Nasi praprzodkowie doskonale wiedzieli czym są narkotyki i podrywanie dziewczyn na imprezach. Byli... jak my

Adam Wawrusiewicz, archeolog, który odkrywa tajemnice ludów zamieszkujących północno-wschodnią Polskę przed tysiącami lat
Adam Wawrusiewicz, archeolog, który odkrywa tajemnice ludów zamieszkujących północno-wschodnią Polskę przed tysiącami lat arch. prywatne
Nasi praprzodkowie nie byli postaciami z marmurowych pomników. Nawet żyjąc w swoich rodzinach, wiedzieli o tym, że trzeba czasem wyjść na imprezę, znaleźć nową dziewczynę. Doskonale zdawali sobie też sprawę w z tego, czym są narkotyki.

– Naszych przodków warto zdjąć z marmurowego piedestału. Ludzie, którzy byli tu przed nami, bardzo nas przypominali w różnych zachowaniach. Nie byli modelowymi postaciami, tylko ludźmi z krwi i kości – przypomina Adam Wawrusiewicz, archeolog z Muzeum Podlaskiego w Białymstoku.

Okazuje się, że oni również znali narkotyki, chodzili na spotkania i poszukiwali partnerów podczas dużych spotkań odbywających się przy okazji wydarzeń o charakterze społeczno-religijnym.

Archeolog wziął pod lupę znane badaczom miejsce – okolice wsi Grądy – Woniecko u zbiegu nurtów Biebrzy i Narwi. Odkrył je w 1974 roku Krzysztof Burek z Muzeum Okręgowego w Białymstoku. Za badanie miejsca oraz eksponatów zabrał się właśnie Adam Wawrusiewicz.

W kilku naczyniach badaczom udało się odkryć nawet pozostałości pochodnej morfiny. Okazuje się, że nasi przodkowie sięgali po narkotyki, a same spotkania u zbiegu dwóch rzek miały charakter zarówno religijny, jak i towarzyski. Podczas nich prawdopodobnie zawierano nowe znajomości, również o charakterze randkowym.
– Samo miejsce, czyli Grądy-Woniecko jest niesamowicie ciekawe. To nie była osada, ale punkt spotkań. Mówimy o czasach neolitu, czyli późnej epoki kamienia. W okolicach bytowały ugrupowania łowiecko-zbierackie, które teraz w archeologii określamy mianem kultury niemeńskiej. Chodzi nam o okres od połowy piątego tysiąclecia przed naszą erą, do przełomu trzeciego i drugiego tysiąclecia p.n.e. – mówi Adam Wawrusiewicz w rozmowie z INN:Poland.


Nasi przodkowie, zamieszkujący obecną północno-wschodnią Polskę nie tworzyli jednolitego społeczeństwa, ani nawet większych plemion.

– Były to specyficzne, niewielkie społeczności. Neolit kojarzy nam się z wprowadzeniem rolnictwa. Ale na terenach obecnej Polski północno-wschodniej rolnictwo nie miało racji bytu ze względu na warunki klimatyczne i glebowe. Na tym obszarze bytowały społeczności łowiecko-zbierackie. Z tym wiąże się też cały charakter tych ludzi i sposób ich funkcjonowania. Społeczności te gromadziły się w niewielkie grupy – jednej do trzech rodzin podstawowych. Otaczające ich środowisko prawdopodobnie nie było w stanie wyżywić większej grupy – uważa Wawrusiewicz.

Dodaje, że mówimy o ludziach, którzy często zmieniali miejsce bytowania, byli bardzo silnie związani z naturą. Przenosili się z miejsca na miejsce wraz ze zmianą pór roku i zachowań zwierzyny, na przykład migracją ryb.

Z badań wynika, że raz lub dwa razy do roku, prawdopodobnie przy okazji przesilenia letniego czy zimowego, spotykali się w większej grupie – właśnie w Grądach-Woniecku. Są dwie bardzo ważne przesłanki, które na to wskazują.

Pierwsza z nich to niebywała wręcz liczba skorup i wyrobów krzemiennych w tym miejscu.

– To fascynujące, że są to ilości niepowtarzalne w skali całej północno-wschodniej Polski. Wyszło nam, że jest ich 10 razy więcej, niż w przypadku wszystkich innych stanowisk łowców i zbieraczy. Dało nam to do zrozumienia, nie mamy do czynienia z miejscem do którego przybywali, by łowić ryby, ale miejscem szczególnym, chętnie nawiedzanym w tamtym czasie – podkreśla Adam Wawrusiewicz.
Badaczy zastanowiła też celowość gromadzenia tak dużej ilości glinianych naczyń.

– Musimy sobie uświadomić, że zrobienie glinianego naczynia jest bardzo pracochłonne. Trzeba pozyskać glinę, oczyścić ją, dodać różne domieszki, uformować naczynie, wysuszyć, wypalić. A nasi łowcy i zbieracze z jakiegoś powodu mieli ich całkiem sporo. I to nie jest tak, że potrzebowali ich do codziennego bytowania. Tysiące lat radzili sobie bez nich! One poza tym są bardzo kruche, więc kiedy raz na miesiąc zmienia się miejsce obozowania, to można łatwo coś potłuc i dwa tygodnie roboty idą na marne. Bardzo interesowało nas po co im te naczynia były – opowiada archeolog.

Skorupy oddano więc w ręce Anny Kałużnej-Czaplińskiej i Angeliny Rosiak z Politechniki Łódzkiej. Ich analizy miały polegać na wyselekcjonowaniu ze ścianek naczyń związków tłuszczowych, które przybliżyłyby nam dietę tych ludzi. Wielkim zaskoczeniem było to, że na dwóch z kilku analizowanych skorup odkryto związek zwany dihydromorfiną. Czyli narkotyk.

– Nie jesteśmy w stanie zrekonstruować receptury potrawy, która się znalazła w naczyniu. Wiemy tylko, że zachowały się fragmentaryczne związki chemiczne. Nie wiemy też skąd nasi łowcy i zbieracze je pozyskiwali. To proste związki i trudno jednoznacznie przypisać je do konkretnych roślin – mówi nam archeolog.

Dodaje jednak, iż jest mało prawdopodobne, by każdy mógł spożywać psychoaktywne potrawy lub napoje.

– Sądzimy, że chwytamy pewne ślady obrzędów o charakterze szamańskim, gdy szaman wprowadzał się w odmienny stan świadomości, by porozmawiać z bogami, siłami natury, zasięgnąć ich rady albo uzyskać akceptację przed zaślubinami. W tym celu musiał mentalnie wznieść się ponad życie codzienne. Nie jest więc tak, że oni wszyscy byli morfinistami, to jest raczej przesiąknięte płaszczyzną szamańsko-magiczną – twierdzi naukowiec.

Drugą przesłanką wskazującą na to, że w Grądach-Woniecku spotykano się a nie mieszkano, był sam charakter społeczności łowiecko-zbierackich.

– One po prostu musiały co jakiś czas - przy okazji wydarzeń przyrodniczych, np. przesilenia – odprawić jakieś rytuały i czysto fizycznie wejść w nowe związki małżeńskie. W grupach 2-3 rodzin nie można funkcjonować bez przerwy, bez świeżej krwi. Prawa genetyki są nieubłagane – podkreśla Adam Wawrusiewicz.

Na argument, że ludzie kilka tysięcy lat temu nie znali praw genetyki, odpowiada, że mimo wszystko dobrze wiedzieli, iż partnera trzeba znaleźć poza własną społecznością.

– A przynajmniej wydaje nam się, że wiedzieli. Przecież inaczej by wyginęli. To jest kwestia doświadczenia mentalnego całych społeczności. Potwierdzają to zresztą analogie etnograficzne, bo do tej pory ludy syberyjskie co jakiś czas spotykają się w większej grupie właśnie w tym celu – przypomina archeolog.

Ale wielu rzeczy nie wiemy i już nie dowiemy się nigdy. Nieznane pozostają wierzenia naszych przodków oraz język, jakim się posługiwali.

– Możemy przypuszczać, że ich wiara (o ile to nie za duże słowo), opierała się na siłach przyrody, rzeczach, które ich otaczały. W innych kulturach, bardziej wschodnich, znajdujemy przecież figurki zwierząt, amulety, przedmioty o charakterze totemicznym. To daje nam nowe spojrzenie na świat łowców i zbieraczy. Musimy wyjść trochę ponad analizę materii zabytkowej i spróbować ich zrozumieć. Wyjść ze schematów – podsumowuje badacz.

Niedługo na rynek trafi książka "Grądy-Woniecko. Ostatni łowcy-zbieracze znad środkowej Narwi", której autorami są Adam Wawrusiewicz, Tomasz Kalicki, Michał Przeździecki, Marcin Frączek i Dariusz Manasterski. Znajdziecie w niej więcej szczegółów dotyczących odkryć z życia naszych przodków.

Trwa ładowanie komentarzy...