-nie-dziekuje-polacy-nie-chca-byc-menedzerami-i-maja-swoje-powody</link><pubDate>Mon, 04 May 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Awans? Nie, dziękuję. Polacy nie chcą być menedżerami i mają swoje powody</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/7f2198ec526c71f273e8fdf27976716e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kiedyś był marzeniem, dziś stał się zagrożeniem. Awans na menedżera to już nie trampolina do sukcesu, a prosta droga do wypalenia zawodowego i wizyty u psychiatry. Coraz więcej pracowników mówi "nie" rolom liderów. I wiedzą, co robią. – W ciągu ostatniej dekady średnio dwukrotnie wzrosła liczba osób, którymi menedżer musi zarządzać – z 6 do 12, a dwa razy więcej pracowników, to dwa razy więcej obowiązków. – podkreśla w rozmowie z InnPoland Tomasz Szklarski, ekspert rynku pracy, współtwórca platformy Enpulse.

Agnieszka Porowska: Wyobraźmy sobie scenę z sali konferencyjnej: zarząd z satysfakcją ogłasza awans pracownika, padają gratulacje… i wtedy zamiast uśmiechu pojawia się cisza. "Nie, dziękuję" – odpowiada pracownik. Jeszcze kilka lat temu taki scenariusz byłby nie do pomyślenia. Dziś staje się coraz częstszy.
Tomasz Szklarski: Tak. Bardzo dobrze widać to na przykładzie pokolenia Zet, ale i
millenialsom słowo "awans" wcale nie zawsze kojarzy się dobrze. To nie jest tak, że te osoby, a jest ich z roku na rok coraz więcej – odrzucają karierę, ale dużo świadomiej podchodzą do roli stresu w pracy. 
Dziś o wiele głośniej niż kiedyś mówi się o kwestiach zdrowia psychicznego. Awanse nieuchronnie wiążą się z podwyższonym poziomem kortyzolu, a to skłania do kalkulacji – na ile wielkie zaangażowanie w pracę faktycznie się opłaca.
A może mamy po prostu coraz mniej ambitnych ludzi?
Ludzie, zwłaszcza ci młodzi, nie są mniej ambitni, a po prostu bardziej odważni. Na tyle odważni, że są w stanie powiedzieć, iż wybierają work-life balance i pracę w warunkach mniejszego obciążenia. Proszę też zwrócić uwagę, że wizerunek menedżera jest cały czas
ostrzeliwany niezbyt pozytywnymi skojarzeniami.
Dla wielu z nas to nic przyjemnego wciąż pilnować i upominać innych.
Nie lubimy też być nadzorowani, chociaż bez tego wielu z nas nie zrobiłoby nic.
Mamy dość negatywną "reklamę" menadżerskiego stanowiska wynikającą z tego, że ok. 70-80 proc. menedżerów deklaruje wypalenie zawodowe. Osoba, której proponuje się taką ścieżkę zawodową ma prawo pomyśleć: "Świetnie. To jak zostanę menedżerem, to będzie prosta droga do tego, żeby popaść w problemy psychiczne wynikające z wypalenia
zawodowego".
A nie myśli: "Świetnie. Będę bogatszy. W końcu kupię sobie dom"?
I o to wszystko się rozbija, bo nasuwają się pytania: o ile będę bogatszy i czy piękny nowy dom zrekompensuje mi to, że będę musiał zacząć odwiedzać psychiatrę? Lub: czy ja będę miał czas, żeby tym domem się cieszyć? Czas i obciążenie rodzinne to są kwestie, które mają wielki wpływ na to, czy zdecydujemy się na takie kroki.
Popularne jest przekonanie, że w czasach transformacji to właśnie liderzy są najbardziej na "linii strzału". To mit czy realne zjawisko?
Mamy teraz ogólnoświatową narrację dotyczącą fali zwolnień i tego, że AI zabierze pracę, zwłaszcza w medium management. I to zjawisko – w firmach technologicznych typu Google, Amazon – faktycznie widać. W przeciągu ostatnich trzech lat jedna trzecia ludzi, która straciła pracę, zwłaszcza w new techach – to byli menedżerowie średniego szczebla. 
To wszystko buduje obraz, że awansując, mogę być pierwszy do redukcji. Bo jeśli weźmiemy pod uwagę korporacyjne zarządzanie poprzez Excela, to właśnie w ten sposób, poprzez zmiany w kadrze zarządzającej, firmie najłatwiej wyjść z kosztów. Pracowników i specjalistów ciężko zredukować, bo ktoś tę robotę musi wykonywać, więc punkt ciężkości przenosi się na warstwę menadżerską.
Czy mamy do czynienia z redefinicją sukcesu zawodowego?
Tak, coraz więcej osób woli spokój i komfort psychiczny od zer na koncie, ale mówiłbym też o redefinicji modelu kariery. Jeszcze kilkanaście lat temu słyszeliśmy: "Idź powoli i pokornie po szczeblach kariery, w ten sposób zdobędziesz wiedzę i doświadczenie". Teraz używana jest maksyma: "Liczy się sposób, a nie czas". Dziś nie trzeba pięcioletniego toku studiów, żeby w wielu branżach nabyć umiejętności, które stawiają nas na rynku pracy w dobrej pozycji. 
Czyli?
Kluczowa jest teraz umiejętność współpracy ze sztuczną inteligencją i umiejętność automatyzacji procesów. To ogromnie oszczędza czas, a co za tym idzie – koszty. Wszelkie prace powtarzalne, wynikające na przykład ze specyfiki sektora bankowego, ubezpieczeniowego, usług czy prawa, udaje się coraz lepiej automatyzować i tamtejsze kadry będą się kurczyć. Zadaniem dla obecnego rynku pracy jest jak najszybciej nauczyć się z AI pracować i w pełni ją wykorzystywać, bo to będzie nasz must have i podstawowa umiejętność w pracach niefizycznych.
Gdzie menedżer przy takiej specyfice pracy ma znaleźć dla siebie miejsce?
Menedżer zawsze jest trochę między młotem, a kowadłem. Mówi się też o
syndromie kanapki. Z góry naciska go zarząd, który komunikuje plany i wyniki, z dołu z kolei szeregowi pracownicy ze wszystkimi swoimi ambicjami i wizjami, jak również problemami i ograniczeniami.
W ciągu ostatniej dekady na świecie średnio dwukrotnie wzrosła ilość osób, którą menedżer musi zarządzać – z 6 do 12, a dwa razy więcej pracowników to dwa razy więcej obowiązków. Nawet przy codziennej konwersacji dotyczącej rozdysponowania i koordynowania zadań – to już dwa razy tyle bodźców i stymulantów.
Kiedyś życie kadr zarządzających mogło być owiane pewną tajemnicą i poczuciem prestiżu. Dziś każdy może zapoznać się z artykułami branżowymi czy forami, gdzie tyle się mówi o ciemnych stronach tego typu stanowisk.
O czym się mówi?
Na przykład o tym, że lider w organizacji musi wszystko świetnie robić i ze wszystkim zdążyć, bo przecież jest przykładem. Z jednej strony często musi być techniczny i specjalistyczny. Z drugiej strony – empatyczny i życiowy, i musi mieć czas dla swoich ludzi z zespołu.
Sytuacja się zmienia: podczas gdy starsze pokolenia milcząco godziły się na wszelkie trudy, bojąc się, że zostaną zwolnione, nowe pokolenie, które jest coraz liczniejsze na rynku pracy, trzeźwo kalkuluje: "Czy to jest tego warte?".
Coraz głośniej mówi się też o kryzysie docenienia pracowników. Czyżby
zjawisko konstruktywnego feedbacku się nie przyjęło?
Tak, w naszych badaniach w Enpulse dowodzimy, że z docenianiem jest z
roku na rok coraz gorzej. Czasem chodzi o drobne, indywidualne gesty, a nie jedną czy dwie dodatkowe stówki na koncie. Mamy też problemy z feedbackiem, bo bardzo często ludzie mylą feedback z mobbingiem. 
Wielu menedżerów jest nieprzygotowanych i nie umie dawać konstruktywnej informacji zwrotnej. Nierzadko przekazują swoje spostrzeżenia i uwagi myśląc, że robią dobrze, a ktoś po drugiej stronie wychodzi z podciętymi skrzydłami i zastanawia się, czy to nie było nadużycie. Kwestie związane z mobbingiem na rynku pracy do dziś nie zostały umiejętnie wytłumaczone.
Na ile model awansowania najlepszych specjalistów na menedżerów jest jednym ze źródeł przeciążenia i wypalenia w tej grupie?
Menedżer, który awansował ze stanowiska eksperckiego często nadal jest zaangażowany w pracę operacyjną. Pojawia się podwójna odpowiedzialność: za ludzi i wciąż – za wiedzę. Często musi zarządzać osobami, którzy wcześniej były jego kolegami zza
biurka – to też obciążające. 
Do tego dochodzą bodźce prowokowane rozwojem sztucznej inteligencji, co wywołuje zjawisko FOMO – Fear of Missing Out, czyli że coś przegapię, że za czymś nie nadążę. Taki człowiek kończy pracę zwykle później, bo ma więcej obowiązków i większą odpowiedzialność, a jego samopoczucie jest dużo gorsze. 
Wciąż potrzebujemy liderów, a chętnych brak. Jak firmy powinny dbać o kadrę zarządzającą, żeby im nie uciekała?
Przede wszystkim nie awansować na siłę tych, którzy nie chcą. Ktoś może być świetnym specjalistą, który niestety nie daje sobie rady z kierowaniem zespołem. W
idealnym świecie testami i próbami moglibyśmy zdiagnozować, czy dana osoba się nadaje. Natomiast w świecie o niskim bezrobociu i niedoborze talentów, pracodawca wychodzi z założenia "robimy, kim mamy".
Oczywiście bywają dobre organizacje, które otaczają opieką ludzi, którzy awansują. Wyposażają ich w szkolenia kompetencyjne, mające ułatwić im lepsze zarządzanie sobą, czasem, zespołem. Ale słowo klucz to "bywają".
Prawda jest taka, że w przypadku wielu pracodawców to najwyższy czas na to, by zaczęli wzmacniać liderów i menedżerów i podkreślić ich ważność i rolę w organizacji – wyposażając ich w narzędzia. Chodzi o to, żeby jak najbardziej niwelować efekt "kanapki".
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/7f2198ec526c71f273e8fdf27976716e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/7f2198ec526c71f273e8fdf27976716e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Coraz mniej osób z dumą przyjmuje awanse na kierownicze posady. 
– Menadżer zawsze jest trochę między młotem, a kowadłem. Mówi się też o syndromie kanapki – podkreśla ekspert.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224260,strach-przed-dzikami-kosztuje-warszawe-miliony-lesnicy-jezdza-jak-karetka-do-pijaczka</guid><link>https://innpoland.pl/224260,strach-przed-dzikami-kosztuje-warszawe-miliony-lesnicy-jezdza-jak-karetka-do-pijaczka</link><pubDate>Sun, 03 May 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Strach przed dzikami kosztuje Warszawę miliony. Leśnicy jeżdżą &quot;jak karetka do pijaczka&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/362894a1cdf6035ed373d30fdc5fa465,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Mieszkańcy Warszawy kłócą o los dzików, które w stolicy czują się jak w domu. Strzelać czy chronić? Przepędzić czy dać im spokój? Jedni protestują przed urzędami i płaczą za dzikiem Heniem, inni zaś klaszczą, gdy myśliwi zabijają zwierzęta na Muranowie. Skoro nie możemy się dogadać w sprawie etyki, to porozmawiajmy o pieniądzach. Sprawdźmy, ile to wszystko kosztuje.

O to, ile kosztuje strzelanie do dzików w Warszawie, zapytałem urzędników dzielnicy Wawer, zaufanych informatorów (ze względu na stanowiska i zapalny temat chcą zachować anonimowość) oraz dyrektora Lasów Miejskich (LM) w Warszawie, Karola Podgórskiego.
Dziki w Warszawie. Dzik jest dziki, ale nie jest zły
Wychowałem się na tym samym wierszyku co każdy, jednak moje doświadczenia okazały się zupełnie inne, niż Jana Brzechwy. Dzik jest dziki, dzik jest zły? Wolne żarty. Więcej agresji zaznałem od przypadkowych ludzi pod sklepem czy na przystanku autobusowym, niż od chrumkacza mijanego przy ścieżce, który jest zajęty sam sobą.
Mówiąc wprost: lubię widok dzików w mieście i nie przeszkadzałoby mi, gdyby chodziły sobie po Warszawie. W tym miejscu warto postawić pytanie, dlaczego dziki przenoszą się do miast. A dziki przenoszą się do miast dlatego, że w lasach zabijają je myśliwi, którzy są sowicie opłacani przez państwo (700-900 mln zł w ciągu ostatnich lat).
Najprostszym i najbardziej humanitarnym sposobem na to, by dziki wróciły do lasów, byłaby sytuacja, gdyby rząd kazał myśliwym wrócić do domów i przeznaczył pieniądze na coś sensownego (bo wbrew temu, co utrzymują fani odstrzału, to nie dziki są głównymi nosicielami choroby Afrykańskiego Pomoru Świń, odpowiadają za ułamek zakażeń).
Wyobraźmy sobie, że spełnia się sen tych, którzy chcą Warszawy wolnej od dzików. Na osiedlach zapanowałby święty spokój? Nie, wręcz przeciwnie. Natura nie znosi próżni. Gdy zabijemy lub przepędzimy z miast dziki, do naszych śmietników zawitają pewnie masowo lisy i kto wie, co jeszcze. Dlatego musimy znaleźć sposób, aby żyć z dzikami (i inną zwierzyną) w zgodzie.
Stołeczna Akademia Wychowania Fizycznego pokazała Polsce, że dziki można traktować po ludzku. Gdy loszka urodziła młode na terenie AWF, uczelnia dała jej przestrzeń i zadbała o to, by miała spokój. Jak można było się spodziewać, kosmata rodzinka po jakimś czasie sobie poszła. Teraz trwa zbiórka funduszy na modernizację ogrodzenia AWF, po to, by do takich sytuacji nie dochodziło w przyszłości.
Za to z drugiej strony mamy głośne incydenty: uśmiercenie dziczej rodziny na placu zabaw i zastrzelenie dzika Henia na Bemowie, przy Muzeum POLIN na Muranowie, a także odstrzał dzików na Mokotowie "za tulipany". Od swoich informatorów nieoficjalnie usłyszałem, że za te wydarzenia posypały się pierwsze zwolnienia.
Choć zawsze żal życia odebranego czującej istocie, nie mam pretensji do pracowników leśnictwa: oni robią, co muszą. Nawet te straszne zdjęcia pokazujące kosze na odpady, do których mają trafić ciała zabitych dzików, przedstawiają element standardowego wyposażenia leśników. Szok bierze się z tego, że zwykle po prostu tego nie oglądamy, nie wiemy, jak wyglądają procedury. Leśnicy najpierw starają się przegonić zwierzęta w bezpieczne miejsce. W rozmowach z InnPoland przekonują, że w głośnych przypadkach odstrzału dzików w Warszawie nie mogli tego zrobić. Mieli ręce związane przez prawo. 
Dzik w mieście a polskie prawo
Gdy obywatel skarży się, że dziki za głośno kwiczą mu pod płotem (słyszałem o takim przypadku na Wawrze), leśnicy odnotują skargę gdy tylko przestaną się śmiać. Na tym sprawa się zakończy. Ale kiedy dzwoni ktoś, kto boi się, że dziki skrzywdzą dzieci na placu zabaw? Prawo nakazuje leśnikom bezwzględnie chronić człowieka. Podobnie jeśli chodzi o mienie. 
Prawo też nakazuje chronić zwierzęta przed krzywdą, wyznacza, kiedy można wydawać decyzję o odstrzale i zakazuje np. "uboju lub uśmiercania zwierząt kręgowych przy udziale dzieci lub w ich obecności". Wedle niektórych interpretacji, w Warszawie dochodzi do łamania prawa zwierząt na tle dzikow. Zdaniem leśników, robią wszystko, co im każą przepisy. 
Wszystkie wezwania na interwencje z powodu dzików, nawet te bzdurne, są odnotowywane. Właściwe organy miejskie za każdym razem oceniają, czy w danym przypadku istnieje ryzyko dla ludzkiego życia, zdrowia lub mienia. To oznacza również ocenę możliwości przepędzenia dzika, czego nie mogą zrobić, jeśli jest ryzyko wywołałby np. wypadek samochodowy. Jeśli urzędnicy zaniechają działania, a komuś stanie się krzywda (lub mienie zostanie zniszczone), grozi im odpowiedzialność karna.
Zgodnie z art. 2 ustawy z 13 października 1995 r. Prawo łowieckie (Dz. U. z 2025 r. poz. 539) zwierzęta łowne żyjące w stanie wolnym stanowią własność Skarbu Państwa. Art. 46-50 Prawa Łowieckiego regulują zasady odpowiedzialności za szkody powodowane przez zwierzęta łowne. W telegraficznym skrócie: za szkody w płodach rolnych odpowiada Skarb Państwa. Reszta to problem samorządu.
Często leśnicy nie chcą, ale muszą. Nawet jeśli skargę obywatela uważają za absurdalną, bywa że ruszają w miasto. – To jak z karetką, co jedzie do pijaczka – tłumaczy jeden z moich informatorów, pracujący z myśliwymi.
W pierwszym kwartale 2026 roku Lasy Miejskie (LM) przyjęły w Warszawie około 4900 zgłoszeń dotyczących dzikich zwierząt, których efektem było 1419 interwencji. W 34 przypadkach skończyło się na odłowie zwierząt przez ich uśmiercenie. 
Ile kosztuje jedna interwencja w sprawie dzików?
Od dyrektora LM dowiedziałem się, że kosztów interwencji ws. dzików nie da się precyzyjnie wyliczyć. Nikt w księgowości nie prowadzi oddzielnej tabeli oznakowanej "dziki". Spójrzmy więc na ogólną listę obowiązków LM dotyczącą dzikich zwierząt. Każda z tych pozycji generuje koszty.
Do jakich zadań związanych z dzikimi zwierzętami zobowiązane są Lasy Miejskie – Warszawa?
obsługa telefonicznych i pisemnych zgłoszeń mieszkańców m.st. Warszawy, dotyczących bytowania oraz zdarzeń z udziałem dzikich zwierząt na terenach zurbanizowanych;
podejmowanie interwencji oraz udzielanie informacji w ww. przypadkach;
przeprowadzenie immobilizacji dzikich zwierząt pojawiających się na terenach zurbanizowanych m.st. Warszawy oraz ich ewentualna relokacja;
monitoring miejsc występowania dzikich zwierząt oraz prowadzenie działań prewencyjnych i informacyjnych;
usuwanie zwłok dzikich ssaków z terenu miasta, m.in. z kolizji wypadków drogowych;
transport dzikich zwierząt wymagających pomocy do Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt Lasów Miejskich - Warszawa;
prowadzenie Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt, w tym leczenie i rehabilitacja dostarczonych osobników;
prowadzenie redukcji nadmiernej liczebności populacji wolno żyjących zwierząt, w sytuacji wydania stosownych decyzji przez właściwy organ.

Można jednak przejrzeć katalog zamówień publicznych. Jeden samochód dedykowany do transportu dzików kosztował w zamówieniu publicznym 400 tys. zł brutto, a Warszawa ma ich cztery. A więc za same auta dla dzików wychodzi brutto 1,6 mln zł.
Zamówienie z lutego 2026 roku na konserwację drewnianych urządzeń oraz urządzeń do odłowu dzików, a także placów zabaw w kompleksach leśnych, opiewa na kwotę 556 tys. zł brutto. W planie są kolejne wydatki na łącznie 458 tys. zł brutto. 
Usługi weterynaryjne: 460 tys. zł brutto. Inwentaryzacja ssaków kopytnych: 871 tys. zł brutto. Na "wykonanie inwentaryzacji zwierząt dziko żyjących (ze szczególnym uwzględnieniem dzików)" w Warszawie pójdzie 707 tys. zł brutto.
Nie są to kwoty wyjątkowe, bo zamówienia publiczne (jak usługi weterynaryjne) we wcześniejszych latach opiewały na porównywalne kwoty. Jednak widać, że rok 2026 w wydatkach będzie rokiem dzika.
Dodajmy do tego kordony policji, otaczające 20+ funkcjonariuszami co głośniejsze wezwania, jak do dzika Henia czy przy muzeum POLIN na Muranowie. To nowy standard, aby zabezpieczać miejsce zdarzenia m.in. przed aktywistami, przybywającymi tłumie nagrywać interwencję leśników.
Jakie szkody wyrządzają dziki w miastach i ile kosztuje ich naprawa?
Równie trudno oszacować koszty sprzątania po dzikach. Urzędnicy dzielnicy Wawer, z którymi rozmawiałem, rozkładają ręce. Codziennie widzę zryte trawniki, rabatki, skwery miejskie i wszelką zieleń. Czworonożny kudłacz buchtuje wszędzie tam, gdzie poczuje coś smakowitego. 
– Zakład Gospodarowania Nieruchomościami, który wykonuje prace naprawcze i pielęgnacyjne dla dzielnicy, po prostu dokonuje bieżących napraw. Nie odnotowuje, czy szkody, które usuwa, zostały wyrządzone przez dziki, łosie, psy, samochody czy ludzi – mówi InnPoland Piotr Jaszczuk, naczelnik wydziału dla dzielnicy Wawer.
Wysłałem zapytanie do ZGN, czy istnieje związek między liczbą zgłoszeń dotyczących dzików a liczbą prac naprawczych i pielęgnacyjnych dotyczących miejskiej zieleni. Nie otrzymałem odpowiedzi. Ze słów Piotra Jaszczuka wynika, że takie prace mieszczą się w budżecie miasta.
Jak za to wycenić rany, które ludzie odnieśli w wyniku spotkania z dzikiem? Prezentowane przez LM zdjęcia skaleczeń na ciałach pechowców są drastyczne, bez dwóch zdań. Jednak nawet bardziej drastyczne byłyby zdjęcia ofiar wypadków samochodowych. Statystyka jasno wskazuje, że dla mieszkańców Warszawy znacznie bardziej niebezpieczni są nieodpowiedzialni kierowcy aut, niż dziki.
W 2025 roku w Warszawie dziki zaatakowały 121 razy. Za to na stołecznych drogach doszło w tym czasie do 1157 wypadków, w których zginęło 86 osób, a 1357 ludzi zostało rannych. Liczba kolizji drogowych: oszałamiające 37 096, z czego tylko w 341 uczestniczyły dziki. Ta liczba wzrosła, ale nadal jest ułamkiem całości.
Co zamiast strzelania do dzików?
16 kwietnia odbyło się posiedzenie Komisja Ładu Przestrzennego i Ochrony Środowiska Rady Dzielnicy Wawer.
Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski zapowiedział powołanie specjalnego zespołu ds. dzików, który ma zająć się wypracowaniem systemowych, długofalowych rozwiązań. Krytycy uważają, że do zespołu trzeba powołać niezależnych ekspertów, a nie tylko myśliwych i pracowników Lasów Miejskich. Bo prozwierzęce rozwiązania są możliwe. Olsztyn nieźle radzi sobie z dzikami bez odstrzału. Gdynia również ma plan.
Na posiedzeniu w Wawrze wykluczono stosowanie antykoncepcji, by zredukować populację dzików. Choć leśnicy zgłosili gotowość do zastosowania tej metody, od dawna stoi bariera prawna: w obrocie nie ma odpowiednich preparatów weterynaryjnych. 
Wywożenie dzików do lasu też odpada: ta opcja została zablokowana w 2017 roku przez przepisy unijne i krajowe dotyczące zwalczania ASF. Dlatego czasem leśnicy nie mają innego wyjścia i muszą zabić dzikie zwierzę w mieście, potencjalnie łamiąc inne przepisy.
Co więc można zrobić z dzikami, zamiast ich uśmiercania? Na posiedzeniu komisji padały różne propozycje: od lepszego zabezpieczenia altan śmietnikowych i pojemników (w tym nowego typu, do zakotwiczenia przed wywróceniem), po działania edukacyjne dla mieszkańców.
Do zapobiegać kolizjom samochodów z dzikami, zgłoszono propozycję zmian w infrastrukturze. Rozwiązaniem miałby być tzw. przepusty kanadyjskie (kratki w podłożu dróg, przez które zwierzęta nie są w stanie przejść), a także instalacja automatycznych systemów wykrywania zwierząt. 
Wskazano, że ważne jest też dbanie o dzikie tereny (aby dziki chętniej zostawały "u siebie") oraz zmiany w roślinności miejskiej, by z jednej strony była mniej smakowita dla dzików, a z drugiej pozwalała łatwiej je dostrzec pieszym i kierowcom. Podczas posiedzenia rozważano też podjęcie działań odstraszających dziki, ale eksperci ostrzegają, że dziki szybko się uczą nowości, a więc równie szybko przestaną się bać.
Nie bądź jak Edward Warchocki, bo zapłacisz
Jak nie powinniśmy się zachowywać, gdy staniemy oko w oko z dzikiem? W skrócie: nie dokarmiać go ani nie zaczepiać. Edukacja przyrodnicza to jedno, ale trzeba mieć świadomość, że prawo przewiduje kary za okrucieństwo wobec zwierząt. 
W Polsce płoszenie dzikich zwierząt jest wykroczeniem (art. 78.), bo takie zachowanie może stworzyć zagrożenie dla innych ludzi. Kara: ograniczenie wolności, grzywna do 1000 zł albo nagana. To może grozić osobie, która sterowała robotem Edwardem Warchockim tak, by ten gonił dziki na wiralowym filmiku. Potencjalnie operator może również podpadać pod następujące wykroczenia:
umyślne zranienie lub okaleczenie zwierzęcia (gdyby doszło do fizycznego kontaktu);
używanie do pracy albo w celach sportowych lub rozrywkowych zwierząt chorych, a także zbyt młodych lub starych oraz zmuszanie ich do czynności, których wykonywanie może spowodować ból (tutaj jeśli wykazano by odpowiedni wiek i stan zwierząt, bo jakby nie patrzeć, takie filmy powstają dla zasięgów i rozrywki);
złośliwe straszenie lub drażnienie zwierząt (tu chyba nic nie muszę dodawać, bo nawet obrona śmietnika czy dziecka budzi pytania, czy nie została zainscenizowana).

Zanim pogonimy dziki dla lajków, pomyślmy, raz czy drugi, żeby potem spać spokojnie. A to właśnie spokój jest tym, czego nam naprawdę potrzeba w sprawie dzików w mieście.
Źródło: Lasy Miejskie Warszawa, Urząd dzielnicy Wawer, KSP Warszawa
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/362894a1cdf6035ed373d30fdc5fa465,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/362894a1cdf6035ed373d30fdc5fa465,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Każdy telefon po interwencje ws. dzików generuje koszty, a częściej dzwonimy ze strachu, niż z prawdziwej potrzeby. Sprawdzamy koszty zajmowania się dzikami w stolicy.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/221245,dino-kontra-pracownicy-tu-jest-jak-w-sredniowieczu</guid><link>https://innpoland.pl/221245,dino-kontra-pracownicy-tu-jest-jak-w-sredniowieczu</link><pubDate>Fri, 01 May 2026 07:00:02 +0200</pubDate><title>Dino kontra pracownicy. &quot;Tu jest jak w średniowieczu&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/9f07d3d0da84346adf5f83e708d9d1bb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kolejny tydzień, kolejny raz zarząd Dino ucieka od rozmów ze związkowcami. Nie pomógł nawet strajk ostrzegawczy. Władze polskiej sieci sklepów nie chcą rozmawiać ani z pracownikami, ani tym bardziej z mediami. Wyższe pensje? Cisza. Koniec bezpłatnej pracy po godzinach? Cisza. Zgłoszenia dotyczące łamania praw pracowniczych? Cisza.

Czy głos w obronie pracownic i pracowników Dino zabierze państwo? A jeśli tak: czy zrobi to głośno i skutecznie?
Urlopy w Dino latem. "Moją datę nagle otoczyła czerwona obwódka ze znakiem zapytania i wykrzyknikiem"
Pani Joanna z okolic Inowrocławia, gdy pytam ją o plany na nadchodzące lato, mówi o czerwonym kółku z wykrzyknikiem. Taka właśnie w Dino podsumowano jej zamiar wzięcia urlopu w wakacje.

Z jej relacji wynika, że pod koniec zeszłego roku do sklepu, w którym pracuje, przyjechała kierowniczka regionalna. Bez żadnych aneksów, dokumentów, tłumaczeń i powoływania się na przepisy oznajmiła, że od teraz obowiązuje zakaz brania urlopów latem.

  – Udałam, że tego nie usłyszałam i w planie urlopowym na ten rok zaznaczyłam sobie dwa tygodnie wolnego w lipcu. Nikt nic nie powiedział, ale moją datę nagle otoczyła czerwona obwódka ze znakiem zapytania i wykrzyknikiem. Na razie udaję, że tego nie widzę. Jeszcze chwila i zostanę mistrzem udawania, a zamiast w sklepie, będę mogła pójść pracować do teatru. Albo kabaretu. Bo to, co się ostatnio dzieje wokół tych sklepów bardziej przypomina kabaret – rzuca zaczepnie pani Joanna.

Jako dziennikarka, która od kilku miesięcy intensywnie przygląda się łamaniu praw pracowniczych w Dino Polska, już się temu nie dziwię. Zarząd Dino nie pojawia się na rokowaniach ze związkami zawodowymi, nie odpowiada mediom na maile i nie ustosunkowuje się do niczego, do czego poważna firma ustosunkować się powinna.
W zimę pracownice Dino marzły na kasach
Z kolei ostatnia zima była dla pracowników Dino ekstremalna. Podkoszulek, bielizna termiczna, sweter, koszulka pracownicza Dino, polar, bezrękawnik, a na to kurtka z logo Dino – tak ubrana siedziała w pracy pani Magdalena. Kobieta nie pracuje na wolnym powietrzu czy w chłodni, a w mającym kilka lat budynku. Jest zatrudniona w sklepie Dino w województwie zachodniopomorskim.
– W te wielkie mrozy na początku lutego siedziałam akurat na kasie. One są położone bardzo blisko ciągle otwierających się drzwi, więc wciąż mnie "wietrzyło". Izolacja budynku najwidoczniej jest słaba, a z nawiewów leciało – mam wrażenie, że nie ciepłe, lecz zimne powietrze. Nawet się już klientów pytałam, czy ja już od tego zimna mam jakieś halucynacje, czy tam faktycznie zimnem powiewa, to mi przyznawali rację. "Idzie pani do domu, bo tu faktycznie zamarznąć można" – tak mi radzili, ale gdzie pójdziesz jak tu w okolicy Drawska żadnych większych zakładów nie ma i roboty tak po prostu rzucić się nie da? – pyta retorycznie.
Kobieta ratowała się kubkiem termicznym z ciepłą herbatą, który wynosiła na kasę z pokoju socjalnego, choć nie powinna. – Oczywiście to kubek z zakrytym wieczkiem, żeby nic się z niego nie wylało, ale nawet taki jest zakazany. Ja już na to jednak nie patrzyłam. Na sklepie mieliśmy wtedy 11 stopni, a przy kasach 9. Jeszcze osoba funkcyjna, czyli taka "na sklepie", ma szansę rozgrzać się rozkładaniem towaru i chodzeniem, ale na kasie wisi się w jednej pozycji godzinami jak sopel lodu – relacjonuje.
Polskie prawo stanowi, że w pomieszczeniu, w którym wykonywana jest praca biurowa, temperatura musi wynosić co najmniej 18 stopni Celsjusza. W przypadku lekkiej pracy fizycznej próg ten wynosi 14 stopni. Jeśli temperatura spadnie poniżej tych wartości, o sprawie można zaalarmować Państwową Inspekcję Pracy, bo dochodzi do łamania praw pracowniczych.
PIP od początku stycznia przeprowadziła ponad 150 kontroli w sklepach Dino w całej Polsce, jednak większość z nich z powodów proceduralnych nie została jeszcze zakończona.
"Zakazy" w Dino Polska
"Zakaz" to słowo klucz, które często pojawia się w rozmowach z pracownicami polskiej sieci. O zakazie fotografowania (również swoich posiłków regeneracyjnych) i zakazie udzielania jakichkolwiek informacji dotyczących warunków pracy w Dino (za co można nawet zarobić "dyscyplinarkę"), pisałam w tekście "Dino wyrzuciło pracownicę za zrobienie fotografii". 
Jednak jak się okazuje, tych zakazów jest więcej.
 – Mięso, które do nas przyjeżdża na palecie, czasami jest tak wysoko poukładane, że człowiek o przeciętnym wzroście nie ma szans zdjąć tych górnych opakowań. Nie możemy jednak używać do tego drabiny, a na użycie krzesła też jest zakaz, bo przecież BHP – opisuje pani Magdalena.

Jak w takim razie radzą z tym sobie pracownicy Dino? Pani Magdalena nie chce powiedzieć. Grunt, że mięso na czas ląduje w lodówkach, a potem w koszykach klientów. Grunt, że Tomasz Biernacki, właściciel Dino, pozostaje najbogatszym człowiekiem w Polsce. Reszta jest milczeniem.
"Mój patriotyzm związany z tym, że Dino to polski sklep, już dawno się skończył"
Pani Joanna, pracownica Dino z warmińsko-mazurskiego, ma syna w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Tegoroczny urlop w wakacje chciała wykorzystać na opiekę nad dzieckiem. Zorganizowała to tak: dwa tygodnie jej urlopu, następnie dwa tygodnie męża, potem "wyżebrane dwa tygodnie u babci", a wreszcie obóz harcerski. To pozwoliłoby zapewnić bezpieczny czas siedmiolatkowi przez cały czas, gdy nie ma szkoły. Jeśli pani Karolina nie dostanie wolnego w wakacje, ten misterny plan rozsypie się jak domek z kart.

– Przecież dziecko w tym wieku nie może jeszcze samo zostać w domu. A Dino nie płaci tyle, bym mogła pozwolić sobie na prywatną opiekunkę. Firma nie dofinansowuje też żadnych wczasów czy kolonii. Ogólnie cały socjal leży, bo mały nawet paczki na święta nie dostał. I przykro się robi człowiekowi, gdy się dowiaduje, że np. w Biedronce w tym roku był Air Fryer, a w Lidlu moja koleżanka dostała w bonach pracowniczych 1200 zł. Mam jedynie nadzieję, że doświadczenie zdobyte tutaj pozwoli mi kiedyś przejść do innej lepszej sieci – snuje plany rozmówczyni InnPoland.
Jak mówi, niemały wpływ na podjęcie pracy w Dino miał w jej przypadku patriotyzm gospodarczy. Chciała być częścią polskiej firmy, czuła się nawet dumna. To już jednak przeszłość. 
– Mój patriotyzm związany z tym, że Dino to polski sklep, już dawno się skończył. Gdy przyjdzie czas nie będę jak Wanda, wybiorę Niemca – uśmiecha się gorzko Joanna nawiązując do słynnej legendy.

Sprawdzam przepisy dotyczącego tego, w jakim wieku dziecko może zostać samo w domu. W polskim prawie nie ma jednak sztywno określonej granicy, od kiedy dziecko może zostać bez opieki dorosłego. Jednak "zalecenia" policji czy MOPS wskazują na to, że dziecko do 7. roku życia powinno cały swój czas spędzać pod okiem dorosłego. Do 12. roku życia taka "samodzielność" powinna być mocno dawkowana.
Dino – problem nadgodzin i starych systemów
Większość moich rozmówczyń, gdy pytam je o dzień podpisania umowy z Dino, nie pamięta, aby ktokolwiek ostrzegał je przed trudnymi warunkami pracy.
Pani Joanna: – Miałam pracować po osiem godzin dziennie z jedną piętnastominutową przerwą w środku i pełnym prawem do normalnego urlopu. W praktyce pracujemy często po 9, a czasami nawet 10 godzin, a o wydłużeniu przerwy o choćby 5 minut przerwy nie ma mowy. Przez 15 minut naprawdę ciężko coś na ciepło zjeść i nie poparzyć się gorącym. Mamy nawet taki żart w pracy, że kto lubi kawę z mlekiem ten ma szczęście, bo szybciej ma chłodne. Z drugiej stronie ma przerąbane, bo zimna kawa go nie zagrzeje, a to akurat ważne w naszej sieci.

Niezadowolenie pracowników budzi też sposób oddawania nadgodzin, a także jakość sprzętu służbowego.

 – W Dino wciąż jak w średniowieczu. Pracujemy na starych systemach, a drukarki do cen są stacjonarne. Z mojej poprzedniej pracy w innej sieci wiem, że są już wygodniejsze i skuteczniejsze metody, by np. spisywać straty czy robić cenówki. Tym na górze bardzo zależy na wydajności, bo przecież jesteśmy z niej rozliczani wszędzie, również na kasie, a nie chcą zainwestować w proste rozwiązania, by ją osiągnąć. Przy okazji ułatwiliby tym życie pracownikom. Nie rozumiem tego oporu, przecież to obopólne korzyści – podkreśla pani Kamila.
Przypominają mi się czasy, gdy sama pracowałam w konkurencyjnym markecie. Luksusów nie było, ale nie pamiętam, abym marzła. Pamiętam za to małą łezkę, przez którą logowałam się do pracy. W następnym miesiącu każdy pracownik dostawał papierowe zestawienie przepracowanych godzin.
– W innych firmach już od dawna są czipy to elektronicznego zliczania czasu pracy. My wpisujemy wszystko do zeszytu, a kierowniczka przekazuje to gdzieś dalej. A potem nagle się okazuje, że mam wolne w tygodniu, bo uzbierało mi się kilka nadgodzin. Problem w tym, że ja nie chcę wtedy wolnego, nie mam co z nim zrobić. Wolałabym odebrać nadgodziny w innym terminie, a nie być nimi uszczęśliwiana z dnia na dzień – tłumaczy jedna z rozmówczyń InnPoland.
Nadgodziny w Dino. Kierownicy zaniżają czas pracy
Pracownice Dino, z którymi rozmawiamy, zwracają też uwagę na to, że nierzadko muszą pracować za darmo, choć ich zmiana już się skończyła. Kierownicy mają na to sprytny sposób. W praktyce liczą dopiero nadgodziny: to za nie oddają czas. Inaczej jest w przypadku nadminut, nawet jeśli uzbiera się ich całkiem sporo.
– Jeśli chodzi o godzinę poślizgu, to już kierownictwo nic nie mówi, wpisuje tak jak trzeba. Natomiast piętnaście minut robi się nagle niewidzialne, a przecież z takich minutek po miesiącu mógłby zrobić się dzień wolny. Gdyby system był zautomatyzowany, nie byłoby jak kłamać. Ludzie zaniżają godziny z obawy presją przełożonych i utratą pracy – podkreśla jedna z pań.

Z własnego doświadczenia pamiętam jak w sieci, w której byłam zatrudniona sami zastępcy kierownika w "gorącym" , pełnym napięć czasie, w obawie przed tłumaczeniem się z nadgodzin "odbijali się" do wyjścia, a potem pracowali dalej. Nie zdarzało się to jednak często.
Dalsza część tekstu poniżej.
Pracownicy Dino z orzeczeniami o niepełnosprawności narzekają na niedostosowane obowiązki
Pani Ania, pracownica Dino na Dolnym Śląsku, niedosłyszy od urodzenia. Kobieta ma stałe orzeczenie o niepełnosprawności w stopniu umiarkowanym – a to atut dla Dino.
Z tego, co się zorientowałam, Dino bardzo lubi zatrudniać w sklepach osoby z niepełnosprawnościami. Nie bardzo za to lubi dostosowywać pracę pod ich możliwości. Na pracowniczych forach znajduję historię o dziewczynie, której kazano rozpakowywać i przerzucać ciężkie zgrzewki z napojami mimo wrodzonej łamliwości kończyn. Pani Ania dorzuca swoje trzy grosze.

 – Ja co prawda wielu ruchowych ograniczeń nie mam i mogę pracować z towarem, ale jako osoba z grupą inwalidzką nie mogę pracować między 22 a 6 rano. Nikogo to jednak nie obchodzi. Często zostaję po godzinach, ale muszę wpisywać, że wychodzę równo. Wielka szkoda, bo godziny po 22.00 jako nocne są płacone lepiej, a ja nie mam z tego nic – opowiada pani Ania.

Z relacji mojej bohaterki wynika, że stosowano wobec niej mobbing.
– Niejednokrotnie szydzono z mojej niepełnosprawności. Przeważnie odbywało się to na zapleczu, ale nie zawsze. Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy koledzy z pracy wyśmiewali moją wadę słuchu przy klientach. Szydzili, że tak naprawdę jestem zdrowa, że "słyszę to, co chcę". Najgorsze było to, że razem z pracownikami sklepu śmiali się także klienci – wspomina pani Ania z goryczą.
Dino chce, by wziąć je pod lupę
Dino jakiś czas temu umieściło w internecie ciekawą reklamę. Na Instagramie wyświetliła mi się  niedawno zielona plansza sieci z prowokacyjnym hasłem "Weź nas pod lupę". 
Pokazuję wpis Dino jednej z moich rozmówczyń:
– To mocno bezczelne z ich strony. Ale faktycznie przydałoby się, by ktoś ich wziął pod lupę. Pracujemy dużo i ciężko, zarabiamy rzadko i mało. To się musi skończyć.
– "Rzadko"? Nie dostajecie wypłat na czas? – pytam.
– Wypłaty dostajemy regularnie, ale na przykład kto to widział, żeby na jedną premię pracować aż trzy miesiące? Tygodniami starasz się ze wszystkich sił, a potem nagle się okazuje, że sklep nie wyrobił normy. Wtedy przychodzi dzień jeszcze cięższy niż dotychczasowe: kiedy znów dostajesz gołą wypłatę. To przykre, demotywujące i wyczerpujące. Gdyby system był taki: miesiąc pracy, a potem premia lub jej brak, na pewno lepiej byśmy sobie z tym psychicznie radzili. Te trzy miesiące bardzo się dłużą – zaznacza pani Magdalena.
Długie czekanie na premię w polskiej sieci dyskontów
Podniesienie pensji to jeden z żelaznych postulatów związkowców w Dino. Wypłata zwykle oscyluje w pobliżu płacy minimalnej.  
– Najniższa krajowa. Nigdy nie było więcej? – dopytuję.
– Czasem około 4 tysięcy złotych, ale już z dodatkiem za samodzielne pranie odzieży służbowej. Teraz, odkąd o sieci zaczęło się więcej pisać w niezbyt dobrym tonie, wypłaty nagle jakby się zmniejszyły. W styczniu dostałam 3,8 tysiąca, w lutym już o 100 złotych mniej. Na pytanie o powód odpowiedź jest jedna: nie wyrobiliśmy normy. A ja się zastanawiam: jak w grudniu można było nie wyrobić normy, skoro obrotu mieliśmy na ponad milion złotych? – zastanawia się kobieta. 
Dodaje, że ma nadzieję na to, iż zamieszanie wokół Dino ostatecznie przełoży się na przestrzeganie praw pracowniczych w sieci. Ja też mam taką nadzieję, ale to za mało. Za pracownikami Dino powinno stanąć państwo.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/9f07d3d0da84346adf5f83e708d9d1bb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/9f07d3d0da84346adf5f83e708d9d1bb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Pani Joanna chciała pracować dla polskiej marki. Jednak to już przeszłość. &quot;Mój patriotyzm związany z tym, że Dino to polski sklep, już dawno się skończył. Gdy przyjdzie czas nie będę jak Wanda, wybiorę Niemca&quot;.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224677,co-to-jest-bitcoin-tlumaczymy-jak-dzialaja-kryptowaluty-i-jak-bezpiecznie-je-przechowywac</guid><link>https://innpoland.pl/224677,co-to-jest-bitcoin-tlumaczymy-jak-dzialaja-kryptowaluty-i-jak-bezpiecznie-je-przechowywac</link><pubDate>Wed, 29 Apr 2026 06:01:01 +0200</pubDate><title>Co to jest bitcoin? Tłumaczymy, jak działają kryptowaluty i jak bezpiecznie je przechowywać</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/067fdc09166c2160ec63b17614e6a879,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kryptowaluty są dziś na ustach całej Polski. Wszystko przez upadek giełdy ZondaCrypto. Problem w tym, że niewiele osób tak na prawdę rozumie, o co chodzi w tej aferze, a tym bardziej jak działają cyfrowe aktywa i skąd bierze się fenomen technologii blockchain, na której są oparte. W tym tekście postaramy się wyjaśnić kryptoaktywa od podstaw.

Kryptowaluty otacza nimb tajemnicy. Mało kto tak naprawdę rozumie, jak działają i dlaczego są tak ważne dla współczesnego świata. Nim jednak przejdziemy do głównego tematu artykułu, cofnijmy się do roku 2008.
Jak powstały kryptowaluty? Bitcoin, czyli owoc kryzysu gospodarczego z 2008 roku
Kryptowaluty  ("krypto" od kryptografii) nie są tak naprawdę niczym nowym. Ich korzenie sięgają lat 90. XX wieku. Ich kluczową ideą było i jest wyeliminowanie w wymianie handlowej pośredników. Konkretnie: banków. 
Jednym z najważniejszych projektów, które dały podwaliny pod bitcoina, było B-money. Jego twórca, Wei Dai, chciał stworzyć zdecentralizowany system finansowy oparty na kryptografii. W 1998 roku publicznie zaprezentował swoją koncepcję. I szybko okazało się, że przełożenie teorii na praktykę nie jest łatwe.
Najważniejszą przeszkodą techniczną był problem tzw. podwójnego wydatku (double-spending). Brzmi skomplikowanie, ale w gruncie rzeczy chodziło o to, że system nie mógł zagwarantować, by ktoś nie zapłacił tymi samymi "b-money'ami" za dwa różne produkty. 
Kolejnym ważnym przystankiem na drodze do stworzenia Bitcoina (BTC) był Bit Gold, projekt założony przez Nicka Szabo, który zaprojektował teoretyczną koncepcję zdecentralizowanej waluty cyfrowej. 
Warto też wspomnieć o systemie Hashcash opracowanym przez Adama Backa, który wprowadził mechanizm proof-of-work (o czym za chwilę).
Wszystko to działo się pod koniec lat 90., a na Bitcoina musieliśmy jednak trochę poczekać. Dopiero w 2008 roku osoba lub grupa osób ukrywających się pod pseudonimem Satoshi Nakamoto opublikowała dokument opisujący zdecentralizowany system płatności elektronicznych o nazwie Bitcoin. 
W wizji Nakamoto użytkownicy mieli po prostu wymieniać się wartością (wyrażoną w bitcoinach) bezpośrednio między sobą. Czyli tak samo jak w świecie realnym, gdy kupujemy coś za gotówkę. Oczywiście w tym przypadku to bank centralny wyemitował kawałek papieru z napisem "100 zł" i wizerunkiem polskiego króla, ale w samej transakcji już nie uczestniczy i właściwie nawet o niej nie wie.
Do momentu, gdy nie istniały kryptowaluty, w internecie wymiana wartości bez udziału banku wydawała się niemożliwa. Jasne, istniały bankowe przelewy elektroniczne, ale pośrednikiem w nich była tzw. strona trzecia, czyli bank.
Satoshi Nakamoto (na potrzeby tego tekstu uznajmy, że była to tylko jedna osoba) chciał więc stworzyć system finansowy, w którym swobodnie wymieniamy się bitcoinami w zamian za produkty i usługi: nie potrzebujemy banków czy innych pośredników.
Ktoś może powiedzieć, że brzmi to po prostu jak fanaberia jakiegoś fana teorii spiskowych, który obawia się światowych elit finansowych. To jednak nie tak.
By w pełni pojąć koncepcję Bitcoina (tym razem z dużej litery, gdyż mowa o projekcie, a nie samej walucie) musimy pojąć, co działo się w 2008 roku. Wybuchł wtedy poważny kryzys finansowy, który odsłonił wszelkie patologie systemu bankowego. Zaufanie do tego ostatniego spadło. Mało tego: jego "odpryskiem" był kryzys cypryjski z 2013 roku, który doprowadził do bezprecedensowych ograniczeń w dostępie do środków bankowych. 
Tak, kryzys wieńczący pierwszą dekadę XXI w. pokazał, że środki w bankach nie zawsze są bezpieczne, a przynajmniej nie zawsze dostępne: możesz mieć na rachunku ogromną kwotę, ale władze mogą cię od niej stosunkowo łatwo "odciąć". 
Bitcoin kontra banki
Wróćmy więc do naszej opowieści o Bitcoinie. W 2009 roku Nakamoto uruchomił pierwszego w historii blockchaina (niedługo potem Nakamoto zniknął). Tak, wiemy, "blockchain" brzmi skomplikowanie, ale taki nie jest.

                    
                        
                    
                Słowo blockchain oznacza "łańcuch bloków" (z języka ang. "block" to blok, "chain" – łańcuch). I tym owa sieć płatnicza jest: łańcuchem złożonym z cyfrowych bloków, z których każdy jest "magazynem" przenoszącym kilka bitcoinów. Można porównać to do pociągu – w każdym wagonie znajduje się określona liczba cyfrowych monet (BTC).

                    
                
Same bitcoiny to byłoby jednak za mało. Uzupełnia je tabliczka z historią transakcji, dzięki czemu wiadomo, kto komu wysłał teraz BTC. Gdy taki wagon się zapełni, zostaje zamknięty i doczepiony musi być kolejny.
Nie jest jednak tak, że do tego specjalnego pociągu dodać można byle jaki wagon: każdy nowy musi być idealnie połączony z poprzednim – musi mieć specjalny zaczep, który pasuje tylko do jednego konkretnego zaczepu przed nim. Dzięki temu nie da się wstawić nowego wagonu gdzieś w środku ani podmienić starego.
Ten bitcoinowy pociąg jest zresztą wyjątkowy także z innego powodu: stale obserwuje go mnóstwo ludzi na całym świecie. Każdy może mieć swoją kopię tej maszyny i pilnować, czy wszystkie elementy są tu właściwe. Jeśli ktoś próbowałby oszukać i zmienić coś w jednym wagonie, inni od razu by zauważyli, że coś się nie zgadza.
Kto jednak dodaje nowe wagony? Specjalne komputery, które stale "pracują" (wspomniane już proof-of-work) – rozwiązują trudne zadania matematyczne, które sprawiają, że udaje się stworzyć "ten właściwy" zaczep dla każdego nowego wagonu (to zabezpieczenie przed fałszerstwami). 
A teraz przekładając to na bardziej poważny język: blockchain to sieć płatnicza, która transferuje BTC, ale zawiera też publicznie dostępną, niemodyfikowalną historie transakcji. Innymi słowy, każdy z nas może wejść na strony takie jak Blockchain.com i "poszperać" w historii przesyłów bitcoinów.
Przykładowo, jak widać na poniższym screenie, właściciel konta (adresu w blockchainie), które kończy się na "5np5" przesłał  właścicielowi konta z zakończeniem "h7jn" ok. 10 bitcoinów. Miało to miejsce 28 kwietnia 2026 r. o godzinie 12:33.
Oznacza to, że blockchain oferuje wielką przejrzystość (nikt nie może cię okłamać, że wysłał przelew, jeżeli tego nie zrobił). Jednocześnie jednak system ten szanuje prywatność swoich uczestników, którzy funkcjonują w nim nie jako "Jan Kowalski" czy "John Smith", ale jako numery. Wspomniane już adresy w blockchainie (klucze publiczne) są odpowiednikami numerów rachunków w banku i niejako pseudonimami użytkowników. 
W świecie blockchaina istnieją też klucze prywatne: to nic innego niż hasła, które dają nam dostęp do adresów (kluczy publicznych). 
Podsumowując: klucz publiczny = odpowiednik numeru konta bankowego; klucz prywatny = odpowiednik hasła do konta bankowego. Blockchain gwarantuje więc zarówno przejrzystość, jak i prywatność.
Jeżeli nadal tego do końca nie rozumiecie, na pomoc spieszą Simpsonowie, którzy wiele lat przed InnPoland wyjaśnili, czym jest blockchain. 

                    
                Po co są kryptowaluty? Komu to potrzebne?
Ktoś może jednak zapytać: z jakiego powodu miałbym korzystać z blockchaina? Jasne, można pozostać przy tradycyjnym koncie bankowym. Warto jednak rozumieć, jak działają nowe rozwiązania.
Bitcoin i blockchain mają tę przewagę nad "starą" bankowością, że oddają użytkownikowi pełnię władzy nad środkami. O ile konto bankowe może zostać zablokowane (np. decyzją polityczną czy w wyniku wybuchu wojny czy kryzysu – by nie doszło do tzw. runu na banki, czyli masowego wypłacania pieniędzy), tak nikt nie jest w stanie przejąć Twoich bitcoinów. 
Jest jeden warunek: Twoje klucze prywatne są prywatne. Jeśli się nimi z kimś podzielisz, to tak, jakbyś oddał mu hasło do swojego konta bankowego. Środki mogą zniknąć szybciej niż wypowiesz słowo "cyberbezpieczeństwo". O ile jednak klucze prywatne pozostają prywatne, nikt nie zablokuje Ci dostępu do Twoich bitcoinów, bo po prostu nie ma jak.
Blockchain jest więc najbezpieczniejszą formą przechowywania kapitału, ale pod jednym warunkiem: posiadacz bitcoinów przechowuje klucze prywatne we właściwy sposób. 
To ważna informacja, która powinna siię znaleźć w słynnym już rządowym poradniku na sytuacje kryzysowe. Transportowanie klucza prywatnego jest banalnie proste: wystarczy zapisać na małej kartce papieru szereg cyfr i liter. To o wiele łatwiejsze niż ucieczka z miejsca zamieszkania ze sztabkami złota czy drogą biżuterią. Nie wspominając o gotówce. O ile, podkreślmy to jeszcze raz, ktoś potrafi bezpiecznie zabezpieczyć klucz prywatny!
Bitcoin i jego technologia demokratyzują też dostęp do posiadania "konta" – każdy może założyć swój adres (konto) w blockchainie: wystarczy parę kliknięć w specjalnej aplikacji czy na stronie internetowej (w praktyce chodzi jedynie o wyemitowanie kluczy prywatnego i publicznego).
O co chodzi w aferze ZondaCrypto? Wielki błąd, jaki popełnili klienci
Na koniec warto powrócić do początku tego artykułu: tak, dziś niemal cała Polska mówi o kryptowalutach, ale w kontekście upadku giełdy ZondaCrypto. Wyjaśnijmy więc na koniec, dlaczego jej klienci są dziś poszkodowani. Przecież, jak twierdzi autor tych słów, to tak wspaniała technologia!
Właściwie wynika to z tego, co można przeczytać powyżej: kryptowaluty (nie tylko bitcoiny) należy dla własnego bezpieczeństwa zawsze (!!!) przechowywać w swoim własnym adresie ("koncie"), do którego posiadamy klucz prywatny. Deponując cyfrowe aktywa na giełdzie – a właśnie ten błąd popełnili poszkodowani w aferze ZondaCrypto –niejako oddajemy je pod cudzą kontrolę. A więc zamiast uniezależniać swój kapitał od osób i instytucji, robimy coś odwrotnego, przed czym chciał nas uchronić Nakamoto. 
Giełda powinna służyć jedynie do kupowania i sprzedawania kryptowalut – to nie alternatywa dla portfela, a już tym bardziej dla banku czy konta maklerskiego.
W przypadku ZondaCrypto mieliśmy zresztą do czynienia z większym problemem: jak parę dni przed upadkiem tej giełdy przyznał jej prezes, Przemysław Kral, od kilku lat nie dysponowała ona kluczami prywatnymi do swoich "żelaznych" zapasów bitcoinów. W efekcie, gdy doszło do masowych wypłat kryptowalut klientów, giełdzie nagle zabrakło środków na dalsze funkcjonowanie (i dalsze wypłaty). 
Sprawę badają dziś śledczy, więc za jakiś czas zapewne dowiemy się więcej. 

                    
                        
                    
                Kryptowaluty, czyli coś, czemu warto dać szansę
Kryptowaluty i technologia blockchain nie są oczywiście cudownym lekarstwem na wszystkie problemy współczesnych finansów. Nie są też jednak modą, która szybko przeminie. To narzędzia, które – odpowiednio używane – mogą zwiększyć naszą niezależność i kontrolę nad własnymi środkami. Jednocześnie wymagają one większej odpowiedzialności i świadomości niż tradycyjna bankowość. Banki od lat edukują klientów, by nie podawali nikomu hasła do swojego konta bankowego. Inwestujący w kryptowaluty muszą tego uczyć się sami. 
Historia Bitcoina pokazuje, że powstał jako odpowiedź na realne problemy systemu finansowego. I choć nie jest rozwiązaniem idealnym, to z pewnością zmienił sposób, w jaki myślimy o pieniądzu, zaufaniu i roli pośredników w gospodarce.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/067fdc09166c2160ec63b17614e6a879,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/067fdc09166c2160ec63b17614e6a879,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Tłumaczymy, czym jest bitcoin.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224296,sypialnia-dla-szpiegow-czy-armia-na-weekend-dosc-pudrowania-wot</guid><link>https://innpoland.pl/224296,sypialnia-dla-szpiegow-czy-armia-na-weekend-dosc-pudrowania-wot</link><pubDate>Sun, 26 Apr 2026 12:00:02 +0200</pubDate><title>Sypialnia dla szpiegów czy armia na weekend? Dość pudrowania WOT</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/68b978346cc53b2e641eb6a3d004c6b3,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Ostatnia afera z ruskim kretem w szeregach Terytorialsów to nie przypadek, to diagnoza. Kiedy służby cywilne muszą sprzątać po wojskowym kontrwywiadzie, a agenci Kremla uczą się obsługi Javelinów za nasze pieniądze, pora zapytać: czy stworzyliśmy formację obronną, czy darmowy poligon dla obcego wywiadu?

Ostatnia afera z rosyjskim szpiegiem, wyciągniętym niespodziewanie z szeregów Wojsk Obrony Terytorialnej, snuje się nad tą formacją jak ostry cień mgły. I żebyśmy się dobrze zrozumieli: to nie jest odosobniony incydent, który można zbyć wzruszeniem ramion. To jest ryk syreny alarmowej, którego nasze państwo zdaje się nie słyszeć od lat. Kiedy to się, do diaska, wreszcie skończy?
WOT. Szacunek dla munduru, pogarda dla naiwności
Zacznijmy od tego, co jasne: mam głęboki szacunek do tych wszystkich, którzy do WOT-u poszli z czystej, patriotycznej potrzeby. Do ludzi, którzy chcą bronić swoich sąsiadów, uczyć się rzemiosła, przeżyć przygodę. Oni są fundamentem, który niestety kruszeje pod ciężarem systemowej bylejakości. Obok nich bowiem, w tym samym szeregu, stanęli ludzie o motywacjach tak mętnych, że aż strach otwierać oczy.
Sprawa zatrzymanego szpiega to podręcznikowy przykład tego, jak ochrona kontrwywiadowcza w WOT leży i kwiczy. Facet obracał się w podejrzanym środowisku, produkował kuriozalne wpisy w sieci, wszyscy wiedzieli, że jest "dziwny". I co? I nikt nie połączył kropek.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zawinęła go cywilna Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego (ABW). Gdzie był kontrwywiad wojskowy? Gdzie była Żandarmeria? Jeśli cywilne służby muszą sprzątać sypialnię armii, to znaczy, że domownik śpi twardym snem, podczas gdy goście wynoszą srebra.
Specjaliści mówią o WOT: "nie będę ich uczył robienia bomb"
To nie są tylko moje domysły. Znam wysokiej klasy specjalistów, ludzi z branży, którzy mają unikalną wiedzę o materiałach wybuchowych i taktyce. Gdy dostają propozycję szkolenia WOT-u, odmawiają. Dlaczego? "Nie będę uczył robienia bomb ludzi, o których nic nie wiem i nie wiem, co z tą wiedzą zrobią" – usłyszałem od jednego z nich.
To jest przerażające. Fachowcy boją się szkolić formację, która ma nas bronić, bo nie ufają systemowi weryfikacji. Czym innym jest szkolenie regularnego żołnierza, który przeszedł sito zawodowej armii, a czym innym szkolenie amatora, który po weekendzie wraca do swojego życia, a my tak naprawdę nie wiemy, czy jego drugim życiem nie jest służba obcemu wywiadowi lub radykalnej bojówce.
Głośna sprawa z 2024 roku dotyczyła żołnierzy, którzy wynosili z magazynów gogle noktowizyjne i celowniki termowizyjne. Sprzęt trafiał na czarny rynek, a w niektórych przypadkach istniało podejrzenie, że odbiorcami byli pośrednicy pracujący dla grup przestępczych zza wschodniej granicy.
W konsekwencji SKW musiała wprowadzić drastyczne, wręcz upokarzające dla wielu uczciwych żołnierzy, procedury codziennego zdawania i ewidencjonowania najdrobniejszych elementów wyposażenia.
Państwo polskie zdaje się ciągle nie zauważać, że WOT jest silnie narażony na infiltrację.  Ze względu na służbę blisko granicy (szczególnie podczas kryzysu na granicy z Białorusią), żołnierze WOT byli i są priorytetowym celem dla służb białoruskich i rosyjskich. Odnotowywano próby werbunku, szantażu (np. wobec osób mających rodziny na Wschodzie) oraz inwigilacji za pomocą mediów społecznościowych.
W historii formacji zdarzały się zatrzymania żołnierzy podejrzewanych o współpracę z obcym wywiadem lub wynoszenie dokumentów. Największym problemem jest jednak tzw. bezpieczeństwo informacyjne – amatorskie zdjęcia z poligonów czy radosne udostępnianie lokalizacji w aplikacjach treningowych, co pozwalało obcym służbom na mapowanie dyslokacji jednostek.
Media wielokrotnie pisały o tym, że przez sito rekrutacyjne WOT prześlizgiwały się osoby o poglądach skrajnie prawicowych, neonazistowskich lub z przeszłością kryminalną. Służba Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) musiała wielokrotnie czyścić szeregi z osób, które mundur traktowały jako przykrywkę dla działalności ekstremistycznej.
Na Lubelszczyźnie zatrzymano żołnierza, który w mediach społecznościowych, pod fałszywym nazwiskiem, prowadził narrację jawnie wspierającą działania Kremla, a jednocześnie brał udział w szkoleniach z obsługi wyrzutni Javelin. SKW namierzyła go dzięki analizie powiązań w zamkniętych grupach na Telegramie. Niektórzy żołnierze traktowali WOT jako darmowy kurs bojowy dla swoich prywatnych, paramilitarnych organizacji, które miały niejasne źródła finansowania.
Najpoważniejszy przypadek (szeroko komentowany w 2025 roku) dotyczył żołnierza pełniącego funkcję w logistyce jednej z brygad na ścianie wschodniej. Osoba ta przekazywała informacje o transportach sprzętu zmierzającego na Ukrainę oraz o lokalizacji magazynów paliwowych WOT. 
Werbunek nie odbył się przez ideologię, ale przez długi hazardowe. Służby rosyjskie namierzyły żołnierza przez jego aktywność w internecie i zaoferowały mu "pomoc finansową" w zamian za zdjęcia dokumentów przewozowych. A WOT-owiec skorzystał.
Macierewiczowski bękart bez kontroli
Nie zapominajmy o korzeniach. WOT to twór Antoniego Macierewicza – projekt, który od początku pachniał fatalnie, bo miał być formacją podległą bezpośrednio ministrowi, z pominięciem generałów i Sztabu Generalnego. Mała, prywatna armia polityka. I choć minęły lata, a formacja przeszła dziesiątki reorganizacji, plany pełnego wcielenia WOT do struktur armii wciąż są pieśnią przyszłości.
Mamy więc w 2026 roku przedziwną sytuację: armia idzie w jedną stronę, a WOT w drugą. To formacja, która cierpi na kryzys tożsamości. Kiedy przychodzi powódź – noszą worki z piaskiem (i chwała im za to!). Ale jednocześnie szkoli się tam snajperów i specjalistów od dywersji. Czy to miały być oddziały lokalne broniące mojego bloku, czy elitarni komandosi na weekend? Próba zrobienia z WOT-u wszystkiego sprawia, że w rzeczywistości tracimy kontrolę nad tym, co tam się dzieje.
Przez lata oskarżano resort obrony o to, że WOT dostaje najnowocześniejszy sprzęt (np. gogle noktowizyjne, drony), podczas gdy zawodowe jednostki pancerne czy zmechanizowane operują na starym sprzęcie. Tworzyło to ogromne napięcia na linii zawodowcy – terytorialsi.
Z tym wyposażeniem bywało też jednocześnie śmieszno i straszno. Terytorialsi dostali np. pistolety Vis 100, ale ktoś zapomniał dać im do nich kabury. Kupowali więc chińskie albo nosili klamki za paskiem. Kupiono im świetne gogle noktowizyjne MU-3 "Kos", monokulary czy celowniki termowizyjne. Wiele z nich zostało uszkodzonych i trafiały na miesiące do naprawy. Dostawali też kiepskie mundury i buty, więc chodzili we własnych… 
Kiepsko było też z łącznością. Okazało się, że systemy łączności WOT nie zawsze "gadały" z systemami wojsk operacyjnych (np. starszymi modelami Harris czy stacjonarnymi radiostacjami w pojazdach). W razie wspólnych ćwiczeń dochodziło do absurdów, gdzie dowódca WOT musiał mieć dwa radia albo... dzwonić do kolegi z armii zawodowej przez komórkę (Signal/WhatsApp), bo szyfrowana łączność wojskowa odmawiała posłuszeństwa na styku dwóch różnych formacji.
Terytorialsi dostali też mnóstwo świetnych dronów, ale wiele z nich zostało w skrzyniach, bo raz że brakowało operatorów z odpowiednimi uprawnieniami, a dwa – spora część została zniszczona podczas ćwiczeń. Owszem, sprzęt się czasem niszczy, ale tu okazało się, że bez setek godzin na symulatorach, drogi sprzęt szybko kończy jako sterta kompozytu i elektroniki.
Finansowi turyści i pokonywanie systemu
I na koniec najbardziej gorzki aspekt: motywacja finansowa. Jechałem ostatnio pociągiem obok "pani żołnierz" z WOT. Przez godzinę głośno dyskutowała przez telefon nie o taktyce, nie o patriotyzmie, ale o tym, ile można wyciągnąć z wojska, jak najlepiej "wychorować" dodatki i jak oszukać system, żeby zarobić, a się nie narobić.
Oczywiście, tacy ludzie trafiają się wszędzie, także w regularnej armii. Ale w formacji ochotniczej, która ma być oparta na etosie, takie podejście jest jak rak. Państwo daje szpiegowi czy oportuniście grzmiącego kija, płaci za jego szkolenie i daje dostęp do informacji, a potem dziwi się, że ktoś to wykorzystuje przeciwko nam.
WOT. Czas przeciąć ten węzeł
Ile jeszcze szpiegów musimy wyłapać, żeby ktoś wreszcie zrozumiał, że WOT musi zostać w pełni wcielony do struktur armii zawodowej, poddany bezwzględnej weryfikacji SKW i pozbawiony politycznego parasola?
W 2026 roku nie stać nas na luksus posiadania "amatorskiej" armii, która jest dziurawa jak ser szwajcarski. Patriotyzm to nie tylko mundur na weekend – to przede wszystkim odpowiedzialność. A tej na szczytach dowodzenia WOT-em wciąż dramatycznie brakuje.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/68b978346cc53b2e641eb6a3d004c6b3,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/68b978346cc53b2e641eb6a3d004c6b3,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Sypialnia dla szpiegów czy armia na weekend? Czas przestać pudrować obraz WOT</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224392,prezydent-opola-polski-lad-zdruzgotal-miejskie-finanse-inwestujemy-biorac-kredyty</guid><link>https://innpoland.pl/224392,prezydent-opola-polski-lad-zdruzgotal-miejskie-finanse-inwestujemy-biorac-kredyty</link><pubDate>Sat, 25 Apr 2026 12:00:01 +0200</pubDate><title>Prezydent Opola: Polski Ład zdruzgotał miejskie finanse. Inwestujemy, biorąc kredyty</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/7a49e8613f2f5db03f9b48a5580a534b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Prezydent Opola, najmniejszego miasta wojewódzkiego w Polsce, nie boi się kontrowersji. Od pierwszych szeregów Platformy Obywatelskiej, przez poparcie Patryka Jakiego, po budowanie Nowej Polski – jego polityczna droga jest stale weryfikowana przez wyborców i przeciwników. – Ja jestem cały czas w tym samym punkcie. To świat i Polska się zmieniają – mówi InnPoland Arkadiusz Wiśniewski, prezydent Opola

Agnieszka Porowska: Opole jest najmniejszym miastem wojewódzkim i stolicą najmniejszego województwa w Polsce. To pomaga czy szkodzi?
Arkadiusz Wiśniewski: Zaletą jest to, że wszyscy jesteśmy na miejscu – władze województwa i miasta. To sprzyja zrozumieniu celów i pomaga w bezpośrednim zarządzaniu. Świadomość tego, że jesteśmy najmniejsi, zmusza nas, abyśmy bardziej się starali.
Z tym pana byciem na miejscu może być problem. Zaangażował się pan przecież w budowanie nowej siły politycznej – Nowej Polski, co może sprawiać, że częściej będzie pan w Warszawie niż w ratuszu. Czy wchodzenie w projekty, ogólnopolskie nie jest złamaniem umowy z wyborcami?
W sprawy ogólnopolskie angażuję się od 2017 roku. Już kiedy Rafał Trzaskowski kandydował na prezydenta po raz pierwszy, wspólnie tworzyliśmy Komitet Stowarzyszenie Wspólna Polska. Doświadczenie samorządowe od lat przekładam na szerszą aktywność w kraju. A doświadczenia z kraju pomagają mi w Opolu w sprawowaniu mandatu. Te dwie drogi nie tylko się nie wykluczają, a wspierają. 
W związku z tym, że nie robię tego od dzisiaj – mieszkańcy mieli już okazję podsumować to w głosowaniu. W każdych kolejnych wyborach miałem więcej, a w ostatnich prawie 75 proc. poparcia. Natomiast nie ma co ukrywać: przy dwukadencyjności moja rola w Opolu powoli się kończy.
Zaczynał pan w PO, później wygrał wybory przy wsparciu środowiska Patryka Jakiego. Dziś działa pan w jeszcze innym układzie politycznym. Czy Opolanie nadążają za tymi zmianami?
Jestem cały czas w tym samym punkcie. To świat i Polska się zmieniają. Patryk Jaki popierał mnie w 2014 roku wraz z całą moją historią, czyli z tym, że byłem jednym z pierwszych członków Platformy Obywatelskiej w Opolu. Wtedy mieliśmy szeroki samorządowy komitet. 
Jego członkiem był między innymi Witold Zembaczyński, obecnie poseł Koalicji Obywatelskiej. Jak pani teraz na to patrzy, to rzeczywiście trudno sobie wyobrazić Patryka Jakiego i, Witolda Zembaczyńskiego po jednej stronie politycznej. 
Dziś byłoby to niemożliwe, ale wtedy w Polsce nie wzbudzało to wielkich wątpliwości. Osoby, które popierają to co robię przychodzą i odchodzą, a ja konsekwentnie idę swoją drogą. Ale trzeba przyznać, że jest to droga po zdecydowanie drugiej stronie barykady niż Patryka Jakiego.
W sieci pełno jest wpisów, że kupił pan sobie mieszkanie w TBS-ach, które z założenia powstają z myślą o osobach o niższych dochodach. Jak pan to skomentuje?
Padła pani ofiarą manipulacji właśnie wspomnianego Patryka Jakiego. Te treści były podawane przez media sprzyjające PiS-owi i Solidarnej Polsce. Wzięli mnie na celownik z zemsty. Było to rykoszet działań, które podjęliśmy, by wyjaśnić sytuację, w którą był zamieszany ojciec posła Jakiego. 
Pracownicy pewnej spółki oskarżali go o mobbing i inne zachowania, które nie powinny mieć miejsca. Zaczęliśmy badać sprawę. Szybko okazało się, że za to zapłacę, bo lokalne media były zdominowane przez ludzi PiS-u.
To jak to było z tym mieszkaniem, panie prezydencie?
Owszem, skorzystałem z oferty miejskiej spółki, która wybudowała mieszkania, ale nie w formule TBS-u, czyli bez żadnych dopłat. Kupiłem nieruchomość jak każdy klient. Wszystko na zasadach komercyjnych, tak jak budują deweloperzy. 
Każdy, kto chciał, mógł skorzystać z tej oferty bez żadnych ograniczeń, po prostu płacąc za mieszkanie. W tych manipulacjach podnoszono, że sięgnąłem po coś, co mi się nie należało. Nie zrobiłem tego.
To w związku z tą sprawą ścigała pana prokuratura?
Tak, przez dwa lata ścigała mnie prokuratura w Świdnicy. Ta sama, która wcześniej ścigała mnie za to, że wyrzuciłem Jacka Kurskiego z amfiteatru, bo cenzurował artystów i nie chciał wpuszczać na festiwal tych, którzy mieli "niesłuszne" poglądy polityczne. To było pokłosie walki z PiS-em. Tej afery po prostu nigdy nie było.
Festiwal Opolski to nadal marka, czy już obciążenie? Pojawiają się głosy, że ta jedna noc przykrywa fakt, że miasto ma problem z budowaniem swojej atrakcyjności na co dzień.
Akurat kilka dni temu wspólnie z wydawnictwem Pascal i firmą Itaka prezentowaliśmy przewodnik po Opolu i po całym województwie, który jest odpowiedzią na to, co można robić w mieście i w jego okolicach. A festiwal to wciąż marka. Niewiele miast – poza metropoliami – ma większy wyróżnik, który w Polsce kojarzyłby się tak jednoznacznie dobrze. Opole go posiada, więc nie mamy prawa nie być dumni. Festiwal na przestrzeni lat zbudował nam w mieście cudowną historię i atmosferę. 
Poza tym tę atmosferę wciąż budują zabytki. Opole to średniowieczne miasto z ponad tysiącletnią historią. Są tu kościoły z grobami Piastów Śląskich, na przykład Katedra, która ma ponad tysiąc lat historii i relikwie Krzyża Świętego. 
Pierwsza fala zainteresowania turystycznego to zawsze wielkie miasta, my jesteśmy tą drugą i do nas warto przyjechać na dwa dni. Zapraszam na Wieżę Piastowską czy do instytucji kultury, takich jak teatr dramatyczny, lalkowy czy filharmonia. Oczywiście naszą chlubą jest też ZOO.
Prawie 30 lat minęło, a o opolskim zoo wciąż krążą dramatyczne historie, związane z jego zalaniem podczas powodzi tysiąclecia w 1997. W pamięci wciąż mam lwicę, która rzekomo cały dzień utrzymywała łeb w 20-centymetrowej przestrzeni między wodą a sufitem klatki, ale ostatecznie nie udało jej się uratować.
Wokół śmierci zwierząt narosło wiele różnych, mniej lub bardziej prawdziwych, historii. Ale faktem jest, że miasto poniosło ogromne straty, a temat cały czas żyje. W środku miasta mamy dużą wyspę na rzece z wielkim parkiem ze starodrzewiem i tam właśnie znajduje się nasze zoo – jedno z najpiękniejszych w Polsce. 
Ta jego unikatowość stała się impulsem, aby odbudować je jeszcze piękniejsze, z dużymi wybiegami i otwartymi klatkami. Jedną z pierwszych obaw w 2024 roku, kiedy południe Polski znów znalazło się pod wodą, było to, czy konieczna będzie ewakuacja zoo. Dla wielu mieszańców byłby to wyraźny sygnał, że sytuacja robi się poważna. Na szczęście do tego nie doszło. W tej chwili jesteśmy już lepiej zabezpieczeni, ale cały czas myślimy o tym, co jeszcze można zrobić.
Na ile miasto samo kontroluje swoje bezpieczeństwo przeciwpowodziowe, a na ile jest zależne od decyzji instytucji państwowych?
Opole wraz z Wodami Polskimi w ostatnich latach realizowało dużą inwestycję, czyli budowę specjalnego polderu, gdzie woda rozlewa się w sposób kontrolowany, tak żeby obniżyć wysokość fali. Wspólnie zrealizowaliśmy pierwszy etap inwestycji, teraz wkraczamy w drugi. Miasto działa aktywnie. Wody Polskie również. 
Natomiast najważniejszą inwestycją w tym zakresie w ostatnim czasie był Racibórz. To on zdecydował o tym, że dwa lata temu, gdy zalewało po raz kolejny Głuchołazy czy Nysę –  Opole się obroniło.
Opole dysponuje teraz rekordowym budżetem, który dobrze wygląda w nagłówkach, ale –  realnie na ile mieszkańcy odczują tę skalę w życiu codziennym?
Najważniejsze jest to, na co my te pieniądze wydajemy, bo mamy ograniczone możliwości inwestycyjne. Inwestujemy, biorąc kredyty, sięgając po fundusze unijne, bądź korzystając z niewielkiej nadwyżki budżetowej. Mówię "niewielkiej", bo za czasów rządu PiS-u Polski Ład zdruzgotał nam miejskie finanse, więc ta nadwyżka była naprawdę mała. Sięgamy po środki zewnętrzne i po kredytowanie. 
Budujemy żłobki, przedszkola, modernizujemy drogi, budujemy ścieżki rowerowe, uzbrajamy tereny inwestycyjne w strefie ekonomicznej, tworzymy parki, tereny zielone, rewitalizujemy miasto i otaczamy opieką seniorów.
Słowa jak laurki. Konkretnie: jaka inwestycja jest pewniakiem, który da miastu nowe miejsca pracy i będzie motorem napędowym Opola?
Mamy konkrety: co roku prosimy niezależną agencję o rating i on już kilkukrotnie wzrósł, pokazując bezpieczeństwo zadłużenia miasta i rozsądność naszej gospodarki finansowej. Co do inwestycji – wypełniliśmy strefę ekonomiczną przy ulicy Północnej. To obszar, który w latach 2010–2012 był przygotowywany pod inwestycje. 
Powstało tam kilka tysięcy miejsc pracy. Są to raczej mniejsze niż wielkie zakłady, co jest dobrą stroną tego, co się w Opolu dzieje, bo mamy tu zdywersyfikowaną strukturę gospodarczą miasta. Jak znalazł na czasy kryzysu.
Natomiast w tej chwili uzbrajamy drugą strefę – we Wrzoskach. Tam też z pieniędzy pozyskanych z zewnątrz, z KPO realizujemy inwestycje w postaci przebudowy dróg i doprowadzenia mediów.
Jedną z dużych inwestycji zapowiedziała już koreańska firma Kumho, która ma utworzyć co najmniej 400 miejsc pracy i zainwestować 2,5 miliarda złotych. Ważne są jednak dla nas nie tylko miejsca pracy, ale też jakość życia w mieście. Mierzymy się z depopulacją i musimy dać ludziom poczucie, że warto mieszkać w Opolu – zachęcić ich mieszkaniami, zarobkami, dobrą oświatą, dostępną opieką zdrowotną i ciekawymi sposobami spędzania czasu wolnego.
1 kwietnia na Facebooku żartował pan, że zaniedbane Jeziora Turawskie będą niedługo "petardą" dla rozwoju aglomeracji. A na poważnie: czy i kiedy można się tego spodziewać?
Mam głęboką nadzieję, że Jeziora Turawskie jeszcze kiedyś odzyskają dawną świetność. Za PRL-u były magnesem, który przyciągał nie tylko Opolan, ale wiele osób z Górnego Śląska. Niestety, to nie jest takie proste. Zaniedbanie akwenów wynika z tego, że są to przede wszystkim obiekty, które służą rozwiązaniom przeciwpowodziowym. W związku z tym, że są to płytkie jeziora – łatwo pojawiają się tam sinice. 
To sprawia, że ich turystyczne użytkowanie jest trudne. W okolicy są lasy i trakty piesze, więc w dalszej perspektywie warto byłoby zadbać o to, żeby sinice zniknęły, a w ich miejsce mogły się kiedyś pojawić kąpieliska i żaglówki.
Parę razy podnoszono pomysł rewitalizacji tych terenów, ale zawsze kończyło się to stwierdzeniem, że koszty są zbyt duże, więc na razie tego nie róbmy. Akweny są pod opieką Wód Polskich i to one decydują o przeznaczeniu jezior. Tak naprawdę na razie nic mi nie wiadomo, aby w najbliższym czasie miało się tam coś zadziać.
Dalsza część tekstu poniżej.
Skoro nie popływamy, to może pochodzimy. Aktywiści z Opolskiego Alarmu Smogowego zapraszają pana na spacer po centrum w godzinach szczytu. Doradzają nawet, by w ramach eksperymentu przesiadł się pan na wózek inwalidzki, żeby lepiej poczuć skalę problemu. Czy skorzysta Pan z tego zaproszenia?
Patrząc przez pryzmat standardów innych, podobnych miast, uważam, że pod względem dostępności Opole mimo wszystko jest miastem wyjątkowym. Jednym z pierwszych działań mojej prezydentury było zorganizowanie windy w historycznym ratuszu z XVI wieku. Od tego zacząłem i konsekwentnie przez lata dostosowujemy miejską infrastrukturę do potrzeb osób z niepełnosprawnościami. 
Oczywiście nie wszystkim się dogodzi i nie każdy zawsze będzie zadowolony. Takie miejskie ruchy protestu muszą podkreślać, że coś jeszcze wymaga poprawy.
A nie wymaga?
Oczywiście są takie miejsca w Opolu, które wymagają remontów i usprawnienia. Mam ich całą listę, konsekwentnie robię swoje i z uwagą wsłuchuję się w krytyczne głosy.
Czyżby? Niektórzy rozszerzenie granic administracyjnych miasta w 2017 nazywają wręcz "nieludzkim poszerzeniem" i uważają, że mieszkańcy podopolskich miejscowości zostali wzięci siłą, a miasto miało za nic opór społeczny.
Była to konieczność, która wymagała sporej odwagi, bo kolokwialnie mówiąc powieszono na mnie wtedy mnóstwo psów. Ale w sytuacji, w której znajdowało się wtedy Opole, a teraz znajduje się coraz więcej miast, bo prawie cała Polska mierzy się dzisiaj z depopulacją – nie było na co czekać.
O temacie dyskutowaliśmy szeroko w prasie i na konferencjach naukowych. Szukaliśmy specjalnych rozwiązań dla najmniejszego regionu i najmniejszego wojewódzkiego miasta, gdzie migracje były wtedy bardzo duże. Padł na nas strach, czy dalej będziemy województwem. Czy te szkoły i przedszkola będzie dla kogo budować i kto je utrzyma? W końcu poszerzyliśmy granice w sposób racjonalny, dodając siły miastu, a korzystają z tego przecież wszyscy – obiekty w Opolu są dostępne dla każdego.
Jakie w takim razie korzyści widzą dziś mieszkańcy terenów przyłączonych do Opola?
Skoczyły ceny ich nieruchomości. Rozbudowała się infrastruktura, która w małych miejscowościach często była słaba. Przykładem są sale gimnastyczne, które budowaliśmy przy szkołach i modernizacje tych szkół. 
Powstały remizy strażackie, tzw. świetlice lokalne. Pojawiły się autobusy miejskie. Utworzyliśmy rady dzielnic – teraz jest ich 13. Każdy z tych terenów ma tożsamość swoich reprezentantów, którzy dzisiaj rozmawiają ze mną o tym, co zrobić, żeby było lepiej.
To skąd ten opór?
Chyba wynikał z tego, że mieszkańcy bali się, że ktoś im coś odbierze. Tymczasem okazało się, że nikt im nic nie odbiera, a raczej daje. Najlepszym potwierdzeniem tego, że zrobiłem dobrze jest fakt, że gdy już w 2018 roku mieszkańcy mieli okazję głosować w wyborach samorządowych, znów wybrali mnie. Okazało się, że zdecydowanie wygrałem –  również w tych okręgach przyłączonych. To pokazuje, że nie trzeba bać się zmian.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/7a49e8613f2f5db03f9b48a5580a534b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/7a49e8613f2f5db03f9b48a5580a534b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Arkadiusz Wiśniewski o kulisach rządzenia Opolem. Afera mieszkaniowa, cenzura w amfiteatrze i zemsta Jakiego</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224452,gdynia-ma-17-pomyslow-na-to-jak-pozbyc-sie-dzikow-nie-nie-chce-do-nich-strzelac</guid><link>https://innpoland.pl/224452,gdynia-ma-17-pomyslow-na-to-jak-pozbyc-sie-dzikow-nie-nie-chce-do-nich-strzelac</link><pubDate>Fri, 24 Apr 2026 19:01:01 +0200</pubDate><title>Gdynia ma 17 pomysłów na to, jak pozbyć się dzików. Nie, nie chce do nich strzelać</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/7d7faec830fdffb743cc8d60779a16d0,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Gdynia, kojarzona jako stolica polskich dzików, po kilkunastu miesiącach intensywnych prac przygotowała plan jak pozbyć się tych zwierząt z ulic, podwórek i plaż. Nie zakłada on odstrzału – ten ma być stosowany w ostateczności. Gdyński plan to 17 punktów zakładających humanitarne ograniczenie populacji dzików i zniechęcenie ich do wychodzenia poza trójmiejskie lasy.

Dziki problem Gdyni
Każdy z was zapewne widział choć raz sceny nagrane na którejś z gdyńskich plaż, gdy locha z warchlakami wbiega na piasek i sunie spłoszona gdzieś pomiędzy parawanami. To, co stawało się szybko internetowym wiralem, dla Gdyni przez lata stawało się coraz większym problemem. 
Dziki bowiem regularnie wywracały śmietniki, wbiegały pod koła samochodów, bywało też, że zachowywały się agresywnie wobec ludzi. Bo choć dzik sam w sobie nie jest zwierzęciem wrogo nastawionym do człowieka, to samica czując jakieś zagrożenie wobec swoich małych jest zdolna do wszystkiego. 
W Gdyni w ciągu ostatniej dekady odnotowano około 15 tysięcy zgłoszeń dotyczących dzików przekraczających granice lasu i wchodzących do miasta. Co istotne, tylko 20 proc. z nich dotyczyło sytuacji problemowych. Nie zmienia to faktu, że część mieszkańców czuła dyskomfort i zagrożenie, więc sprawą trzeba było zająć się wreszcie na poważnie.
Dlatego w strukturach gdyńskiego ratusza w 2024 roku powstał 24-osobowy zespół, złożony z ekspertów z różnych dziedzin oraz mieszkańców, który miał za zadanie wypracowań plan skutecznego "przeprowadzenia" dzików z Gdyni tam, gdzie ich miejsce: do trójmiejskich lasów. Efekt to 200-stronicowy raport, którego kluczowym elementem jest siedemnaście rekomendacji. Mają one być wdrażane jak najszybciej, choć część z nich wymaga od samorządu poczynienia konkretnych inwestycji. 
Gdynia organizuje dzikom powrót do lasu. Po pierwsze: infrastruktura
Kluczowym sposobem na zatrzymanie napływu dzików do Gdyni ma być zabranie im dostępu do odpadów komunalnych. Otwarte pojemniki na śmieci od zawsze przyciągają te zwierzęta do ośrodków ludzkich. Gdynia chce, jako pierwszy samorząd w Polsce, kompleksowo wyposażyć się w kosze nowej generacji. 
Mają być odpowiednio osłonięte, tak, żeby nie było możliwości wetknięcia tam nosa (w tym przypadku bardziej na miejscu byłoby powiedzieć: ryja). Dotyczy to zarówno przyosiedlowych pojemników pod wiatami śmietnikowymi, jak i publicznych koszów na śmieci. 
To nie wszystko. Dziki często podbierają jedzenie... wolno żyjącym kotom. W miastach pełno jest miejsc, w których ludzie chcą dokarmiać czworonogi. Problem w tym, że mruczki czasami muszą obejść się smakiem, bo na miejscu zastają dziczą rodzinę konsumującą ich lunch. Gdynia zobowiązuje się do tego, żeby przemeblować miejsca służące dokarmianiu kotów tak, by tylko one mogły dostać się do jedzenia.
Kolejna rekomendacja dotyczy odpowiedniego grodzenia miejsc, do których dziki lubią zajrzeć, takich jak place zabaw, tereny przedszkoli, wybiegi dla psów. A tereny zielone mają być projektowane tak, by zarówno rosnące w ich obrębie rośliny, jak i gleba, nie należały do tradycyjnego jadłospisu dzika. Przykładem jest lawenda, na którą to zwierzę nigdy się nie połasi. Podobną funkcję pełnić mogą hiacynty czy szałwie.
Po drugie: edukacja
Bez odpowiedniego wyedukowania społeczeństwa żadna walka z dzikami nie ma sensu. Gdynia chce przeprowadzić, nie po raz pierwszy zresztą, intensywną kampanię przeciwko dokarmianiu dzikich zwierząt. Zarówno temu świadomemu, jak i przypadkowemu, a to drugie dzieje się wtedy, kiedy ktoś zostawia w łatwo dostępnym miejscu resztki jedzenia, na które dziki chętnie się połaszą. 
Do tego rekomendacje mówią o tym, żeby przeprowadzić poważną kampanię informacyjną wśród właścicieli i dzierżawców nieruchomości dotyczącą odpowiedniego grodzenia i zabezpieczania terenów na terenie miasta. Bez ich udziału walka z dzikami będzie bowiem walką z wiatrakami. 
Ma temu służyć powołanie miejskiego rzecznika do spraw zwierząt, który będzie koordynować akcję na terenie Gdyni. Nie obędzie się też bez współpracy z innymi samorządami borykającymi się z tym samym problemem, bo to samo, choć może na nieco mniejszą skalę, dzieje się choćby w Warszawie, Olsztynie czy Gdańsku. 
Po trzecie: nowatorskie metody
Dr inż. Robert Skrzypczyński z Politechniki Gdańskiej, który koordynował prace gdyńskiego zespołu, w swoich rekomendacjach zawarł też sugestię dotyczącą aktywnej współpracy z jednostkami badawczymi. Na konferencji prasowej wyjaśnił o co dokładnie chodzi. Otóż istnieje możliwość podawania dzikom środków antykoncepcyjnych w pożywieniu. Problem w tym, że takie środki nie są obecnie dostępne na rynku. 
Takie rozwiązanie stosuje już Barcelona, która w ten sposób próbuje zredukować populację dzików. W Gdyni działają na co dzień naukowcy pracujący w taki sam sposób nad redukcją populacji szczurów: właśnie poprzez podawanie im środków antykoncepcyjnych. Więc droga do podobnego rozwiązania w przypadku dzików jest otwarta.
Odstrzał to ostateczność
Gdynia liczy na to, że w związku z tym, iż jej plan działania był wypracowywany przez szerokie grono ekspertów, którzy w ciągu 1,5 roku spotykali się ze sobą kilkunastokrotnie, to ich plan się sprawdzi i będzie stosowany w innych polskich miastach. Autorzy raportu i zaleceń są przekonani, że wdrożenie tych metod okaże się skuteczniejsze niż odstrzał dzików, który traktują jako absolutną ostateczność, choć jednocześnie nie wykluczają jego zastosowania w wyjątkowych sytuacjach. 
Rzeczywistość jest jednak taka, że w 2026 roku dzików w Gdyni jest najmniej od lat. Powodem jest ASF, który dziesiątkuje stada tych zwierząt nie tylko na Pomorzu, ale i w całej Polsce. Populacja dzików z pewnością za kilka lat się odrodzi, dobrze więc żeby do tego czasu na ulicach, chodnikach i podwórkach Gdyni funkcjonowała już chociaż część z planowanych rozwiązań. Dziki są w naszym ekosystemie potrzebne, ale niekoniecznie jako plażowicze, spacerowicze albo smakosze na gapę.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/7d7faec830fdffb743cc8d60779a16d0,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/7d7faec830fdffb743cc8d60779a16d0,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Gdynia ma 17 pomysłów na to, jak pozbyć się dzików. Nie, nie ma wśród nich strzelania</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/223819,szanuj-szefa-swego-mozesz-miec-dziwniejszego-az-trudno-uwierzyc-jak-motywuja-pracownikow</guid><link>https://innpoland.pl/223819,szanuj-szefa-swego-mozesz-miec-dziwniejszego-az-trudno-uwierzyc-jak-motywuja-pracownikow</link><pubDate>Fri, 24 Apr 2026 06:50:29 +0200</pubDate><title>Dziwni szefowie. Aż trudno uwierzyć, jak kontrolują i motywują pracowników</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/1ce029d479c3446c671884198f963347,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Współczesny rynek pracy coraz częściej przypomina pole bitwy, na którym walka toczy się nie o prawdziwą produktywność, lecz o nieustające jej pokazywanie. – Pracujesz i jednocześnie musisz udowadniać, że pracujesz, a to zabiera czas i siły na prawdziwą pracę – mówi InnPoland pani Marta. Granica między zarządzaniem a obsesyjną kontrolą już dawno się zatarła. Szefowie próbują motywować pracowników do wzmożonej produktywności na bardzo osobliwe sposoby.  – Najdziwniejsze, co mi się przytrafiło, to warsztat z oddychania zamiast podwyżki – wspomina rozmówczyni InnPoland.

Cyfrowy nadzór to nowa twarz kontroli nad pracownikami na polskim rynku pracy. "Kreatywność" niektórych przełożonych nie ma granic: ani zdrowego rozsądku, ani dobrego smaku. Wszystko po to, by pracownik cały czas pokazywał, że pracuje. Efekt? Prawdziwa praca leży odłogiem, bo trzeba co chwilę raportować "górze" co się robi.

Wielu moich dojrzałych rozmówców z lekkim rozrzewnieniem, ale i nutką ironii wspomina swoje pierwsze doświadczenia pracownicze. Jeszcze w latach 90., a nawet kilkanaście lat temu, kontrola pracy oznaczała głównie wpisanie się na listę obecności i sporadyczne spojrzenie przełożonego. Teraz miejsce pracy nierzadko zmienia się w miejsce zawodowej inwigilacji.
Kontrola w pracy. Cyfrowy nadzór zamiast zaufania
Dziś kontrola pracy coraz częściej przypomina system nadzoru rodem z dystopii – z tą różnicą, że zamiast państwa kontroluje nas… dział HR. Podejrzliwość kadr nie bierze się jednak z niczego.
– Jako młoda dziewczyna w latach 90. zatrudniłam się w dziale dystrybucji urzędu pocztowego. Od rana paliło się, jadło i plotkowało przy biurkach. Po 12.00 ci bardziej zaawansowani stażem wyciągali pochowane w szufladach buteleczki, częstowali młodszych i próbowali się tak "przekulać" do 15.00. Teraz wydaje się to niepojęte i sama nie wiem jak to wszystko działało. Dziś, gdy moja córka na trzy minuty odejdzie od komputera, to już świeci się na czerwono, system określa ją jako "bezproduktywną", a zwierzchnicy dzwonią z pytaniem, czy coś się stało i gdzie jest – opowiada pani Joanna.
I dodaje: – Z tym, że to "czy coś się stało", raczej nie wynika z prawdziwej troski. To bardziej taki przytyk, że za dużo czasu spędziła w łazience i za długo je. Biorąc pod uwagę to, jak się kiedyś pracowało, przeszliśmy z jednej skrajności w drugą skrajność.
Granica między zarządzaniem, a obsesją kontroli zaczyna się zacierać. A historie, które pojawiają się w polskim rynku pracy, pokazują, że kreatywność pracodawców w "motywowaniu" pracowników potrafi być naprawdę imponująca.
Ostatnio na jednej z internetowych grup, gdzie ludzie wymieniają się doświadczeniami z firmy, pojawił się post, że dziewczyna pracująca jako kelnerka dostaje dniówkę tylko wtedy, gdy przekona kilku klientów restauracji do wystawienia jej opinii za obsługę.
Post sprowokował dziesiątki komentarzy i porad.  
"Nie daj się wykorzystywać. Pracodawca płaci ci za wykonaną pracę, a nie nagabywanie gości", pisze ktoś. "Już samo podchodzenie do klientów z tymi modnymi teraz pytaniami (...) jest mocno deprymujące. Tu idziemy jeszcze dalej. Na miejscu klienta poczułabym się osaczona i już nigdy tego miejsca nie odwiedziła. Uciekaj stamtąd, sezon w gastro dopiero się rozkręca. Znajdziesz coś mniej szarpiącego twoją godność" – kibicują internauci.
Szef każe, pracownik musi, jeśli nie chce stracić pracy
Krótka wiadomość na facebookowym forum skłoniła mnie do wspomnień i dociekań: o co może nas prosić pracodawca? Jak bardzo może ingerować w to, w jaki sposób wykonujemy zadania? I kogo według dzisiejszych standardów moglibyśmy nazwać Januszem Biznesu?
Gdy zadałam to pytanie publicznie, worek z opowieściami o nadużyciach zdawał się nie mieć dna. Większość moich rozmówców zastrzega jednak, że w znoszenie dziwnych zachowań szefa oraz niegodnych warunków pracy i płacy dali się wrobić w pierwszych latach swojej aktywności zawodowej. Teraz, po latach doświadczeń, twierdzą, że już by na to nie pozwolili.
Rzeczywistość pokazuje jednak, że ofiarami kontroli, która "weszła za mocno" codziennie są setki ludzi. Wielu z nas wciąż daje się zwieść pięknym słówkom, choć wypłaty są niepiękne lub wręcz mikroskopijne. Wciąż godzimy się też na łamanie prawa pracy czy prawa jako takiego.
Kreatywny wyzysk. Wieczne testy i upokarzające warunki
Pamiętam jak sama, zaczynając moją przygodę z copywritingiem, napisałam pewnemu przedsiębiorcy bez umowy i "w ramach testów" opisy około dziesięciu produktów na stronę sklepu internetowego. Po tym kontakt się oczywiście urwał, a kilka tygodni później znalazłam swoje teksty na jego stronie internetowej. Trzy darmowe dni spędziłam też w żłobku – pomagając w przewijaniu dzieci i sprzątaniu. Potem wydało się, że na niekończące się testy do tej konkretnej placówki chodziła co piąta młoda matka z mojego osiedla. 
Po kilku dniach każda z nich okazywała się "nieodpowiednia" i była wymieniana na kolejną. Darmowa siła robocza do poznańskiej placówki płynęła z górczyńskiego osiedla, gdzie mieszkałam, a umowy ani widu, ani słychu. Dla żadnej z nas. Skąd to wiem? Dzięki sile plotek z piaskownicy, gdzie poznałam moje rywalki, które też walczyły o tę posadę.
Jak można się spodziewać to wielu młodym osobom z mojego środowiska przytrafiły się podobne historie.
Michalina: – Jako studentka zatrudniłam się w Kolporterze w centrum handlowym. Gazety, napoje, totolotek... Po trzech dniach dziesięciogodzinnej pracy wiedziałam, że praca z pieniędzmi, z kasą i fakturami nie jest dla mnie. 
Gdy kobieta oznajmiła, że chce się wycofać, szefowa miała położyć przed oczami zwalniającej się odliczone kupki bilonu. Trzy małe kopczyki o wartości 10 zł każdy.
– Przesuwała je do mnie po kolei wyliczając: to za poniedziałek, to za wtorek, to za środę. Trochę mnie zatkało, bo złotówka za godzinę to było śmiesznie mało nawet 20 lat temu. I bardzo tego paraliżu żałuję, bo w tym czasie na salę wpadł mąż szefowej i kładąc rękę na pieniądzach wykrzyknął: "To nie była praca, to była nauka!". Wyszłam stamtąd szybciej, niż zarejestrował to mój mózg. Nie pamiętam nawet, za co kupiłam bilet do domu – wspomina kobieta.
Szef każe, pracownik musi... się modlić
A co w sytuacji, gdy pracę już masz? Może być różnie. Bardzo różnie. Możesz na przykład dostać polecenie służbowe, by brać udział w obrzędach religijnych. A to, że jest to jaskrawie sprzeczne z Konstytucją RP, dziwnego szefa nie interesuje.
– Jadąc samochodem musiałam się modlić z szefami o powodzenie na konkursach i pokazach, w które byłam zaangażowana. I nie mówię tego w przenośni. Miałam bardzo religijnych zwierzchników, którzy w samochodzie kazali swoim tancerzom i instruktorom odmawiać różaniec. Nigdy nie byłam w bardziej krępującej sytuacji. Jedziesz busem na zawody, a ktoś ci każe klepać zdrowaśki – bulwersuje się pani Weronika, tancerka z województwa warmińsko-mazurskiego. 
Ciąg dalszy niestety nastąpił.
– Najgorzej, że nam po tych modłach nie raz i nie dwa nieźle poszło. Szefostwo miało "argument", że sukces to zasługi siły wyższej, a nie nasza pracy i talentów, więc powinniśmy dalej się modlić, a nawet od czasu do czasu spotkać się w kościele – opowiada rozmówczyni InnPoland. 
Kobieta zauważa, że w branży artystycznej przypisywanie sobie dobrych pomysłów podwładnych to codzienność. – Zgłaszasz jakąś ideę, pomysł. Z pasją opowiadasz, jak to widzisz na scenie. Szefostwo bardzo ci dziękuje, ale mówi, że nie ma na to zasobów lub że "to nie chwyci". Po czym widzisz, jak po pół roku wystawia twój pomysł jako swój, może tylko z lekką modyfikacją. To bardzo bolesne.
Pani Anna, kasjerka, jako bolesny wspomina dzień, gdy nagle na ścianie pokoju socjalnym sklepu, w którym pracuje, znalazła swoją fotografię z dyżuru na kasie: odbitkę z monitoringu. Na górze widniał rysunek czaszki z podpisem "postaraj się bardziej". Tuż obok wisiało zdjęcie innej koleżanki, na którym na różowo i w asyście grafiki pucharu widniało hasło "Tak trzymaj!".
Pani Anna:  – Uważam to za najbardziej żenujący dzień w życiu. Rozumiem dostać reprymendę, że coś się robi źle lub za wolno. Ale żeby kara miała być publiczna i miała ciążyć nad człowiekiem przez kilka tygodni, bo tyle tam te zdjęcia wisiały? To już pastwienie się, a nie dobre chęci i motywacja, żeby ktoś poprawił swoją wydajność. A tak mi to wtedy tłumaczono.
Co zyskali zwierzchnicy pani Anny stawianiem jej pod pręgierzem?  
 – Z racji tego, że ręce zaczęły mi się trząść bardziej, niż do tej pory, nie tylko nie stałam się szybsza, a może nawet zwolniłam. Ja po prostu w takim tempie kasuję towary. Nie potrafię przyspieszyć. Może po wszystkim stałam się bardziej pokorna, bo do tego momentu potrafiłam jeszcze odburknąć, gdy coś mi się nie podobało. Każdego idzie złamać, a w tym publiczne zawstydzeniu mnie nie chodziło tylko o kasowanie, a ogólne utemperowanie – ocenia kobieta.
Pracodawca, który liczy minuty w toalecie
Kontrowersje zawsze też budzą wszelkie pracownicze wyjścia na papierosa i do toalety. Słyszałam o przypadkach, gdy w drzwiach WC montowano urządzenia monitorujące, kto wchodzi do pomieszczenia.
 – W Polsce to mi się nie zdarzyło, ale w Niemczech na jednej hali produkcyjnej mieliśmy taki czytnik. Nikt o tym głośno nie mówił, ale krążyły plotki, że jak przebywasz w łazience do siedmiu minut dziennie, to mieścisz się w normie. Pamiętam, że moja przyjaciółka mająca zaburzenia miesiączkowania miała duży problem, żeby się w tym czasie zmieścić. Nikt jej nigdy uwagi nie zwrócił, ale zawsze kosztowało ją to dużo stresu. Tak nie powinno być – złości się kolejna rozmówczyni InnPoland, pani Marta.
Ze śmiechem wspomina za to oderwanie od realiów swojej majętnej, tym razem polskiej szefowej. Postanowiła ona motywować pracowników agencji marketingowej nie premią czy większą wypłatą, lecz... feng-shui i warsztatami psychologicznymi.
Dalsza część tekstu poniżej:
–  Wszyscy byliśmy ambitnymi, wiecznie zawalonymi pracą ludźmi z wyższym wykształceniem, a zarabialiśmy najniższą krajową. To budziło przygnębienie. Rozmowy z szefem kończyły się zawsze: "nie mam z czego wam dołożyć". Pewnego dnia wpadła do nas opalona, bo wiecznie gdzieś podróżująca szefowa z pieskiem na ręku i w puchatych kapciach. Zaczęła nas gonić, byśmy pomogli jej w przesuwaniu mebli – opowiada Marta.
Szybko stało się jasne, dlaczego przełożona robi przemeblowanie. I nie był to bynajmniej koniec tej zdumiewającej sytuacji.
– Mówiła, że czuje "złe przepływy" i w ten sposób "uzdrowimy atmosferę". Potem zapaliła kadzidełka i zaprosiła jakąś panią w turbanie, z którą na środku biura na klęczkach (i niektóre z nas w garsonkach) ćwiczyliśmy oddychanie. To była najbardziej kuriozalna sytuacja w moim życiu. Obraz brzuchatego pana Jurka pod krawatem klęczącego na firmowym dywanie zostanie ze mną na wieki – emocjonuje się moja rozmówczyni.
Pracowdawca montuje kamery w biurze i każe pisać raporty minuta po minucie
Jako kuriozalny pracownica agencji marketingowej ocenia też fakt, że gdy po roku szef dał w końcu wszystkim podwyżki – od razu stał się bardzo drobiazgowy i skrupulatny w ewidencjonowaniu czasu pracy. 
 – Kazał nam na bieżąco tworzyć raporty z tego, co w danym czasie robimy. Połowę czasu pracy zabierała nie praca, a wypisanie mu w tabelkach, że o 13.00 pisało się gdzieś maila, a o 13.10 tworzyło ofertę na film wideo. Pracujesz i jednocześnie musisz udowadniać, że pracujesz. To zabierało czas i siły na prawdziwą pracę. Szczęśliwie szybko się z tego pomysłu wycofał. Atrapy kamer, które zamontował nam przy biurkach też szybko wylądowały w koszu – podsumowuje marketerka. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/1ce029d479c3446c671884198f963347,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/1ce029d479c3446c671884198f963347,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jak szefowie motywują pracowników i jak ich kontrolują? Niektórzy na bardzo dziwne sposoby.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224422,trump-dzieli-sojusznikow-nato-polska-moze-skorzystac-choc-jest-duze-ale</guid><link>https://innpoland.pl/224422,trump-dzieli-sojusznikow-nato-polska-moze-skorzystac-choc-jest-duze-ale</link><pubDate>Thu, 23 Apr 2026 13:58:51 +0200</pubDate><title>Trump dzieli sojuszników NATO. Polska może skorzystać, choć jest duże &quot;ale&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/51a9047c4828257ee573526f55f2720d,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Z doniesień medialnych wynika, że Biały Dom miał podzielić sojuszników NATO na tych posłusznych i niepokornych. Okazuje się, że Polska znajduje się w tej pierwszej grupie. Jak nasz kraj może skorzystać na fochach prezydenta USA Donalda Trumpa i co to oznacza dla polskiej gospodarki?

Jeżeli wierzyć "Politico", władze USA dzielą już członków NATO na lepszych i gorszych. Sortowanie to reakcja na zachowanie poszczególnych krajów w obliczu ataku USA i Izraela na Iran. Okazuje się, że tym razem Polska może na podziale Zachodu zyskać. Przynajmniej chwilowo.
NATO, czyli sojusz obronny. USA dzieli kraje na te lepszego i gorszego sortu
Najpierw nieco historii. NATO (Sojusz Północnoatlantycki) powstało 4 kwietnia 1949 roku w Waszyngtonie. Była to odpowiedź państw zachodnich na rosnące napięcia po II wojnie światowej oraz zagrożenie ze strony Związku Radzieckiego.
Początkowo NATO liczyło 12 państw (m.in. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja i Kanada), a jego głównym fundamentem był artykuł 5 traktatu, który mówi, że atak na jedno państwo jest traktowany jako atak na wszystkie, zobowiązując sojuszników do pomocy zaatakowanemu.
W czasie zimnej wojny NATO było przeciwwagą dla Układu Warszawskiego. Jednak po jego upadku w 1991 roku nie zostało rozwiązane, wręcz przeciwnie: zaczęło się rozszerzać na Europę Środkowo-Wschodnią. Zabiegały o to same państwa regionu, które wolały się znaleźć w zachodniej strefie wpływów.
Polska dołączyła do NATO 12 marca 1999 roku. Razem z nami zrobiły to Czechy i Węgry. Moment ten nie był przypadkowy: dyplomacja regionu wykorzystała ówczesny kryzys w Rosji, która nie była wtedy w stanie przeciwstawić się rozszerzaniu Sojuszu na wschód. Będzie to miało spore konsekwencje. O tym jednak za chwilę.
NATO jest ważne, ale dlaczego? 
NATO to system win-win. Europie zapewnia bezpieczeństwo i stabilność, gdyż zniechęca potencjalnych agresorów. Jego istnienie sprawiło też, że kraje regionu mogły skoncentrować się na integracji politycznej, rozwoju gospodarczym i polityce socjalnej (swego czasu można było solidnie "ściąć" wydatki na wojsko). 
Nie było jednak tak, że dla Stanów Zjednoczonych, które posiadają najmocniejszą armię Sojuszu, NATO stanowiło tylko koszt, czy wręcz pewien rodzaj dobroczynności. Dzięki niemu USA utrzymały swoje wpływy w Europie i kontrolują regionalne szlaki handlowe. Do tego mogą wywierać na rządy swoich aliantów naciski, np. negocjować lepsze warunki dla swoich korporacji. 
Trump wchodzi i wszystko rozwala?
Nagle jednak w TEJ historii pojawia się prezydent Donald Trump, który ogłasza, że USA nie potrzebują NATO, mogą nawet je porzucić. Czy ktoś tu oszalał? Nie.
Po kolei jednak. Niedawno amerykański prezydent ogłosił, że jego kraj może wyjść z NATO. Do tego teraz, jak podało w tym tygodniu "Politico", jego ludzie przygotowali dwie listy: "pokornych" członków Sojuszu i tych bardziej niezależnych. W gronie tych pierwszych mają być Polacy i Rumuni, drugim: m.in. Hiszpanie, Brytyjczycy i Francuzi.
Biały Dom dokonał podziału wedle prostego kryterium: które kraje wsparły Waszyngton w czasie ataku na Iran. Przykładowo, "pokorna" Rumunia udostępniła Amerykanom port lotniczy Mihail Kogălniceanu. Z kolei "niepokorna" Hiszpania zachowała się zgoła inaczej: zamknęła swoją przestrzeń powietrzną dla zmierzających do Iranu amerykańskich samolotów.
Jakie kary mogą spotkać tych niepokornych członków NATO? Zapewne nieszczególnie duże, ale właśnie powstała szansa dla Polski: USA mogą relokować swoje wojska w regionie i zwiększyć swoją obecność w naszym kraju. Oczywiście kosztem "buntowników".
Na to nałożyć mogą się inne korzyści: technologiczne, czyli dostęp do nowoczesnego sprzętu i technologii wojskowej. Polska mogłaby również stać się kluczowym partnerem USA w Europie Środkowo-Wschodniej. W skrajnym przypadku powrócić może koncepcja budowania Międzymorza, czyli związku państw Europy Środkowo-Wschodniej, który ściśle współpracowałby z Amerykanami i stanowił silną, "prawą" flankę NATO.
W co gra Trump sortując członków NATO?
Ogólnie jednak dzielenie NATO nie jest w interesie Polski, gdyż może zostać wykorzystane przez Rosję, która dołączenie swoich byłych satelitów do Sojuszu interpretuje jako "zdradę". Rozłam mogłaby potraktować jako zachętę do sprawdzenia, jak mocno USA będą bronić partnerów i zaatakować np. kraje bałtyckie, co z pewnością wciągnęłoby nas w wojnę.
Nie byłoby to jednak też w interesie Białego Domu, gdyż otworzyłoby dla USA nowy front. I to w sytuacji, gdy wojna USA przeciw Iranowi wbrew buńczucznym zapowiedziom Amerykanów nie skończyła się ich błyskawicznym zwycięstwem (a jak dotąd zwycięstwem jako takim).
W co więc gra Trump? Dlaczego straszy "niegrzecznych" członków NATO? Wiele wskazuje na to, że prezydent USA chce, by Sojusz wziął na swoje barki obronę Europy. Tak, umowa zawarta w 1949 roku może zostać poważnie zmieniona!
Mimo powszechnej krytyki, lider republikanów wcale nie oszalał: USA tracą swoją pozycję hegemona. Co prawda, poradziły sobie ze słabym reżimem w Wenezueli, ale z Iranem nie poszło już tak łatwo. Nie zdołały, jak początkowo zapowiadały, postawić na czele tego państwa proamerykańskich polityków. Mało tego, nie dały nawet rady przełamać blokady Cieśniny Ormuz.
Możliwe więc, że przygotowanie się do samodzielnej obrony Starego Kontynentu przez europejskie kraje NATO powoli staje się koniecznością. Polska w takiej sytuacji powinna starać się "wycisnąć" z USA, ile tylko się da, m.in. próbować zwiększyć obecność amerykańskich żołnierzy do maksimum, a nawet sprawić, by stacjonowali u nas na stałe (dziś pełnią służbę rotacyjną).
Trump kontra NATO. Dylemat Warszawy
Polska nie może pozwolić sobie na całkowite uzależnienie od jednego partnera i ignorowanie relacji z innymi członkami NATO. Nadmierne przechylenie się w stronę Stanów Zjednoczonych mogłoby w dłuższej perspektywie osłabić naszą pozycję w Europie i ograniczyć pole manewru w polityce zagranicznej. Dlatego kluczowe staje się prowadzenie polityki pragmatycznej: korzystanie z okazji do wzmocnienia bezpieczeństwa i potencjału militarnego, ale bez palenia mostów z innymi sojusznikami.
Krótkoterminowo możemy zyskać na napięciach wewnątrz NATO: przede wszystkim poprzez zwiększenie obecności wojskowej USA, dostęp do nowoczesnych technologii oraz wzmocnienie swojej roli w regionie. Jednak długofalowo podział Zachodu stanowi zagrożenie, które może osłabić cały system bezpieczeństwa. 
Najbardziej opłacalną strategią pozostaje więc umiejętne balansowanie: wzmacnianie relacji z USA przy jednoczesnym utrzymaniu jedności sojuszu i dobrych stosunków z europejskimi partnerami.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/51a9047c4828257ee573526f55f2720d,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/51a9047c4828257ee573526f55f2720d,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">USA dzielą sojuszników NATO. Polska może na tym skorzystać.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224251,kapital-ma-narodowosc-powinnismy-glosno-krzyczec-gdy-lamany-jest-interes-polski</guid><link>https://innpoland.pl/224251,kapital-ma-narodowosc-powinnismy-glosno-krzyczec-gdy-lamany-jest-interes-polski</link><pubDate>Thu, 23 Apr 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Kapitał ma narodowość. Powinniśmy głośno krzyczeć, gdy łamany jest interes Polski</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/bb2feb7ba2a20d6bf7f16b7f7b107ec0,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kapitał ma narodowość. Nie powinno to nigdy budzić wątpliwości, ale czasy COVID-u i wyrywanie sobie wzajemnie rzeczy pomiędzy "sojusznikami", powinien otworzyć oczy wszystkim wątpiącym. Natomiast każdego roku możemy ten fakt obserwować, sprawdzając, kto płaci w Polsce podatki, a kto nie.

W ostatnich dniach sporym echem w internecie odbiło się nagranie Rafała Brzoski, prezesa InPostu, który poinformował, że jego firma w 2025 zapłaciła w Polsce 500 mln zł podatku CIT, kiedy niemiecki DHL zapłacił 0 zł podatku CIT w 2024 roku (i pewnie tyle samo w 2025).
Oddział DHL w Polsce zareagował na to kuriozalnym oświadczeniem do mediów. 
Narodowość kapitału
Poinformowali, że może i nie zapłacili podatku CIT w Polsce, ale za to zainwestowali w Polsce kilkaset milionów złotych, co rzekomo miało iść na te same cele co płacone przez InPost podatki. Faktycznie jednak DHL inwestował po to, aby jeszcze więcej pieniędzy transferować z Polski do Niemiec.
No i brawo, o to chodzi. Trudno mi mieć o to do nich pretensje, bo powinniśmy robić to samo. Zaraz po wyzbyciu się wrażenia, że globalna rywalizacja jest już dawno za nami, a teraz to już trzymanie się za rączki i śpiewanie wokół ogniska. Powinniśmy robić to, co robią inne kraje – głośno krzyczeć, kiedy łamany jest nasz interes i samemu łamać interesy innych.
Tak jak budżet państwa nie jest tym samym co budżet domowy, tak i państw nie należy oceniać tymi samymi kategoriami moralnymi co ludzi.
No dobra, a o co chodzi z tym kapitałem i narodowością? Otóż największym akcjonariuszem posiadającym prawie 18 proc. jest… niemiecki bank państwowy. Nie powinno to w sumie dziwić, ponieważ wcześniej firma ta funkcjonowała jako Deutsche Post DHL.
W ten sposób można śmiało stwierdzić, że dywidenda, którą co roku wypłaca akcjonariuszom firma, pochodzi między innymi z zysków z Polski.
Takich przykładów jest jednak więcej.
Prywatyzacja
Tzw. "prywatyzacja" TP SA, czyli sprzedanie państwowej firmy innej państwowej firmie, tylko że francuskiej, to jeszcze inna historia, na inną opowieść. To, co dla nas ważne to to, że Orange Polska jest bardzo szczodre dla swojej centrali we Francji. Sama firma Orange w około 25 proc. należy do francuskiego skarbu państwa. Jak im się zwraca przejęcie TP SA prawie 30 lat temu? Spójrzmy na dane.
W 2025 roku około 400 mln PLN dywidendy trafiło do centrali we Francji. Dodatkowo około 200 mln PLN rocznie Orange Polska płaci do centrali opłat za licencję marki Orange. Przy przychodach na poziomie 13 miliardów złotych rocznie Orange Polska zapłaciło całe 150 mln zł podatku CIT. Około 1 proc. InPost przy przychodach na poziomie 7 mld PLN zapłacił 500 mln zł. Ponad 3 razy więcej przy 2 razy mniejszych przychodach.
Ale jest nawet zabawniej. Przy prywatyzacji TP SA sprywatyzowano też strategiczne elementy infrastruktury państwa. Poniekąd przez to firma Orange Polska tylko w 3 ostatnich latach otrzymała prawie 800 mln zł pomocy publicznej.
Podsumujmy więc – w trzy lata mamy więc niespełna 500 mln podatków, około 2 mld zł wytransferowane do Francji i 900 mln zł pomocy publicznej na budowę sieci światłowodowej. Tacy to pożyją, co?
Niemieckie i francuskie aktywa w Polsce
Nie myślcie jednak, że to koniec. T-Mobile? To Deutsche Telekom, którego 32 proc. akcji posiada w taki czy inny sposób państwo niemieckie. Dywidenda prosto do niemieckiej centrali? 650 mln zł rocznie. Podatek CIT? 120 mln zł. Spółka opłaca też z pewnością opłatę licencyjną za markę, której koszty idą w setki mln rocznie.
Można tak, niestety, długo. DB Cargo Polska? Około 25 proc. rynku w Polsce, właścicielem oczywiście Republika Federalna Niemiec. Podobnie było z francuskim EDF, do czasu aż PGE w ramach "repolonizacji" odkupiło od nich polskie aktywa.
Co zabawne (tak naprawdę to wcale nie zabawne), działający w Polsce mBank jest tak zyskowny, że jest gwarantem stabilizacji dla swojego właściciela – Commerzbank, który mierzy się z licznymi problemami. Problemami tak dużymi, że aż niemieckie państwo kupiło w nim 15 proc. udziałów.
Wspominany wcześniej Rafał Brzoska informował przy okazji informacji o wysokości CIT, że nie stosują w InPost podobnych narzędzi transferów środków i płacą w każdym kraju gdzie działają pełne kwoty podatków. Ciężko znaleźć podobne deklaracje u wspomnianych firm.
Czy możemy repolonizować gospodarkę?
Niestety, pewne możliwości nam już uciekły i trudno będzie "repolonizować" niektóre segmenty gospodarki. Pozostaje nam skupiać się na rozwoju własnych firm. Również tych państwowych. Może nawet głównie, bo zabrzmi to obrazoburczo, nie ma tańszego pieniądza do ryzykowania niż ten państwowy. 
Ciężko od firm na dorobku, nadal budujących swój kapitał i bez planów skutecznej sukcesji, oczekiwać, że będą podejmować się ryzykownych i niełatwych projektów przewidzianych na kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Państwowe spółki mogą sobie na to pozwolić, aby z owoców tych sukcesów korzystali wszyscy, a porażki rozkładały się tak, żeby były dla obywateli bez znaczenia.
Bez aktywnej polityki przemysłowej, która zacznie globalne środki kierować do polskich firm w Polsce, trudno będzie o kolejne etapy rozwoju. Kapitał ma narodowość, a tego kapitału narodowości polskiej w globalnej gospodarce jest nadal zbyt mało. Zachęcam więc do tego, aby z większym zrozumieniem i tolerancją podchodzić do prób polskich państwowych spółek w sięganiu tam, gdzie nikt inny z Polski sięgnąć nie może.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/bb2feb7ba2a20d6bf7f16b7f7b107ec0,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/bb2feb7ba2a20d6bf7f16b7f7b107ec0,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Kapitał ma narodowość. Pewnych segmentów gospodarki już nie zrepolonizujemy, ale możemy skupić się na rozwoju własnych firm.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224278,mamy-harowac-na-emerytury-artystow-powariowaliscie-w-tym-rzadzie</guid><link>https://innpoland.pl/224278,mamy-harowac-na-emerytury-artystow-powariowaliscie-w-tym-rzadzie</link><pubDate>Wed, 22 Apr 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Mamy harować na emerytury artystów. Powariowaliście w tym rządzie?!</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/67e1f83887cd58d351c6948ba9cb0025,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Państwo postanowiło uregulować status "artysty zawodowego". Efekt? Jeśli malujesz obrazy, których nikt nie kupuje, skarbówka i tak odłoży ci na emeryturę. Ktoś tu pomylił mecenat nad kulturą z wieczystym zasiłkiem dla hobbystów. System, który ma "dbać o godność", uderza w poczucie sprawiedliwości milionów pracujących Polaków.

Rząd właśnie domyka projekt, który ma sprawić, że od 2027 roku wszyscy staniemy się mecenasami sztuki. Niestety, nie tej przez wielkie "S", którą podziwiamy w muzeach, ale tej, której nikt nie chce kupić, nikt nie chce słuchać i nikt nie potrzebuje.
Jeszcze w kwietniu 2026 roku rząd ma przyjąć projekt, który dzieli Polaków na tych, którzy na emeryturę muszą zarobić, i na tych, którym do tej emerytury dopłacimy my wszyscy.
O co chodzi w "emeryturze dla artysty"?
Projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny to w skrócie system dopłat do składek ZUS i ubezpieczenia zdrowotnego. Rząd zauważył, że branża artystyczna to finansowy Dziki Zachód:
Z ok. 62 400 twórców w Polsce, tylko niespełna połowa płaci jakiekolwiek składki;
Aż 30 proc. artystów zarabia mniej niż wynosi płaca minimalna;
Efekt? Celebryci wrzucający do sieci zdjęcia decyzji ZUS o emeryturze w kwocie 34,87 zł.

Rząd chce to "naprawić", dopłacając z budżetu (czyli z twoich podatków) brakujące kwoty do składek emerytalnych i zdrowotnych tym, którzy zarabiają mało.
Architekt na zasiłku, czyli szczyt absurdu
Zacznijmy od największego "hitu" tej ustawy. Na liście zawodów, którym my – podatnicy – mamy dopłacać do emerytur, znaleźli się... architekci. Tak, dobrze czytacie. Przedstawiciele jednej z najbardziej prestiżowych, technicznych i zazwyczaj dobrze płatnych profesji. Jeśli architekt w 2026 roku zarabia tak mało, że nie stać go na składki ZUS, to mam dla niego brutalną wiadomość: prawdopodobnie jest kiepskim architektem.
Dlaczego system ma premiować rynkową porażkę w tej branży? Jeśli ja, jako dziennikarz, będę pisał teksty, których nikt nie chce czytać, to nie pójdę do rządu po dopłatę do ZUS-u.
Po prostu pójdę do innej roboty. Przekwalifikuję się, zacznę jeździć taksówką albo układać towar w markecie. Bo tak działa dorosły świat. Ale w świecie artystów, według rządu, zasada "nie radzisz sobie – zmień zawód" nie obowiązuje. Tam obowiązuje zasada: "nie radzisz sobie – niech inni za ciebie zapłacą".
Mecenat czy dotowanie bylejakości?
Nie zrozumcie mnie źle. Państwo ma obowiązek wspierać kulturę. Ale prawdziwym wsparciem dla artysty ludowego – tkaczki, garncarza czy rzeźbiarza, który faktycznie chroni nasze dziedzictwo, a nie jest "komercyjny" – byłoby stworzenie mu etatu w gminnym domu kultury czy lokalnym muzeum. Tam jego praca miałaby sens i społeczną użyteczność. No i samorządy najlepiej znają się na swoich lokalnych twórcach.
Zamiast tego tworzymy gigantyczną, biurokratyczną machinę. Powstanie nowa komisja, nowe Centrum Edukacji i Pracy Artystycznej, które będą oceniać "dorobek". Już widzę te debaty urzędników nad tym, czy obraz pani Agaty to już "sztuka zawodowa", czy tylko amatorskie bohomazy, których nikt nie chce zawiesić na ścianie w salonie.
Jeśli przez trzy lata nie potrafisz sprzedać swojej twórczości za kwotę wyższą niż płaca minimalna, to może – po prostu – nie jesteś artystą, tylko hobbystą? Dlaczego ja mam płacić za to, że ty realizujesz swoje hobby na pełen etat?
Gdzie jest ustawa o "bezpieczeństwie dziennikarza"?
Jako dziennikarz czuję się po prostu pominięty w tym festiwalu hojności. My też pracujemy na śmieciówkach, też gonią nas terminy, też żyjemy od zlecenia do zlecenia w niepewnym świecie nowych mediów. Czy ktoś planuje dopłaty do moich składek? Wolne żarty. Ja muszę być dobry, żeby przetrwać. Muszę dostarczać treść, która ma wartość.
Tymczasem autorzy projektu zauważają, że prawie 70 proc. artystów zarabia poniżej średniej krajowej, a co trzeci nie dociąga do minimum. I zamiast zachęcać te osoby do szukania stabilniejszego zajęcia i uprawiania sztuki "po godzinach" (co robiło wielu wielkich mistrzów przed nimi), betonujemy ich w nędzy, obiecując, że na starość rzucimy im jałmużnę z budżetu. To nie jest dbanie o godność. To jest tworzenie kasty "wiecznych debiutantów" na państwowym garnuszku.
3 miliardy na marzenia o sławie
Koszt tego pomysłu to 3,2 miliarda złotych w dekadę. To ogromne pieniądze, które mogłyby pójść na modernizację szpitali, o których pisałem wcześniej, na nowe tory tramwajowe czy ratowanie edukacji. Zamiast tego pompujemy je w system, który zdejmuje odpowiedzialność z dorosłych ludzi za ich własne wybory zawodowe.
Jeśli artysta zarabia krocie – niech płaci wysokie składki. Jeśli zarabia mało – niech płaci mało, ale nie oczekujmy, że państwo wyczaruje mu wysoką emeryturę z pieniędzy pielęgniarki czy kierowcy autobusu. W 2026 roku czas wreszcie zrozumieć, że zawód artysty to nie jest nadanie szlacheckie, które zwalnia z rynkowej logiki. To praca jak każda inna. A jeśli ta praca nie pozwala ci opłacić lekarza i odłożyć na starość, to system, który cię w tym utwierdza, wcale ci nie pomaga. On cię po prostu okłamuje na nasz koszt.
Ręce opadają. W tym zwariowanym świecie najwyraźniej najbardziej opłaca się być kiepskim architektem z "dorobkiem" niż dobrym rzemieślnikiem z fachem w ręku. Jeśli zarabiasz najniższą krajową na umowie o pracę, nikt ci nie "dopłaca" do składek – ty je po prostu oddajesz z wypracowanej pensji. Artysta, który zarobi grosze, dostanie od państwa "prezent" w postaci opłaconego ZUS-u, jakby pracował na pełny etat.
Czy lekarstwem na to, że ktoś przez dekady żył pasją, nie dbając o finanse, ma być ręka włożona głęboko do kieszeni ludzi, który co miesiąc uczciwie odprowadzają składki od swojej ciężkiej pracy?
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/67e1f83887cd58d351c6948ba9cb0025,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/67e1f83887cd58d351c6948ba9cb0025,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Podatek od braku talentu. Zapłacimy za emerytury artystów, których nikt nie chce słuchać i oglądać</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224266,wiemy-ilu-polakow-posiada-kryptowaluty-nasz-kraj-wyroznia-sie-na-kilku-polach</guid><link>https://innpoland.pl/224266,wiemy-ilu-polakow-posiada-kryptowaluty-nasz-kraj-wyroznia-sie-na-kilku-polach</link><pubDate>Tue, 21 Apr 2026 19:45:02 +0200</pubDate><title>Wiemy, ilu Polaków posiada kryptowaluty. Nasz kraj wyróżnia się na kilku polach</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/53eec3c354550377b382231859148914,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Ari10, polska spółka technologiczna działająca na rynku technologii blockchain, opublikowała właśnie kompleksowe badanie dotyczące adopcji kryptowalut w Europie. Okazuje się, że bitcoin i jego pochodne są o wiele popularniejsze, niż wielu myśli. Do tego Polacy są na tym polu liderami.

Kryptowaluty nadal kojarzą się wielu osobom z czymś nowym i tajemniczym. Jak jednak wynika z ostatnich badań, wcale tak nie jest. 
Kryptowaluty w portfelach Europejczyków
Ari10, firma, która działa na rynku kryptowalut i technologii blockchain, opublikowała kompleksowe badanie "Adopcja kryptowalut w Europie 2026". W jego ramach zapytała o cyfrowe aktywa aż 11 000 respondentów z 11 europejskich krajów. Co się okazało? Liderem w tym gronie jest Polska. To jednak czubek góry lodowej interesujących danych.
Z raportu dowiadujemy się, że prawie 40 proc. zapytanych o zdanie Europejczyków miało już kontakt z kryptoaktywami, a około 31 proc. deklaruje, że aktywnie w nie inwestuje. Powód? Wiara w dalszy wzrost wartości aktywów: takiej odpowiedzi udzieliło około 50 proc. inwestorów.
Aż 47,1 proc. respondentów z Polski przyznało, że miało już kontakt z kryptoaktywami. I, co ważne, to najwyższy taki wynik w całym badaniu, czyli w Europie. Jedynie 13,6 proc. Polaków, którzy zgodzili się wziąć udział w badaniu, nie widzi zastosowania kryptowalut. To z kolei najniższy odsetek na Starym Kontynencie.
Polska wyróżnia się także na innych polach. Nasz kraj cechuje się najwyższym poziomem świadomości unijnych regulacji MiCA (31,4 proc.), trzecim najwyższym udziałem aktywnych inwestorów (35 proc.) i największym odsetkiem tzw. early adopters, czyli osób, które inwestowały w kryptowaluty już przed 2017 rokiem (15,8 proc.).
"Wyniki wskazują, że adopcja kryptowalut jest w Europie na wysokim poziomie, a kryptoaktywa są postrzegane jako kolejna klasa aktywów, mogących stanowić element dywersyfikacji portfela, ale także praktyczne narzędzie płatnicze czy rozliczeniowe", wskazuje cytowany w dokumencie Mateusz Kara, CEO Ari10 & Morphic Financial Group.
Jego zdaniem "potencjał dalszej adopcji pozostaje wysoki, a kluczem do dalszego wzrostu jest edukacja obalająca strach przed technologią oraz tworzenie bezpiecznych i prostych rozwiązań do codziennych zastosowań".
Kryptowaluty w Polsce. Kto najbardziej lubi bitcoina?
Kto jednak najbardziej interesuje się kryptowalutami? Przynajmniej jedną formę kontaktu z kryptoaktywami zadeklarowało 50,7 proc. mężczyzn i 28,5 proc. kobiet.
Dominują też osoby młode (25-34 lata) i osoby w wieku średnim (35-44). Po 44. roku życia następuje wyraźny spadek zainteresowanych kryptowalutami.
Jak zaś na to, czy interesujemy się kryptowalutami, wpływają nasze dochody? W najniższej grupie dochodowej aż 27,2 proc. respondentów deklaruje, że miało już styczność z rynkiem, z kolei w najwyższej grupie odsetek ten wynosi 54,3 proc.
Twórcy badania wskazują na to, że "osoby zamożne dysponują większą zdolnością inwestycyjną, są mniej wrażliwe na zmienność cen i mają więcej czasu na śledzenie rozwoju tego obszaru".
Badanie CBOS o kryptowalutach w Polsce
Co ciekawe, badanie Ari10 zostało opublikowane krótko po tym, jak swój raport opublikował CBOS, który na zlecenie "Dziennika Gazety Prawnej" także postanowił sprawdzić, ilu Polaków inwestuje w kryptowaluty.
To ciekawe uzupełnienie "Adopcji kryptowalut w Europie 2026". W raporcie Ari10 do interesowania się tematem cyfrowych aktywów przyznało się 47,1 proc. osób, w badaniu CBOS 6,6 proc. dorosłych Polaków potwierdziło, że posiada kryptowaluty. 
Jak wyliczył CBOS, oznacza to, że w naszym kraju temat bitcoina śledzi nawet 2 mln osób, które mogły zainwestować w cyfrowe aktywa ok. 40 mld zł. Skąd ta kwota? Z tego samego badania wynika, że średnia wartość portfela wynosi ok. 20 tys. zł, co łącznie daje właśnie owe 40 mld zł. 
Na polskim rynku kryptoaktywów zdecydowanie więcej jest mężczyzn: aż 10,4 proc. z nich inwestuje w bitcoiny. Towarzyszą im kobiety, ale jest ich stosunkowo mało: jedynie 2,2 proc. przedstawicielek płci pięknej lokuje kapitał w cyfrowe aktywa. Wszyscy inwestorzy są najczęściej w wieku od 18 do 44 lat.
Inwestujemy w krypto, ale czy świadomie?
Pytanie brzmi: czy inwestujemy świadomie? Chodzi zarówno o wiedzę dotyczącą tego, jak bezpiecznie przechowywać kryptowaluty (nie na giełdzie, ale we własnym portfelu), i to, czy mamy świadomość, że na tej inwestycji możemy stracić.
Tu ponownie sięgnijmy po raport Ari10. Poziom bezpieczeństwa korzystania z kryptowalut jako wysoki oceniło 30,9 proc. ankietowanych, jako neutralny 25,2 proc., a niski – 25,7 proc. Nie jest jednak jasne, jaki odsetek respondentów wie, jak założyć własny portfel na aktywa cyfrowe.
Sama firma Ari10 wskazuje na to, by "przed wejściem na rynek kryptoaktywów skoncentrować się na podnoszeniu własnych kompetencji finansowych i cyfrowych: zrozumieć, czym są kryptoaktywa, jak działa portfel, jakie są główne ryzyka".
To słuszny kierunek: w przeciwnym razie inwestorzy skazują się na niemal pewną porażkę i utratę środków.
Kryptowaluty to już nie nisza
Kryptowaluty przestały być w Europie tematem niszowym i niezrozumiałym. Na tym polu szczególnie wyróżnia się Polska, gdzie poziom zainteresowania bitcoinem i jego realnej adopcji należy do najwyższych na kontynencie. Jednocześnie istnieje ryzyko, że mimo rosnącej popularności i względnego zaufania do rynku, wciąż istnieją istotne luki w wiedzy i świadomości inwestorów. 
To właśnie edukacja oraz rozwój bezpiecznych i prostych rozwiązań będą kluczowe dla dalszego wzrostu znaczenia kryptoaktywów i ich odpowiedzialnego wykorzystania w przyszłości.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/53eec3c354550377b382231859148914,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/53eec3c354550377b382231859148914,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Poznaliśmy nowe dane dotyczącego tego, ilu Polaków ma kryptowaluty.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224257,zmiany-na-b2b-wywolaly-placz-w-sieci-przedsiebiorcy-wstydu-nie-macie</guid><link>https://innpoland.pl/224257,zmiany-na-b2b-wywolaly-placz-w-sieci-przedsiebiorcy-wstydu-nie-macie</link><pubDate>Tue, 21 Apr 2026 12:05:36 +0200</pubDate><title>Zmiany na B2B wywołały płacz w sieci. &quot;Przedsiębiorcy&quot;, wstydu nie macie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/a7c98e649153e1a5f17b2544c3dd2bac,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Urzędnicy widzą w nich "uprzywilejowaną kastę". Oni sami widzą się jako jedyną grupę, która bierze na siebie pełną odpowiedzialność za swój los. Ich zdaniem zmiany co dwa lata to nie reforma, tylko chaos. Przedsiębiorcy B2B protestują nie tylko przeciw wyższym stawkom, ale też przeciwko brakowi stabilności, która uniemożliwia im planowanie inwestycji i spłatę kredytów. Jednak pod ich słuszne pretensje podczepiają się "przedsiębiorcy", którzy de facto pracują na etacie.

Czytając narzekania na proponowane czy planowane przez rząd zmiany podatkowe dla osób na B2B i rozliczających się ryczałtem, zauważyłem, że nie ma w nich w zasadzie nic rzeczowego. Żadnych argumentów. Źle i już. Przedsiębiorców skubią, a przesiębiorcy to sól tej ziemi i podwyższanie im podatków to szatański plan, wszyscy wyjadą.
Ba, wiele, jeśli nie większość wpisów w mediach społecznościowych popełniają osoby, które z B2B i ryczałtem nie mają nic wspólnego. Po prostu nie lubią rządu i dają temu upust, w znacznej części nie wiedząc nawet, o co chodzi. Łatwo to wywnioskować, bo poza buzującymi emocjami w ich wpisach nie ma nic konkretnego. Naprawdę zdziwił mnie fakt, że przy tak dużej zmianie większość ludzi nie ma do powiedzenia niczego sensownego.
Wyłącz emocje, włącz tryb liczenia
Postanowiłem więc zapytać znajomych na ryczałcie, co tak naprawdę oznaczają dla nich planowane zmiany. Marcin i Andrzej rozliczają się właśnie ryczałtem 8,5 proc. Są po prostu specjalistami, ale ich faktyczne zajęcie trudno nazwać czymś innym niż wyprowadzeniem etatu poza firmę. Pracują głównie dla firmy matki, łapiąc czasem zlecenia od innych podmiotów.
Ludzi takich jak oni jest mnóstwo. Ryczałtem 8,5 proc. mogą rozliczać się szkoleniowcy, korepetytorzy, fizjoterapeuci i masażyści, dzierżawcy aut, sprzętu i nieruchomości, niektórzy informatycy i cała rzesza tzw. złotych rączek. A także spora część gastronomii.
– Problem jest nie tylko w pieniądzach. Tak, jeśli te zmiany wejdą w życie, będę płacił więcej. Rzecz jasna, nie może mi się to podobać, ale problem jest szerszy. Bo w przeciwieństwie do wielu innych przedsiębiorców, ja nie mogę uciec w koszty. Ryczałt z pewnością jest jakąś preferencją, ale miał też być kotwicą stabilności – mówi mi Marcin.
O co toczy się walka? Kluczowym elementem reformy jest wprowadzenie progu przychodowego dla bardzo popularnej stawki ryczałtu (8,5 proc.). Zgodnie z propozycją, preferencyjna stawka będzie obowiązywać tylko do momentu, gdy roczny przychód nie przekroczy 100 000 zł. Po przekroczeniu tego limitu, każda złotówka nadwyżki zostanie opodatkowana stawką 15 proc., co oznacza niemal dwukrotny wzrost obciążenia podatkowego dla części dochodów.
Przedsiębiorca będzie mógł zachować stawkę 8,5 proc. powyżej limitu 100 tys. zł wyłącznie pod warunkiem zatrudnienia przynajmniej jednej osoby na pełny etat (umowa o pracę).
Cena za brak urlopu, owocowych czwartków i wczasów pod gruszą
Problem w tym, że ryczałt płaci się od przychodu, nie od dochodu. Oznacza to, że podatek wylicza się od całości uzyskanych kwot bez pomniejszania ich o koszty uzyskania przychodu (np. zakup materiałów, paliwa, czynsz za biuro). Dlatego to dobre rozwiązanie dla tych przedsiębiorców, którzy koszty mają znikome. Czyli nic nie kupują, by to sprzedać, nie przerabiają czegoś, nie muszą za dużo jeździć. 
Od przychodu można odliczyć składki ZUS oraz 50 proc. zapłaconej składki zdrowotnej. Wymagane jest też prowadzenie wykazu środków trwałych oraz ewidencji przychodów. 
– Mówimy o ludziach, którzy utrzymują się – powiedzmy – z usług. Informatycznych, kreatywnych. Czyli nie żonglują kosztami, bo one i tak byłyby znikome. I jest to – moim – podejście uczciwe. Rozliczam się od przychodu, w zamian podatek jest niski. Wiadomo przecież, że "zwykli" przedsiębiorcy czasem ostro przeginają z kosztami. Tacy ludzie jak ja pokonfigurowali swoje firmy, budżety domowe i kredyty pod te konkretne stawki – dodaje Andrzej.
Dodaje też, że składki ZUS płacone przez przedsiębiorców nie pozwalają na wiele swobody.
– Możesz się dziwić, że przedsiębiorca płaci w sumie niskie składki czy niższe podatki. I już pomińmy tę gadkę o napędzaniu gospodarki, my nie robimy tego, by pompować PKB, tylko zarabiać. Ale ja nie mam 26 dni urlopu, nie mam wczasów pod gruszą, nie mam chorobowego. Znaczy chorobowe to mam, ale wynosi chyba jakieś 130 złotych dziennie, czyli mniej niż zarobiłbym na pensji minimalnej. Ale jak nie pracuję, tylko choruję, to przede wszystkim nie zarabiam – tłumaczy Andrzej.
Do tego dochodzi jeszcze brak jakichkolwiek osłon socjalnych.
– Nie obchodzą mnie owocowe czwartki, ale moja umowa na B2B może się skończyć w każdej chwili. Zanim znajdę koleją, minie chwila. Etatowiec jest chroniony okresem wypowiedzenia, teoretycznie nie można kogoś wywalić z pracy z dnia na dzień. Jest wiele innych świadczeń, których ja na B2B nie mam. Godzę się na to, dostając większe pieniądze... Teoretycznie większe – wyznaje Marcin.
Tłumaczy, że taka forma działalności jest całkiem korzystna. W swojej krótkiej historii miała ona stanowić pewną formę rekompensaty za chaos związany z Polskim Ładem, zmianą podatkową wprowadzoną przez rząd PiS na początku 2022 roku. Ale nikt prawdopodobnie nie spodziewał się aż takiego zainteresowania. Ogółem na ryczałcie jest ponad 2 mln jednoosobowych firm, z czego mniej więcej jedna trzecia jest na stawce 5,5 proc. Nieco mniej na 8,5 proc. Sporo jest też informatyków na stawce 12 proc.
Zmiany w ryczałcie. W kogo uderzą nowe przepisy?
Warto też pamiętać, że ryczałt 8,5 proc. to dla wielu osób sposób rozliczania się z wynajmu na przykład mieszkań. W ten sposób rozliczają się przedsiębiorcy z każdej grupy oraz osoby nie prowadzące przy okazji działalności gospodarczej. 
Z planów rządu Koalicji 15 października wynika, że zmiany miałyby dotknąć wszystkich, którzy do tej pory rozliczają się ryczałtem 8,5 proc. Ale czy tak naprawdę uderzą one w przedsiębiorców lub ludzi wynajmujących choćby mieszkania?
Sprawą, na którą dziś mało kto zwraca uwagę, jest fakt, że przy wielu rodzajach działalności już dziś mamy limit 100 000 zł przychodu. Nadwyżki są rozliczane już wedle stawki 12,5 proc. Tak dzieje się choćby przy wynajmie mieszkań. 
Problemem tej stawki są jednak różne wyjątki. Cały system ryczałtu jest niesamowicie skomplikowany: jedni płacą wyższy podatek od nadwyżki, inni nie. Teraz, jak można wnioskować z planów rządu, obowiązywać będzie stawka 15 proc. od nadwyżki. To jednak plany, a co z nich zostanie – jeszcze nie wiadomo.
Jaka będzie różnica? Policzmy to na szybko. Jeśli teraz ktoś zarobi, czyli będzie miał przychód, do 100 tys. zł rocznie, płaci 8,5 tys. zł podatku. Jeśli przekroczy tę kwotę (i nie obowiązuje podwyższona stawka od nadwyżki) płaci dalej 8,5 proc. Ale jeśli zwolnienia nie ma i przedsiębiorca zarobi, powiedzmy, 150 tys. zł, to zapłaci 8,5 tys. zł stawki podstawowej i 6 250 zł od nadwyżki. 
Jeśli wejdzie stawka 15 proc., ta druga kwota wzrośnie do 7,5 tys. zł, czyli o 1 250 złotych. Ale jeśli ktoś dziś nie musi płacić podatku od nadwyżki, to po wprowadzeniu zmian zamiast 0 zł zapłaci 7, 5 tys. zł rocznie.

W skali miesiąca robi się z tego odpowiednio nieco ponad 100 lub 625 złotych więcej. Owszem, różnica jest, ale czy przy przychodach 150 tys. zł rocznie (12,5 tys. zł miesięcznie) jest znacząca? Trudno ocenić. Mój rozmówca zdaje się bardziej rozdrażniony tym, że podatki cały czas się zmieniają.
– Kolejna zmiana w ciągu 2-3 lat sprawia, że prowadzenie działalności w Polsce przypomina grę w ruletkę, a nie planowanie biznesu. Nawet malutkiego – narzeka Andrzej.
Dyskusja wokół zmian w ryczałcie dla B2B (szczególnie w sektorze IT) przypomina przeciąganie liny. Z jednej strony mamy Ministerstwo Finansów szukające wpływów i "sprawiedliwości społecznej". Z drugiej są specjaliści, którzy wybrali ryczałt jako jedyną kotwicę stabilności w polskim systemie podatkowym, a teraz ją tracą.
Przeciwnicy zmian w ryczałcie na B2B. Czy ich argumenty są sensowne?
Tak, te argumenty są sensowne, jeśli patrzymy na B2B jako na realną działalność gospodarczą, gdzie człowiek sam dba o sprzęt, biuro i marketing. Wtedy podniesienie ryczałtu to uderzenie w rentowność małej firmy. 
Nie, to nie jest sensowne jeśli mówimy o tzw. "ukrytym etacie", czyli sytuacji, gdzie programista pracuje 8 godzin dziennie dla jednego szefa, ma u niego biurko, służbowy laptop i owocowe czwartki, a B2B jest tylko nakładką optymalizacyjną, żeby płacić niższe podatki. W takim przypadku argumenty o "kosztach i ryzyku" stają się czysto teoretyczne.
Pytanie brzmi, jaką część przedsiębiorców na B2B stanowi ta pierwsza, a jaką ta druga grupa.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/a7c98e649153e1a5f17b2544c3dd2bac,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/a7c98e649153e1a5f17b2544c3dd2bac,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wkurzeni na zmiany w ryczałcie. Jak widzą to &quot;przedsiębiorcy&quot; na B2B</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224065,zamykajmy-stare-szpitale-budujmy-nowe-wiele-obecnych-przypomina-xix-wieczne-umieralnie</guid><link>https://innpoland.pl/224065,zamykajmy-stare-szpitale-budujmy-nowe-wiele-obecnych-przypomina-xix-wieczne-umieralnie</link><pubDate>Sun, 19 Apr 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>Zamykajmy stare szpitale, budujmy nowe. Wiele obecnych przypomina XIX-wieczne umieralnie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/164bff5ad3197990d08bebc892a7d42b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Dyskusja o polskiej służbie zdrowia to wiecznie te same tematy. Finansowanie, terminy, jakość żywienia, dostępność leków i podejście lekarzy. Jeden temat jednak nie jest specjalnie popularny, mimo tego, że wypadamy w tej kwestii fatalnie, a skutki ponoszą pacjenci, rodziny, księgowe i lekarze.

Wieloosobowe sale w liczących czasem setki lat budynkach, rosnąca fala zakażeń, zgony spowodowane bakteriami i upałem. Ilu z was odwiedzało kogoś w szpitalu i z zaskoczeniem odkrywało, że w sali gdzie pacjent ma dochodzić do zdrowia panuje temperatura 30 stopni?
Upał, tłok, komfort jako fanaberia
Według raportu Narodowego Instytutu Dziedzictwa, ponad 378 szpitali znajduje się w obiektach zabytkowych lub powojennych. Skutkuje to między innymi znacząco przekraczającą europejską średnią skalą zakażeń szpitalnych. Szpitale te zresztą obarczone są wieloma wadami, gdzie brak parkingów to najmniejszy z nich. Większym jest problem chociażby z zasilaniem awaryjnym.
Upał, zakażenia, hałas, wieloosobowe sale, rośnie stres i dyskomfort. Leczenie przedłuża się. Do tego w zimie jest gorąco (bo kaloryfery bez termostatów) i w lecie jest gorąco. Szpitale płacą fortunę za ogrzewanie, płacą fortunę za utrzymanie i płacą fortunę za remonty.
Klimatyzacja? Zapomnijcie. Ponad 150 000 łóżek szpitalnych w Polsce nie ma klimy. Tylko 15 proc. szpitalnych pomieszczeń szpitalnych jest w ten sposób wentylowanych. Morderstwo na pacjentach.
Nie ma się co zresztą dziwić. NFZ nie refunduje kosztów klimatyzacji. Śmierć pacjenta przecież ciężko połączyć z 35 stopniami w szpitalnej sali w środku sierpnia.
Coraz dłuższe i silniejsze fale upałów będą miały swoje konsekwencje, szczególnie dla seniorów. Brak właściwej temperatury w pomieszczeniu szpitalnym to odwodnienie organizmu, zaburzenia termoregulacji. Gorzej goją się rany, a pacjenci kardiologiczni i pulmonologiczni mają wyższe ryzyko powikłań. A my nadal patrzymy na klimatyzację jak na fanaberię.
Zresztą, przecież to znamy. Nie podoba się jedzenie szpitalne? A CO TO?! PRZYSZEDŁ ŻREĆ CZY SIĘ LECZYĆ? Kto tego nie słyszał nawet od pacjentów, którzy ze zrozumieniem przyjmowali niejadalną breję. Leczenie pacjenta, który złapał sepsę lub gronkowca z powodu takich, a nie innych, warunków, kosztuje kilkakrotnie więcej. O ile w ogóle się udaje. 
No i przecież budowa nowego szpitala to kolejna fanaberia, skoro szpital funkcjonuje w danym miejscu 200 lat, to może i następne 200. A że to klasyczna "umieralnia", gdzie jako "remont" można odhaczyć remont sali operacyjnej i pokoju socjalnego, bo przecież nie dorobienie prywatnej łazienki i klimatyzacji. Niestety dla nas, mamy nawet badania, że sale wieloosobowe generują hałas zaburzający sen, co wpływa na zdrowie pacjentów. 
Co z zasadą, że po pierwsze nie szkodzić? 
Pacjenta w Polsce nie szanuje nikt. Ani system, ani administracja szpitala, ani politycy. Niech się cieszy, że udało mu się znaleźć miejsce w szpitalu. Cała reszta nie jest ważna. 
To co na zachodzie i w Skandynawii jest normą od 20 lat, u nas dalej jest uznawane za "wymyślanie". Tam standard to jednoosobowy pokój, prywatna łazienka, klimatyzacja i miejsce, aby rodzina miała gdzie usiąść przy pacjencie. 
Wypadałoby jednak w 2026 to pacjenta postawić w centrum uwagi i zrozumieć, że nikt nie robi mu łaski. Czas też porzucić wygodne "remonty" i zacząć budować nowe szpitale, zwalniając cenne tereny w centrach miast. Opłaci się to nam wszystkim. Nowe budowle na obrzeżach z pewnością przyniosą więcej korzyści niż strat.
Wielohektarowe tereny w środku wielkich miast można wykorzystać inaczej, pozbywając się problemu z parkingami, kosztami, rozbudową czy lotniskiem dla LPR-u. Nie należy też bagatelizować zupełnie realnego problemu gdzie szpital objęty jest… opieką konserwatora zabytków. Remont takiego szpitala z utrzymaniem jego działania to potężny ból głowy i potężne koszty.
Już parę lat temu dyrektor szpitala w Lublińcu informował, że przez nadzór konserwatora zabytków nie było możliwe zrealizowanie przy remoncie właściwych węzłów sanitarnych.
A problemy będą tylko rosnąć – robotyzacja medycyny wymagająca prądu, systemy AI wymagające sprawnego internetu tak jak i inteligentne czujniki. Nie zrobimy tego w dwustuletnim, ceglanym budynku. A gdzie jeszcze miejsce na obniżenie kosztów utrzymania, fotowoltaikę czy systemy bateryjne zapewniające awaryjne zasilanie.
Jaskółki dobrej zmiany
Mamy w kraju też dobre przykłady. Koronkowym jest wart 1,5 mld złotych projekt Dolnośląskiego Centrum Onkologii, Pulmonologii i Hematologii. Ten wchodzący w etap wykańczania szpital, łączy 3 istniejące oddziały w jednym budynku. Pacjenci będą mieli tam dostęp do prawie 700 łóżek w pokojach jedno- i dwuosobowych, w pełni klimatyzowane i z prywatną łazienką. Dostępne będą strefy dla bliskich i nowoczesne systemy nadzoru. 
Nowy szpital powstaje też w Poznaniu, trwają prace w Lubinie. To jednak tylko kropla w morzu. 150 000 łóżek dalej czeka na wymianę. Czy ktoś z naszej klasy politycznej się nad tym problemem pochyli? Szczególnie, że mamy czym się inspirować i z czego wyciągnąć wnioski. U swojego schyłku PRL rozpoczął budowę 11 szpitali wojewódzkich, bazując na podobnym projekcie, co miało przyspieszyć budowę i obniżyć koszty.
Jeśli szpital we Wrocławiu to koszt 1,5 miliarda złotych, to kosztem 15 miliardów na przestrzeni kilku lat postawić możemy przynajmniej 10 supernowoczesnych szpitali, oferujących tysiące łóżek. To niewielki koszt za to, aby poprawić jakość leczenia, ale i jakość chorowania. No i z wielu problemów polskiej służby zdrowia ten rozwiązać można naprawdę łatwo – dużą paczką pieniędzy.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/164bff5ad3197990d08bebc892a7d42b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/164bff5ad3197990d08bebc892a7d42b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zamykajmy stare szpitale, budujmy nowe. Wiele obecnych przypominają XIX-wieczne umieralnie</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/224002,prezydent-rzeszowa-najlepszego-polskiego-miasta-mamy-dlugi-ale-mamy-tez-plan-b</guid><link>https://innpoland.pl/224002,prezydent-rzeszowa-najlepszego-polskiego-miasta-mamy-dlugi-ale-mamy-tez-plan-b</link><pubDate>Sat, 18 Apr 2026 12:00:02 +0200</pubDate><title>Prezydent Rzeszowa, najlepszego polskiego miasta: Mamy długi. Ale mamy też plan B</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/1102d6a5356d3eb8e22442a79d5a75f7,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Rzeszów, miasto numer 1 w Polsce, mierzy się z paradoksami: smogiem mimo najlepszej jakości życia i najwyższą liczbą kolizji – mimo że pozostaje najbezpieczniejszym miastem w Polsce. – W związku z tym, że staliśmy się ofiarą własnego sukcesu, błyskawicznie rozwijamy drogi i inwestujemy w program transportowy – mówi InnPoland.pl Konrad Fijołek, prezydent miasta.

Agnieszka Porowska: Rzeszów jest numerem 1 w rankingu jakości życia "Business Insidera". Czy ten sukces ma jakąś ciemną stronę?
Konrad Fijołek: Mieszkańcy są dumni, ale bycie na świeczniku oznacza ciągłe wskazywanie tego, co jeszcze wymaga poprawy. Sukces generuje nowe, niekończące się wyzwania i zawsze pojawia się jakieś "ale".
Ja też je dorzucę. Rzeszów jest najlepszym polskim miastem do życia, ale smog to wciąż wasza pięta achillesowa. Kiedy pionierskie miasto w końcu rozwiąże ten problem?
Specyfika miasta położonego u podnóża wzgórz utrudnia przepływ powietrza i powoduje kumulację zanieczyszczeń. W części komunalnej miasta wszystkie piece zostały już wymienione. Obecnie ogromnym wyzwaniem jest przekonanie mieszkańców domów indywidualnych do wymiany pieców. Co nie jest proste, bo ludzie obawiają się wyższych kosztów nowego paliwa.
Rzeszów ma teraz trochę "szczęścia". Miasto i lotnisko w Jasionce to teraz logistyczny hub dla Ukrainy i NATO, co mocno napędza waszą infrastrukturę. A co będzie, gdy wojna się skończy?
Jasionka nie jest naszym jedynym fundamentem. Nasz rozwój opiera się na silnej bazie przemysłowej, na którą składa się Lotnicza Dolina i tak wielkie marki, jak Boeing, MTU czy Rolls-Royce.
Czyli macie plan B?
Nasz plan B jest stały: inwestycje, edukacja i przygotowanie terenów pod biznes. Nie czekamy na los – kreujemy własne przewagi. Rozwijamy nowe technologie, jak drony i rozwiązania dual-use. 
Dziś Rzeszów, z którego kiedyś wszędzie było daleko, leży na przecięciu kluczowych korytarzy transportowych. Z tego też staramy się umiejętnie korzystać.
Wymienia pan robiące wrażenie światowe marki, ale Rzeszów zadłuża się w zawrotnym tempie. Kto za to zapłaci?
Przyznaję: mamy długi i powiem więcej – one rosną, ale jest to "zdrowe zadłużanie się". Tłumaczy je konieczność współfinansowania największych inwestycji drogowych, np. jezdni do strefy ekonomicznej, gdzie miasto musi wyłożyć własne środki na wykup terenów. Nowe miejsca pracy, większy podatek od nieruchomości i pracowników sprawią, że ta droga szybko zacznie się zwracać.
Co teraz najmocniej drenuje budżet najlepszego miasta w Polsce?
Wyżej wspomniane drogi. Skończyliśmy dwie duże inwestycje: połączenie osiedli i Zalesie z centrum i tzw. Wisłokostradę. Ale najbardziej nas obciąża droga prowadząca do strefy ekonomicznej: to koszt 400 mln zł, z czego 25 proc. środków pochodzi z miasta. Budżet mocno drenuje też budowa centrum atletycznego za 200 mln złotych.
Rzeszów przyjął proporcjonalnie najwięcej uchodźców w kraju, pozostając najspokojniejszym miastem w Polsce. W jaki sposób miasto obaliło tezę, że migracje generują zagrożenie dla bezpieczeństwa?
Tradycyjnie już mamy najniższy wskaźnik przestępczości, co wynika z mentalności mieszkańców, którzy są przywiązani do przestrzegania prawa. I mimo że tradycyjna struktura społeczna nam się ostatnio przemodelowała, bo przyjęliśmy wielu migrantów –  obawy przed wzrostem przestępczości z powodu ludności napływowej okazały się niepotwierdzone. 
Uchodźcy z Ukrainy są porządnymi ludźmi, którzy pozytywnie wpływają na gospodarkę i wizerunek miasta: większość z nich pracuje, a dzieci regularnie się uczą. To nie myślenie życzeniowe, a fakty wynikające z raportów.
Jednocześnie Rzeszów jest miastem z największą liczbę kolizji przypadającą na tysiąc mieszkańców. Bezpieczne miasto, gdzie poruszanie się po mieście bywa szczególnie niebezpieczne? To brzmi jak paradoks.
Rozwój przyciąga pracowników spoza Rzeszowa – dziennie wjeżdża do nas dwa razy więcej aut, niż jest zarejestrowanych. To generuje stłuczki. 
W związku z tym, że staliśmy się ofiarą własnego sukcesu, błyskawicznie rozwijamy drogi i inwestujemy w program transportowy z funduszy unijnych, który obejmie m.in. audyt 250. przejść dla pieszych, doświetlenie skrzyżowań, dodatkowe systemy sterowania oraz rozwój ścieżek rowerowych.
Czym dla pana jest Smart City, które pan propaguje – poza medialnym hasłem?
Smart City to społeczny ruch, który założyłem 10 lat temu, mający poprawiać jakość życia w miastach poprzez nowoczesne rozwiązania.
I udało się?
Oczywiście. Mieszkańcy zyskali więcej czasu i komfortu. Dzięki Smart City wdrożyliśmy m.in. jeden z najnowocześniejszych systemów zarządzania skrzyżowaniami oparty na czujnikach i kamerach, który adaptuje sterowanie ruchem. W praktyce polega to na puszczaniu większej ilości zielonych świateł w jedną stronę rano, a wieczorem w drugą. 
Mamy też aplikację do strefy płatnego parkowania, która pokazuje kierowcy wolne miejsca. Smart City to też kilkadziesiąt instalacji fotowoltaicznych na publicznych budynkach połączonych z systemami sterowania, co generuje oszczędności i zieloną energię.
Dalsza część tekstu poniżej.
W jaki sposób Rzeszowianie mogą się czuć decyzyjni w zarządzaniu miastem?
Mógłbym oczywiście mówić o konsultacjach społecznych czy budżecie obywatelskim, który oczywiście uskuteczniamy, ale tu też wrócę z ciekawostką od Smart City. 
Rzeszowianie mogą współzarządzać miastem np. dzięki cieszącej się ogromnym powodzeniem Aplikacji Mieszkańca. Mieszkańcy, robiąc zdjęcia poprzez system, zgłaszają nam usterki, a my w trybie pilnej motywacji – bo status realizacji wciąż wyświetla się zgłaszającemu – wszystko na bieżąco naprawiamy.
Kontrowersje wokół pańskiej roli w konkursie architektonicznym na projekt Biblioteki Narodowej wzbudziły zarzuty o naruszenie bezstronności. Czy ta sytuacja nie podważa wiarygodności Rzeszowa w kontekście dużych inwestycji publicznych?
Nie szukałbym tu skandalu: moja rola w konkursie na projekt Biblioteki była analogiczna do tej, jaką pełnił minister kultury w konkursie na Pałac Saski w Warszawie. Łączenie roli zamawiającego i eksperta to nic nadzwyczajnego. 
Głosy, które podnoszą, że wpłynąłem na wynik, nie mają racji. Wyrok Krajowej Izby Odwoławczej potwierdził zresztą prawidłowość przeprowadzenia konkursu oraz oddalił wszystkie zarzuty podnoszone w odwołaniu.
Czy coś pozytywnego może płynąć z takich burz?
Jeśli się nie ma nic na sumieniu – to tak. Plusem płynącym z tego zamieszania jest na pewno to, że o Rzeszowie mówi się jako o mieście walczącym o ambitną architekturę. Cieszę się, że światowe marki i nazwiska, takie jak pracownia współpracująca z Zahą Hadid czy japoński architekt Kengo Kuma, którego projekt zwyciężył, zaczynają się u nas pojawiać.
Sam projekt będzie zresztą bardzo innowacyjny, bo połączy w jednym miejscu wielu przestrzeni kulturalnych: bibliotecznych, konferencyjnych, wystawienniczych i muzycznych. Powstanie scena teatru muzycznego i operowa, czego do tej pory w Rzeszowie brakowało.
Dla mnie Rzeszów to...
...to dynamiczna i ekonomiczna rodząca się metropolia o europejskich aspiracjach.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/1102d6a5356d3eb8e22442a79d5a75f7,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/1102d6a5356d3eb8e22442a79d5a75f7,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Nasz plan B jest stały: inwestycje, edukacja i przygotowanie terenów pod biznes - mówi InnPoland.pl Konrad Fijołek, prezydent Rzeszowa</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/223921,b90-czyli-drugie-zycie-stoczni-gdanskiej-klub-jest-mekka-melomanow</guid><link>https://innpoland.pl/223921,b90-czyli-drugie-zycie-stoczni-gdanskiej-klub-jest-mekka-melomanow</link><pubDate>Sat, 18 Apr 2026 06:00:02 +0200</pubDate><title>B90, czyli drugie życie Stoczni Gdańskiej. Klub jest mekką melomanów</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/56c5afb9de2d260522d4b7c236665898,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Pomysł, by przerabiać poprzemysłowe obiekty na dyskoteki i sale koncertowe, nie jest może oryginalny, ale gdańskie B90 jest na tym polu czymś szczególnym. Właściciele klubu dają Stoczni Gdańskiej nowe życie, tworząc z jej terenów centrum kultury alternatywnej.

B90 to dziś jedno z najważniejszych miejsc na mapie fana muzyki: koncertowali w nim najwięksi, a w tym roku odbędzie się tam największy polski festiwal metalowy.
Początki B90. Jak powstał znany klub w Gdańsku
Jak na stronie klubu podają jego założyciele, początkowo ten miał powstać w Gdynii. Nagle jednak pojawiła się "informacja o terenach postoczniowych w Gdańsku".
"Żyliśmy w przekonaniu, że są one wciąż niedostępne. Obejrzeliśmy wszystkie poziomy hali 90B i zdecydowaliśmy się na parter. W miejscu, w którym obecnie jest scena, wcześniej znajdowała się rampa kolejowa", wspominają.
Prace, których celem było zamienienie hali przemysłowej na industrialny klub muzyczny, trwały osiem miesięcy: w tym czasie wybudowano dwie sceny, a całą przestrzeń przystosowano pod kątem akustycznym. Było nad czym pracować, gdyż pomieszczenia przed adaptacją cechowały się pogłosem wynoszącym ponad... siedem sekund. Grać w takich warunkach koncert to jedno, ale być słuchaczem – drugie.
W końcu jednak udało się: dziś klub może pomieścić nawet dwa tysiące osób i regularnie grają w nim znane zespoły: a to metalowe, a to hip-hopowe.
"Najtrudniejsze były, oczywiście, początki. I pierwsze trzy lata. W trakcie ich trwania skupiliśmy się na rocku i metalu. Klub B90 swoją działalność rozpoczął koncertami Primal Scream, The Raveonettes, Buzzcocks i The Damned – był to przedsmak tego, co będzie się działo w kolejnych latach", wspominają dalej założyciele.
I choć rock i metal to dziś rdzeń działalności klubu, nierzadko odwiedzają go też fani innych gatunków. Wystarczy wymienić eklektyczny Soundrive Festival. 
Mystic Festival w Gdańsku
Z pewnością pewnym przełomem dla B90 była reaktywacja Mystic Festival.
Mowa o polskim festiwalu, poświęconym wszystkim odcieniom muzyki metalowej, który wystartował pod koniec lat 90. Początkowo był stosunkowo małą imprezą, odbywającą się w krakowskiej Hali Wisły (gwiazdą był wtedy blackmetalowy Emperor). W następnych latach festiwal organizowano w Krakowie, Katowicach, Wrocławiu, Chorzowie i wreszcie Gdańsku. Przez lata headlinerami były na nim takie gwiazdy jak Iron Maiden, Kreator, Slayer, Sabaton, Megadeth, King Diamond czy Judas Priest.
Obecnie za imprezą stoi Mystic Coalition, sojusz agencji koncertowej Knock Out Productions, wytwórni płytowej Mystic Production i wreszcie klubu B90. Dziś to też czterodniowy festiwal, bliższy takim imprezom, jakie odbywają się na Zachodzie.
W tym roku na czerwcowym (4-6.06) festiwalu zagrają m.in. Megadeth, Black Label Society, Behemoth, Gaahls Wyrd, Cavalera, Death to All, Ciśnienie, A.A. Williams, Blood Incantation, Mastodon, Marduk, Today is the Day czy Coroner. A to tylko czubek góry lodowej, gdyż łącznie polskiej publice zaprezentuje się kilkadziesiąt (bliżej setki niż dwudziestu) formacji z całego świata.
B90 nie obsługuje całego festiwalu: są w nim organizowane tylko koncerty klubowe. Co nie oznacza, że takie wydarzenia są gorsze: nierzadko prawdziwą magię muzyki można poczuć dopiero w taki sposób.
B90. Nie tylko metal, nie tylko Mystic
Sprowadzenie roli B90 tylko do "mysticowego" klubu byłoby jednak zbyt dużym uproszczeniem tematu. To dziś centrum kultury alternatywnej w Gdańsku. W tym roku zagrała tam wspólny koncert nieszczególnie święta trójka: Mayhem, Immolation i Marduk. Kilka dni po niej na scenę weszli Brytyjczycy z Paradise Lost. 
Już 19 kwietnia odbędzie się tam też "Wild Hunt Metal" – koncert przygotowany przez współautorów muzyki do gry "Wiedźmin 3: Dziki Gon", na którym zaprezentowane zostaną utwory wykorzystane w grze, ale w mocniejszej, metalowo-rockowej aranżacji.
12 maja polskim fanom zaprezentują się Public Image Ltd. Dla niewtajemniczonych: to formacja znanego z Sex Pistols Johna Lydona.
23 i 24 maja już wyprzedane koncerty zagra Palion, polski youtuber, osobowość internetowa i piosenkarz, a 30 maja legendarny Kaliber 44 (wszystko w ramach trasy upamiętniającej zmarłego w maju 2025 roku rapera Jokę).
22 czerwca klub zdominują ponownie metalowcy: członkowie Trivium, Frontside i Heriot, a 15 lipca ich koledzy ze sceny: formacja In Flames.
Jakby komuś zabrakło mocnych wrażeń, tp już 20 lipca w B90 zagrają reprezentanci sceny hardcore: Biohazard i Cro-Mags. 
Jeżeli ktoś będzie chciał odpocząć od ciężkich gitar i wrzaskliwych wokali, polecamy rockowe Gogol Bordello (17 sierpnia) albo – i tu klub pokazuje swoją uniwersalność i otwartość – Ich Troje. Tak, chodzi o ten zespół od Eurowizji, Michała Wiśniewskiego i czerwonych włosów.
Klub przygotowuje się już na kolejny rok: na 13 lutego 2027 zabukował koncert T.Love.
Muzyka w budowie. Dać Stoczni Gdańskiej nowe życie
Klub B90 pokazuje, jak ogromny potencjał tkwi w rewitalizacji przestrzeni poprzemysłowych. To, co kiedyś było miejscem ciężkiej pracy i przemysłu, dziś staje się tętniącym życiem centrum kultury, przyciągającym tysiące ludzi i artystów z całego świata (w tym przy okazji tak spektakularnych wydarzeń jak Mystic Festival).
Wniosek jest jasny: odpowiednio zagospodarowane obiekty tego typu nie tylko zachowują swoją historyczną tożsamość, ale zyskują nowe życie jako przestrzenie integrujące społeczność, rozwijające kulturę i budujące markę miasta. B90 jest tego najlepszym dowodem — przykładem, że przeszłość i nowoczesność mogą współistnieć, tworząc coś naprawdę wyjątkowego.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/56c5afb9de2d260522d4b7c236665898,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/56c5afb9de2d260522d4b7c236665898,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">B90 pozwala ożywić tereny Stoczni Gdańskiej. Klub jest mekką fanów muzyki</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
