Badacze marihuany, największy filantrop PRL, twórca potężnych komputerów. Wybitni Polacy, których zniszczyło... państwo

Bratila Andrei / 123rf,com
Czy to PRL czy III Rzeczpospolita - w obu systemach znajdziemy osoby, które próbowały zmieniać biznes czy naukę, ale państwo odpłacało im gnębieniem. Często niszczono ich kariery i prywatne życie. Czasem w imię przekonań politycznych, czasem z ludzkiej zawiści. Innowacyjna niepokorność niektórych prowadziła nawet do więzienia.


Zniszczona plantacja konopi i pozew na 600 tys. zł
Wiosną 2013 naukowcy z poznańskiego instytutu Bioinfobank założyli plantację konopi indyjskich do celów leczniczych. Wszystko odbywało się legalnie i zgodnie z przepisami. Na prowadzenie badań pozwalały dwie ustawy – o zasadach finansowania nauki i o przeciwdziałaniu narkomanii.


Sprowadzono nasiona specjalnie wyselekcjonowanej odmiany z Holandii, przez kilka miesięcy wyrosło 28 krzaków. Tuż przed zbiorami nieumundurowani policjanci wpadli na plantację w Pruszczu Gdańskim. Pracownik instytutu pokazał dokument potwierdzający legalność przedsięwzięcia, w którym była także informacja o tym, że plantacja jest eksperymentem naukowym. Jeden z policjantów rzucił, że "taki dokument to każdy naćpany może sobie wydrukować", po czym zaczęli wyrywać krzaki, kompletnie niszcząc efekty wielomiesięcznej pracy.




Instytut oszacował swoje straty na 590 tys. zł i domagał się odszkodowania na taką kwotę od skarbu państwa. Próbowano dojść do porozumienia na drodze ugody, ale nie przyniosło to rozstrzygnięcia sprawy i dojdzie do procesu. Bardzo możliwe, że kwota odszkodowania, której domagają się naukowcy, jeszcze urośnie, bo policjanci zatrzymali bezpodstawnie dwóch pracowników instytutu na 24 godziny.


Naukowcy się nie poddają i w tym roku znowu próbują hodować konopie w celu badań nad jej właściwościami medycznymi. Jednak tym razem informacja na temat jej lokalizacji jest objęta tajemnicą.

Ignacy Soszyński, najbogatszy człowiek PRL
Największy miliarder PRL, który przez całe swoje życie zajmował się produkcją perfum. Pierwsze próby we własnym biznesie podejmował jako dziecko, kiedy produkował perfumy w kuchni rodzinnego mieszkania. Jednak pierwszą poważną wytwórnią była Marsylianka uruchomiona w 1937 r., niestety zakład nie przetrwał II wojny światowej.

W czasie wojny próbował produkować perfumy w okupowanej Warszawie, bo pomimo wojennej zawieruchy było zapotrzebowanie na odrobinę luksusu. Po wojnie trafił do Łodzi, gdzie poznał swoją żonę, tam otworzył kolejną fabrykę perfum.



Pomysł jednak nie podobał się władzy i biznes został znacjonalizowany. W 1952 r. znalazł się znowu w Warszawie, gdzie otworzył Warszawskie Zakłady Przemysłu Chemicznego Ochota. Nazwa oraz fakt, że oficjalnie był w firmie tylko dyrektorem technicznym powodowały, że przez kilka lat umykał władzom. Niestety, w 1957 r. Służba Bezpieczeństwa zorientowała się, że mają niechciany prywatny biznes. Dostał propozycję - albo idzie do więzienia, albo oddaje fabrykę. Wybrał to drugie i mając świadomość tego, że w kraju nie ma szans na własną działalność, zdecydował się na wyjazd do Francji. Władza dała mu pozwolenie zakładając, że wróci, bo w końcu w kraju zostawia żonę i troje dzieci.

Tam początkowo odbywał praktykę wykonując najprostsze prace w fabryce Grasse. Po pewnym czasie założył własną wytwórnię perfum, w niewielkim mieszkaniu, o wdzięcznej nazwie "Giovoris". Część produkcji była eksportowana do Polski, gdzie cieszyły się dużą popularnością. Wszak "made in france". Po wygaśnięciu francuskiej wizy trafił do Maroka w 1962 r., gdzie spędził 14 lat i dorobił się pokaźnego majątku. W 1977 r. wrócił do rodzinnego kraju, gdzie Ministerstwo Handlu Zagranicznego deklarowało, że jest miejsce dla prywatnego biznesu.

Teoretycznie było, ale z uruchomieniem produkcji trzeba było czekać kilka lat, do 1980 r., kiedy otworzył Zakłady Produktów Aromatycznych i Kosmetycznych "Inter Fragrances". Ku jego zdziwieniu firma szybko rosła, jak na drożdżach, musiał pisać kolejne podania o możliwość zatrudnienia nowych osób. Przy 200 władza powiedziała stop, ale nie zakazano otworzenia nowych fabryk - co też Soszyński uczynił. W przeciągu kilku lat powstało pięć kolejnych podmiotów gospodarczych, które produkowały m.in. koncentraty, kosmetyki i meble – łącznie 12 zakładów, które zatrudniały 1200 ludzi.

Kiedy do firmy zaczęły przychodzić prośby o wsparcie finansowe, Soszyński zatrudnił dwie osoby po to by na nie odpisywały i wysyłały pieniądze. W ten sposób rozdał 70 milionów złotych stając się największym filantropem PRL. W tym samym czasie, kiedy państwowe zakłady miały problem, by utrzymać się na powierzchni on miał pieniędzy tyle, że dzielił się nimi z ubogimi. Tego już było za dużo.

W 1984 r. został aresztowany pod zarzutem spekulacji. Poszło o nawiązanie współpracy z państwową fabryką, Polleną Miraculum, której zlecił produkcję. Pomimo korzystnych dla Soszyńskiego zeznań dyrektora fabryki sprawa trafiła do sądu. Wyrok był korzystny dla przedsiębiorcy, ale władze dalej miały go na oku. Soszyński po pobycie w więzieniu trafił do szpitala, był przybity i rozgoryczony całą sytuacją. W 1985 r. wyjechał do Niemiec i niestety nigdy już do kraju nie wrócił. Zmarł po dwóch latach.

Roman Kluska - ofiara skarbówki
Jego historię zna chyba każdy przedsiębiorca w Polsce, a jeśli nie, to powinien poznać. W 1988 roku Roman Kluska założył firmę Optimus zajmującą się produkcją komputerów. Pod jego kierownictwem Optimus urósł do potęgi, a on sam w latach '90. był zaliczany do grona najbogatszych Polaków. W 2000 r. odszedł ze stanowiska kierowniczego i sprzedał swoje udziały BRE Bankowi. Tłumaczył, że atmosfera zastraszania i korupcja nie pozwalają na prowadzenie uczciwych interesów w kraju.



Dwa lata później został aresztowany z wielką pompą pod zarzutem wyłudzenia przez Optimusa 30 mln złotych podatku VAT. Żeby wyjść na wolność musiał zapłacić 8 mln zł kaucji, żeby nie próbował uciec z kraju zabrano mu paszport i zajęto dom, jako dodatkowe zabezpieczenie. Co więcej, tuż po aresztowaniu nowosądecka wojskowa komenda uzupełnień próbowała nałożyć obowiązek świadczenia rzeczowego na samochody terenowe Kluski.

Przedsiębiorca w wywiadach po aresztowaniu relacjonował, że dostawał propozycje od ludzi, którzy mieli mieć duże powiązania w administracji publicznej. W zamian za odstąpienie udziałów w zyskach obiecywano mu bezkarność. Padały one przed i po aresztowaniu. W 2003 r. Naczelny Sąd Administracyjny uchylił wszystkie decyzje, które zaskarżył Kluska i zarządził wobec organów podatkowych zwrot kosztów. Klusce sąd przyznał 5 tys. zł odszkodowania za niesłuszne zatrzymanie.

Skandal z bezprawnym potraktowaniem Romana Kluski miał przynajmniej jeden pozytywny efekt. Po wypłynięciu na jaw całej sytuacji prasa zajęła się analizowaniem innych przypadków polskich biznesmenów, którzy zostali jedną decyzją skarbówki pozbawieni firm i pieniędzy na obronę swoich racji.

Karpiński - geniusz informatyki
O Jacku Karpińskim wspominaliśmy już w tekście "Stworzyli kamerę, łódź podwodną i zmieniali losy świata. 7 nieznanych, ale genialnych polskich wynalazców". Obecnie mówi się o nim, że to geniusz na miarę Billa Gates'a i nie bez powodu. W latach 70. XX wieku stworzył komputer K-202, który miał osiągi lepsze niż komputery osobiste produkowane 10 lat później przez Amerykanów. Nie dane mu było jednak rozwijać swoich pomysłów i w swojej pracy cały czas spotykał się z dyskryminacją i szykanami ze strony władz i instytucji, w których pracował.

Z prześladowaniami spotykał się zresztą już po wojnie za to, że brał udział w powstaniu warszawskim i był członkiem Armii Krajowej.



Był kierownikiem zakładu produkującego komputery K-202 tylko dlatego, że naciskali na to Brytyjczycy finansujący realizację projektu. Z czasem jednak odsunięto go ze stanowiska kierownika Zakładów Mikrokomputerów przy przedsiębiorstwie MERA, gdzie powstawały urządzenia. Samą produkcję także zarzucano, chociaż na dokończenie czekało 200 egzemplarzy.

Karpińskiemu cały czas odmawiano wyjazdu za granicę, gdzie mógłby próbować realizować swoje projekty. W 1978 r. wyjechał na Warmię, gdzie zajął się hodowlą świń i drobiu. Inżynier cały czas próbował wrócić do pracy, ale w 1981 r. władze odmówiły mu możliwości objęcia posady zarówno dyrektora przedsiębiorstwa MERA jak i Instytutu Maszyn Matematycznych.

Kilka lat później udało mu się wyemigrować do Szwajcarii, gdzie stworzył robota sterowanego głosem, czy Pen-Readera - skaner z oprogramowaniem, który umożliwiał wczytywanie i czytanie tekstu linijka po linijce. Po zmianie ustrojowej wrócił do kraju, jednak nie udało mu się odnieść komercyjnego sukcesu. Zmarł w 2010 roku w wieku 83 lat.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Polacy wymyślili świetną apkę, która ubierze cię, jak gwiazdę serialu. Atakują nowy, odległy rynek
0 0Krótka ławka trenera Morawieckiego. Nowy minister finansów debiutował jeszcze u Tuska
0 0Do kogo trafiają pieniądze z PFN? Detektyw ujawnia sztuczki na "wyprowadzanie środków"
0 0Smartfona powinniśmy używać co najmniej 25 lat. Ten raport jest zatrważający
0 0"Znaleźli lukę w systemie". Atak na rafinerie obnażył słabe punkty ich zabezpieczeń
0 0"Ktoś dobrze wybrał cel". Uderzenie w saudyjską ropę zaboli cały świat, również nas
NAUKA 0 0Polacy szykują inspirowaną glonami rewolucję w medycynie. Właśnie dostali na to 21 mln zł
0 0Rząd chce wiedzieć, gdzie jeździsz i za ile. Dane z Ubera i Bolta przejmą służby