<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[INNPoland.pl - Polecamy]]></title>
		<description><![CDATA[Polecane przez redakcję INNPoland.pl artykuły i wpisy blogerów]]></description>
		<link>https://innpoland.pl/</link>
				<generator>innpoland.pl</generator>
		<atom:link href="https://innpoland.pl/rss/polecane" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/179485,prawnicy-podatkowi-na-wage-zlota</guid><link>https://innpoland.pl/179485,prawnicy-podatkowi-na-wage-zlota</link><pubDate>Fri, 13 May 2022 16:31:21 +0200</pubDate><title>Nawet 60 tys. zł miesięcznie. Ludzie pracujący w tym zawodzie mają teraz żniwa</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/d61e3b152402b75bd4f5b737a4246b7f,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jest w Polsce grupa poszukiwanych specjalistów, która może liczyć na naprawdę niebotyczne zarobki - i wcale nie mówimy tutaj o programistach! Tymi szczęściarzami są eksperci z zakresu prawa podatkowego. Za sprawą wielkiego bałaganu z Polskim Ładem pracodawcy są skłonni naprawdę sowicie wynagrodzić potencjalnego pracownika.

Obserwuj INNPoland w Wiadomościach Google
Najlepiej opłacani prawnicy
Prawnicy, którzy są w stanie sprawnie - i z zyskiem - przeprowadzić firmę przez meandry Polskiego Ładu należą do najbardziej poszukiwanych specjalizacji w tym zawodzie. Jak wynika z raportu firmy rekrutacyjnej Manpower, osoba aplikująca na wymagające największego doświadczenia stanowisko tax senior lub executive manager, może spokojnie liczyć na miesięczne wynagrodzenie w wysokości 26 tys. zł brutto - przy czym część firm jest skłonna zaoferować właściwemu kandydatowi nawet 60 tys. zł brutto.
Jak podkreśla Marta Romaneczko-Kozielska, lider zespołu i headhunter w obszarze rekrutacji na stanowiska prawnicze i podatkowe w Manpower, już w zeszłym roku pracodawcy na gwałt poszukiwali doświadczonych prawników specjalizujących się w prawie podatkowym.
- Praktyka podatkowa od lat cieszy się największym zainteresowaniem, jeśli chodzi o liczbę projektów zlecanych agencjom rekrutacyjnym, jednak w związku z licznymi zmianami legislacyjnymi, a zwłaszcza wejściem w życie Polskiego Ładu, odnotowaliśmy skokowy wzrost liczby zgłoszonych wakatów – otrzymaliśmy ich niemal dwukrotnie więcej w stosunku do roku poprzedniego - mówi Romaneczko-Kozielska.

Nic zresztą dziwnego, że firmy szukają jak najlepszych ekspertów do poruszania się w gąszczu zmian legislacyjnych, bo gra toczy się o duże pieniądze - natomiast rząd raz po raz wprowadza coraz to nowe elementy. W czwartek 12 maja w Sejmie przyjęto pakiet poprawek do Polskiego Ładu. Po tym, jak wejdzie w życie, możliwa będzie m.in. zmiana formy opodatkowania na skalę podatkową.
Złoty okres dla prawników podatkowych to efekt nałożenia się na siebie kilku czynników. Pracodawcy - co zrozumiałe - odczuwają potrzebę posiadania pracownika, który z powodzeniam rozszyfruje zawiłości Polskiego Ładu. Równocześnie jednak - po doświadczeniu pandemii - pracownicy znacznie mniej chętnie zmieniają pracę. Jak podkresla ekspertka Manpower, zmusiło to firmy do uelastycznienia wymagań i zwiększenia oferowanych pensji.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/d61e3b152402b75bd4f5b737a4246b7f,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/d61e3b152402b75bd4f5b737a4246b7f,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Eksperci od prawa podatkowego są dosłownie rozchwytywani</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/179455,inflacja-moze-mocno-wzrosnac-musimy-zacisnac-pasa</guid><link>https://innpoland.pl/179455,inflacja-moze-mocno-wzrosnac-musimy-zacisnac-pasa</link><pubDate>Fri, 13 May 2022 14:43:43 +0200</pubDate><title>Spadek inflacji to tylko pobożne życzenie. &quot;Wszyscy musimy - i zaciskamy - pasa, tylko nie rząd&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/4340acbfba40fc914e4f5da6fde82778,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jeszcze kilka miesięcy temu mało prawdopodobna wydawała się 10-procentowa inflacja, a tymczasem według najnowszych prognoz jesienią nastąpi szczyt inflacji wynoszący dwa razy więcej. Jak udźwigną to nasze portfele i czy na tym się zakończy? O tym rozmawiamy ze Sławomirem Dudkiem, głównym ekonomistą Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Obserwuj INNPoland w Wiadomościach Google
Dopiero co przerażała nas myśl o dwucyfrowej inflacji, a już mówi się, że podskoczy do 20 proc. Dobijemy do 20-ki?
Scenariusz ten jest mało prawdopodobny, ale możliwy. Narodowy Bank Polski prezentując wachlarz scenariuszy dotyczących inflacji zakładał, że wyniesie 12 proc. w scenariuszu centralnym - podczas gdy już przebiła ona 11 proc. - a w skrajnym scenariuszu zakładano, że podskoczy do nawet ponad 17 proc. Psychologiczną granicą jest 20-procentowa inflacja, która jest w zasięgu ręki, bo rzeczywistość realizuje te najmniej prawdopodobne scenariusze. Więc jeśli nastąpi splot negatywnych okoliczności, niewykluczone, że dobijemy do tej dwudziestki, a to już oznacza, że zostanie zjedzona jedna piąta oszczędności osób, które trzymają pieniądze w postaci nieodpornej na inflację. 
Rekordową inflację mieliśmy w latach 90. - w 1995 roku wynosiła ona aż 35 proc. Jaki koszt tego poniesiemy tym razem?
W okresie transformacji Polska była zupełnie inna - przechodziliśmy z systemu gospodarki centralnie zarządzanej do gospodarki rynkowej. I tamto uwolnienie cen oznaczało urealnienie fikcji jaka miała miejsce w PRL. Od 30 lat jesteśmy otwartą gospodarką rynkową, jesteśmy elementem rynkowej gospodarki światowej, która w swojej historii doświadczyła już kryzysu inflacyjnego w latach 70. Wtedy wiele krajów sobie z tym nie poradziło i zanotowały one głębokie recesje, w wyniku czego musiały dostosować swoje finanse publiczne do nowej sytuacji.
Jeśli chodzi o polską politykę gospodarczą - niestety mamy tutaj wiele zagrożeń. Nie możemy mieć pewności co do tego, czym będą kierować się nasi decydenci gospodarczy: dbałością o średnioterminową stabilność czy słupkami wyborczymi. Bo o ile prezes NBP, który najpierw lekceważył inflację, a potem zrobił zwrot o 180 stopni i zaczął podnosić stopy procentowe dosyć mocno chcąc ograniczyć ilość pieniądza w gospodarce, premier to rozdaje. Mateusz Morawiecki funduje kolejne tarcze bez finansowania i w zasadzie poprzez instrumenty pomocowe chce osłabić działania polityki pieniężnej. 
Jest to destrukcyjny układ. Jeden hamuje, a drugi naciska nogę na gaz albo podkłada kłody pod skuteczność mechanizmu polityki pieniężnej. Problem z inflacją istnieje na całym świecie, ale Polska w zakresie polityki fiskalnej zachowuje się kompletnie nieracjonalnie. Inne kraje są powściągliwe i nie robią tego, co polski rząd w zakresie polityki budżetowej, czyli zrzucania pieniędzy z helikoptera i kontynuowania pompowania inflacji. Oni dolewają do ognia już nie oliwę, ale benzynę.
Prezes NBP już wie, że trzeba było szybciej reagować i podnosić stopy procentowe. Tylko, że podejmowane przez niego teraz działania nie zbijają inflacji.
Stopy procentowe działają z opóźnieniem. Pociąg zwany inflacją jest rozpędzony i nie łatwo jest go wyhamować. Tak naprawdę efekt podnoszenia stóp procentowych zobaczymy za kilkanaście miesięcy, a w tym czasie inflacja może dalej rosnąć. Nowa Rada Polityki Pieniężnej działa teraz poprawnie, ale skoro za późno zaczęliśmy hamować, niebezpieczeństwo zderzenia ze ścianą istnieje. 
Polityka pieniężna jest teraz najważniejszym instrumentem w walce z inflacją. Tylko, że mimo właściwych ostatnio decyzji Adama Glapińskiego, upolitycznienie jego osoby podważa wiarygodność banku centralnego. Przecież prezes NBP odwiedza Nowogrodzką, czyli jest politykiem. On pojechał ostatnio na naradę do partii politycznej, co jest kuriozalne jeśli chodzi o politykę gospodarczą. To już przypomina rządy w Turcji, gdzie prowadzono doraźne działania polityczne, nie zważając na konsekwencje gospodarcze. Takie działania powodują, że rynki finansowe nie wierzą w stłumienie inflacji w Polsce. Widać to w rentownościach - polskie rentowności są bardzo wysokie - przebiły 7 proc.
Co powinien zrobić teraz rząd?
Musi być powściągliwy i chłodzić gospodarkę, co polega na tym, że trzeba jeszcze bardziej podnieść stopy procentowe, aby spowolnić konsumpcję oraz inwestycje. Niestety innego działania nie ma. Tylko jeśli rząd wprowadzi wakacje kredytowe, instrumenty antyinflacyjne przestaną działać. I to jest bardzo źle oceniane przez rynki finansowe. Wszyscy musimy - i zaciskamy - pasa, tylko nie rząd. Już widać, że ze względu na nadchodzące wybory rząd jest w stanie zaryzykować bardzo wysoką inflacją, zwłaszcza że znalazł sobie wroga w postaci Putina, na którego będzie zrzucał całą winę. 
Jest to wybór między mniejszym a większym złem. Musimy podnosić stopy, aby inflacja nie skoczyła do poziomów zabójczych, a z drugiej strony podnoszenie stóp mocno tłumi aktywność gospodarczą.
Na 20-procentowej inflacji zakończy się czy jesienią będziemy drżeć przed 30-procentową inflacją? Gdzie jest granica?
Inflacja nie ma granic. W Turcji wynosi ona już blisko 70 proc., a w Argentynie 60 proc. To są realne przykłady. Polska ma płynny kurs walutowy a w dodatku jest krajem przyfrontowym, więc wszystko jest możliwe, choć na dziś nie jest to wysoce prawdopodobne. Inflacja w zasadzie już wymknęła się spod kontroli, tylko pytanie: gdzie się zatrzyma? Koszty zatrzymania inflacji będą coraz większe dla społeczeństwa. Bo może się okazać, że zapłacimy za to recesją, czyli wzrostem bezrobocia, ubóstwem i dużymi cięciami w budżecie. 
Stagflacja jest realna?
Podręcznikowa stagflacja występuje, kiedy jest recesja, a ta została uwzględniona w niektórych scenariuszach dotyczących wzrostu gospodarczego, zaprezentowanych przez NBP. Przy czym w Polsce nawet wzrost w okolicach 2 proc. stanowi poważną sytuację, oznaczającą wzrost ubóstwa. Z takim wskaźnikiem bylibyśmy już bardzo blisko stagflacji. 
Uważam, że duet Morawiecki-Glapiński odpowiadają w dużej części za inflację. Nikt nie neguje, że przyczyniły się do niej ceny surowców, za co odpowiada Putin, ale jeżeli Putin swoją rakietą gospodarczą i kombinowaniem z surowcami uderzył w polską gospodarkę, to tylko wywołał kryzys, zaś Morawiecki swoimi działaniami go pogłębia.
Widzi pan wyjście z tej sytuacji?
Wszystko teraz zależy od polityki gospodarczej rządu, ale dużego manewru nie ma. Rząd będzie miał teraz trudność w sprzedaniu obligacji, ponieważ banki są nimi przesycone, a z kolei Narodowy Bank Polski musi walczyć z inflacją i nie może powtórzyć operacji z kupowania obligacji, bo w ten sposób złamałby ustawę, która mówi jasno, że NBP musi walczyć z inflacją. Wiele wskazuje na to, że rząd będzie musiał zapożyczać się zagranicą. Być może szansą na wyjście z tej sytuacji byłyby pieniądze z Unii Europejskiej. 
Obawiam się scenariusza rumuńskiego. W 2010 roku Rumunia mimo niskiego długu wynoszącego 30 proc. PKB, stała się niewypłacalna. A skoro nie była w stanie pozyskać finansowania, zwróciła się do Międzynarodowego Funduszu Walutowego o pomoc taką samą, jaką otrzymała wcześniej Grecja. W Rumunii spowodowało to wysoki wzrost rentowności i wysoki koszt obsługi długu publicznego.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/4340acbfba40fc914e4f5da6fde82778,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/4340acbfba40fc914e4f5da6fde82778,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Premier Mateusz Morawiecki</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134541,jak-avon-zastapil-ministerstwo-sprawiedliwosci-bez-pomocy-firmy-ofiary-przemocy-pozostalyby-bez-wsparcia</guid><link>https://innpoland.pl/134541,jak-avon-zastapil-ministerstwo-sprawiedliwosci-bez-pomocy-firmy-ofiary-przemocy-pozostalyby-bez-wsparcia</link><pubDate>Fri, 28 Apr 2017 12:23:40 +0200</pubDate><title>Jak Avon zastąpił Ministerstwo Sprawiedliwości. Bez pomocy firmy ofiary przemocy pozostałyby bez wsparcia</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/6c2e343bbb20fa25895f65ba8a9e96eb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Dzięki znanej firmie kosmetycznej Avon znowu działa telefon pogotowia dla osób doświadczających przemocy w rodzinie. Zamilkł na początku roku, z powodu niechęci lub błędu urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości. Kiedy tylko znalazły się prywatne środki na wznowienie jego działalności, zadzwonił już po minucie.

Na początku roku Ministerstwo zmieniło zasady finansowania fundacji pomagających ofiarom przestępstw, obcinając środki przeznaczone na świadczenie pomocy zdalnej – przez telefon czy internet. Z tego powodu zamilkło na przykład pogotowie telefoniczne Niebieskiej Linii. Zaczęło działać po 4 miesiącach przerwy, dzięki wsparciu internautów oraz firmy Avon, która dołożyła brakującą sumę. 

[url=http://www.niebieskalinia.pl/]Niebieska Linia[/url] to program pomocy, skierowany głównie do [url=http://innpoland.pl/t/2725,kobiety]kobiet[/url] i dzieci, które staja się ofiarami swoich najbliższych. Jest realizowany przez Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar Przemocy w Rodzinie. Powstało ono w 1995 roku, jako placówka Instytutu Psychologii [url=http://innpoland.pl/t/2381,zdrowie]Zdrowia[/url] Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

– Otrzymaliśmy wiele pozytywnych, wręcz entuzjastycznych komentarzy i podziękowań. Czujemy ogromną satysfakcję, że mogliśmy wesprzeć kobiety, że one to dostrzegły i być może dzięki temu niejedna z nich podniesie słuchawkę i wybierze numer Niebieskiej Linii. Taka reakcja daje nam motywację do dalszego działania i udowadnia, że to co robimy, jest naprawdę ważne – mówi w rozmowie z INN:Poland Barbara Goździkowska, General Manager AVON Cosmetics Polska.

Jak doszło do tego, że taka nadzwyczajna pomoc była wręcz nieodzowna? Pogotowie jest organizacją pozarządową, ale od wielu lat było przez rząd dotowane. Pod koniec 2016 roku w Ministerstwie Sprawiedliwości zapadła decyzja, że telekomunikacyjna działalność Pogotowia nie jest czymś niezbędnym i cofnięto jej część dotacji. Pogotowie dostało dokładnie 100 tys. zł mniej. Tymczasem roczna działalność infolinii kosztuje dokładnie 187 tys. zł. Zaskoczone Pogotowie musiało zawiesić telefoniczne porady.[photo position="inside"]316741[/photo]Niebieska Linia uruchomiła telefon pomocowy dla ofiar przemocy w rodzinie dokładnie 3 lipca 1995 roku. Zmieniały się rządy, czasem zmieniały się numery telefonów, a Niebieska Linia działała. Ostatni numer 22 668 70 00 był aktywny od 10 lat.

Na początku roku przestał odpowiadać, bo wraz ze zmianą [url=http://innpoland.pl/t/2873,ministerstwo-sprawiedliwosci]Ministra Sprawiedliwości[/url], zmienili się urzędnicy, którzy zarządzają Funduszem Pomocy Pokrzywdzonym Przestępstwem i Pomocy Postpenitencjarnej. Uznali, że pomoc świadczona na odległość jest mało wartościowa i zmienili warunki konkursu na takie, które uniemożliwiają uzyskanie dofinansowania na telefoniczną, mailową czy Skype’ową pomoc specjalistów.

– Jak sądzę, minister Ziobro nawet nie wiedział, jak przebiega konkurs na dotacje w 2017 roku. Po prostu zmieniono warunki ubiegania się o dofinansowanie i wykluczono z niego możliwość udzielania pomocy psychologicznej i prawnej zdalnie – telefonicznie, mailowo, przez komunikatory. O dofinansowanie z tego Funduszu ubiegaliśmy się od chwili jego stworzenia, czyli od 2008 roku, i corocznie je dostawaliśmy. W tym roku dostaliśmy środki tylko na pomoc bezpośrednią, świadczoną w Warszawie – mówi w rozmowie z INN:Poland Renata Durda, kierowniczka Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia" IPZ.[photo position="inside"]316757[/photo]Problem w tym, że ofiara przemocy nie zawsze może skorzystać z pomocy bezpośredniej. 
– Z jednej strony są przypadki, w których ofiara przemocy opiekuje się małym dzieckiem, osobą niepełnosprawną albo obłożnie chorym. Nie może tak po prostu wsiąść do pociągu i przyjechać do Warszawy. Z drugiej strony jest cała masa osób, które nie są gotowe na to, żeby spotkać się twarzą w twarz z konsultantem – przypomina Durda.

Wielokrotnie próbowała przekonać pracowników ministerstwa, żeby zmienili warunki konkursu. Liczyła również na to, że – tak jak to było w poprzednich latach – ministerstwo po kilku miesiącach ogłosi kolejny konkurs, tym razem również na pomoc świadczoną na odległość. Nie udało się i 1 stycznia 2017 roku Poradnia Telefoniczna zawiesiła swoją działalność. 

Wzburzyło to środowiska kobiece, odbył się nawet marsz poparcia dla organizacji, którym Ministerstwo obcięło środki. Bo Pogotowie nie jest jedyną, która nie dostała pieniędzy.

– Inne organizacje, które nie dostały dofinansowania na 2017 rok, to Centrum Praw Kobiet, Stowarzyszenie "BABA" z Zielonej Góry, Fundacja "Autonomia" z Krakowa (z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej) – mówi nam Renata Durda.

Gdy o sytuacji, w której znalazła się poradnia, poinformowały ogólnopolskie media, sprawa stała się polityczna.  

– Pisano, że "PiS zamknął Niebieską Linię" i że to wina ministra Ziobry – niemniej w rzeczywistości zawinili szeregowi urzędnicy, którzy nie mieli wiedzy na temat tego, jak działa system pomocy osobom pokrzywdzonym przestępstwem i chcieli zrobić coś po swojemu. Warto dodać, że problemy z finansowaniem ośrodki pomagające ofiarom przemocy domowej (w tym "Niebieska Linia") miały również za rządów innych partii. Były lata, w których finansowanie całorocznych działań zaczynało się dopiero w kwietniu – przypomina Durda.

Po tym, jak media nagłośniły sprawę, na adres "Niebieskiej Linii" przyszło wiele maili, w których deklarowano gotowość do pomocy, także finansowej. Konsultanci „Niebieskiej Linii” uruchomili więc zbiórkę pieniędzy na jednym z portali crowdfundingowych. W ciągu 50 dni udało się zebrać 33 tys. złotych. Potrzeby są jednak znacznie większe.[photo position="inside"]316743[/photo]Z pomocą przyszła firma [url=https://www.avon.pl/]Avon[/url], która od lat pomaga ofiarom przemocy w ramach akcji "Avon kontra przemoc". Dzięki prywatnym darczyńcom oraz firmie Avon, „Niebieska Linia” IPZ - po trzech miesiącach przerwy - wznowiła Poradnię Telefoniczną i Mailową, a pierwszy telefon zadzwonił minutę po jej uruchomieniu.

– Nie mogliśmy pozostać obojętni wobec zamknięcia Poradni telefonicznej Niebieskiej Linii, dlatego przekazaliśmy kwotę pozwalającą na jej działanie do końca roku. Wierzymy, że dzięki temu wiele kobiet otrzyma potrzebne im wsparcie. Naszym celem jest nie tylko nagłaśnianie problemu przemocy domowej, ale również aktywne jej przeciwdziałanie i z dumą to robimy, prowadząc od lat kampanię „Avon kontra Przemoc” – mówi Barbara Goździkowska.

Współpraca Avon z Ogólnopolskim Pogotowiem dla Ofiar Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia" IPZ trwa od 2011 roku. Przedstawiciele firmy unikają tematów politycznych, skupiając się na tym, że pomocy Pogotowiu po prostu musieli udzielić.

– Avon to firma dla kobiet, która utożsamiana jest nie tylko z dbaniem o urodę, ale także z działaniami na rzecz rozwoju, zdrowia i właśnie bezpieczeństwa kobiet. Wierzymy w ich wielką siłę, dlatego wspieramy je w pokonywaniu ich codziennych problemów i inspirujemy do pozytywnych zmian. Gdy są zdrowe, gdy czują się bezpieczne, gdy są świadome swojego piękna i gdy widzą dla siebie szanse rozwoju – potrafią zmieniać świat. I my je w tym wspieramy. To podstawy wpisane w DNA tej firmy – mówi w rozmowie z INN:Poland Barbara Goździkowska. 

– Jednym z problemów, które dotyka każdego dnia wiele kobiet na całym świecie, jest właśnie przemoc domowa. Dlatego jednym z fundamentów naszej działalności jest kampania "AVON kontra Przemoc".  W Polsce prowadzimy ją od 2008 roku, a jej celem jest nie tylko nagłaśnianie problemu przemocy domowej, ale również aktywne jej przeciwdziałanie. Dlatego wspieramy inicjatywy z tego obszaru i było dla nas oczywiste, że musimy pomóc w ponownym uruchomieniu poradni telefonicznej Niebieskiej Linii – dodaje. 

Wszystkie działania w ramach kampanii prowadzone są dzięki środkom pozyskanym ze sprzedaży produktów Avon "Powiedz STOP Przemocy!", dostępnych w każdym katalogu Avon. Do tej pory w ramach akcji udało się zebrać na ten cel 1,5 mln złotych.

Kampanię "AVON kontra Przemoc" można wesprzeć kupując jeden ze specjalnie oznaczonych (symbolem nieskończoności) produktów.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/6c2e343bbb20fa25895f65ba8a9e96eb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/6c2e343bbb20fa25895f65ba8a9e96eb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134539,i-kto-tu-byl-pierwszy-kiedy-rodzil-sie-elon-musk-w-polskiej-fabryce-ruszala-produkcja-elektrycznych-samochodow</guid><link>https://innpoland.pl/134539,i-kto-tu-byl-pierwszy-kiedy-rodzil-sie-elon-musk-w-polskiej-fabryce-ruszala-produkcja-elektrycznych-samochodow</link><pubDate>Fri, 28 Apr 2017 08:56:28 +0200</pubDate><title>I kto tu był pierwszy? Kiedy rodził się Elon Musk, w polskiej fabryce ruszyła produkcja elektrycznych aut</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/20693a3c82cf6c9e8806b74a86fec3db,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />To prawda. Wizjoner i biznesmen, twórca PayPala i Tesli pierwszy oddech świeżego powietrza wziął w 1971 roku. W tym samym czasie w Mielcu wystartowała produkcja auta, które w ciągu kilku dekad zyskało miano kultowego. Do tej pory z taśm produkcyjnych zjechało ok. 180 000 legendarnych meleksów. To jedne z najdłużej produkowanych na świecie aut elektrycznych.

O ich niezwykłej popularności świadczy fakt, że słowo „melex” stało się w języku polskim synonimem elektrycznego autka. – Tak, jak buty [url=http://innpoland.pl/t/2815,sport]sportowe[/url] nazywamy adidasami, tak w zasadzie na każdy elektryczny pojazd mówimy od razu „melex”. To o czymś świadczy – uśmiecha się Dariusz Gujda, członek zarządu i dyrektor finansowy [url=http://www.melex.com.pl/pl/]Melex Sp. z o.o.[/url]

Pierwotnie meleksy powstały na zamówienie [url=http://innpoland.pl/t/2769,usa]amerykańskiej[/url] firmy i były po prostu wózkami golfowymi. Państwo polskie dramatycznie potrzebowało [url=http://innpoland.pl/t/2999,pieniadze]dewiz[/url], zaś meleksy były tak dobrym produktem, że szybko opanowały 10 proc. amerykańskiego rynku wózków. Ale we wszechstronnym rozwoju pomógł im… stan wojenny. Po jego wprowadzeniu USA nałożyły embargo na import meleksów, więc elektrycznym pojazdom trzeba było znaleźć nowe zastosowanie.[photo position="inside"]316729[/photo]Ostatecznie meleksy jeździły praktycznie w każdym poważnym PRL-owskim zakładzie pracy. Były wózkami transportowymi do towarów spożywczych, pracowały w fabrykach, wykorzystywały je służby miejskie. I tak pozostało do dziś, choć gama zastosowań pojazdów z Mielca znacznie się poszerzyła.

Nowe pojazdy Melex zamówiło ostatnio rodzinne miasto fabryki – Mielec. Jednym będą jeździć strażnicy miejscy, drugim goście magistratu, trzeci zaś trafi do miejskiego przedsiębiorstwa gospodarki komunalnej.

Melex 341 N.Car przeznaczony dla Straży Miejskiej powstał specjalnie na zamówienie Urzędu Miasta Mielca. Został zbudowany na bazie najkrótszej wersji pojazdów serii N.Car i stanowi połączenie modeli 341 i 343. Zamknięta kabina gwarantuje możliwość korzystania z pojazdu przez cały rok, bez względu na warunki atmosferyczne. Umieszczona z tyłu składana kanapa umożliwia przewożenie dwóch osób, a po rozłożeniu przekształca się w praktyczną platformę bagażową.[photo position="inside"]316731[/photo]Dzięki niewielkim rozmiarom najlepiej sprawdza się w patrolowaniu parków, skwerów i osiedlowych uliczek, a cichy i ekologiczny napęd nie zakłóca spokoju spacerujących osób.

Meleksy są wykorzystywane na całym świecie jak wózki golfowe, jako wózki do transportu osób towarów i jako pojazdy specjalne. Wiele osób udaje się nimi w swoją ostatnią drogę – firma wypuszcza na rynek sporo karawanów. Są ciche, dyskretne i pomagają w przeprowadzeniu wymagającej skupienia ceremonii.

Meleksy to przede wszystkim porządne auta robocze. Na całym świecie pracują w fabrykach, pomagają listonoszom, służą jako zakładowe ambulansy. Kiedy piłkarz na boisku odniesie kontuzję, biegnie do niego lekarz i podjeżdża meleks z noszami. Polskie autka pracują na lotniskach, rozwożąc osoby z obsługi oraz bagaże. Przydają się także do serwisu samolotów – szczególnie dedykowany temu zajęciu model z podwyższoną skrzynią.

Ale małemu autku z Mielca zdarzają się też chwile chwały i wielkiej sławy. W 2016 roku po terenie byłego obozu koncentracyjnego w Auschwitz, meleksem podróżował papież Franciszek. Zresztą pojazdy z Mielca były wielokrotnie wykorzystywane podczas papieskich wizyt w Polsce. Są doskonale znane nie tylko w naszym kraju.

– Nasze moce produkcyjne pozwalają na wyprodukowanie około tysiąca pojazdów rocznie. 70 proc. z tej liczby trafia na eksport – mówi Dariusz Gujda.

– Mamy w ofercie ok. 100 różnych wersji pojazdów. Od pojazdów pasażerskich, turystycznych, które w największej wersji są w stanie przewieźć osiem osób, do pojazdów transportowych, używanych na przykład przez służby miejskie czy wewnątrzzakładowe służby. Taki wózek może przewieźć ładunek o wadze nawet 1250 kilogramów – twierdzi Gujda.[photo position="inside"]316733[/photo]Przez ostatnie 46 lat nie zmieniło się główne założenie producentów Meleksa. Ma być niedrogim, prostym autkiem o wielu zastosowaniach. Zmieniła się jednak technologia.

– Sporą innowacją są choćby baterie. Obecnie możemy montować akumulatory litowo-jonowe. Zasięg pojazdu i tak jest spory, bo wynosi na ogół ok. 100 km. Jeśli baterie się wyczerpią, to w zaledwie półtorej godziny możemy naładować je do poziomu 80 proc. pojemności. Żywotność baterii wynosi prawie 4 000 cykli ładowania. Dodatkową zaletą  tych pojazdów jest to, że możemy ładować je ze zwykłego gniazdka – dodaje.

Produkcją meleksów zajmuje się fabryka należąca do państwa Tyszkiewiczów. Podczas prywatyzacji zakładów WSK Mielec, zostało z nich wydzielonych kilka spółek. Jedna z nich zajmowała się produkcją pojazdów elektrycznych. Wpadła potem w kłopoty finansowe. Została wystawiona na sprzedaż przez syndyka, w 2004 roku kupili ją państwo Tyszkiewiczowie.

Najtańsza wersja meleksa kosztuje kilkanaście tysięcy złotych, ale najbogatsze, najlepiej wyposażone wersje są warte kilkadziesiąt tysięcy złotych. Mogą mieć napęd na 4 koła, zamkniętą kabinę, ogrzewanie postojowe i przewozić ponad 1200 kg ładunku.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/20693a3c82cf6c9e8806b74a86fec3db,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/20693a3c82cf6c9e8806b74a86fec3db,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Melex woził niejednego papieża</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134537,tworca-budki-suflera-bedzie-odcinal-kupony-od-slawy-doslownie-zaleje-polske-alkoholem</guid><link>https://innpoland.pl/134537,tworca-budki-suflera-bedzie-odcinal-kupony-od-slawy-doslownie-zaleje-polske-alkoholem</link><pubDate>Thu, 27 Apr 2017 14:56:31 +0200</pubDate><title>Twórca Budki Suflera będzie odcinał kupony od sławy. Dosłownie zaleje Polskę alkoholem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/6804eff82c96d9e1f18a9703353dae40,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Przez kilkadziesiąt lat był motorem Budki Suflera, płyta „Nic nie boli tak, jak życie” sprzedała się w astronomicznym, milionowym nakładzie. „Jolka, Jolka pamiętasz” to jeden z hymnów lat 80., ale „Dmuchawce latawce wiatr” Urszuli, „Nic nie może wiecznie trwać” Anny Jantar czy „Jeszcze kochasz mnie” Ireny Santor to piosenki Romualda Lipko. Dziś 67-letni multiinstrumentalista i kompozytor debiutuje na innej scenie: biznesowej. Zaczął produkować luksusowe wódki i chciałby nimi zalać, nomen omen, rynek. Na pierwszy ogień pójdzie brand „Jolka, Jolka pamiętasz”. Lipko opowiada INN:Poland, dlaczego Polacy mieliby po tę wódkę sięgnąć.

[b]Późno pan debiutuje, na dodatek w mocno konkurencyjnej branży.[/b]

Kocham Jolkę i chcę jej życie przedłużyć [śmiech]. Może w jakimś jednak sensie zamieniam karierę muzyczną na biznesową. Na całym świecie są jednak biznesy budowane w oparciu o skojarzenie ze znanymi nazwiskami. W branży alkoholowej wódkę Sobieski firmował swoją twarzą Bruce Willis. Jest wiele innych przykładów, kiedy artyści mają swój udział w podpieraniu czy umacnianiu jakiegoś legendarnego brandu. Podręcznikowym jest Whisky Jack Daniels, która miała mnóstwo takich „podpórek” w świecie artystów, zwłaszcza amerykańskich muzyków. W efekcie wszystkim się wydaje, że jak się napiją Danielsa to cudownie zaśpiewają i zagrają. Niestety, to tak nie działa, ale jest to – uważam – świetny pomysł na biznes.

[b]Hm, zapytam zatem wprost: czemu nie zostać przy muzyce? Nic nie może wiecznie trwać?[/b]

Kiedyś artysta utrzymywał się ze sprzedaży płyt, teraz taka sprzedaż drastycznie maleje. Na dodatek Polska jest stosunkowo niewielkim z punktu widzenia artysty krajem – może tych, którzy nagrywają i sprzedają płyty anglojęzyczne ten spadek sprzedaży płyt tak nie dotknął. Dziś są to jednak śladowe ilości, które budzą głęboki niepokój starszego pana o przyszłość artystów. Bo z samych koncertów w Polsce nie idzie wyżyć. Zatem, jeżeli los pozwoli jeszcze trochę pożyć, to chciałbym mieć jakieś biznesowe zabezpieczenie.
[photo position="inside"]316717[/photo][b]Zabezpieczenie, albo ból głowy. Właduje pan w Muzyczne Alkohole milion złotych. Tyle pan zarobił na piosenkach?[/b]

A skądże! Musiałem posiłkować się kredytem, z niewielkiego spółdzielczego banku zresztą. Ale akurat ten bank rozumie moje potrzeby i jest bardzo miły, bardzo mi pomogli. Oczywiście, włożyłem w to również swoje oszczędności, pewnie jedną trzecią tej sumy. Całości jednak nie dałbym rady pociągnąć z własnych pieniędzy.

[b]W sile wieku skacze pan na głęboką wodę, powiedziałbym. Ryzykowny krok.[/b]

Zawsze żyłem według zasady „do odważnych świat należy”. Może też z racji wieku, bo mam już bliżej niż dalej. Ale mam też małżonkę, syna, dla których warto to ryzyko podjąć. I wierzę w popularność muzyki, którą tworzyłem, piosenek, które pisałem. Ludzie tworzą różne biznesplany, ja stawiam na miłość do naszej muzyki.

[b]Idealna byłaby tematyczna trasa Budki Suflera towarzysząca wydarzeniu.[/b]

Budka Suflera definitywnie przestała istnieć w 2014 roku. Cugowski dziś koncertuje z synami, ma plany artystyczne i je realizuje. Tomek Zeliszewski też miał fajny projekt. Ja mam z kolei Romuald Lipko Band – zespół, który odtwarza moje największe przeboje. Prezentujemy je w gronie żyjących artystów, którzy je śpiewali, jak Felek Andrzejczak czy Izabela Trojanowska, a młodzież odtwarza piosenki tych wykonawców, którzy już niestety odeszli – jak Anna Jantar.

Muzyka to moja miłość. Teraz chcielibyśmy przełożyć to jeszcze na biznes. I żeby było jasne: nikogo nie namawiam do picia wódki. Ale wydaje mi się, że jeżeli ktoś już sięga po kieliszek, chciałby się w cywilizowany sposób napić – z nutką nostalgii, wzruszenia, wrócenia pamięcią do czasów młodości – to jak sobie kupi „Jolka, Jolka pamiętasz” czy „Za ostatni grosz”, będzie mógł powspominać, coś sobie zaśpiewać...

[b]Nostalgicznie.[/b]
[photo position="inside"]316719[/photo]Tak, ale moje pokolenie znajduje w „Jolce...” wspomnienie czasów emigracyjnych, wyjazdów Polaków. To kultowa piosenka Polonii, ludzi, którzy wyjeżdżali w latach 80. To pierwszy brand, który w tak silny sposób bazuje na nostalgicznym wspomnieniu i takim przeżyciom powinien towarzyszyć. Aż się prosi, podnieść kieliszek „za nasze życie”, „za nią”, „za to, za tamto”. I piosenkę puścić.

[b]No ja tu widzę też ograniczenie. Zagranicznemu smakoszowi „Jolka” nic nie mówi, a zagranica przecież chętnie kupuje polskie wódki.[/b]

Tę wódkę robi fabryka Polanin ze Środy Wielkopolskiej, przy jego powstawaniu współpracuje jej udziałowiec, Tomasz Łuczak. Tam są lane fantastyczne trunki i wbrew temu, co pan mówi, mamy zakusy eksportowe. Jasne, przede wszystkim chodzi o miejsca, w których żyją dziś Polacy – Nowy Jork, Chicago, Anglia. Ale to efekt ciężkiej i solidnej roboty wielu doświadczonych ludzi, koneserom się spodoba.

Mało tego, my nawet zalecamy, żeby pić ją nieschłodzoną: ona ma takie walory smakowe, że można – i trzeba – pić ją w temperaturze pokojowej. Przyjęło się mówić „schłodzona wódeczka”. A każda schłodzona wódeczka smakuje tak samo, dopiero rano boli albo nie.

[b]No dobrze, ale jednocześnie wąsko pan celuje: w te roczniki, których młodość wypadła gdzieś w latach 80. czy 90. I jeszcze chce pan im sprzedawać 100 tysięcy butelek...[/b]

Muszę zakładać taką liczbę, jaka obsłużyłaby mi zaciągnięte zobowiązania finansowe. Stąd 100 tysięcy butelek rocznie. Wierzę, że to się da zrobić. Oczywiście, patrząc z boku, czytając „Jolka”, można odnieść wrażenie, że może to jakaś domowa, chałupnicza robota. Ale to tylko pozory. To profesjonalny produkt, mam już sprzedaż – i choć nie jest to szalony poziom zainteresowania, to sądzę, że wystarczy odczekać aż klienci poznają i przywiążą się do tego produktu. Sentyment połączy się z oceną jakości.
[photo position="inside"]316721[/photo][b]Chciałbym podzielać tę wiarę, choćby z sentymentu.[/b]

Ale czemużby nie? Przecież za dziesięć raptem dni startuje kolejny – najwyższej jakości 40-procentowa wiśniówka, kolejny produkt z serii „Jolka, Jolka pamiętasz”. Ten produkt odniósł już międzynarodowy sukces, zanim jeszcze określono go jakimkolwiek brandem. Jako no name został nagrodzony przez koneserów podczas niedawnej branżowej imprezy w Los Angeles. Zdecydowaliśmy, że ta wiśniówka też będzie „Jolka, Jolka...”

[b]Zaczynam się trochę gubić: myślałem, że „Jolka” to wódka czysta, a pozostałe propozycje – wiśniówka, cytrynówka, grejpfrutówka – to zapowiadane serie „Bal wszystkich świętych”, „Za ostatni grosz” czy „Wódka Suflera”.[/b]

„Jolka, Jolka pamiętasz” to czysta polska wódka. Słowo „czysta” jest zresztą bardzo pojemne, ja to rozumiem też tak: to polski kapitał, podatki płacone w Polsce, polski wytwórca, polska fabryka, polski konsument. Na etykiecie wiśniówki piszemy: „Jolka, Jolka polska wiśniówka”.

Co do pozostałych brandów, jeszcze się zastanawiamy. Chcielibyśmy stworzyć gamę różnego rodzaju wódek – i w obszarze każdego brandu można tworzyć smakowe odcienie, choć podstawą każdego brandu byłaby jakaś czysta wódka. Może kolejne będą bardziej wyrafinowane, o łagodniejszym posmaku, a jednocześnie znakomite. To olbrzymie pole do popisu dla specjalistów tworzących receptury.

[b]To kiedy mamy się spodziewać kolejnych produktów?[/b]

Myślę, że do wakacji na rynku pojawi się jeszcze jeden nowy brand - „Za ostatni grosz” - i pewnie jakieś jego odmiany smakowe. A w wakacje jakaś letnia wersja, np. „Luz, blues, w niebie same dziury”.

[i]Podkreślamy, że redakcja INN:Poland nie zachęca do spożywania alkoholu.[/i]]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/6804eff82c96d9e1f18a9703353dae40,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/6804eff82c96d9e1f18a9703353dae40,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Romuald Lipko</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134503,polski-przedsiebiorca-katolik-zdradza-co-mysli-o-placeniu-podatkow-i-grzechach-w-biznesie</guid><link>https://innpoland.pl/134503,polski-przedsiebiorca-katolik-zdradza-co-mysli-o-placeniu-podatkow-i-grzechach-w-biznesie</link><pubDate>Thu, 27 Apr 2017 14:20:38 +0200</pubDate><title>&quot;Jeśli chcesz być osobą wierzącą, nie wystarczy chodzić do kościoła. Trzeba być katolikiem także w biznesie&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/59399bcb96d94f1749d5d3af6a93caa6,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Pismo Święte szczególnie w przypowieści o talentach nakazuje nam pomnażać talenty, które dostaliśmy. A talent w znaczeniu biblijnym jest nawet dokładnie określony jako… moneta. Jest to rodzaj pieniądza. I my jesteśmy nastawieni na to, by pomagać ludziom w rozwijaniu ich biznesu – mówi w rozmowie z INN:Poland Tomasz Sztreker, przedsiębiorca i współzałożyciel fundacji Wiara w biznesie. Prowadzi firmę Polska Akademia Biznesu, która prowadzi szkolenia marketingowe dla firm.

[b]Wielu Polaków to katolicy. Pan jest też [url=http://innpoland.pl/t/2495,przedsiebiorcy]przedsiębiorcą[/url]. Jak udaje się Panu godzić te dwie role czy funkcje?[/b]

Przypatrzmy się nauce Kościoła, a szczególnie na Sobór Watykański II, który stwierdził, że nie powinno stosować pojęć sacrum i profanum. Czyli staramy się żyć w świętości i uświęcać nasze życie w stu procentach, albo w ogóle. I jeśli chcę się nazywać osobą wierzącą, to nie wystarczy tylko chodzić do kościoła, ale muszę również przyjąć takie wartości w swoim życiu osobistym i [url=http://innpoland.pl/t/2755,praca]pracy[/url] zawodowej. To jest sporo podniesiona poprzeczka, bo oznacza, że mam obowiązek kierować się tymi wartościami podczas podejmowania decyzji związanych z prowadzeniem własnej [url=http://innpoland.pl/t/2479,firmy]firmy[/url].

[b]A co to oznacza w praktyce?[/b]

To, że powinniśmy się kierować zdaniem z Ewangelii św. Mateusza: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Musimy pamiętać, że jeśli oszukujemy drugiego człowieka to tak, jakbyśmy oszukiwali samego Boga i w drugą stronę – jeśli zrobimy coś ponad nasze obowiązki,  to na swoje konto w niebie dodany nam zostanie plusik. Jeśli w [url=http://innpoland.pl/c/115,biznes]biznesie[/url] oszukuję i kłamię i robię to świadomie, to zdecydowanie jest to postawa przeciwna chrześcijaństwu.

[b]W Biblii w wielu miejscach znajdziemy raczej pochwałę ubóstwa niż bogactwa. Choćby słynne zdanie, że łatwiej będzie wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogaczowi dostać się do raju. Celem przedsiębiorcy jest zawsze osiąganie zysku. Czy nie widzi pan tu sprzeczności?[/b]

Nigdzie w Piśmie Świętym nie jest napisane, że bogaty nie wejdzie do królestwa niebieskiego. Jest napisane jedynie, że będzie mu to trudno zrobić. Pismo Święte pochwala ubóstwo, ale jest tam szczególne zaznaczenie – „błogosławieni ubodzy w duchu”. To znaczy, że jeżeli my na pierwszym miejscu mamy pieniądz, to jest to zdecydowanie zła postawa. Pieniądz nie może być celem, ale może służyć jako środek do tego celu.

Pismo Święte szczególnie w przypowieści o talentach nakazuje nam pomnażać talenty, które dostaliśmy. A talent w znaczeniu biblijnym jest nawet dokładnie określony jako… moneta. Jest to rodzaj pieniądza. I my jesteśmy nastawieni na to, by pomagać ludziom w rozwijaniu ich biznesu, pomocy w tym, aby stawali się oni niezależnymi przedsiębiorcami, którzy mogą utrzymać siebie i swoją rodzinę a jednocześnie będą chcieli żyć w grupie ludzi, których dotykają te same problemy co ich i mają takie same kłopoty. 

W związku z tym mogą pomagać sobie jednocześnie w takim rozwoju duchowym, biznesowym i typowymi problemami, które ich dotykają w życiu codziennym.

[b]Czy wasze spotkania są bardziej spotkaniami przedsiębiorców, czy religijnymi meetingami katolików?[/b]

Myślę, że nie możemy stosować takiego podziału. To tak jakbyśmy pytali czy to jest spotkanie księży, czy osób wierzących. Rozgraniczeń nie ma, to jest spotkanie osób, które są wierzące i są przedsiębiorcami. Bycie przedsiębiorcą to moje powołanie, które dostałem i którym chcę iść. Oczywiście pod warunkiem, że dobrze rozeznałem swoją drogę. Są to dwie niezależne od siebie sfery, ale oczywiście na siebie wpływające.

Jeśli jestem przedsiębiorcą, to muszę pewne elementy wiary do swojej działalności wnieść, żebym mógł ją prowadzić zgodnie z tymi zasadami.

[b]Rozumiem, że w biznesie nie powinno się na przykład oszukiwać, obowiązują pewne normy etyczne. Ale są kwestie pozostające w niejasnej sferze. Wiadomo, że firmy trzeba na przykład bronić przed nadmiernymi obciążeniami fiskalnymi. Płacimy mniej podatków, czyli staramy się unikać pewnych obowiązków, ale dzięki temu firma może lepiej się rozwijać, damy pracę większej liczbie ludzi. W jaki sposób godzi pan takie dylematy?[/b][photo position="inside"]316599[/photo]

Podatki same z siebie nie są oczywiście złe. Problem w tym, w jaki sposób są one wydatkowane i w jaki sposób obciążenia wpływają na rozwój mojej firmy. Każdy z nas ma obowiązek płacenia podatków, zaś ludzie wierzący w szczególności powinni dbać o przejrzystość finansową i nie powinni kłamać w swoich działaniach.

Oczywiście optymalizacja czy działania, które pozwalają nam płacić mniejsze podatki – jeśli to jest możliwe, zgodne z prawem i możemy z niego skorzystać – są rzeczami, z których można skorzystać. Nie da się chyba tak jednoznacznie powiedzieć, że to jest sprawa niejednoznaczna etycznie. Jeśli ktoś ma podatek do zapłacenia to powinien go zapłacić. A jeśli uważa, że ten podatek jest zły, to powinien zastanowić się, co może zrobić, aby wpłynąć na osoby rządzące, żeby taki podatek został zmieniony.

[b]Ile osób liczy państwa stowarzyszenie?[/b]

Formalnie nie jesteśmy stowarzyszeniem, lecz fundacją i działalnością gospodarczą. Nie mamy więc osób ze sobą stowarzyszonych, ale nasza społeczność liczy obecnie ok. 7 000 osób.

[b]Czy współpracujecie ze sobą? Jeśli ktoś ma interes do zrobienia to najpierw szuka partnera w grupie?[/b]

Takiego obowiązku oczywiście nie ma, ale faktycznie staramy się realizować pewne działania biznesowe w naszym kręgu, byśmy w pierwszej kolejności mogli nawiązywać takie kontakty między sobą, szukając możliwości rozwoju naszych firm. Bo będziemy wiedzieli, że druga osoba wyda te pieniądze na cele, które będą w jakimś stopniu zbieżne z naszymi. Ale nie mamy obowiązku współpracy w pierwszej kolejności z osobami z naszej grupy, chociaż jest to bardzo mile widziane.
 
[b]Raczył pan stwierdzić, że płacenie pracownikowi poniżej stawki minimalnej jest dla pracodawcy grzechem. Zechciałby pan to rozwinąć?[/b]

To było pewnym nadużyciem, ja takich słów nie użyłem. Jeśli przedsiębiorca umówi się z drugim przedsiębiorcą czy pracownikiem na pewną stawkę, to powinien ją respektować. Jeśli natomiast jest to normalna umowa o pracę i podczas współpracy z daną osobą łamie się pewne przyjęte zasady, to jest to nic innego, niż manipulacja pewnymi przyjętymi ustaleniami. Jest to więc kłamstwo, które powinno być rozpatrywane w kategoriach grzechu. 

[b]Czy angażujecie się państwo w działalność charytatywną?[/b]

Tak, współpracujemy z dość dużą liczbą organizacji, staramy się je wspierać w miarę naszych możliwości. Wspólnie z dziełem pomocy Ojca Pio udaje nam się aktywizować osoby bezdomne do pracy zawodowej. Jeden z naszych przedsiębiorców przyjął pracownika, który stał się informatykiem. Wspieramy też działania na poziomie regionalnym. Na przykład w okolicach Siedlec grupa przedsiębiorców pomogła w remoncie domu wielodzietnej rodziny, która mieszkała w 11 albo 12 osób na 37 metrach kwadratowych.

Staramy się działać w takich sytuacjach, choć takich potrzeb jest bardzo, bardzo dużo. W pierwszej kolejności staramy się pomagać tym osobom, które mogą przystąpić do jakiejś pracy. By same mogły generować przychody, utrzymywać się. Dajemy przysłowiową wędkę, a nie rybę. Natomiast naszą główną misją jest pomoc przedsiębiorcom w rozwoju ich firm, aby oni sami mogli tego typu działania podejmować.[photo position="inside"]316601[/photo][b]Mówił mi pan, że dystansujecie się od polityki.[/b]

Od polityki może nie, bardziej od partyjnego podejścia. Bo na przykład polityka gospodarcza czy społeczna to sprawy, które dotykają każdego z nas i są dla nas oczywiście ważne. I może nawet nie tyle się dystansujemy, co nie jest to naszą rolą.

[b]Zdarzały się pewnie sytuacje, gdy przedsiębiorca z waszej grupy oszukiwał innego. Wśród katolików też są przecież osoby o wątpliwej proweniencji.[/b]

Nie przypominam sobie, żeby w naszej grupie takie sytuacje miały miejsce. Nie twierdzę, że ich nie było. Natomiast ich sobie nie przypominam. Z racji tego, że mamy w swojej grupie pewne narzędzia, które tworzą się automatycznie. To znaczy jeśli ktoś jawnie oszukiwałby drugą osobę, wtedy inni nie będą chcieli z nim współpracować. A że jesteśmy grupą ludzi, którzy się znają, szczególnie na poziomie regionów, to taka informacja poszłaby w świat i taka osoba sama czułaby się z tym źle.

Natomiast jeśli byłoby to poważne oszustwo na poziomie gospodarczym, to powinny się tym zająć odpowiednie organy prawne.

[b]Czy może z wami współpracować osoba, która nie deklaruje się jako wierząca?[/b]

Wie pan, ja uważam, że nie istnieje ktoś taki jak osoba niewierząca. Są osoby wierzące i te, które będą wierzyć. W naszej grupie wspieramy wartości, którymi żyjemy. W związku z tym oczywiście, jesteśmy otwarci na różne osoby. Ale dołączając do nasze grupy, trzeba respektować wartości, które są związane z naszymi przekonaniami. Jak ktoś dołącza do jakiegoś fanklubu np. jakiejś sławnej gwiazdy rocka, to powinien działać tak, żeby dbać o dobre imię tej osoby. Podobnie jest u nas - chcesz dołączyć, ważne są dla Ciebie wartości chrześcijańskie, jesteś przedsiębiorcą? Jeśli tak zapraszamy!

[b]Działacie w całej Polsce?[/b]

Tak. W tym momencie organizujemy cykl konferencji pod hasłem „Katolicka rewolucja w biznesie”, będą się odbywały w największych miastach w kraju. Planujemy ich kilkanaście, od Trójmiasta po Rzeszów.

[b]Co musi zrobić i o co pyta osoba, która przychodzi do was po raz pierwszy?[/b]

Szczerze mówiąc pierwsze pytania dotyczą głównie aspektów technicznych. Jak można do nas dołączyć, jak stać się członkiem „Wiary w biznesie”. Choć rzeczywiście zdarzają się dylematy wśród przedsiębiorców, czy rzeczywiście działają w zgodzie z nauką kościoła i co mogą zmienić, by uświęcać swoją pracę. Współpracujemy z księżmi, którzy pomagają takim przedsiębiorcom, po mszy świętej, która jest odprawiana raz na miesiąc w miejscach gdzie działają Chrześcijańskie Kluby Biznesu. Powiem szczerze, że chyba nnie ma takiego kanonu najczęstszych pytań, oprócz tego jak stać się członkiem „WWB”. 

[b]A co trzeba zrobić?[/b]

W tym momencie organizujemy nasze Chrześcijańskie Kluby Biznesu. Rozpoczną one działalność od września tego roku. Na samym początku zapraszamy przedsiębiorców na mszę świętą, która odbędzie się w ich intencji. Po mszy będzie spotkanie, które dotyczy spraw związanych z moralnością i etyką w biznesie. Tego typu spotkania będą się odbywały raz w miesiącu. One się już oczywiście w sporej miast się odbywają, ale teraz chcemy to robić w sposób bardziej usystematyzowany.

Będzie też spotkanie drugie, popołudniowe, które będzie miało formę miksera biznesowego, z udziałem gościa specjalnego, który będzie powiązany z biznesem, działalnością polegającą na pozyskiwaniu środków na rozwój, psychologią, czymś co może pomóc w rozwoju biznesu. Będą też spotkania poranne, poświęcone temu jak uczynić naszą firmę bardziej chrześcijańską.

[b]Ale nie dotyczy to pracowników, tylko idei czy wartości ogólnych firmy?[/b]

Jest to skierowane zdecydowanie do przedsiębiorców, ewentualnie menadżerów. Mamy też przygotowane plany działań skierowane do pracowników, ale myślę, że to będzie mogło zacząć funkcjonować dopiero od przyszłego roku.

[b]Czy z uczestnictwem w spotkaniach wiążą się jakieś koszty?[/b]

Spotkania na tę chwilę nie wiążą się z żadnymi opłatami jest ona co najwyżej dobrowolna. Być może wprowadzimy jakieś opłaty od jesieni, ale nie mamy sprecyzowanych planów.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/59399bcb96d94f1749d5d3af6a93caa6,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/59399bcb96d94f1749d5d3af6a93caa6,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Sztreker</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134525,ostatni-kwik-mody-wydaja-tysiac-zlotych-na-miniswinke-i-skazuja-ja-na-meke</guid><link>https://innpoland.pl/134525,ostatni-kwik-mody-wydaja-tysiac-zlotych-na-miniswinke-i-skazuja-ja-na-meke</link><pubDate>Thu, 27 Apr 2017 09:03:19 +0200</pubDate><title>Moda na mikroświnki opanowała Polskę. Rozchodzą się jak ciepłe bułeczki</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/80fc3d05adbd4ede9f2b2365c7e7bbe1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />– Ludziom się wydaje, że to taka miła maskotka, a to jest dzikie zwierzę. Zupełnie jak tygrys – śmieje się Agata Śmietanka-Nowak z jednego z pierwszych gospodarstw hodowlanych miniświnek w podwarszawskim Wołominie. Od kilku lat trwa moda na mikroświnki, traktowane przez kupujących jako ekstrawagancka alternatywa dla tradycyjnych domowych ulubieńców. Ale mikro- czy miniświnki to znacznie większe wyzwanie niż sugerowałyby ich „kompaktowe” wymiary.

– Od dziecka uwielbiałam zwierzęta i zawsze jakimś się opiekowałam – opowiadała portalowi „Nasze miasto” Irmina. Najpierw był pies, ale po piętnastu latach zdechł. – Wtedy właśnie natrafiłam na mini świnki. Zwierzęta niesamowicie inteligentne i przeurocze! Zaczęłam zagłębiać się w temat i coraz bardziej skłaniać się do kupna właśnie świnki, nie psa – dodawała.

Nie było łatwo: jedyna wówczas hodowla znajdowała się pod Warszawą, Irmina musiała by tam jechać spod Szczecina. W końcu i tak musiała się wybrać pod Wrocław. – Wróciłam z malutkim knurkiem, którego nazwałam Beny. I tak Benuś ze mną zamieszkał – wspominała. Przez kilka dni przyzwyczajał się do mieszkania, do szelek zakładanych na spacery. Rył, ale zawołany, zawsze przybiegał jak pies. W końcu jednak natura dała znać o sobie: z czasem zwierzę zaczęło się w bloku męczyć. Po jakimś czasie Irmina wolała je oddać do schroniska i wybrać bezpieczniejszy wariant doglądania pupila – odwiedziny od czasu do czasu.
[photo position="inside"]316653[/photo]– Na początku, dopóki świnki można nosić na rękach, jest euforia – mówi INN:Poland Agata Śmietanka-Nowak z gospodarstwa i Klubu Jeździeckiego HUMOREK w Wołominie. – Potem jednak, zazwyczaj po jakichś pięciu czy sześciu miesiącach, w zwierzęciu odzywa się instynkt: potrafi zrobić się złośliwe czy zacząć sikać, gdzie popadnie, co jest dosyć wyjątkowe. Ono po prostu nie jest w stanie wytrzymać w zamknięciu, musi mieć stały kontakt z naturą, choćby trawnik. Dlatego zaczęliśmy ograniczać hodowlę. Mnóstwo świnek lądowało na koniec w schroniskach – dodaje.

[b]Dzik podatny na tresurę[/b]
„Ostatni kwik mody” - można było przeczytać kilka lat temu, gdy światowa moda na przygarnianie do domu minitrzody zaczęła docierać do Polski. Tytuł, który w intencji autorów miał być zapewne niewinną grą słów i skojarzeń, z perspektywy kilku lat nabiera wagi proroctwa. Tysiąc złotych, piętnaście lat życia, przeorany ogródek, alternatywnie – męka zwierzęcia i jego właściciela w czterech ścianach mieszkania w bloku. Takich konsekwencji można się doszukać, śledząc rynek hodowców miniświnek.

Jak moda, to moda. - W szczycie zainteresowania mieliśmy nawet po kilka telefonów dziennie od osób zainteresowanych przygarnięciem mikroświnki. Jednak, ze względu na los naszych zwierząt, zaczęliśmy właściwie zniechęcać do ich nieprzemyślanego zakupu i ograniczać własną hodowlę – podkreśla Śmietanka-Nowak. W jej gospodarstwie rozród miniświnek ograniczono do jednego miotu, ewentualnie zdarza się, że trafiają tam zwierzaki ze schronisk. A i tak ze znalezieniem klienta nie ma kłopotu, nawet jeżeli zainteresowanie osłabło. – Czasem dzwonią dwie osoby dziennie, czasem w tygodniu – podkreśla nasza rozmówczyni. – Ale moda nie osłabła, trochę się ucywilizowała – dorzuca. Inna sprawa, że jej świnki mają już tylko jeden miot w roku, szefowa hodowli w Wołominie postanowiła w końcu ograniczyć podaż zwierząt.
[photo position="inside"]316655[/photo]Można by rzec, że rynek hodowców świnek jest w pewnej mierze wyjątkowy – jako jedni z nielicznych hodowcy sprzedający te zwierzęta próbują swoich potencjalnych klientów niemalże zniechęcać. Może jest im łatwiej, hodowla miniświnek to raczej działalność uboczna. „Nie wolno ulegać modzie. Może posiadanie świnki jest oryginalne, hipsterskie, cool, szpanerskie, łechcące ego i co tam jeszcze, ale żadnego zwierzaka nie można przygarniać z tych pobudek” - pouczają właściciele hodowli Mikroswinki.pl. – „Świnka nie jest psem, kotem ani chomikiem. Świnka jest świnią. A to znaczy, że musimy chcieć ją poznać i nie możemy od niej oczekiwać puszystego futerka, przybiegania na zawołanie, albo że na komendę zamknie się jak pies” – dodają.

Z drugiej strony, może ze względu na swoje rozmiary, potencjalnym nabywcom wydaje się, że będą w stanie zapanować nad zwierzakiem. Gdyby chcieć stworzyć „specyfikację techniczną” świnki w wersji mini, można by podsumować ją następująco: to mniejsza wersja „normalnej świni”, najmniejsze okazy, wchodząc w „dorosłość” ważą gdzieś między 20 a 35 kilogramów. Najmniejsze z miniatur nie sięgają wyżej jak na 30 cm. Żywią się wszystkim, „zjedzą cokolwiek, co zostanie po twoim obiedzie” - jak zachwyca się jeden z internautów. Żyją około zwykle nieco dłużej niż 15 lat.

Te przedziwną miniaturę hodowcy stworzyli na bazie najmniejszych ras z całego świata. Wśród mikroświnek można spotkać nowozelandzkie kune-kune, świnki wietnamskie, czy świnki getyńskie. Uporczywe krzyżowanie ich sprawiło, że pojawiły się owe miniatury. A jeżeli komuś się wydaje, że trzydzieści kilo to wcale nie taka miniatura – niech pamięta, że „normalna” świnia potrafi ważyć nawet 400 kilogramów. Paradoksalnie, te okazy, które gwarantują możliwie jak najmniejsze wymiary, są najdroższe: w Polsce ich cena może sięgnąć tysiąca złotych (przeciętną miniświnkę można kupić za 200-300 zł), natomiast na Zachodzie – skąd przyszła ta moda – cena wyjątkowo małych zwierzaków może sięgnąć równowartości tysiąca dolarów. Dlatego nie jest rzadkością, że w polskich hodowlach pojawiają się zdeterminowani klienci z Niemiec, Holandii czy Norwegii.
[photo position="inside"]316657[/photo][b]Władcza locha w twoim domu[/b]
Ale nie technikalia mają tu znaczenie. Miniświnki jakieś futro jednak mają i lubią pieszczoty, przytulanie się i wylegiwanie na poduszkach czy łóżkach. Są niewątpliwie inteligentne, nawet jeśli brak im dyscypliny psów. Właściciele przekonują, że szybko przyzwyczajają się do „załatwiania swoich potrzeb” w kuwecie, więc pod tym względem są równie „wygodne” jak koty. Łatwo uczą się sztuczek, jak podkreśla jedna z właścicielek, wystarczyło kilka dni, by nauczyć świnkę obrotu wokół własnej osi na komendę. I niewątpliwie przywiązują się do ludzi. - Można z nimi osiągnąć komitywę wyjątkową, jak na relacje właściciel-pupil – kwituje Śmietanka-Nowak.

To jest ta jasna strona medalu. Ta ciemniejsza jest taka, że lokatorzy mieszkań powinni porzucić myśl o zakupie świnki, chyba, że chcą dzielić lokum z zestresowanym, nerwowym lub osowiałym, zwierzakiem. - Pozbawiona kontaktu ze środowiskiem naturalnym świnka może się zrobić złośliwa, albo zacząć sikać poza kuwetą. Sama zresztą może nawet nie mieć takiej intencji. Działa instynkt – mówi szefowa hodowli pod Wołominem. – To tym boleśniejsze, że zwierzęta te są bardzo inteligentne i jeżeli wyczują, że ich właściciel choć trochę ich się obawia, nie wahają się tego wykorzystać – dorzuca. Wszyscy hodowcy jasno to mówią: to zwierzęta dla tych, którzy mają ogrody. I to ogrody do częściowego spisania na straty, bo instynkt każe świni ryć – i od tego nie da się uciec.

Co więcej, przed hodowcami świń w wersji mikro piętrzą się kolejne trudności, wywołane m.in. przez afrykański pomór świń. Zgodnie z wprowadzanymi m.in. przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa przepisami, wszystkie zwierzęta muszą być rejestrowane i nie wolno ich sprzedawać nikomu, kto nie posiada statusu rolnika. Przepisy mające uporządkować rynek mięsa wieprzowego i pozwolić na kontrolę uboju dotyczą rzecz jasna „normalnych” świń, ale nikt nie będzie bawić się w odróżnianie między nimi a miniaturkami. –Niestety, po wielu staraniach nie udało nam się załatwić naszym świnkom statusu zwierząt do towarzystwa – skarżą się właściciele hodowli Mirkoswinki.pl. Inna sprawa, że nieoficjalnie hodowcy przyznają, że wystarczy przysłać zaprzyjaźnionego rolnika, by wymogom stało się zadość.

– Nie porzucamy starań – zagrzewają jednak hodowcy. – Liczymy na to, że skoro naszych świnek się nie jada, tylko się z nimi spaceruje i się je rozpieszcza, nie będą musiały podlegać tym samym obostrzeniom prawnym, jakim podlega trzoda chlewna. Chodzi tu przede wszystkim o kontrolę rozprzestrzeniania się chorób, prawdopodobnie pomoru świń. Nie zmienia to faktu, że dziś możemy naszą świnkę sprzedać legalnie tylko osobie posiadającej gospodarstwo rolne – kwitują.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/80fc3d05adbd4ede9f2b2365c7e7bbe1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/80fc3d05adbd4ede9f2b2365c7e7bbe1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Dopóki świnka jest mała i słodka, euforia trwa. Opisujemy, ile kosztuje utrzymanie mikroświnki, o czym należy pamiętać i jak o nią dbać.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134391,prawo-do-bycia-zapomnianym-juz-dziala-teraz-z-google-a-mozesz-po-prostu-zniknac</guid><link>https://innpoland.pl/134391,prawo-do-bycia-zapomnianym-juz-dziala-teraz-z-google-a-mozesz-po-prostu-zniknac</link><pubDate>Wed, 26 Apr 2017 09:00:46 +0200</pubDate><title>&quot;Prawo do bycia zapomnianym&quot; już działa. Teraz z Google&#039;a możesz po prostu zniknąć</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/d1486e6d765896f829399659b635f31d,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Ktoś nawypisywał o Tobie bzdur w internecie? Po wpisaniu swojego nazwiska w wyszukiwarkę znalazłeś nieprawdziwe albo niewygodne informacje? Od niedawna możesz zażądać ich usunięcia. Ale tylko części i nie definitywnie. Po co komu prawo do bycia zapomnianym?

– W przypadku zastosowania [url=http://innpoland.pl/t/2415,prawo]prawa[/url] do bycia zapomnianym, prosimy [url=http://innpoland.pl/t/2731,google]Google’a[/url], by po wpisaniu naszych danych w wyszukiwarkę, te dane nie były widoczne. Oznacza to, że te informacje ciągle będą w [url=http://innpoland.pl/t/2693,internet]internecie[/url], ale ciężej będzie do nich dotrzeć. A więc osoba, która będzie miała link do danej strony, będzie mogła przesłać go dalej, by inni zapoznali się z treścią zawartych na danej stronie informacji – tłumaczy w rozmowie z INN:Poland adwokat Joanna Worona z kancelarii Gardocki i Partnerzy.

Przepisy regulującego tę kwestię unijnego rozporządzenia wejdą w życie za rok, ale już teraz możemy złożyć wniosek o usunięcie linku zawierającego nasze dane osobowe. Linku a nie informacji.

– Każda sprawa jest rozpatrywana indywidualnie. Nie można więc powiedzieć, że istnieje zestaw czy katalog pewnych sytuacji, w których można zastosować prawo do bycia zapomnianym. Na pewno można je zastosować w przypadku, gdy informacje, które zostały udostępnione, są nieaktualne bądź nieprawdziwe. W takich przypadkach możemy domagać się ich usunięcia. I tu trzeba od razu wskazać, że nie jest to ich całkowite usunięcie z internetu. Te dane tam będą. Możemy jedynie poprosić o ich usunięcie z wyników wyszukiwania – mówi Joanna Worona.[photo position="inside"]316533[/photo]Jak to działa w praktyce? Znane są już przynajmniej dwa wyroki sądów, które nakazały usunięcie danych z wyników wyszukiwania.Pierwsza z nich dotyczyła Hiszpana, którego nieruchomość 15 lat temu została zlicytowana za długi. Po wpisaniu jego imienia i nazwiska wyskakiwała aukcja internetowa jego nieruchomości, sprzed półtorej dekady. W ten sposób każdy mógł się dowiedzieć, że w stosunkowo odległej przeszłości miał poważne kłopoty finansowe, które doprowadziły do utraty domu.

– To była informacja, która bardzo negatywnie wpływała na jego wizerunek i dlatego też Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej przyznał mu prawo do usunięcia tego wyniku wyszukiwania. Nie chodzi tu więc o sprawy kryminalne, ale takie, które mogą negatywnie wpływać na nasze obecne życie – mówi pani adwokat.

Niedawno prawo do zapomnienia uzyskał także Polak. To policjant, który zawodowo walczył z korupcją, natomiast wyniki wyszukiwania sugerowały, że brał łapówki.

– Warto przypomnieć, że nie każdy wniosek jest rozpatrywany pozytywnie. Jeśli komuś po prostu nie podobają się jakieś informacje, czy choćby zdjęcia z młodości, uważamy że niekorzystnie na nich wyszliśmy, to nie jest to wystarczająca przesłanka, by zniknąć z wyników wyszukiwania. Do tego muszą zostać spełnione określone okoliczności, czyli muszą być to na przykład informacje nieprawdziwe - tak jak w przypadku wyroku, jaki zapadł w Polsce. Może też chodzić o informacje, które negatywnie wpływają na nasze życie w chwili obecnej. Na przykład o rzeczy, które zdarzyły się 10 czy 15 lat temu i dziś mogą nam przeszkadzać – tłumaczy Worona.

A co ze zdjęciami? Zdaniem pani adwokat prawo może ich dotyczyć, jeśli będą opatrzone imieniem i nazwiskiem albo pozwalają w inny sposób na identyfikcję danej osoby. Nie możemy skarżyć się na zdjęcia, kórych nie możemy go przypisać do konkretnej osoby. 

– Oczywiście nie mówimy tu o osobach publicznych. Tu chodzi bardziej o wyszukiwanie linków po imieniu i nazwisku, chociaż nie można wykluczyć, że w przyszłości prawo do zapomnienia będzie mogło być powiązane ze zdjęciami.

[b]Jak uzasadnić swoje prawo do bycia zapomnianym[/b]
– To zależy indywidualnie od każdego z przypadków. Można wykazać, że są to informacje nieprawdziwe, że negatywnie wpływają na nasze dobra osobiste. Tak też było w przypadku sprawy w Polsce, gdzie okazało się, że prawa danej osoby zostały naruszone. To jest już pewna wytyczona droga – by wskazać dlaczego konkretne dane powinny zniknąć i jak one – negatywnie – wpływają na nasze życie – radzi Joanna Worona.

Google odmawia usuwania informacji powiązanych z postępowaniem karnym albo o tym, że ktoś zostać skazany.[photo position="inside"]316221[/photo]– W przypadku jeśli ktoś jest osobą prawomocnie skazaną, to Google nie usunie tej informacji, bo jest to informacja publiczna. Chyba, że to stało się na przykład 20 lat temu, gdy mamy już do czynienia z zatarciem wyroku. Jest to odpowiedni argument. Ale w świeżych sprawach Google może odmówić. Musimy po prostu zachować odpowiednią równowagę pomiędzy prawem do prywatności a prawem do informacji publicznej – twierdzi adwokat.

[b]Hurtem nie da rady[/b]
Usuwanie linków z wyników wyszukiwania to niestety żmudne zajęcie.

– Podczas wpisywania imienia i nazwiska w wyszukiwarkę wyskakują nam linki prowadzące do stron z konkretnymi informacjami. Każdy pojedynczy link musi być usuwany niestety osobno. To może być problematyczne, bo informacje w internecie dość szybko się rozprzestrzeniają. Nie jesteśmy w stanie na bieżąco kontrolować gdzie i jaki artykuł zostanie przedrukowany czy przepisany – mówi nam Worona.

– Mimo wszystko jest to światełko w tunelu, zwiastun tego, że można w jakiś sposób próbować to kontrolować. Dobrze, że jest taka możliwość „bycia zapomnianym”. Może być to proces czasochłonny, ale być może w przyszłości Google udoskonali tę procedurę. Obecnie każdy wniosek jest rozpatrywany oddzielnie – podsumowuje.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/d1486e6d765896f829399659b635f31d,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/d1486e6d765896f829399659b635f31d,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134491,lozeczko-z-tego-sklepu-skrecal-robert-lewandowski-a-jego-zona-umeblowala-produktami-muppet-shop-caly-pokoj</guid><link>https://innpoland.pl/134491,lozeczko-z-tego-sklepu-skrecal-robert-lewandowski-a-jego-zona-umeblowala-produktami-muppet-shop-caly-pokoj</link><pubDate>Tue, 25 Apr 2017 14:25:07 +0200</pubDate><title>Łóżeczko z tego sklepu skręcał Robert Lewandowski, a jego żona umeblowała produktami Muppetshop cały pokój</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/0157af618f1af3cc1741b7f4420835f3,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Muppetshop to ekstraklasa wśród sklepów z akcesoriami dla dzieci. Zaopatrują się w nim największe gwiazdy polskiego show-businessu. Miesiąc temu sieć obiegło np. zdjęcie Roberta Lewandowskiego skręcającego łóżeczko. Wcześniej jego żona pochwaliła się pokojem dla dziecka umeblowanym w… Muppetshop oczywiście.

Jego właścicielki – Marcelina Plichta-Wabnik i Ewelina Gawlik – klientów przyjmują na [url=http://innpoland.pl/t/2897,warszawa]warszawskim[/url] Mokotowie, cały asortyment jest jednak dostępny również za pośrednictwem sklepu [url=http://innpoland.pl/t/2693,internet]internetowego[/url]. Dla osób, które nie podpisały ostatnio kontraktu z Bayernem Monachium, wejście w poszczególne zakładki może się jednak skończyć atakiem paniki. Model, na który zdecydowali się państwo Lewandowscy, kosztuje prawie 4,8 tys złotych (ale za to rośnie wraz z dzieckiem!). Dorzućmy do tego jeszcze prostą lampę biurową za 1095 złotych i biurko z bukowej sklejki za 900 zł, a otrzymamy obraz miejsca, w którym przypadkowy przechodzień raczej się nie zatrzyma. Chyba, że zdecyduje się na kolorowankę za 40 zł. [photo position="inside"]316527[/photo]Wysokie ceny nie odstraszają jednak (a być może nawet wręcz przyciągają) polskich celebrytów. Produkty Muppetshop goszczą regularnie w programach TVN-u, we wnętrzu sklepy rozgrywała się np. jedna ze scen serialu obyczajowego „Druga Szansa”. W progach sklepu zjawiają się również inne polskie gwiazdy jak Małgorzata Kożuchowska i Katarzyna Zielińska. Ta pierwsza swoje pozytywne odczucia zdecydowała się zresztą zademonstrować w programie Dzień Dobry TVN. 

– To jest abstrakcja. Życie weryfikuje. Byłam wcześniej klientką Marceliny, kupowałam prezenty, książki dla dzieci znajomych. Potem sama stałam się klientką sklepu, korzystałam nie tylko z asortymentu sklepu, lecz także z doświadczenia dziewczyn. Zaletą tego jest, że nie spędza się mnóstwa czasu w internecie, spędziłam dwie godziny raz i miałam cała wyprawkę i spokój – zachwalała.

[b]Dobre czasy dla drogich zabawek[/b]

O tym, że sklepy oferujące produkty dla dzieci w wysokich cenach nie muszą martwić się o klientelę przekonana jest Magdalena Kordaszewska, ekspert ds. produktów dla dzieci z portalu Zabawkowicz.pl. – Zakupy związane z narodzinami pierwszego dziecka są zazwyczaj przesadzone. Rodzice nie mają doświadczenia, nie są odporni na reklamę. Nie chcą dziecku niczego żałować. Pojawia się również syndrom dobrego rodzica: „Jeżeli taki jestem, to dam swojemu dziecku wszystko co najlepsze” – komentuje w rozmowie z INN:Poland. [photo position="inside"]316535[/photo]A, że średnia dzietność Polek to zaledwie 1,3, wnioski nasuwają się same. To dobre czasy dla luksusowych sklepów z produktami przeznaczonymi dla najmłodszych. Według raportu „Rynek produktów dla dzieci w Polsce 2015. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2015–2020” w 2014 r. rynek artykułów dziecięcych osiągnął wartość 9 mld złotych, a w najbliższych latach powinien rosnąć o 4–5% rocznie.

Ekspertka opowiada, że ceny na rynku potrafią być zawrotne. – Koszt wózka może sięgać nawet 30 tys. złotych. Takie egzemplarze są elektrycznie składane, mogą być ozdobione kryształami Swarovskiego i futrem z jenota – dodaje. 

W przypadku Muppetshopu pomogła również [url=http://innpoland.pl/t/2681,marketing]reklama[/url], jaką zrobili mu Lewandowscy. Zdaniem Kordaszewskiej rodzice często nie są w stanie ocenić jakości produktu i kierują się przy wyborze opiniami rodziców i sprzedawców. A także – celebrytów. – Oni są trendsetterami. Jeżeli gwiazda przy możliwościach, którymi dysponuje wybrała dany produkt, to coś musi w nim być. Taki jest tok myślenia większości konsumentów – przekonuje.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/0157af618f1af3cc1741b7f4420835f3,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/0157af618f1af3cc1741b7f4420835f3,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Model, na który zdecydowali się państwo Lewandowscy, kosztuje prawie 4,8 tys złotych</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134479,polowanie-na-polakow-sasiedzi-placa-srednio-ponad-15-tys-zlotych-ale-za-chwile-nie-bedzie-komu</guid><link>https://innpoland.pl/134479,polowanie-na-polakow-sasiedzi-placa-srednio-ponad-15-tys-zlotych-ale-za-chwile-nie-bedzie-komu</link><pubDate>Mon, 24 Apr 2017 17:09:37 +0200</pubDate><title>Polowanie na Polaków. Sąsiedzi płacą średnio 15 tys. miesięcznie, ale za chwilę nie będzie komu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/bf9d4514055a73587bf8f68084e051c2,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Komu marzy się praca za Odrą, ten będzie miał szansę spełnić swoje marzenia już w ciągu najbliższych trzech lat. Niemiecki Bundesbank w opublikowanym właśnie raporcie prognozuje, że tamtejszy rynek pracy czeka gwałtowny wstrząs: gwałtownie zacznie ubywać rąk do pracy. Co oznacza, że rząd w Berlinie stanie przed dramatycznym wyborem. Albo pogodzić się z wzrostem gospodarczym na minimalnym poziomie, albo szeroko otworzyć drzwi dla gastarbeiterów – głównie z Polski i państw leżących jeszcze dalej na wschód.

Bundesbank i tak opiera swoje szacunki na bardzo optymistycznych założeniach, np. [url=http://innpoland.pl/133545,mlodzi-lekarze-najedza-sie-powolaniem-zarabiaja-mniej-niz-kasjerzy-a-rzad-nic-z-tym-nie-robi]grupę osób w wieku produkcyjnym[/url] definiuje jako ludzi między 15. a 74. rokiem życia. Z raportu niemieckiego banku centralnego wynika, że do 2025 roku grupa ta skurczy się o 2,5 miliona osób. W zależności od tego, czy mamy do czynienia ze scenariuszem optymistycznym, czy pesymistycznym – proces „depopulacji” rynku pracy może się zacząć w 2020 lub 2018 roku.

Konsekwencje takiej sytuacji mogą wywoływać dreszcz na plecach – i to nie tylko u niemieckiego czytelnika. Po pierwsze dlatego, że potencjalny wzrost gospodarczy nad Renem zwolniłby wówczas do rachitycznego 1 proc., a może nawet jeszcze bardziej. Po drugie, konsekwencje spowolnienia niemieckiej gospodarki odczułaby Polska: olbrzymia, mniej więcej czwarta część naszego eksportu ląduje za Odrą. Powiązań między polskimi a niemieckimi firmami nie sposób zliczyć. Po trzecie zaś, kryzys [url=http://innpoland.pl/134139,panstwowy-bank-wyciaga-miliony-euro-z-niemieckich-kieszeni-to-oferta-na-ktora-polacy-nawet-nie-spojrza]w Niemczech[/url] oznaczałby kolejną falę populizmu w Europie – co oznaczałoby koniec tradycyjnego układu sił na niemieckiej scenie politycznej i daleko idące konsekwencje dla reszty kontynentu.

Recepta Bundesbanku jest oczywista: jeżeli [url=http://innpoland.pl/134067,polacy-to-najbardziej-zestresowani-pracownicy-w-europie-nie-udaje-nam-sie-tez-zlapac-rownowagi-miedzy-praca-a-rodzina]rąk do pracy[/url] brakuje, należy je sprowadzić. Bank szacuje, że na rynek pracy w najbliższych latach mogłoby wejść 2 mln imigrantów, z których większość już jest w kraju – to zarówno osoby, które przybyły tam spoza Europy w trakcie ostatnich fal imigracji, jak i obywatele państw UE, którzy wybrali życie w Niemczech. Nawet jeżeli jednak ten scenariusz zostałby zrealizowany – wciąż będzie brakować pół miliona potencjalnych pracowników. A tych Niemcy mogą kusić przede wszystkim na wschód od swoich granic: w Polsce, republikach bałtyckich, Białorusi, Ukrainie czy Rosji.

To jednak oznacza polowanie na tamtejszych rynkach pracy: niemieckie płace i warunki pracy mogą z powodzeniem przyciągnąć Polaków (od kilku lat niektóre agencje pracy i pośrednicy polują na polskich specjalistów oraz wykwalifikowanych robotników), a co więcej – przyciągnąć tych robotników, którzy w ostatnim czasie zaczęli oliwić rynek pracy w Polsce, czyli przede wszystkim Ukraińców. Dziś jeszcze pewną przeszkodą może być bariera językowa oraz polityka wizowa. Z czasem jednak, im młodsze roczniki będą wchodzić na rynek pracy – ta pierwsza bariera będzie maleć, drugą już w nadchodzących miesiącach może usunąć Unia Europejska jako całość.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/bf9d4514055a73587bf8f68084e051c2,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/bf9d4514055a73587bf8f68084e051c2,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Protest niemieckich związkowców. W ciągu kilku lat z niemieckiego rynku pracy zniknie ok. 2,5 mln pracowników.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134415,tak-wspolpracuje-nauka-i-biznes-w-parkach-technologicznych-produkcja-wafli-szwalnia-i-badanie-ozdob-z-muszli</guid><link>https://innpoland.pl/134415,tak-wspolpracuje-nauka-i-biznes-w-parkach-technologicznych-produkcja-wafli-szwalnia-i-badanie-ozdob-z-muszli</link><pubDate>Mon, 24 Apr 2017 09:06:16 +0200</pubDate><title>Tak &quot;współpracuje&quot; nauka i biznes w parkach technologicznych. Produkcja wafli, szwalnia i badanie ozdób z muszli</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/f66595b9e7c1398b7dda12e37946de9b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W zamyśle Parki Naukowo-Technologiczne powstały jako miejsce współpracy nauki i biznesu. Miały być miejscem, w którym będą się wykluwać śmiałe koncepcje technologiczne, odmieniać polską gospodarkę. Plany planami, a życie życiem. Dzisiaj w polskich parkach technologicznych możemy bowiem znaleźć wszystko, na czym da się zarobić.

– To że te działania nie mają wiele wspólnego z nazwą, to nie znaczy, że to są złe działania. Na mapie Polski wciąż możemy znaleźć punkty, w których nowe miejsca pracy są dużą wartością. I lepiej że są, niż miałoby ich nie być. W [url=http://innpoland.pl/t/2837,krakow]Krakowie[/url] mamy z jednej strony firmę produkującą wafle tortowe z drugiej 80 start-upów  technologicznych. Jedno drugiego przecież nie wyklucza – tłumaczy Wojciech Przybylski z Krakowskiego Parku Technologicznego. Zdaniem eksperta parki wyręczają w taki sposób w poszukiwaniu inwestorów samorządy albo spółki samorządowe. 

Lepiej żeby praca była niż jej nie było. Pełna zgoda. Nazwa „”park technologiczny” w przypadku tego, co obserwujemy w Polsce, zaczyna być jednak myląca. 

[b]Majonez[/b]

W rozmowie z Echcem Dnia dyrektor Kieleckiego Parku Technologicznego Szymon Mazurkiewicz potwierdził, że jednym z zainteresowanych gruntami jego placówki są Zakłady Wytwórcze „Społem” czyli….producent Majonezu Kieleckiego. Jeżeli dojdzie do tej transakcji nie będzie to jednak najdziwniejsza działalność prowadzona przez polskie parki.[photo position="inside"]316301[/photo][b]Szwalnia[/b]

Już od kilku lat na terenie parku w Suwałkach działa – uwaga – fińska firma Va-Varuste. Czym się zajmuje? Na terenie SPT Finowie urządzili sobie szwalnię. – W związku z tym chcielibyśmy zaproponować Państwu naszą ofertę namiotów jachtowych, W ofercie znajdziecie Państwo również materace jachtowe, fotele obrotowe oraz pokrowce zimowe – chwalą się na profilu facebookowym. 

Zabawnie brzmi to w kontekście celów strategicznych owego parku, który przedstawia się jako „atrakcyjne miejsce wzajemnych powiązań pomiędzy nauką a biznesem, umożliwiającego transfer technologii i prowadzenie innowacyjnych form działalności gospodarczej i inwestowania”

[b]Wafle[/b]

Batony i bombonierki – palce lizać! Wawel, najstarszy producent wyrobów cukierniczych w Polsce, przeniósł do krakowskiego parku cała produkcję i sukcesywnie ją rozwija. - Od 2006 roku, kojarzony z Krakowem zakład, przeniósł całą produkcję do Dobczyc – gminy słynącej w Małopolsce z dbałości o potrzeby [url=http://innpoland.pl/t/2689,inwestycje]inwestorów[/url]. Realizacja nowego projektu inwestycyjnego w tym miejscu potwierdza, że wybór tej lokalizacji był dobry i sprzyja rozwojowi spółki - podkreśla KTP na swojej stronie internetowej [photo position="inside"]316303[/photo][b]Ośrodek Studiów Pradziejowych[/b]

A dokładniej: Zespół Archeologicznych Badań Ratowniczych przy Ośrodku Studiów Pradziejowych i Średniowiecznych IAiE PAN. Wśród trwających projektów zespołu możemy znaleźć np. "Polacy sukcesu – między emigracją a transnarodowością: nowe oblicze polskiej diaspory w Europie Zachodniej" albo „Biografie kulturowe ozdób z muszli w społecznościach okresu neolitu i wczesnej epoki brązu z terenu Polski i Europy Środkowej”. Skoro parki przygarniają jednak szwaczki to dlaczego rezygnować z archeologów? Z nauką mają wszak dużo więcej wspólnego. 

[b]Słone paluszki[/b]

I znów zaglądamy do specjalnej strefy ekonomicznej w Krakowie. Tym razem w poszukiwaniu paluszków. KPT to bowiem nie tylko polskie zagłębie bombonierek – intensywnie wysyła w świat także słone przekąski. W ubiegłym roku słynny Lajkonik zainwestował w zakład produkcyjny 32 mln złotych. Przedstawiciele firmy twierdzili, że dzięki tym pieniądzom uda się uzyskać nowe, unikatowe smaki.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/f66595b9e7c1398b7dda12e37946de9b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/f66595b9e7c1398b7dda12e37946de9b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Otwarcie Kieleckiego Parku Technologicznego</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134407,w-suwalkach-powstaje-polska-tesla-nie-ma-rury-wydechowej-i-porusza-sie-bezszelestnie</guid><link>https://innpoland.pl/134407,w-suwalkach-powstaje-polska-tesla-nie-ma-rury-wydechowej-i-porusza-sie-bezszelestnie</link><pubDate>Fri, 21 Apr 2017 13:15:32 +0200</pubDate><title>W Suwałkach powstaje polska Tesla. Nie ma rury wydechowej i porusza się bezszelestnie jak ninja</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/cbe7e363d64ebfd3512886fa39f9b5a0,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Suwałki nie kojarzą się z rozwiniętym przemysłem stoczniowym. Do najbliższej żeglownej wody jest spory kawałek. Jak to się stało, że właśnie w tym regionie powstała bodaj najbardziej innowacyjna polska łódź rekreacyjna?

– Jesteśmy firmą z Suwałk. Ja jestem rdzennym suwalczaninem, ale z morzem miałem bardzo dużo wspólnego. Moi dwaj wspólnicy –  kolega i jego syn, są zapalonymi żeglarzami. Spotkało się więc trzech ludzi o wspólnej pasji i przy wieczornych rozmowach przy herbacie i kawie narodził się ten pomysł – mówi w rozmowie z INN:Poland Karol Kowalewski, prezes [url=http://noxoninnovation.eu/]Noxon Innovation[/url].

Firma na początku swojej działalności działała pod patronatem Białostockiego Parku Naukowo-Technologicznego, dostała również od PARP (w ramach programu "Hub of talents") [url=http://innpoland.pl/t/2425,dotacje]wsparcie[/url] w wysokości blisko 800 tys. zł na rozwój swojego produktu – Tesla Boat, czyli nowoczesnej, wielofunkcyjnej [url=http://innpoland.pl/t/2809,statki]łodzi[/url] rekreacyjnej.[photo position="inside"]316269[/photo]– Jestem absolwentem Akademii Morskiej, pracowałem na morzu. Jeden ze wspólników mieszka od lat na Teneryfie, więc znamy bardzo dobrze specyfikę tego rynku. Dostrzegliśmy na nim lukę i dzięki temu stworzyliśmy projekt łódki Tesla Boat. Najważniejsze jest to, że łódź posiada napęd elektryczny. Pozbywamy się w ten sposób najbardziej szkodliwych czynników: smogu czy spalin, które to często towarzyszą nam nad wodą, gdzie łodzie czy skutery napędzane normalnym paliwem po prostu smrodzą. One oczywiście mają lepsze osiągi, ale jestem przekonany, że niedługo im dorównamy – mówi Kowalewski.

– Nasz produkt nie jest specjalnie skomplikowany, bo i taki był zamysł, ale wydaje nam się, że trafiliśmy w ciekawą niszę. Marzy nam się, żeby „benzyna” z wody zniknęła. Mamy nastawienie bardzo [url=http://innpoland.pl/t/2499,oze]proekologiczne[/url], chcemy żeby na wodzie było cicho. Ile razy był pan na wczasach i cały czas słyszał dźwięk czy nawet ryk silników, który wcale nie koił nerwów pańskich, dzieci i żony? Na cały świecie jest tendencja, żeby zamieniać napęd spalinowy na elektryczny – dodaje.

Ale napęd elektryczny to tylko jedna z innowacji Tesla Boat. Najważniejszą jest iBsystem, czyli platforma do zarządzania i kontrolą nad łodzią. Będzie ona spełniać kilka funkcji.

– Pierwszą jest możliwość wynajęcia łódki przez Kowalskiego w zasadzie bezobsługowo. Siedząc w domu, może sobie aktywnie zaplanować czas. Wchodzi w aplikację właściciela floty łodzi, sprawdza dostępność, dokonuje płatności online i łódka będzie na niego czekać – zachwala prezes Noxon Innovation.

Drugą niezwykle istotną funkcją systemu jest sterowanie łodzią. System podpowie, którędy płynąć, by jak najwięcej i co zobaczyć, jak ominąć miejsca niebezpieczne, wraki, skały i mielizny. Co więcej – właściciel łodzi będzie miał nad nią w czasie rzeczywistym pełną, zdalną kontrolę.
Tesla Boat celuje bowiem nie tylko w użytkowników indywidualnych, ale w firmy z branży turystycznej, które staną się właścicielami i operatorami własnej floty łódek.[photo position="inside"]316297[/photo]– Z wieloma mamy kontakt i wiemy, że ich zainteresowanie jest bardzo duże. Dlaczego? Bo nie jest problemem zakupić skorupę łódki, dokupić do niej silniki i wypożyczać. Problemem jest kupno całkiem gotowego produktu, dzięki któremu od zaraz można zacząć zarabiać pieniądze. I taki jest nasz zamysł. Wypożyczalnie, touroperatorzy. Ale jeśli łódkę będzie chciał zakupić klient indywidualny, to oczywiście nie ma najmniejszego problemu, ale skupiamy się na rynku turystycznym – mówi Kowalewski.

Łódki Tesla Boat to katamarany. Projekt zakłada możliwość specjalnego łączenia kilku łódek i w ten sposób będzie można budować pływające platformy – na większe imprezy, eventy firmowe czy rodzinne zjazdy. – System łączenia będzie bezpieczny i bardzo prosty – twierdzi prezes.

Akumulatory łodzi wystarczą aż na 12 godzin pływania przy mniejszych obciążeniach i 10 godzin przy normalnej pracy. 

– Czas pracy jest dość długi, zasięg jest w tym przypadku trochę mniej istotny. On jest na bieżąco korygowany przez iBsystem. On będzie zalecał, podpowiadał trasy, dzięki którym można będzie najwięcej zobaczyć. Dzięki niemu ten czas i zasięg będzie na bieżąco kontrolowany, w taki sposób, by można było bezpiecznie wrócić do portu. Komputer będzie po prostu wyręczał turystę – mówi Kowalewski.

– Kolejną innowacją, która poprawi w sposób radykalny bezpieczeństwo jest też to, że system nie pozwoli na żeglugę poza wyznaczony i bezpieczny obszar, natomiast armator/właściciel łódek będzie miał też możliwość bieżącego śledzenia położenia swojej floty. Będzie mógł zalecić zmianę trasy, a nawet w ostateczności przejąć kontrolę nad łódką – dodaje.

Wymiary łódki to sześć metrów długości i dwa i pół szerokości.[photo position="inside"]316273[/photo]– To zwykła, standardowa łódka rekreacyjna, dostosowana do warunków portowych. Jednym z założeń jest to, żeby można było ją łatwo przetransportować przy użyciu kontenerów. Dostosowaliśmy więc wymiary do transportu, żeby ładunek nie był „overload” albo „ovesize”. Przygotowaliśmy się nawet do tego, że w jednym kontenerze będzie można przewieźć kilka łódek, co znacznie obniży koszty transportu – mówi nam prezes.

Tesla Boat może pływać po dowolnych akwenach, poczynając od rzek i jezior, aż po morze.

– Dla wielu osób może to być zaskoczenie. Mamy opinię Polskiego Rejestru Statków i wiemy już, że nasza łódka jest również przystosowana do warunków morskich. Da się nią pływać bezpiecznie po morzu do 5 stopni w skali Beauforta i 2m wysokości fali. No, ale to są już mało przyjemne warunki – mówi Kowalewski.

Nie wiadomo, czy Noxon Innovation nie przesadził trochę z nazwą swojej łodzi. W Polsce powstał już projekt elektrycznej łódki solarnej o nazwie Tesla XXI. Produkująca ją firma Green Dream Boats zmieniła jednak nazwę produktu na sollieER.

– Szczerze mówiąc w momencie nadawania nazwy nie wiedziałem, że taka łódka będzie niebawem oferowana na rynku, ponadto prawda jest taka, że inspiracją były dwa inne nazwiska, mianowicie Nikola Tesla i Elon Musk . Ze względu na proponowane rozwiązania łódź ta nie jest naszym bezpośrednim konkurentem. Naszym celem jest zrobienie i sprzedanie jak najlepszego produktu – wyznaje Kowalewski.

My jesteśmy z założenia proekologiczni. Chcielibyśmy stworzyć rynek łodzi zeromisyjnych, nie wydzielających spalin i hałasu. Jeśli chodzi o stosowane w sektorze łodzi rozwiązania technologiczne to jesteśmy w XIX wieku, no może na początku XX, bo udoskonaliliśmy metody spalania paliw płynnych. My chcemy i będziemy produkować łodzie o napędzie elektrycznym, a niebawem zastąpimy akumulatory ogniwami paliwowymi. Podjęliśmy już współpracę z jednostkami wyspecjalizowanymi w tych zagadnieniach – dodaje.

W projektowaniu łódki pomogła im grupa naukowców.[photo position="inside"]316275[/photo]– Często mówi się o naszych uczelniach, że są skostniałe. Wbrew pozorom pracuje w nich mnóstwo młodych ludzi, naukowców, którzy mają nastawienie probiznesowe, chcą współpracować. Nie chodzi im o to, by wyprodukować coś, co będzie leżało na półce, ale żeby produkt wdrożyć w życie. Bardzo się cieszymy, że spotkaliśmy szereg takich ludzi – mówi Kowalewski. 

Łódka będzie produkowana w Polsce w Suwałkach, większość podzespołów również będzie pochodziła z tego regionu.

Dotacja będzie przeznaczona na zaprototypowanie łódki i wdrożenie jej do produkcji oraz wykonanie dedykowanego oprogramowania. Noxon Innovation musi się z tym uwinąć do jesieni, by być gotowym na listopadowe targi w Hamburgu. Wcześniej będzie można ją obejrzeć pod koniec lipca na targach w Gdyni. Podstawowy model łódki kosztuje 20 tys. euro. Cena rośnie wraz z wyposażeniem, ale nie przekracza 35 tys. euro.

– Ale jak mówi się o cenach łódek, to jest to na ogół cena samej skorupy. W naszym przypadku mówimy o w pełni wyposażonej, gotowej do pływania łodzi. Z akumulatorami, silnikami, systemem operacyjno-nawigacyjnym. Stawiamy ją na wodę i jest gotowa do żeglugi – twierdzi Karol Kowalewski.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/cbe7e363d64ebfd3512886fa39f9b5a0,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/cbe7e363d64ebfd3512886fa39f9b5a0,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tesla Boat</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134379,ten-polski-start-up-zarabia-bo-menedzerowie-nie-znaja-excela-zaczal-ich-uczyc-obrazkami</guid><link>https://innpoland.pl/134379,ten-polski-start-up-zarabia-bo-menedzerowie-nie-znaja-excela-zaczal-ich-uczyc-obrazkami</link><pubDate>Fri, 21 Apr 2017 08:54:08 +0200</pubDate><title>Ten polski start-up zarabia, bo ludzie nie znają Excela. Wymyślił, jak to obejść</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/266d7e96c5ec86d3e0e7f7740b2ffc9d,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Motabi to start-up założony przez trzech Polaków, którzy po 40-stce zdecydowali się porzucić pracę w wielkich korporacjach i stworzyć narzędzie, które ogrom danych upchniętych po różnych zakamarkach firm wtłoczy w kilka przejrzystych wykresów.

Piotr Śmiałek (Orange), Rafał Hryniów (HP) i Robert Tomaszewski (IBM) jeszcze kilka lat temu pracowali jako menedżerowie w największych [url=http://innpoland.pl/t/2907,korporacja]korporacjach[/url] w Polsce. Ogrom danych z jakimi codziennie mieli do czynienia spowodował jednak, że postanowili stworzyć narzędzie, które pomogłoby im zebrać informacje o różnych aktywnościach firmy w jednym miejscu. 

– Zbieranie informacji z rożnych krajów, np. o tym jak wygląda poziom sprzedaży, jest bardzo czasochłonne. Wiąże się z niekończącymi się telefonami i weryfikacją. Zastanawialiśmy się jak usprawnić ten proces – opowiada w rozmowie z INN:Poland Robert Tomaszewski. 

Współzałożyciel Motabi zauważa, że rozwiązania dostępne na rynku są stworzone pod kątem analityków, którzy lubują się w rozbudowanych systemach i ciągach cyfr. – Dla przykładu jedna z [url=http://innpoland.pl/t/2479,firmy]firm[/url] wymagała od użytkownika przeczytania 600-stronnicowej instrukcji obsługi. Menedżerowie preferują rozwiązania intuicyjne i proste w obsłudze – podkreśla. [photo position="inside"]316181[/photo]Trzech Polaków doszło więc do wniosku, że ich produkt będzie inny. Prostszy. Taki, który będzie intuicyjny jak aplikacja na smartfona – włączasz i od razu wiesz w co kliknąć. Jednym ruchem myszy odsłaniasz wykres informujący o wynikach sprzedażowych firmy, drugim sprawdzasz jak wygląda ona w poszczególnych miastach, a trzecim...nawet w sklepach na konkretnej ulicy.

Początkowo prace trwały wieczorami i weekendami. Gdy prace nad produktem zbliżyły się do finalizacji menedżerowie postanowili rzucić dotychczasowe zajęcia. – To nie była prosta decyzja. Mieliśmy już przecież ugruntowaną pozycję w swoich firmach – opowiada Piotr Śmiałek, drugi ze współzałożycieli Motabi.

Mierzyli wysoko. Od początku grupą docelową było 2000 największych firm w Polsce pod względem przychodów. Czyli z jednej strony takie, które mają bardzo rozbudowaną administrację i potrzebują dobrego raportowania, z drugiej – pieniądze potrzebne do wdrożenia usługi Motabi. 
A nie mówimy tu o małych kwotach.[photo position="inside"]316185[/photo]Miesięczny abonament to średnio kilka tysięcy złotych. Najdroższy jest jednak proces wdrożenia, czyli zebranie wszystkich danych, które znajdują się systemach informatyczne, Excelach (i innych „plikach płaskich”) i bazach danych oraz określenia w jaki sposób mają być prezentowane. Te wszystkie informacje trafiają na oddzielny serwer, który musi u siebie postawić zainteresowana firma. Następnie każdemu z pracowników trzeba przypisać poziom dostępu do informacji i stworzyć konto, dzięki któremu będzie mógł logować się do systemu z poziomu przeglądarki internetowej. – Ten proces trwa do kilku tygodni – mówi Tomaszewski. Koszt? Waha się zazwyczaj między 30 a 100 tys. złotych. 

– Z tego względu przez pierwsze dwa lata spotykaliśmy się z dużą nieufnością. [url=http://innpoland.pl/t/2495,przedsiebiorcy]Przedsiębiorstwa[/url] obawiały się, że zapłacą za spersonifikowanie Motabi na swoje potrzeby, a my, jako młoda firma, znikniemy za niedługo z rynku – zauważa współzałożyciel polskiego start-upu.  

Śmiałek wspomina, że walka o uwagę firm była prawdziwym wzywaniem. Zdarzało się, że przedsiębiorcy przez całe tygodnie nie wychodzili z sal konferencyjnych, odbywali po 2-3 spotkania biznesowe dziennie. Pierwszy klient pojawił się dopiero po 3 miesiącach. Po pewnym czasie menedżerowie zaczęli jednak dostrzegać korzyści płynące z rozwiązania Motabi.

– Zdarzało nam się, że nasi klienci dopiero po spojrzeniu na przygotowany przez nas wykres orientowali się, że rosną im koszty w wybranych obszarach. Działo się tak dlatego, że menadżerowie pokazywali im wcześniej dane, które były oderwane od siebie. A do mózgu ludzkiego lepiej trafiają obrazy – mówi Śmiałek. [photo position="inside"]316187[/photo]Dzisiaj do rozwiązania polskiego start-upu przekonuje się coraz więcej dużych przedsiębiorstw. Tomaszewski opowiada, że ma ich już w swoim portfolio około 20. Wśród nich możemy znaleźć takie marki jak Orange czy TelForceOne (potentat na rynku akcesoriów telefonicznych). Z usług Motabi korzysta również Stowarzyszenie Artystów Polskich, przez pewien czas kwitła również współpraca z Bankiem Zachodnim WBK. Swego czasu przejrzystym sposobem prezentowania treści zainteresowało się nawet Ministerstwo Rozwoju. 

Wątpliwości co do przyszłości pozbyli się również inwestorzy. Według Tomaszewskiego [url=http://innpoland.pl/t/2505,startupy]start-up[/url], w który wraz z kolegami zainwestował na początku milion złotych, w ubiegłym był wyceniany na okrągłą sumę 10 mln. – Nasza firma rośnie tak szybko, że sprzedaży nie bierzemy na razie pod uwagę – zastrzega Robert Tomaszewski. I razem z Piotrem Śmiałkiem oraz Rafałem Hryniów zaczyna snuć plany zagranicznej ekspansji.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/266d7e96c5ec86d3e0e7f7740b2ffc9d,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/266d7e96c5ec86d3e0e7f7740b2ffc9d,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Robert Tomaszewski (IBM). Piotr Śmiałek (Orange) i Rafał Hryniów (HP) jeszcze kilka lat temu pracowali jako menedżerowie w największych korporacjach w Polsce</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134369,o-te-swietnie-platna-prace-bije-sie-1500-osob-na-poczatek-wystarczy-matura-i-angielski-o-testach-kraza-legendy</guid><link>https://innpoland.pl/134369,o-te-swietnie-platna-prace-bije-sie-1500-osob-na-poczatek-wystarczy-matura-i-angielski-o-testach-kraza-legendy</link><pubDate>Thu, 20 Apr 2017 09:00:41 +0200</pubDate><title>O tę świetnie płatną pracę bije się 1500 osób. Pytanie na teście: ile końców ma siedem i pół kija?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/1b77f30e94c9e2dd285065b11b7a97b4,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Do tej rekrutacji stanie nawet półtora tysiąca osób. Przez pierwsze sito przeciśnie się najwyżej 20 – 30. Odpowiednie predyspozycje ma zaledwie 5 proc. ludzi, ale często o tym nie wiedzą. Jeśli są dobrzy, zostaną zaproszeni na dwuletni kurs. Wymarzone stanowisko dostanie zaledwie kilkanaście osób.

Polska Agencja Żeglugi [url=http://innpoland.pl/t/2785,lotnictwo]Powietrznej[/url] ogłosiła kolejny nabór na stanowisko kontrolera ruchu lotniczego (KRL). Na początek wystarczy [url=http://innpoland.pl/t/2729,edukacja]matura[/url] i dobry angielski. Na chętnych czeka pełna wyzwań i dobrze płatna [url=http://innpoland.pl/t/2755,praca]praca[/url]. Zgłosi się po nią nawet półtora tysiąca osób. Po dwóch latach nauki, egzaminów i testów, tylko kilkanaście osób otrzyma wymarzoną licencję Kontrolera Ruchu Lotniczego.

– Do tego zawodu trzeba mieć dwie podstawowe i pozornie sprzeczne ze sobą cechy. Jedną z nich jest umiejętność pracy w zespole. Drugą – bycie liderem, który umie szybko podejmować trudne decyzje. Te dwie cechy razem występują niezmiernie rzadko. Potrzebujemy ludzi, którzy są bardzo odpowiedzialni, podejmują błyskawicznie decyzje, umieją kontrolować całość sytuacji a jednocześnie potrafią pracować wespół z innymi i tworzyć zgrany team – mówi w rozmowie z INN:Poland Mikołaj Karpiński, rzecznik Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej.

Warunki brzegowe są niezbyt wyśrubowane.

– Początkowo wydaje się że wymagamy niezbyt dużo, tzn. by kandydat miał skończone 18 lat i miał maturę oraz dobrze znał język angielski. Ale kandydat powinien się również cechować zmysłem przestrzennym, szybką decyzyjnością, umiejętnością pracy w stresie i zespole. Procedura wygląda tak, że spływają do nas oferty, z nich wybieramy osoby, z którymi chcemy  porozmawiać i zaprosić je na testy – mówi Karpiński.

To początek długiego i trudnego procesu.

– Statystyka jest taka, że zgłasza się kilkaset osób, czasem nawet półtora tysiąca. Z tej grupy sito rekrutacji przechodzi grupa składająca się z 20 – 25 osób. I nie mówimy o tych, którzy na koniec zostaną kontrolerami, tylko tych, którzy zakwalifikują się na kurs – mówi nam rzecznik PAŻP.

Nie ma granicy wiekowej. Cały zespół kontrolerów ruchu lotniczego składa się i z osób bardzo młodych, i tych, z dużym doświadczeniem zawodowym.[photo position="inside"]316153[/photo]– Taki miks doskonale się sprawdza. Wiadomo, że trzeba uzupełniać swoje kadry. Ruch lotniczy nad Polską stale wzrasta, więc do jego kontroli potrzeba coraz więcej osób – twierdzi Karpiński.

Na całym świecie kontrolerów ruchu lotniczego jest blisko 50 tysięcy, w Polsce około 550. Służbę pełnią 365 dni w roku, siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę. Są to kontrolerzy obszarowi, kontrolerzy zbliżania oraz kontrolerzy pracujący na wieżach kontroli lotniska na polskich lotniskach komunikacyjnych. Agencja cały czas szkoli nowych adeptów tej sztuki, docelowo ma ich być około 620. Ruch lotniczy nad Polską stale wzrasta, zmiana pomiędzy rokiem 2015 a 2016 wynosi ok. 8,5 proc.. Zmienia się również struktura ruchu.

Interesujesz się lotnictwem? To bardzo dobrze ale to nie jest wymóg absolutny.

– Wśród pracowników Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej mamy kontrolerów, dla których lotnictwo było pasją od najmłodszych lat. Ale są tez osoby, które po prostu zainteresowały się ogłoszeniem, nie miały nic wspólnego z lotnictwem, ale przeszły wszystkie testy i świetnie sprawdzają się w zawodzie. Tak naprawdę dużo zależy od predyspozycji wyjściowych i późniejszej determinacji. Czyli spełnienia zarówno tych minimalnych warunków (matura i dobry angielski), jak i przejscia wszystkich testów sprawdzających m.in. wytrzymałość na stres, umiejętność podejmowania decyzji, logiczne myślenie, tzw. widzenie w przestrzeni etc. – mówi nam Mikołaj Karpiński.

O tych testach w środowisku krążą legendy. Łączą one sprawdzanie praktycznej znajomości języka angielskiego (zarówno ze słuchu, jak i pisanego) z testami na inteligencję, logiczne myślenie, zagadek. Można trafić na klasyczny przypadek zadania polegającego na przewiezieniu zwierząt przez rzekę, jak i pytanie „Ile końców ma 7 i pół kija?”. Podczas tego etapu odsiew jest największy. Przechodzi go na ogół 20 do 30 osób.

W teście oraz późniejszych ewentualnych rozmowach kwalifikacyjnych bardzo istotne jest sprawdzenie wyobraźni przestrzennej kandydatów oraz ich odporności na stres.

– Widzenie przestrzenne to kwestia przewidywania sytuacji, umiejętność obserwowania naraz kilku obiektów, które znajdują się na różnych wysokościach, lecą z różną prędkością. Trzeba umieć przewidzieć jak ta sytuacja będzie wyglądała w ciągu kilku następnych minut. Do tej pracy dochodzi jeszcze spora dawka stresu, który dla jednych może być paraliżujący i to ich wyklucza od razu z tego zawodu. Dla innych ten stres jest motywujący, umieją z nim żyć i pracować – mówi nam Mikołaj Karpiński.[photo position="inside"]316155[/photo]Ta grupa musi jeszcze przejść badania medyczne. Dla zainteresowanych – są to badania medycyny lotniczej 3 klasy. W ich zakres wchodzą m.in. badania wzroku, słuchu, wydolności płuc, psychologiczne. Trzeba je po prostu przejść. Wtedy trafia się na kurs.

– Pierwszym etapem szkolenia jest tzw. basic, czyli kurs wiedzy podstawowej. To kilka tygodni studiów lotniczych. Uczymy wszystkiego, co jest związane z lotnictwem, od przepisów prawa lotniczego, przez kwestie budowy samolotów, ich osiągi, meteorologii. To są wyjątkowe studia, niedostępne nigdzie indziej, tylko w Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej. I to daje bazę do rozpoczęcia kolejnego etapu szkolenia – na symulatorach – tłumaczy Mikołaj Karpiński.

Po zaliczeniu tego etapu i zdaniu związanych z nim egzaminów adepci dostają licencje studenta KRL i mogą rozpocząć szkolenie pod okiem instruktora, to jest już nauka na żywym ruchu. Instruktor cały czas sprawdza i kontroluje wszystkie czynności kursanta. Wszystko co chce i co robi kursant jest kontrolowane i oceniane. Po zaliczeniu tego etapu, kursant może złożyć egzamin przed komisją państwową, jeśli przebiegnie on pomyślnie otrzymuje licencję kontrolera Ruchu Lotniczego. Tak proces szkolenia wygląda w wielkim skrócie. Warto dodać, że proces szkoleniowy ma podobny przebieg we wszystkich państwach unijnych, regulują go te same ramy prawne.

Trzeba też pamiętać o tym, że podczas kursu ciągle odbywają się kolejne egzaminy. Kursanci są egzaminowani do samego końca.

– Sprawdzanie wiedzy jest czymś powszednim. I do ostatniego egzaminu czyli sprawdzianu przez komisją państwową w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego, każdy z adeptów może spodziewać się przejścia na kolejny etap, jak i podziękowania za udział. Kurs jest bezpłatny, ba – kursanci mają nawet płacone za udział. W momencie gdy dostają się na kurs, PAŻP podpisuje z nimi umowę o pracę na czas określony. Czyli do momentu zakończenia kursu, obojętnie na którym etapie – dodaje rzecznik.

Kurs trwa około 22-24 miesięcy.

– Trzeba pamiętać, że większość kontrolerów ruchu lotniczego wcale nie pracuje w wieżach kontroli lotniska. Ci pracujący na wieży, to ta najbardziej rozpoznawalna ze służb ruchu lotniczego. Ale o wiele więcej kontrolerów ruch lotniczego pracuje w innych pomieszczeniach, w których czasem nie ma okien, gdzie mają do dyspozycji tylko wskaźniki radarowe. To kontrolerzy obszaru i zbliżania, którzy pracują przed ekranami, śledzą samoloty, które przelatują nad Polską lub zbliżają się do lotnisk docelowych na terenie Polski – mówi Karpiński.[photo position="inside"]316157[/photo]– Media i przemysł filmowy wykreowały obraz, że kontroler ruchu lotniczego pracuje wyłącznie na wieży, ale ten obraz chociaż spektakularny nie jest do końca prawdziwy. Warto podkreślić, że ponad 80% wszystkich operacji lotniczych obsługiwanych przez kontrolerów ruchu lotniczego to operacje realizowane przez kontrolerów obszaru i zbliżania – dodaje.

Dyżur KRL trwa 7,5 godziny, z czego przy stanowisku operacyjnym może pracować 5,5 godziny. Reszta to obowiązkowy odpoczynek. – Kontroler może w tym czasie załatwić sprawy prywatne, może czytać, mamy pokoje socjalne, gdzie można się przespać, warto skorzystać z urządzeń sportowych jak bieżnia czy siłownia. Po prostu po pierwszych dwóch godzinach pracy na stanowisku operacyjnym musi nastąpić godzinny odpoczynek a w pozostałym czasie dyżuru – kolejne przerwy.

Każdego dnia na polskim niebie znajduje się około 2500 samolotów, rocznie to ponad 700 tys. operacji lotniczych. Ta średnia różni się w poszczególnych porach roku – szczyt to miesiące wiosenno-letnie, mniejszy ruch występuje w okresie jesienno-zimowym. Ale każda pora roku charakteryzuje się zmiennymi atmosferycznymi, które w istotny sposób wpływają na organizację ruchu lotniczego, wiosna-lato częste fronty atmosferyczne, burze, na jesieni mgły i utrudniony dostęp do lotnisk, zima częste odśnieżanie pasów startowych itp.

W latach 2015-2020 Polska Agencja Żeglugi Powietrznej przeznaczy ponad 1 mld złotych na inwestycje związane z budową nowych urządzeń oraz modernizacją istniejącej infrastruktury lotniczej zapewniającej bezpieczną żeglugę powietrzną.

Służba realizowana przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej to także praca osób, które każdego dnia opracowują procedury lotnicze, mapy, zbiory informacji lotniczej oraz opisy sytuacji operacyjnej czyli informacje niezbędne dla załóg lotniczych korzystających z polskiej przestrzeni powietrznej.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/1b77f30e94c9e2dd285065b11b7a97b4,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/1b77f30e94c9e2dd285065b11b7a97b4,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Praktyki kontrolera ruchu lotniczego</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134359,na-poczatku-pojazd-lodzkich-studentow-przypominal-kartofel-dzis-to-najlepsze-solarne-auto-na-swiecie</guid><link>https://innpoland.pl/134359,na-poczatku-pojazd-lodzkich-studentow-przypominal-kartofel-dzis-to-najlepsze-solarne-auto-na-swiecie</link><pubDate>Wed, 19 Apr 2017 16:22:35 +0200</pubDate><title>Na początku pojazd łódzkich studentów wyglądał jak kartofel. Dziś to najlepsze solarne auto na świecie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/1da1247c5d1bc78e3fe1c40267c8125d,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W tym, żeby ich auto nie wyglądało jak ziemniak, pomogli studenci ASP. Resztę robią sami i nie ukrywają, że ponownie chcą być najlepsi na świecie. Studenci łódzkiej Politechniki budują auto napędzane energią słoneczną.

Jest branża, w której Polacy są mistrzami świata. To wykorzystywanie [url=http://innpoland.pl/t/2499,oze]energii słonecznej[/url] do napędzania pojazdów mechanicznych. Studenci łódzkiej Politechniki budują właśnie czteroosobowe auto Eagle II, którym wystartują we wrześniu 2017 roku w najbardziej prestiżowym wyścigu [url=http://innpoland.pl/t/2831,samochody]aut[/url] solarnych na świecie. Szanse na sukces mają spore – z ostatniej rywalizacji przywieźli 5 medali.

Eagle I okazał się najlepszym pojazdem solarnym na świecie. W 2016 roku podczas ośmiodniowego rajdu po Republice Południowej [url=http://innpoland.pl/t/2853,afryka]Afryki[/url] pokonał 2817 km na trasie z Pretorii do Kapsztadu, bez żadnej awarii. Świetnie spisał się również podczas Bridgestone World Solar Challenge w 2015 roku.[photo position="inside"]316109[/photo]Co ciekawe, pierwszy Eagle (Orzeł) to pojazd dwumiejscowy. Zwykle bolidy napędzane energią słoneczną przypominają obudowane kartonem i posklejane szarą taśmą rowery. Ten jest zupełnie inny, wygląda prawie jak zwykły samochód. Ma drzwi, okna, pasażer siedzi obok kierowcy, a nie za nim.

– Czwórka osób w środku jest naszym pomysłem i wymysłem. Po prostu chcieliśmy zrobić coś bardziej wyjątkowego, całkowicie nowego. Zresztą i tak zerwaliśmy już z postrzeganiem bolidu solarnego jako eksperymentalnego pojazdu dla osoby o wzroście dżokeja. Już teraz do naszego auta dwuosobowego spokojnie zmieszczą się osoby o wzroście powyżej 190 cm. Co więcej – będzie im całkiem wygodnie – mówi w rozmowie z INN:Poland Sebastian Górecki, członek ekipy Łódź Solar Team.

Eagle II będzie miał więc miejsce dla kierowcy i trójki pasażerów, będzie też nieco węższy i niższy od Eagle I, ale i sporo dłuższy. Jego długość wyniesie ok. 5 metrów. Bolid będzie zbudowany z włókna węglowego a jego maksymalna prędkość sięgnie 140 km/h.

– Nasz aktualny pojazd (Eagle I) ma jeszcze klatkę bezpieczeństwa, która wspomaga karoserię. Nowy ma już nadwozie samonośne, zupełnie jak każdy normalny współczesny samochód – mówi nam Sebastian Górecki.

Cały projekt wziął swoje początki od zagranicznego wyjazdu jednego ze studentów.
– Jeden z naszych kolegów wyjechał na Erasmusa do Eindhoven. Zobaczył, że tam studenci pracują nad podobnym projektem. Wrócił, spotkaliśmy się i powiedział. „Zobaczcie, inni robią, czemu my nie robimy?”. I tak się zaczęło – wspomina Górecki.[photo position="inside"]316111[/photo]– Kiedyś paliwa kopalne się skończą. To, co robimy dziś jest traktowane jak innowacja, ale w przyszłości może to być jedyny pojazd, jaki będzie poruszał się po drogach na całym świecie – dodaje. Nie wiadomo jak bardzo nieodległa jest taka przyszłość – dodaje.

– Są już auta autonomiczne a być może ruszyła już gdzieś seryjna produkcja jakiegoś rodzaju pojazdów solarnych. Za kilkadziesiąt lat będą już całkowicie popularne – ostrożnie przypuszcza Sebastian Górecki. Kiedy mówię, że to chyba już nie za mojego życia, pociesza: – Studenci naszej politechniki zajmują się zrobieniem drukarki 3D, która będzie drukować tkanki. Więc 50 lat w medycynie może nie być już problemem.

Ekipa Łódź Solar Team tworzy pojazd rewolucyjny pod kilkoma względami. W sprawach związanych z designem studentów Politechniki wspomagają studenci łódzkiej  Akademii Sztuk Pięknych.

– Przy projektowaniu karoserii staraliśmy się znaleźć konsensus między osiągami a wyglądem. Jak sobie usiedliśmy przy komputerze i zaprojektowaliśmy bolid, to cyferki się zgadzały, ale wyglądał jak ziemniak. Studenci z ASP pomagali nam doprowadzić do tego, żeby on dobrze się prezentował – opowiada Górecki.

Eagle II będzie miał wyjątkowo niski współczynnik Cx (oporu powietrza). Twórcy projektu nie ujawniają publicznie szczegółów, ale bolid jest mniej więcej dwa razy bardziej opływowy, niż nowoczesne samochody sportowe, na przykład Porsche 911. Na dodatek zużyje aż o 1/3 energii mniej niż poprzedni pojazd.

Zawody takie jak w Australii czy RPA są silnie obsadzone. Polska ekipa ma do dyspozycji praktycznie te same części, co konkurencja i podobny know-how przy mniejszym budżecie, a mimo to jest faworytem do podium.[photo position="inside"]316113[/photo]– Zawody dzielą się na parę grup. My startujemy w klasie, w której bolid jak najbardziej przypomina auto miejskie. Nasza innowacyjność polega na tym, że jest to auto przystosowane do poruszania się po ulicy. Jeśli chcemy być lepsi, to musimy stosować droższe części, dobierać panele o największej sprawności czy dobre silniki. Ale przede wszystkim bardzo dużo czasu poświęcamy na projektowanie – mówi Górecki.

– W Australii wystartuje ok. 40 drużyn i prawie do końca nie wiadomo, co kto zaprezentuje. Ale nie jesteśmy dla siebie tylko konkurentami, współpraca między zespołami jest na bardzo wysokim poziomie. Byłem zaskoczony i zachwycony tym, że inne zespoły mogą się nawzajem tak wspierać, choć praktycznie się nie znają – twierdzi Górecki.[photo position="inside"]316115[/photo]Dodaje, że to m.in. dzięki pomocy konkurencji udało im się odnieść sukces w RPA. Tuż przed wyścigiem łódzkiemu teamowi spalił się jeden z silników. Inny zespół miał identyczny w zapasie – pożyczyli go Polakom bez chwili wahania.

Studenci z Łódź Solar Team aktualnie budują swój nowy bolid. Ich wysiłki można wspierać m.in. za pośrednictwem serwisu [url=https://polakpotrafi.pl/projekt/lodzsolarteam?gab=3]Polak Potraf[/url]i. 

– Chcemy nim wystartować w Australii we wrześniu. To najbardziej prestiżowy na świecie wyścig dla aut napędzanych energią elektryczną. Nie ukrywam, że chcemy tam walczyć o podium – podsumowuje Sebastian Górecki.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/1da1247c5d1bc78e3fe1c40267c8125d,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/1da1247c5d1bc78e3fe1c40267c8125d,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Eagle I w Republice Południowej Afryki</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134375,dzieki-niemu-nasze-zarobki-maja-wzrosnac-o-kilkaset-zlotych-rewolucyjny-projekt-eksperta-dobrej-zmiany</guid><link>https://innpoland.pl/134375,dzieki-niemu-nasze-zarobki-maja-wzrosnac-o-kilkaset-zlotych-rewolucyjny-projekt-eksperta-dobrej-zmiany</link><pubDate>Wed, 19 Apr 2017 14:08:14 +0200</pubDate><title>Dzięki niemu nasze zarobki mają wzrosnąć o kilkaset złotych. Rewolucyjny projekt eksperta &quot;dobrej zmiany&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/8be434d6d6368708fe8cbce689ce45b6,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Podatkowa rewolucja – tak o proponowanych zmianach systemu podatkowego opowiada jeden z współtwórców projektu, szef Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, Cezary Kaźmierczak. W jej wyniku nasze zarobki mają wzrosnąć o 25-30 proc. Na zmianach zyskać mają też pracodawcy, a i państwowa kasa nie zostanie zbytnio uszczuplona. Ucierpią co najwyżej ci, którzy państwo oszukiwali. Dziś po południu mamy poznać szczegóły forsowanego przez sejmowy Parlamentarny Zespół na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego projektu.

[b]Z perspektywy prostego robotnika chciałem zapytać: zarabiam średnią krajową, jakoś tak w okolicach 3500 złotych. Ile będę zarabiać, jak wasz projekt wejdzie w życie?[/b]

Proszę wybaczyć, nie wyliczę od ręki. Podam inne wyliczenie, ale z zachowanymi proporcjami: jeżeli dostawałby pan „na rękę” 3000 złotych, to koszt pracodawcy wynosiłby 5000 złotych w formie rozmaitych obciążeń, funkcjonujących w obecnym systemie. W [url=http://innpoland.pl/134103,koniec-systemu-ktory-znamy-skladki-zus-zostana-przewrocone-do-gory-nogami]proponowanym przez nas systemie[/url] wyliczenie wygląda następująco: koszt pracodawcy to wciąż 5000 złotych, ale do budżetu państwa trafia – zamiast dotychczasowych 2000 złotych – 1350 złotych. Zarabia pan 3650 złotych.

[b]To jakieś 22 proc. podwyżki. Gdzie te 25-30 procent, które obiecywał poseł Adam Abramowicz?[/b]

Poseł liczył na podstawie danych z ubiegłego roku, natomiast w tej chwili przeliczyliśmy to według najświeższych danych. Proszę podkreślić: po raz pierwszy w historii rząd podzielił się aktualnymi danymi. To kopernikański przewrót, biorąc pod uwagę dotychczasowe praktyki.

[b]Aktualnymi danymi dotyczącymi?...[/b]

Wszystkiego, czego chcieliśmy. Od ZUS po ministerstwo finansów.

[b]Aktualnymi, czyli z ostatnich miesięcy?[/b]

Z poprzedniego roku. Wcześniej musieliśmy robić wszystkie obliczenia na starych danych i domniemaniach. A teraz „dobra zmiana” się odważyła i dała aktualne dane.

[b]No dobrze. Wyliczyliście zatem, że danina dla państwa maleje o jedną trzecią. Kosztem składek dla ZUS, podatków?...[/b]
[photo position="inside"]316169[/photo]To bez znaczenia, niech rząd już sobie podzieli. I tak [url=http://innpoland.pl/131049,ludzie-dostana-300-zl-emerytury-to-zakonczy-sie-katastrofa-eksperci-nie-zostawiaja-suchej-nitki-na-ustawie]znaczna część emerytur[/url] jest płacona z budżetu państwa, przestańmy udawać, że to ze składek. Państwo ma budżetu: zbiera pieniądze i je dzieli. Na pieniądze dopłaca, powiedzmy – z akcyzy, czy innych wpływów. My dbaliśmy o to, żeby rząd otrzymał tyle, co otrzymuje teraz. I tak będzie.

[b]Komentatorzy „nie zostawiają na projekcie suchej nitki”. Że zacytuję pierwszy z brzegu komentarz: „brak szczegółowej kalkulacji kosztów”...[/b]

Brednie. Wszystko jest w projekcie, który zostanie dziś przedstawiony. Z każdym z tych komentujących geniuszy możemy dyskutować.

[b]Skoro jest tak dobrze, to skąd te obawy, że jest tak źle? Może to ten podatek przychodowy, kolejne obciążenie dla przedsiębiorców?[/b]

Jak każdy podatek. Przeciw podatkowi przychodowemu protestują dwie grupy: pierwsza to doradcy podatkowi – ten podatek ich wyeliminuje, staną się niepotrzebni, więc się nie dziwię. A druga grupa to przedsiębiorcy, którzy podatków nie płacą. Jeden taki do mnie przed chwilą wydzwaniał zresztą. Choć trzeba przyznać, że już rozmawia ze mną spokojniej, bo wcześniej atakował mnie dosyć agresywnie...

[b]Żartuje pan? Że niby groził panu?[/b]

Nie, to chyba raczej ja mu groziłem (śmiech). On się wypowiada przeciw temu podatkowi, a robi za czołowego patriotę – więc mu powiedziałem, że jak jeszcze raz tak agresywnie się do mnie odezwie, to będę zmuszony ujawnić jego zeznania podatkowe, dostępne zresztą w KRS. A ten facet ma od dwudziestu lat straty. Z czego więc w ogóle żyje? Nieprawdopodobny przypadek.

[b]No dobrze, wracając do podatku przychodowego: kogo stać na zorganizowanie zakupu u producenta, zapłaci go mniej. Ci, którzy kupują w długim łańcuchu dostaw, po hurtowniach itp., zapłacą więcej. Ergo – zyskają wielcy, mniejszym będą się kumulować te 1,5 proc. podatku przy każdej transakcji...[/b]
[photo position="inside"]316171[/photo]Rozumiem, że wychodzi pan z założenia, że w tej chwili nikt takich podatków nie płaci?

[b]A z jakiego założenia miałbym wychodzić?[/b]

Założenie, że nikt [url=http://innpoland.pl/131265,to-dorznie-klase-srednia-ekspert-ktory-popieral-dobra-zmiane-bez-zludzen-o-gospodarce]nie płaci podatków[/url] tego typu jest błędne. Te podatki po drodze są już płacone. Przeprowadziliśmy, i dziś to pokażemy, dość ciekawy eksperyment: na podstawie dostępnych danych, głównie spółek giełdowych, sprawdziliśmy, ile oni takich danin po drodze płacą. Okazuje się, że średnia dla WIG30 to w tej chwili 2,16 proc. takich podatków. A my chcemy 1,49-procentowego podatku. Nawet niskomarżowe firmy płacą ten podatek na dosyć wysokim poziomie.

[b]Chwileczkę, mówimy o podatku, który nie istnieje. Jeszcze.[/b]

Ale CIT firmy płacą, tak?

[b]Tak.[/b]

Policzyliśmy zatem ich CIT jako procent od przychodu i średnio wyszło nam, że dochody firm są obciążone na poziomie 2,16 proc. Moglibyśmy powiedzieć, że taki podatek nie istnieje, gdyby nikt nie płacił podatku dochodowego. Ale to nieprawda. Ba, w Niemczech nie ma – tak jak w Polsce – że 60 proc. spółek nie płaci CIT. Tam na stratach jedzie, o ile dobrze pamiętam dane, około 7 proc. przedsiębiorstw.

[b]Ale CIT jest podatkiem od zysku, a mówimy o podatku od przychodu...[/b]

A ja panu tłumaczę, że w Polsce 60 proc. firm nie płaci tego podatku od zysku. Pan wierzy w to, że ta rzesza firm nie ma zysków? Że 60 proc. ma straty? Niektórzy [url=http://innpoland.pl/130911,z-polskiego-rynku-moze-zniknac-pol-miliona-firm-nie-wytrzymaja-plagi-kontroli-skarbowych-jaka-spadla-na-nie-w-tym-roku]niezmiennie od dwudziestu lat[/url]?

[b]Ale to by oznaczało, że 60 proc. przedsiębiorców robi państwo i Polaków w konia.[/b]

60 proc. to może nie. Ale 50 procent to już pewnie tak.
[photo position="inside"]316173[/photo][b]Sprecyzuję: co drugi przedsiębiorca oszukuje państwo.[/b]

Prawda.

[b]Załóżmy jednak, że propozycja zespołu posła Abramowicza zmieni tę sytuację. Czy mówimy o czymś, co może się realnie wydarzyć? Jest szansa, że ten projekt zostanie zatwierdzony?[/b]

To pytanie do polityków, oni kierują się rozmaitymi przesłankami.

[b]No właśnie. Są wątpliwości, czy rząd poprze taki system.[/b]

Nie wiem. Jak zaczynaliśmy lobbować za rozwiązaniami dla małej działalności gospodarczej, to w czasie pierwszej dyskusji na ten temat Morawiecki nie chciał ze mną rozmawiać. A rok później te rozwiązania trafiły do parlamentu. A ja dawałem temu projektowi 10 procent szans... Rozmaite czynniki, również pozamerytoryczne odgrywają tu olbrzymią rolę.

[b]Może z posłami lepiej się współpracuje? Nie ściągają na siebie tyle uwagi, co ministrowie.[/b]

Posłowie to w większości rozsądni ludzie. Nie tylko w tym zespole, ale w każdej partii. Z kimkolwiek bym nie rozmawiał, słyszę: no tak, rzeczywiście, system podatkowy jest zły. Albo: tak, obciążenia podatkowe są zbyt duże.

[b]No to, jak na biznesmena przystało, proszę oszacować, jakie mam szanse na podwyżkę.[/b]

O, Boże!... Niech pan przestanie. Nie powiem panu, bo nie wiem. Prosty cham jestem z Podlasia, skąd mam takie rzeczy wiedzieć?!... (śmiech)]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/8be434d6d6368708fe8cbce689ce45b6,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/8be434d6d6368708fe8cbce689ce45b6,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Cezary Kaźmierczak (po lewej).</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134261,testowalismy-najwiekszy-hit-samsunga-ktorego-nie-ma-jeszcze-w-sklepach</guid><link>https://innpoland.pl/134261,testowalismy-najwiekszy-hit-samsunga-ktorego-nie-ma-jeszcze-w-sklepach</link><pubDate>Tue, 18 Apr 2017 17:19:51 +0200</pubDate><title>Testowaliśmy największy hit Samsunga, którego nie ma jeszcze w sklepach</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/82d9c70ef35be182203fb0a42354e4b8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Drżącymi rękoma otwieram czarne pudełko, w jakie zapakowany jest nowy model Samsunga. Jaka, ach jaka, będzie „esósemka”? A dokładnie S8+, bo to właśnie bardziej wypasiona wersja najnowszego flagowca Samsunga trafiła w moje ręce.

Mógłbym oczywiście zasypać was od początku nic nie mówiącą specyfikacją techniczną, ale umówmy się - gąszcz liczb nie ułatwia podjęcia decyzji. Dlatego zamiast zanudzać porównaniami, postanowiłem stworzyć recenzję dla laików. Jak pisał w "Małym Księciu" Antoine de Saint-Exupéry - "dorośli są zakochani w cyfrach". Ale to przecież nie one jarają nas w telefonach. Prawda? A więc do rzeczy.

[b]W poszukiwaniu obudowy[/b]

Pierwsze wrażenie? No dobrze, ekran jest, a reszta telefonu? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że urządzenie składa się wyłącznie z wyświetlacza, który zawija się nawet po bokach. Dzięki temu zabiegowi Samsung S8+, choć jest tylko nieco większy od swojej poprzedniczki, zdecydowanie bije ją na głowę pod względem powierzchni wyświetlania (6,2 wobec 5,5. Szach mat!). 

Stylistycznie wygląda to świetnie. Sprawdza się również pod względem praktycznym – podczas przeglądania stron [url=http://innpoland.pl/t/2693,internet]internetowych[/url] na ekranie mieści się więcej linijek tekstu. Nie mówiąc już o tym, że z wiekiem oczy psują się od ślęczenia nad monitorem i każdy cal zaczyna mieć znaczenie.[photo position="inside"]315967[/photo]Jeśli chodzi o wygląd, warto wspomnieć jeszcze o jednym. Najnowszy produkt koreańskiej [url=http://innpoland.pl/t/2479,firmy]firmy[/url] jest naprawdę dobrze sprofilowany. Rzadko zdarza się, żebym trzymając taką kobyłę w jednej dłoni, nie miał następnego dnia zakwasów po próbie napisania dłuższego sms-a. 

[b]Pułapki technologii[/b]

Do gustu przypadł mi również system identyfikacji. PIN, czytnik linii papilarnych i skaner tęczówki oka. Do wyboru, do koloru. Ja osobiście korzystałem z tego ostatniego i zauważyłem głównie zalety. Skaner jest w stanie odblokować telefon nawet w sytuacjach, gdy siedzimy w kiepsko oświetlonym pomieszczeniu, więc (zakładając, że jest to pub wieczorową porą) umożliwia nam wezwanie taksówki nawet w stanie wskazującym na spożycie (co przy PIN-ie nie jest tak oczywiste). Z drugiej strony... umożliwia też wybranie numeru dowolnej innej osoby. A to na dłuższą metę może nieco skomplikować nam życie. 

Inaczej rzecz się ma z umieszczonym z tyłu telefonu czytnikiem linii papilarnych. Ciężko powiedzieć dlaczego (i nie jest to tylko mój problem!), ale każda próba znalezienie niewielkiego prostokącika, który pomoże nam odblokować sprzęt, bez jednoczesnego odwrócenia telefonu, kończy się opalcowaniem obiektywu. Siła przyciągania? 

Zakrzywiony ekran nadaje całości bardzo nowoczesny wygląd. Problem w tym, że chwilami jest niepraktyczny. Szczególnie widać to, gdy próbujemy skorzystać z funkcji apps edge. Niewielki prostokącik, którego przeciągnięcie na środek ekranu daje nam natychmiastowy dostęp do najbardziej potrzebnych aplikacji (ew. kontaktów), jest umieszczony „na zagięciu”. Przez to zdarza się, że próba skorzystania z niego wiąże się z bezsensownym machaniem palcem "w tę i z powrotem". Męczące, choć może to kwestia wprawy. [photo position="inside"]315969[/photo][b]Aparat? Rewelacja![/b]

Oddzielny tekst można by poświęcić aparatowi (12Mpix). To chyba pierwsze urządzenie robiące zdjęcia, na którym moja twarz prezentuje się całkiem znośnie. Ba! – Chcę ten telefon. Jeszcze nigdy nie tak dobrze nie wyglądałam – usłyszałem od jednej z koleżanek. Nie powiem, mocna rekomendacja.  

Dodatkowo aparat może wykonać trzy zdjęcia i podsunąć użytkownikowi najlepsze z nich. Sam interfejs został natomiast tak zaprogramowany, by funkcje można było obsługiwać za pomocą jednej ręki. Sam od lat jestem dumnym posiadaczem mniejszego o jakieś 25 proc. Galaxy S3, w którym jest to więcej niż awykonalne. 

Z innych nowości – Koreańczycy postanowili wprowadzić własnego asystenta o nazwie Bixby. Bixby rozpoznaje komendy głosowe, jest też w stanie rozpoznawać obiekty, na które skierujemy obiektyw i podaje informacje na ich temat. Wersja jest jednak przeznaczona tylko dla klientów anglojęzycznych. Szkoda. 

[b]Pora na crash test[/b]

Ostatnią uwagą w tej recenzji miało być porównanie S8+ do klasyki – pancernej Nokii 3310, która podrzucona swego czasu przez mojego przyjaciela na wysokość 10 metrów, spadła na betonowe boisko, wychodząc z tej kolizji zupełnie bez szwanku. I naprawdę chętnie przeprowadziłbym podobny test z nowym Samsungiem, ale...muszę go oddać. Biorąc pod uwagę nieco zaporową cenę tego cudeńka (4 tys. zł), nie zdecydowałem się na ryzykowny test. Na szczęście przeprowadził go za mnie już ktoś inny...[block position="indent"]129963[/block]]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/82d9c70ef35be182203fb0a42354e4b8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/82d9c70ef35be182203fb0a42354e4b8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Pierwsze wrażenie? No dobrze, ekran jest, a reszta telefonu?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134353,polskie-malzenstwo-porzucilo-szwajcarie-na-rzecz-polski-u-nas-prowadzic-biznes-jest-latwiej</guid><link>https://innpoland.pl/134353,polskie-malzenstwo-porzucilo-szwajcarie-na-rzecz-polski-u-nas-prowadzic-biznes-jest-latwiej</link><pubDate>Tue, 18 Apr 2017 14:24:58 +0200</pubDate><title>Małżeństwo uciekło ze Szwajcarii, bo w Polsce jest łatwiej robić biznes. &quot;Wszyscy tu są dla nas mili&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/d1e1b58dfd4753d79576741eff27a4fe,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Magdalena Gawłowska-Bujok i Tomasz Bujok przez cztery lata żyli i pracowali w Szwajcarii. On – wzięty programista, pracował dla jednego z software house”ów. Ona dostała w tym czasie propozycję zrobienia doktoratu. Mimo tego zdecydowali się porzucić dotychczasowe życie, wrócić do Polski i założyć własną firmę – portal z ogłoszeniami dla pracowników z branży IT o nazwie „No Fluff Jobs”. W rozmowie z INN:Poland Polacy opowiadają o tym, dlaczego „robienie biznesu” nad Wisłą bywa prostsze niż za granicą i w jaki sposób przekonali przedsiębiorców do podawania widełek płacowych w ogłoszeniach.

[b]Większość emigrantów kupuje bilet w jedną stronę. Wy zdecydowaliście się wrócić i, co więcej, założyć własny biznes. Szalony pomysł. Przecież wszyscy wiedzą, że „Polska to nie kraj dla [url=http://innpoland.pl/t/2495,przedsiebiorcy]przedsiębiorców[/url]”[/b]

T.B: Wręcz przeciwnie. Pomijając oczywisty fakt, że w Polsce pracowaliśmy dłużej i mieliśmy znajomości w środowisku IT, to pod wieloma względami prowadzenie biznesu nad Wisłą jest łatwiejsze niż w Szwajcarii.  

[b]Nie wierze w to co słyszę...[/b]

T.B: W Szwajcarii rynek jest regulowany. Na przykład gdybym chciał tam prowadzić [url=http://innpoland.pl/t/2479,firmy]firmę[/url] jako programista, to najpierw musiałbym udowodnić, że chcę faktycznie świadczyć usługi na rzecz wielu podmiotów, a nie jednej firmy.

[b]I co dalej?[/b]

T.B: Przychodzę do urzędnika, który analizuje moje dokumenty i jednym ruchem stempla decyduje o tym, czy mogę założyć działalność, czy muszę pozostać na etacie. W Polsce takich uciążliwych obostrzeń nie mieliśmy.

[b]To tylko jedno ułatwienie, a lista zarzutów wobec Polski jest dużo dłuższa. Antypatyczne „panie Grażynki” z sekretariatów polskich urzędów niejednego już doprowadziły do szewskiej pasji.[/b]

T.B: Polacy lubią narzekać, ale prawda jest taka, że byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni wizytami w urzędach. W „skarbówce” i w ZUS-ie wszyscy byli dla nas mili i pomocni.  To pokazuje, że nasza kultura urzędnicza bardzo się zmieniła, ludzie tymczasem wciąż bazują na stereotypach. 

M.B Bardzo cenimy sobie również dynamizm Polaków. To, że jako pracownicy chcą się rozwijać i czerpią wiedzę garściami od bardziej doświadczonych od siebie. Nam wciąż się chce starać.

[b]A Szwajcarom nie?[/b]

T.B: Nie chcemy generalizować. Zauważyliśmy jednak, że wiele osób tam zważa bardzo na to, żeby popracować sobie bez szczególnych napięć i mieć czas na swoje zainteresowania i hobby. Rzeczywiście, rozwijanie nowej firmy z taki podejściem mogłoby być ciężkim wyzwaniem.

M.B: Tym bardziej, że miejscowym standardem jest praca w wymiarze 80 proc., z jednym dodatkowym dniem wolnym. Osoba, która prowadziła ze mną rozmowę o pracę była bardzo zdziwiona, gdy dowiedziała się, że chcę pracować „aż” 40 godzin w tygodniu. W Polsce mamy zresztą generalnie szybsze tempo pracy, myślenia, podejmowania decyzji. Myślę, że z takim podejściem będziemy ich szybko gonić. [photo position="inside"]316097[/photo][b]Pracownicy pracownikami, ale samą firmę prowadzicie jednak „po szwajcarsku”.[/b]

M.B: Tak, staramy się przenosić standardy pracy ze Szwajcarii na polski grunt. Dbamy np. o uczciwość, transparentność. W dziale sprzedażowym często urządzamy spotkania, na których pracownicy bez skrepowania mogą opowiadać o swoich pomysłach i zastrzeżeniach. Cenimy sobie również umiejętność przyznania się do błędu. 

[b]I naszym rodakom coś takiego pasuje?[/b]

M.B: Kluczem jest odpowiedni dobór ludzi.. 

[b]Co decyduje o tym, że ktoś się nie nadaje?[/b]

M.B Jednego z kandydatów odrzuciliśmy po tym jak przyznał się, że dorabiał sobie pisaniem prac magisterskich na zlecenie. Niektórzy mogliby to uznać za przejaw zaradności. Dla nas był to rodzaj  nieuczciwości. Zapaliła nam się lampka kontrolna. 

[b]Do takiej uczciwości staracie się również „zmusić” pracodawców, którzy się u was ogłaszają.[/b] 

M.B: Zorientowaliśmy się, że wiele ogłoszeń, które można znaleźć na dużych portalach, to zwyczajne lanie wody. Nie zawierają najbardziej istotnych informacji. A informatycy są wymagający. Chcą wiedzieć, czy w firmie są stojaki na rowery, prysznice, darmowy lunch. Przede wszystkim chcą być jednak informowani o wysokości oferowanych zarobków oraz szczegółach dotyczących technologii projektowych, czego większość firm nie podaje. Postawiliśmy więc przedsiębiorstwom prosty warunek: albo decydujecie się ujawnić informacje, które interesują kandydatów albo nasz portal nie jest niestety dla was.  

[b]I?[/b]

M.B: I wiele firm nie zdecydowało się na współpracę z nami. Nawet duże przedsiębiorstwa nie chciały zgodzić się na ujawnianie choćby widełek płacowych. Notorycznie słyszeliśmy: „kupimy u was duży pakiet ogłoszeń, ale zrezygnujmy z widełek”. Nigdy nie zdecydowaliśmy się na taką współpracę. Nie po to nazywaliśmy nasz portal No Fluff („bez ściemy”). 

[b]Jak więc wyglądał początek działalności?[/b]

T.B: Rentowni staliśmy się już w pierwszym kwartale. Pomysł od razu bardzo się spodobał w środowisku IT, jednak część firm potrzebowała więcej czasu, żeby się do nas przekonać; szczególnie pracodawcy, którzy wcześniej nie publikowali widełek płacowych. Po przetestowaniu naszego portalu często okazywało się jednak, że ich ogłoszenia spotykały się z tak pozytywnym odzewem ze strony kandydatów, że firmy decydowały się na dalszą współpracę z nami. I to nas bardzo cieszy – właśnie ta zmiana standardów w rekrutacji na lepsze i bardziej transparentne. 

M.B: W ciągu niespełna trzech lat nasz portal rozrósł się z dwóch osób do 17. Dzisiaj regularnie publikuje u nas już około 700 firm.

[b]Czyli przenosicie nam Szwajcarię do Polski?[/b] 

T.B, M.B:  Ale tylko w tych pozytywnych aspektach (śmiech).]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/d1e1b58dfd4753d79576741eff27a4fe,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/d1e1b58dfd4753d79576741eff27a4fe,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Magdalena Gawłowska-Bujok i Tomasz Bujok - twórcy portalu rekrutacyjnego &quot;No Fluff Jobs&quot;</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134295,te-male-polskie-firmy-po-cichu-podbijaja-swiat-pogloski-o-smierci-naszego-przemyslu-sa-przedwczesne</guid><link>https://innpoland.pl/134295,te-male-polskie-firmy-po-cichu-podbijaja-swiat-pogloski-o-smierci-naszego-przemyslu-sa-przedwczesne</link><pubDate>Tue, 18 Apr 2017 08:56:31 +0200</pubDate><title>Te małe polskie firmy po cichu podbijają świat. Pogłoski o śmierci naszego przemysłu są przedwczesne</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/06d0dd1fe64bc68b89465194cd568d8b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nad Wisłą może istnieć nawet kilkaset niewielkich, bardzo wyspecjalizowanych firm produkujących dla największych koncernów wyrafinowane maszyny i linie produkcyjne, bardzo często nawet ich pojedyncze egzemplarze – precyzyjnie dopasowane do potrzeb zamawiającego. Przez lata były one zorientowane na nasz rodzimy rynek: w szczególności na filie zachodnich przedsiębiorstw nad Wisłą. Teraz jednak zaczynają wypływać na szerokie wody i podbijać rynki w Europie, a nawet poza jej granicami.

- W tej chwili mamy „na tapecie” zlecenie numer 1000 – liczy w rozmowie z INN:Poland Marek Strzelecki, partner w firmie PROMATIK, mającej siedzibę w Morawicy, w tamtejszej Specjalnej Strefie Ekonomicznej. – A to oznacza, że przez około piętnaście lat działalności realizowaliśmy od kilkudziesięciu do setki projektów – kalkuluje.

Według niego, PROMATIK to firma, która projektuje i konstruuje maszyny na potrzeby m.in. rynku automotive, a także dla fabryk małego i dużego AGD. Co bynajmniej nie wyczerpuje listy potencjalnych klientów: przedsiębiorstwo z Morawicy realizowało też [url=http://innpoland.pl/133661,polski-przemysl-wstaje-z-kolan-ministerstwo-rozwoju-stworzy-fundacje-ktora-przywroci-mu-swietnosc]zlecenia dla przemysłu[/url] chemicznego, elektrotechnicznego czy metalowego. – Przy takim rodzaju działalności każde zlecenie jest niepowtarzalne, mocno nietypowe i charakterystyczne. Zdarzają się zlecenia, które można wykonać szybko, ale większość to projekty trudne i skomplikowane. Zdarzają się też projekty o charakterze, powiedzmy, humorystycznym – kwituje Strzelecki.

Humorystycznym? – Przykładowo, mieliśmy dosyć długo trwającą akcję ofertowania kinematyki, czy w zasadzie budowy maszyny, która docelowo miała zostać obudowana „skórą dinozaura” – mówi. – To miało być urządzenie, służące do animacji dinozaurów. Tyle że w końcu oferta nie przerodziła się w zlecenie – zastrzega. Ale gdyby tak się jednak stało, PROMATIK dałby radę.
[photo position="inside"]315985[/photo][b]Prężna biznesowa działka[/b]
Przede wszystkim jednak firma z Morawicy pracuje na potrzeby przemysłu motoryzacyjnego – jak podkreśla Strzelecki, ta branża odbiera około trzech czwartych produkcji. W większości są to krajowi producenci motoryzacyjni, ich dostawcy i poddostawcy. [url=http://innpoland.pl/132927,to-pierwsza-taka-firma-w-polsce-pokazemy-polskiemu-biznesowi-czarno-na-bialym-korzysci-plynace-z-danych]Wszyscy potrzebują[/url] maszyn, które mają zaspokoić bieżące potrzeby, związane z regularnie wprowadzanymi na rynek nowymi modelami, nowym designem, nowymi osiągami technologicznymi. – PROMATIK od dekady wykonuje niemal sto projektów rocznie. Większość produkcji sprzedajemy w Polsce, jednak aż 10-15 proc. jest eksportowane: do krajów europejskich, ale i poza Europę – informuje Strzelecki.

Odbiorcy maszyn z Morawicy to firmy we wszystkich zakątków świata, gdzie istnieje rozbudowany [url=http://innpoland.pl/132053,tak-to-sie-robi-w-audi-co-musisz-wiedziec-o-niemieckiej-marce-aut]przemysł automotive[/url] – zdarzają się klienci z Czech, Rumunii, Serbii, Niemiec czy Francji. Ale na listę kontrahentów trafiają też odbiorcy z Chin, Meksyku, Brazylii, Turcji czy Iranu (to jakiś pojedynczy przypadek – zastrzega jednak w tym ostatnim przypadku Strzelecki).

– To prężna działka biznesowa. Jest to stosunkowo nowa gałąź polskiej gospodarki, która wciąż się rozwija. Można śmiało zakładać, że ten rozwój będzie trwał jeszcze od pięciu do dziesięciu lat. Dopiero w perspektywie dekady okaże się, co nas czeka dalej – ocenia wspólnik w PROMATIK. Trudno się tej ostrożności dziwić: gwałtowne tempo rozwoju w przemyśle maszynowym, robotyce i IT nie pozwala szczegółowo planować w dłuższej perspektywie.
[photo position="inside"]315987[/photo]Można odnieść wrażenie, że firmy takie PROMATIK wyrastają dziś w Polsce, jak grzyby po deszczu. – Przykładem może być firma, z którą współpracowaliśmy przy zleceniu na zbudowanie dla fabryki w Krośnie maszyny do montażu i testowania zespołu amortyzatora – opowiadał portalowi wnp.pl Tomasz Haiduk, członek zarządu koncernu Siemens. – Pierwszy prototyp został zbudowany w oparciu o dość prostą automatykę. Potem okazało się, że proces można przyspieszyć. Po roku powstała maszyna, będąca wieloosiowym agregatem do montażu, wykorzystująca napędy będące silnikami liniowymi stosowanymi w sterowanych numerycznie obrabiarkach najnowszej generacji. Firma została zasypana zamówieniami od innych producentów amortyzatorów – kwituje.

[b]Inwestorzy wychowali dostawców[/b]
– Myślę, że to odpowiedź na naturalne potrzeby, które rodziły się na rynku – tłumaczy Strzelecki. – Firmy z obcym kapitałem, które ściągnęły do naszego kraju w latach 90., przejmowały zakłady produkcyjne lub powstawały na zasadach inwestycji greenfield. Bardzo powoli otwierały się na otoczenie: w pierwszym etapie wszystko, od maszyn po papier do ksero, kupowały za granicą. Stopniowo jednak zaczęły się otwierać na polskich dostawców i producentów, najpierw kupując produkty nisko przetworzone, potem coraz bardziej skomplikowane, aż po usługi inżynierskie – dodaje.

Zdaniem Strzeleckiego koncerny „wychowały sobie dostawców”. Ale też nie musiały kształcić dla nich kadr, bo te już były – dobrze wykształcone po transformacji lub odziedziczone po PRL. – Dzisiejsze firmy inżynierskie to niekoniecznie więc biznesy tworzone od zera. Takie firmy lub osoby, które produkowały coś samodzielnie, funkcjonowały już znacznie wcześniej – kwituje.
[photo position="inside"]315989[/photo]Odmienność dzisiejszej sytuacji polega jednak na profesjonalizacji tego typu usług i zindywidualizowanej produkcji. – Większość producentów maszyn na świecie nastawia się na produkcję seryjną – twierdzi Tomasz Haiduk. – Duże firmy koncentrują się na największych odbiorcach i seriach maszyn. Dzieje się tak ponieważ budowa maszyny jednostkowej jest skomplikowanym procesem także od strony projektowania i testowania. To wymaga od polskich dostawców rozwiązań produkcyjnych dużej elastyczności w projektowaniu, bo taka maszyna jest projektowana dla konkretnego klienta, do produkcji konkretnego elementu – dorzuca.

Dotyczy to, zdaniem Haiduka, przede wszystkim branży automotive. – [url=http://innpoland.pl/131093,masowe-bezrobocie-ogromny-kryzys-podkarpacie-odrodzilo-sie-jak-feniks-z-popiolow-sciagaja-tu-swiatowe-firmy]Alokacja tego typu produkcji do Polski[/url] to 20-30 proc. rocznie – podkreśla menedżer Siemensa. Sam Siemens współpracuje z ponad setką tego typu firm – realizujących dla koncernu krótkie serie maszyn, nawet pojedyncze sztuki, „w bardzo krótkim czasie, na zaawansowanym poziomie technologicznym, w przystępnej cenie”.

Najważniejsze jest jednak to, że renoma polskich inżynierów dotarła nawet do tych klientów, którzy nie są obecni na polskim rynku, co potwierdza zresztą przykład firmy PROMATIK. – Jeszcze kilka lat temu były to maszyny o stosunkowo małym stopniu zaawansowanie, a więc i niewielkiej wydajności. Postęp był jednak tak szybki, że obecnie renoma naszych maszyn doszła do światowego poziomu – twierdzi Haiduk. – Stajemy się liderami w produkcji takich maszyn. To bardzo ciekawy trend. Moim zdaniem mogą one stać się naszą chlubą eksportową – kwituje.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/06d0dd1fe64bc68b89465194cd568d8b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/06d0dd1fe64bc68b89465194cd568d8b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wyspecjalizowane firmy tworzą krótkie serie maszyn produkcyjnych, a czasem - ich pojedyncze sztuki.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://innpoland.pl/134297,zajace-tej-polskiej-firmy-zachwycily-magde-gessler-ustawiaja-sie-po-nie-kilometrowe-kolejki</guid><link>https://innpoland.pl/134297,zajace-tej-polskiej-firmy-zachwycily-magde-gessler-ustawiaja-sie-po-nie-kilometrowe-kolejki</link><pubDate>Sun, 16 Apr 2017 09:28:07 +0200</pubDate><title>Po zające tej polskiej firmy ustawiają się kilometrowe kolejki. Powstał nawet fanpage &quot;Buchnij królika&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.innpoland.pl/a6c049bce8d3a9b3a59e6f38677900d3,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Syrenki z piłką zamiast miecza, 14-metrowa figura Jana Pawła II, posąg Oscara, który stoi w Hollywood i ogromny zając wielkanocny ustawiony na starówce w Zielonej Górze. Co łączy te cztery rzeczy?

Jeżeli z okazji świąt rzuci wam się w oczy jakiś wielkanocny zając, wiedzcie, że prawdopodobnie wyszedł z fabryki w Lubieszowie pod Nową Solą. Miejscowa firma Malpol sprzedaje je w tysiącach, a zamówienia płyną z całej Polski. Ogromne, kilkumetrowe figury ustawiają sobie na starówkach np. władze miast z Zielonej Góry, Żagania czy Polkowic.

W tym roku prawdziwym hitem okazały się zające pokryte zamszem. W "Starym Browarze" w [url=http://innpoland.pl/t/2835,poznan]Poznaniu[/url], który ma monopol na ich sprzedaż, kolejki ciągnęły się kilometrami. 

– W Poznaniu mają już status celebryty – śmieje się w rozmowie z INN:Poland Barbara Banat z biura prasowego „Starego Browaru”. – Ustawiamy je w naszym pasażu. Są niczym armia terakotowa – dodaje. Banat opowiada również, że zainteresowanie jest ogromne. – Mamy do dyspozycji około tysiąca małych i tyle samo dużych figurek. Mimo tego potrafią zniknąć w ciągu kilku godzin – dodaje. Dlatego też centrum dba, by w okresie przedświątecznym do pilnowania figurek została oddelegowana dodatkowa ochrona. 

O skali popularności może świadczyć również fakt, że kilka lat temu powstał nawet humorystyczny fanpage „Buchnij królika w Browarze”. Dzisiaj ma już ponad 6 tys. polubień.[photo position="inside"]315993[/photo]Kilka lat temu inny z nowosolskich zajęcy zdobył nawet pewną wyjątkową sławę – zainteresowała się nim Magda Gessler. Znana restauratorka złożyła na jego boku ogromny podpis, a dzieło uzupełnione jeszcze autografami innych celebrytów, trafiło na aukcję, której dochód trafił do poznańskiego hospicjum. 

Bardziej światowo zrobiło się natomiast, gdy w 2009 roku firmę z Nowej Soli namierzył książę Karol, następca brytyjskiego tronu. Na jego zamówienie Malpol dostarczył do Londynu sto figur argentyńskich żab. Brytyjczyk stoi bowiem na czele światowego komitetu ochrony lasów deszczowych, a żaby są właśnie jednym z ich symboli. Nietypowe zamówienie trafiło później do Sotheby's i zostało zlicytowane.  

Figury w motywach wielkanocnych chętnie zamówili by również nasi sąsiedzi. Zamówienia płynęły m.in. z Czech i [url=http://innpoland.pl/t/2713,niemcy]Niemiec[/url]. Właściciele musieli jednak odmówić – popyt na krajowym rynku jest tak duży, że Polakom nie starczyłoby czasu na sen. 

A tego, mimo odrzucania kolejnych ofert, i tak brakowało. Prezes Malpolu Marcin Walasek opowiadał, że aby wyrobić się na czas, jego [url=http://innpoland.pl/t/2479,firmy]firma[/url] musi zacząć produkować wielkanocny asortyment już w listopadzie. A ostatnie trzy miesiące to już prawdziwa harówka. [photo position="inside"]315995[/photo]Figury Malpolu powstają z materiału nazywanego fiberglassem, czyli kompozytu składającego się z włókien szklanych i żywicy poliestrowej. Z naciskiem na to pierwsze oczywiście. Wcześniej graficy nowosolskiego przedsiębiorstwa tworzą jednak projekt. Jego prototyp uzyskują dzięki drukarce 3D. Gdy wszystko jest w porządku, powstaje forma i model wchodzi do produkcji. 

Z fiberglassu nie powstają jednak wyłącznie zające. Ba, sprowadzenie opisu Malpolu tylko do nich byłoby ogromną niesprawiedliwością. Rzeźba zaprojektowana przez polska firmę stoi dzisiaj w centrum Barcelony, jej autorstwa jest również ogromny posąg Oscara stojący w Hollywood. Wracając na rodzime podwórko – z usług Walaska skorzystała również Częstochowa. Polska stolica pielgrzymek  zafundowała sobie 14-metrową rzeźbę Jana Pawła II. To największy pomnik polskiego papieża na świecie. Dzieła Malpolu można było podziwiać również na ulicach stolicy. Nowosolecka firma była bowiem autorem warszawskich syrenek, które promowały Euro 2012.

Po 20 latach jakie minęły od założenia Malpolu, ciężko uwierzyć, że słynny producent wielkanocnych zajęcy zaczynał od gipsowych krasnali ogrodowych. Miejscowi mieszkańcy narzekali, że zakład truje [url=http://innpoland.pl/t/2843,srodowisko]środowisko[/url], rozsławiając dodatkowo region totalnym bezguściem. Dzisiaj firma rozrosła się z 7 osób do ponad setki pracowników i planuje zatrudnienie kolejnych.

Przedsiębiorstwo kierowane przez Walaska odniosło sukces, teraz chce dzielić się nim również z innymi. Malpol udostępnił pomieszczenie i pomógł wykonać części do prototypu motoroweru elektrycznego wykonanego przez obywatela Nowej Soli Piotra Janicy. – Doceniamy ludzi z inicjatywą, ludzi, którym się chce. U nas w kraju też można zrobić fajne rzeczy i on to potwierdza – tłumaczył Gazecie Wyborczej. A kierowany przez niego Malpol jest tego najlepszym przykładem.]]></description><media:thumbnail url="https://m.innpoland.pl/a6c049bce8d3a9b3a59e6f38677900d3,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.innpoland.pl/a6c049bce8d3a9b3a59e6f38677900d3,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zające Malpolu mają już w Poznaniu status kultowych</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
