Grupa naTemat
PILNE Pomóż Polakom wygrać 250 tys. USD w międzynarodowym konkursie Chivas The Venture.

Agresywny fundusz z USA żąda milionów od Polski. Takich pozwów może być więcej po podpisaniu TTIP

Protesty przeciwko TTIP w Brukseli, luty 2015 r,
Protesty przeciwko TTIP w Brukseli, luty 2015 r, Fot. Global Justice Now/Fllickr/bit.ly/1P6zNp8
Znowu zrobiło się głośno o kolejnym pozwie wobec Polski. Amerykańska firma Manchester chce sumy między 30 a 80 mln zł. Szczegóły, argumenty, wszystko jest tajne, a pojedynek na prawników między obracającym miliardami globalnym funduszem a Polską odbędzie się w prywatnym sądzie arbitrażowym. Amerykańskie firmy wytoczyły na podstawie tzw. umów BIT łącznie 138 spraw przeciwko innym krajom, gdzie zainwestowały. Unia Europejska negocjuje ze Stanami Zjednoczonymi umowę handlową TTIP, która prawo do podobnych pozwów wprowadzi w całej Unii.

– Firmy amerykańskie wytoczyły najwięcej pozwów na świecie, bo 138 spośród ok. 600 znanych – Maria Świetlik, ekspertka Instytutu Globalnej Odpowiedzialności, cytuje dane Unctad. – A liczba spraw, w których to USA przegrały i w związku z tym musiały wypłacić odszkodowanie, wynosi zero – zauważa.

Procesy wytaczane są na podstawie umów BIT, o wzajemnej ochronie inwestycji, tak więc teoretycznie inwestorzy spoza Stanów mogą również pozwać USA. Główny negocjator TTIP, Peter Foreman zapewniał jednak ostatnio w Warszawie, że same Stany nigdy nie przegrały procesu z inwestorem. Zapytana o cel takiej wypowiedzi, Maria Świetlik twierdzi, że różnie można odczytać jego słowa, jednak na pewno jest to świadomy gracz, który nie rzuca takich słów ot tak sobie.
Jeszcze dwa tygodnie temu pisaliśmy, że zagraniczni inwestorzy wytoczyli Polsce pozwy o łącznej wartości 9 miliardów złotych. Czas zaktualizować te dane, poprzeczka skoczyła właśnie o kolejne 30–80 mln zł. Gazeta Wyborcza poinformowała w piątek o pozwie, jaki amerykański fundusz Manchester wystosował przeciwko naszemu krajowi.

Jak przypomina dziennik, Manchester należy do znanego z agresywnej gry zamkniętego funduszu inwestycyjnego Elliott z Nowego Jorku. Ten zaś nie tylko jest w czołówce światowych instytucji wyspecjalizowanych w ryzykownych transakcjach, przynoszących wysokie zyski, ale także... już zarabiał na pozwach w Polsce. Elliot zarobił 10 mln dol. finansując spór Wirtualnej Polski z TP SA. Był także w gronie spłaconych przez Skarb Państwa wierzycieli Elektrimu, którzy dostali od Polski 525 milonów euro, czyli ponad 2 miliardy złotych.

Polska zwykle wygrywa wytyczane przeciwko niej sprawy, jednak koszty sądowe, często trudne do ściągnięcia, sięgają 3–4 mln dolarów, czyli ponad 12 mln zł. I, jak się okazuje, byłaby to jeszcze całkiem pożądana sytuacja. Dlaczego? Ponieważ fundusz Elliot cieszy się mocno złą sławą pod względem swojej skuteczności. GW przypomina, że starcia z funduszem Elliott Associates przegrały już rządy Argentyny, Peru i Konga. O sile prawników funduszu mają krążyć legendy, od Argentyny wygrali ponad 1,3 mld dol. (blisko 5 mld zł) za niespłacone długi, Peru musiało zapłacić 58 mln dol, czyli ponad 180 mln zł.

Czy jest to jednorazowe ryzyko?


Amerykańskie inwestycje w Polsce są bardzo liczne, od lat utrzymują się w czołówce. W ubiegłym roku na liście zrealizowanych projektów Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych dominowały właśnie Stany Zjednoczone. 17 amerykańskich inwestycji o łącznej wartości 196 mln euro stworzy 3 325 nowych miejsc pracy, za nimi byli inwestorzy z Niemiec, z 8 projektami. – W Polsce dobrze czują się inwestorzy z krajów, które nowocześnie zarządzają biznesem, czyli z USA, a także Skandynawii czy Azji – mówił cytowany w komunikacie agencji jej prezes, Sławomir Majman.

Dlaczego Manchester może żądać takich kwot od Polski? Jak przypomina GW, chodzi o głośny upadek krakowskiego dewelopera Leopard, który w 2007 roku wziął od blisko 200 osób pieniądze za apartamenty w centrum Krakowa przy ul. Wierzbowej. Zamiast luksusowego osiedla blisko Wawelu powstały jedynie kłopoty, deweloper upadł rok później, klienci zostali bez wpłaconych już pieniędzy, bez mieszkań i – bez aktów własności, zostały za to cztery niewykończone budynki.

Wtedy okazało się, że Leopard pożyczył ponad 60 mln zł od Manchesteru, pod hipoteki na apartamentach z Wierzbowej. Te pożyczki oczywiście – też nie zostały spłacone, a niedoszli właściciele mieszkań zostali na końcu listy wierzycieli. Sprawa trafiła do sądu, w 2012 r. Sąd Najwyższy przyznał rację klientom Leoparda i uwolnił hipoteki mieszkań. Uznał, że zostały naruszone zasady współżycia społecznego i nabywcy mieszkań, stojąc na słabszej pozycji, muszą być pod ochroną prawa.

I na to nie zgadza się fundusz Manchester, dla którego prawa właścicieli mieszkań są na liście priorytetów znacznie niżej niż jego własne zyski. Firma twierdzi, że wyrok Sądu Najwyższego w sposób rażący dyskryminuje Manchester Securities, wywłaszcza go z inwestycji i stanowi naruszenie zobowiązań Polski płynących – właśnie, z umowy BIT podpisanej ze Stanami Zjednoczonymi. Pozew wpłynął jednak dopiero cztery lata później, w styczniu 2016 roku. Dużo więcej trudno się będzie teraz dowiedzieć, ze względu na objęcie sprawy klauzulą poufności. To typowe dla BIT, rzadko kiedy firmy chcą przyznawać się do tego, że pozywają rząd, „pojedynki” toczą się w cichych przestrzeniach sądów arbitrażowych.

Opisany powyżej pozew cieszącego się wśród rządów złą sławą funduszu jest typowym przykładem pozwu opartego na umowie BIT. USA podpisały w Europie podobne umowy z 8 krajami Unii Europejskiej, tak się składa, że były to same kraje leżące po mniej szczęśliwej stronie Żelaznej Kurtyny. Nie jest to jednak równoznaczne z tym, że Amerykanie chętniej w nich inwestują.

– Ponad 90 proc. inwestycji amerykańskich idzie do krajów, które nie mają tych mechanizmów uprzywilejowywanie inwestorów z USA – zauważa Maria Świetlik. – Mało tego, nawet w naszym regionie najwięcej inwestycji amerykańskich trafia do jedynego kraju bez BIT z USA, czyli na Węgry.

Tak więc inwestycje trafiają na Zachód Europy, pozwy – na jej Wschód. Sytuacja ulegnie jednak zmianie, gdy Unia Europejska podpisze z USA negocjonowaną od trzech lat umowę o wolnym handlu, nazywaną TTIP. Już sama umowa budzi wśród konsumentów i średniego biznesu po obu stronach Atlantyku sporo obaw, podnoszone są kwestie bezpieczeństwa żywności, GMO, czy systemu ochrony zdrowia. Tradycyjną jednak kością niezgody pozostaje ISDS (investor–state dispute settlement), czyli odpowiednik umowy BIT, ale tym razem podpisany przez Unię w imieniu wszystkich krajów UE.

W ubiegłym roku kolejne rundy negocjacyjne TTIP wywoływały tak duże protesty, że przy nich nawet 80–tysięczny marsz zwolenników Komitetu Obrony Demokracji jest niewielkim spacerem. W październiku ub. r. w Berlinie przeciwko tej umowie protestowało 250 tysięcy osób
W kwietniu protesty odbyły się w Nowym Jorku, Londynie i Warszawie, Brukseli i Mochanium. 20 tys. w Madrycie, 4 tys. w Barcelonie, 15 tys. w Wiedniu. Tego jednego dnia miało się odbyć po obu stronach Atlantyku około 700 wydarzeń związanych z protestami przeciwko tej umowie.

Dlaczego, co wyciąga na ulice takie rzesze ludzi? Przeciwnicy TTIP twierdzą, że ISDS pozwoli korporacjom na swobodne pozywanie rządów państw przed międzynarodowy arbitraż. Tak jak w przypadku możliwości wynikających z BIT, firmy będą skarżyć państwo, w którym ulokowały inwestycję, gdy uznają, że krajowe przepisy pogarszają ich funkcjonowanie lub – nawet – przyszłe zyski. Właśnie za obniżenie „przyszłych zysków” pozywają chętnie np. koncerny tytoniowe, gdy jakiś kraj zakaże palenia w miejscach publicznych, tak się wydarzyło m.in. w Urugwaju.

Amerykanie twardo negocjują, bez ISDS blednie perspektywa podpisania w ogóle umowy o wolnym handlu. Masowe protesty Europejczyków sprawiły jednak, że Komisja Europejska nieznacznie zmieniła podejście. W październiku w miejsce ISDS przedstawiła nowe podejście – ICS, czyli International Court System.

Ten będzie się różnił kilkoma szczegółami od niesławnego poprzednika. ICS będzie stale obradował, co powinno obniżyć koszty sądowe. Nie będzie już, jak do tej pory, powoływany ad hoc do każdej sprawy. Sędziowie będą stali i znani. Ułatwienia dla mniejszych firm, mediacja, skrócenie czasu obrad.
– Gigantyczny plus nowej propozycji to możliwość rewizji wyroku w sądzie apelacyjnym, wydłuża postępowanie, daje jednak szanse na korektę – wyjaśniła w rozmowie z InnPoland dr Magdalena Słok–Wódkowska, adiunkt w Instytucie Prawa Międzynarodowego Uniwersytetu Warszawskiego. – Nowy sąd, który zostanie powołany, ma bardzo wąski zakres spraw, na który inwestorzy mogą się powołać. Prawo wniesienia skargi na złamanie umowy dotyczy małych fragmentów tej umowy, bezpośrednio odnoszących się do inwestycji.

Na pytanie, jak to będzie funkcjonować, odpowiada: – To na pewno będzie się wiązało ze wzrostem liczby spraw, bo będą zaangażowane większe, silniejsze gospodarczo państwa, gdzie jest więcej interesów, więcej możliwości i chęci do obrony. Więc ja rozumiem, dlaczego te protesty są dużo silniejsze w Niemczech i Francji. One tych BIT z państwami bardziej rozwiniętymi nie mają, tylko ze słabszymi.
Co przeciwnicy zarzucają ISDS?

– Nie ma w ogóle potrzeby takiego zabezpieczenia – powiedziała InnPoland Maritta Strasser, rzecznik organizacji Stop TTIP ECI, która zrzesza ponad 500 organizacji europejskich sprzeciwiających się traktatom TTIP i CETA (z Kanadą). – Kraje członkowskie wystarczająco już chronią własność inwestorów, a ISDS daje prawa, których nikt inny nie ma. Krajowe przedsiębiorstwa i obywatele kraju nie mogą powołać się na ISDS i żądać odszkodowania za utracone przyszłe zyski – stwierdziła.

Z zarzutem stawiania inwestorów ponad prawem zupełnie nie zgadza się dr Magdalena Słok–Wódkowska. – Inwestorzy zagraniczni nie są stawiani ponad prawem, ich prawa wynikają z umowy między państwami – wyjaśniła w rozmowie z InnPoland. – Gdyby nie było tej umowy, to oznaczałoby konieczność rozwiązywania sporów między Unią i Stanami, ten spór i tak by zaistniał, bo oni poprosiliby o opiekę dyplomatyczną swoje państwa. Ta regulacja nie zastępuje sądów powszechnych. Ta umowa wyraźnie wyłącza prawo do oceny prawa krajowego, te sądy oceniają tylko czy złamana została umowa a nie prawo krajowe.

Rzeczniczka Stop TTIP ECI twierdzi, że inwestorzy mogą żądać odszkodowania, gdy zostanie wprowadzone prawo działające na korzyść dobra wspólnego. Wysokie są nie tylko ostateczne kwoty odszkodowania, w wypadku nierozstrzygniętego jeszcze pozwu Vattenfalla przeciwko Niemcom, koszty sądowe sięgnęły już 60 mln euro. Wreszcie, zdaniem jej organizacji, licznym dodatkowym prawom inwestorów nie towarzyszą dodatkowe obowiązki. – To prowadzi do efektu, że nawet, gdy firmy nie wypełniają własnych obowiązków czy same łamią prawo, ciągle mogą się domagać odszkodowań – stwierdziła.

Oczywiście, europejscy inwestorzy mogą wnosić podobne pozwy w USA, ale to ani nie oznacza żadnych zalet dla europejskich przedsiębiorców – na miejscu, ani nawet w Stanach, które nie przegrały żadnej z 15 wytoczonych przeciwko nim spraw.

Kolejny zauważalny efekt ISDS, to regulatory chill, wstrzymywanie rozwiązań na rzecz dobra wspólnego, jak wyższe normy czystości powietrza czy zakaz palenia w miejscach publicznych, bo pojawia się groźba pozwów. – W ubiegłym roku trzy duże banki groziły pozwami na samą informację, że jest przygotowywana ustawa na rzecz frankowiczów – zauważyła. – Kanadyjczycy potwierdzają, że odczuwają ten regulatory chill w praktyce, oni są stroną NAFTA od 1997 roku. W ramach tej umowy byli wielokrotnie pozywani.

Zdaniem Marka Wąsińskiego, analityka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, podpisanie przez UE traktatu TTIP z klauzulą ICS (zaproponowany w miejsce ISDS system sądów międzynarodowych), będzie dla Polski korzystne – bo dotychczasowa umowa Polski z USA jest jeszcze gorsza. – Obecna umowa jest bardziej ogólna i nie wyłącza w pełni amerykańskich pozwów Polski w przypadku przyjmowania prawa unijnego do prawa krajowego – wyjaśnił w rozmowie z InnPoland. Jego zdaniem, Komisja Europejska chce wprowadzić gwarancje dla rządów, by nie bały się wprowadzania zmian w prawie, które np. poprawiają bezpieczeństwo zdrowia ludzi. – W tym mechanizmie chodzi przede wszystkim o to, by państwo dokonywało zmian prawnych w przewidywalny sposób – wyjaśnił.

Ministerstwo skarbu stwierdziło dwa tygodnie temu, że umowy BIT wykorzystywane są do nacisków gospodarczych. Powstaje więc pytanie, czy również i ICS nie będzie wykorzystywany w ten sposób. – Myślę, że to nie będzie groźne – stwierdziła Magdalena Słok–Wódkowska – bo jeśli państwo będzie przekonane, że nie działa niezgodnie z umową, to nie będzie go to powstrzymywało. Myślę, że jest szereg innych metod nacisku, którymi globalne korporacje mogą naciskać na państwa.

Wąsiński przyznaje, że umowa TTIP byłaby korzystna dla obu gospodarek również bez tej klauzuli, jednak rezygnacja z ISDS czy ICS mogłoby dać Stanom Zjednoczonym prawo do żądania znaczących ustępstw w innych dziedzinach. I jeszcze jedno – UE chce niedługo negocjować umowę o handlu z Chinami. – Jeśli klauzula o ochronie inwestorów nie będzie zawarta w umowie z USA, UE straci istotny argument, dlaczego tego typu klauzula jest jej potrzebna w relacjach gospodarczych z Chinami – zauważył Wąsiński.

Zapytany o to, czy faktycznie w UE dodatkowe zabezpieczenia dla inwestorów są niezbędne, Tony Housh, prezes American Chamber of Commerce in Poland, odpisał, że mechanizmy ISDS są dosłownie w tysiącach umów handlowych, więc wprawia go w zakłopotanie traktowanie ich przez przeciwni–ków TTIP jako nowy pomysł. – ISDS jest ważny, by zapewnić zarówno inwestorom jak i rządom jasny i zdefiniowany mechanizm rozwiązywania problemów, gdy te się pojawią.

Zdaje się jednak, że są kraje, które znalazły inne sposoby na to, by rozwiązywać spory z inwetorami w sposób, który wydaje się być korzystny dla wszystkich stron. - Brazylia ma ogromny poziom bezpośrednich inwestycji zagranicznych, a nigdy nie wprowadziła w życie takich umów – mówi Maria Świetlik. – Nie widać żadnych pozytywnych skutków dla gospodarki, wynikających bezpośrednio z klauzuli ISDS, widać natomiast, że państwa tracą środki budżetowe, które w ramach odszkodowań, czy kosztów postępowania, muszą przekazywać korporacjom czy kancelariom prawnym prowadzącym te spory.

Unia Europejska chce podpisać umowę ze Stanami zjednoczonymi, ponieważ razem reprezentują około 1/3 globalnej gospodarki. To sytuacja na dziś, według prognoz do 2030 roku udział Unii w globalnym PKB może spaść nawet o połowę, co przełoży się na jej znaczenie ekonomiczne i polityczne. To jest powód dla którego politycy z Europy dążą do zawarcia tej umowy i liberalizacji handlu. ISDS sam z siebie jednak do niego nie prowadzi. Jest szansa, choć niewielka, że do końca roku poznamy ostateczny kształt umowy, ponieważ ze względu na nadchodzące wybory prezydenckie, rozmowy nabrały tempa.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Skomentuj