
Pieniądze na innowacyjne produkty i prace B+R w Polsce pochodzą głównie z rożnego rodzaju grantów i unijnych środków. Nie zawsze jednak bywają one wydawane skutecznie, czasem wręcz pomija się projekty godne dofinansowania. Patrząc jednak na kraje o wiele lepiej rozwinięte pod względem innowacyjności, powinniśmy stawiać na prywatne fundusze, a nie unijne dotacje.
W Stanach Zjednoczonych, które są od lat w czołówce innowacyjnych projektów, ponad 80 proc. naukowców pracuje w przemyśle, a nie na uczelniach. To tam właśnie w fabrykach i dobrze wyposażonych salach laboratoryjnych prywatnych koncernów powstają pomysły wdrażane do sprzedaży. To one napędzają rynek, koniunkturę i dają miejsca pracy.
Do tego dochodzą nietypowe sposoby liczenia innowacji. W naszym kraju wypełnia się setki rubryk i księguje każdy grosz, żeby policzyć koszty wdrożenia produktu do produkcji. – Amerykanie robią to inaczej. Obliczają efekt końcowy, a to zasadnicza różnica – twierdzi doradca Łódzkiej Fundacji Badań Naukowych.
I tu właśnie pojawia się kolejny problem. W naszym kraju naukowcy są często przekonani, że to im należą się laury za odkrycie jakiegoś produktu i większość dochodów, jakie czerpać z wdrożenia będzie przedsiębiorca. Ten z kolei jest przekonany, że to on wyłożył pieniądze i powinien zgarnąć lwią cześć zysków.
Wielokrotnie podczas pracy zawodowej obserwowałem jak na czele zespołu mającego wdrożyć dany produkt stali naukowcy. To się zazwyczaj źle kończyło.W przeszło 70 proc. przypadków firma sprzedaje technologię firmy, zaprzęganie do tego naukowców nie ma sensu. To mija się po prostu z praktyką.
Napisz do autora: dariusz.rembelski@innpoland.pl
