Polska jest w oczach przyjezdnych idealnym miejscem do robienia biznesów.
Polska jest w oczach przyjezdnych idealnym miejscem do robienia biznesów. Fot. Mark Kidsley / CC BY-NC-ND 2.0 / bit.ly/1Tq4xX7

Na polską administrację narzekają często polscy przedsiębiorcy: za dużo barier, biurokracja, brak ulg. Jak w takich realiach mają odnaleźć się osoby z zagranicy, które postanowiły założyć swoje startupy właśnie w Polsce? Co ciekawe, podchodzą do pracy w Polsce z dużym entuzjazmem. Jednak często natrafiają na bariery, o których Polacy nawet nie myślą.

REKLAMA
Indie → Węgry → Polska
Anish Saraf prowadzi w Gdańsku swój startup Let’s Deliver, który niektórzy nazywają “uberem dla przesyłek”. Firma stara się maksymalnie skrócić czas dostawy zakupów internetowych, kwiatów czy jedzenia z punktów gastronomicznych. Wciąż zatrudniają nowych kierowców i myślą o rozszerzeniu działalności w najbliższym czasie na Warszawę. – Dostaliśmy dużo takich próśb od klientów. Myślimy też o wejściu do Kaliningradu – mówi Saraf w rozmowie. Rozwinięcie biznesu nie obyło się jednak bez problemów.
Saraf przyjechał do Polski z Węgier, gdzie mieszkał wcześniej przez kilka lat. – Było świetnie, ale zacząłem myśleć o zmianach. Pomyślałem, że idealnym wyborem będzie Polska, bo to największe państwo w regionie – mówi rozmówca.
Trafił do Gdańska, gdzie zaczynał od pracy konsultanta w porcie. Dlaczego postanowił jednak założyć własny biznes? – Cała moja rodzina jest bardzo przedsiębiorcza. Mój ojciec prowadził kilka firm. To przyszło jakoś naturalnie. Byłem sprzedawcą od 10 roku życia. Jeszcze na studiach założyłem własną firmę zajmującą się designem – opowiada Anish Saraf.
logo
Anish Saraf rozwija w Polsce "ubera dla przesyłek". Fot. Archiwum prywatne
W całym regionie środkowo-wschodniej Europy Sarafa zadziwia brak przedsiębiorczego zacięcia. – Rzadko kiedy słyszałem o tym, by ktoś chciał zakładać własny biznes po skończeniu nauki – mówi. Stan w Indiach, z którego pochodzi Saraf był wcześniej pod komunistycznymi rządami. Tamtejsi mieszkańcy również rzadko myśleli o zakładaniu własnych biznesów. Jednak wpływ reszty bardzo przedsiębiorczego kraju zmienił szybko ich mentalność. – W Polsce wciąż czuć wychodzenie z poprzedniej mentalności – mówi.
W swoim Let’s Deliver Saraf zatrudnia około 50 kierowców. – Daję pracę osobom, które nie mają wykształcenia, ale potrafią jeździć. Daję im szansę na normalne życie – mówi w rozmowie. Mimo tego, że prowadzi firmę i daje zatrudnienie, Sarafowi nie chciano przedłużyć pobytu w kraju. – Usłyszałem, że nie tworzę wartości dla gospodarki. Beze mnie wszystkie te osoby straciłyby pracę. W końcu pomogli mi moi inwestorzy – mówi Saraf.
Let’s Deliver jest już po dwóch rundach inwestycji. – W październiku może przejdziemy kolejną – mówi prezes firmy, który myśli o ekspansji na kolejne miasta.
Druga Irlandia
David Rice stworzył w Polsce serwis Starbroker mający ułatwiać właścicielom nieruchomośći kontakt z agentami. Od lat związany jest z branżą nieruchomości. Jednak za pierwszym razem trafił do Polski z innego powodu. – Przyjechałem do Polski za dziewczyną. Spędziłem tu pięć miesięcy i wróciłem z nią do Dublina. Przez lata myślałem jednak o Polsce i możliwościach jakie istnieją w tym kraju – mówi Rice w rozmowie. W końcu wsiadł do samolotu i przyleciał do Polski. A dziewczyna, Polka, przez kilka miesięcy mieszkała jeszcze w Dublinie.
Rice zajął się nieruchomościami. – Szukałem możliwości. Rosły wypłaty, ale koszty mieszkań wciąż pozostawały dość niskie. Wydawało mi się to dziwne. Na Węgrzech, w Bułgarii było inaczej. Warszawa została jakby pominięta – mówi. Dziwi się również, że w tamtym czasie, czyli w połowie pierwszej dekady XXI wieku, cena mieszkania na Wilanowie była taka sama jak w Centrum.
Zaczął inwestować w mieszkania w centrum. W ten sposób skończył współpracując z agencjami nieruchomości. – Zmęczyło mnie to po pewnym czasie. Potrzebowałem zmiany. W 2009 roku zacząłem poznawać bardzo dużo ludzi, w tym Michała Nowakowskiego, czyli mojego obecnego partnera biznesowego – opowiada Rice. Rice i Nowakowski szukali dla siebie zajęcia. Postanowili założyć startup. – Stworzyliśmy narzędzie do nadzorowania cukrzycy. Nauczyliśmy się tworzenia aplikacji, działania w internecie. W pewnym momencie stwierdziliśmy jednak, że nie jesteśmy specjalistami w dziedzinie zdrowia. Postanowiliśmy skupić się na nieruchomościach – mówi Rice.
logo
David Rice wraz z Michałem Nowakowskim założyli w Polsce serwis Starbroker. Fot. Archiwum prywatne
W 2010 roku Rice i Nowakowski znaleźli dla siebie niszę i założyli firmę Bueller&Frye. – Nazwę zaczerpnęliśmy z filmu “Ferris Bueller’s Day Off” – wspomina z rozbawieniem David Rice. W rozmowie tłumaczy, że rynek nieruchomości działał wtedy bardzo wolno. – Postanowiliśmy pomóc innym. Oferujemy branding nieruchomości. Przygotowujemy historie budynków. Tłumaczymy dlaczego ktoś chciałby tam mieszkać – mówi Rice. Zbudowali w ten sposób duże portfolio klientów z rynku. Postanowili jednak zacząć działać online.
David Rice

Jedną z rzeczy, które najbardziej denerwowały nas na rynku nieruchomoścu są portale z ofertami. Po wrzuceniu tam oferty dostawałem codziennie miliony telefonów od agentów pytających o mnóstwo rzeczy. Z czasem zacząłem tracić w pewnym sensie kontrolę nad mieszkaniami. Stawało się to frustrujące.

Rice i Nowakowski stworzyli nowatorski serwis: Starbroker. – Właściciele mieszkań mają na nim większą kontrolę i gwarancję bezpieczeństwa. A serwis promuje dobrych agentów. W Irlandii to normalne, że agent bierze udział w sprzedaży mieszkania, bo zajmuje się wieloma potrzebnymi rzeczami, w tym kwestiami prawnymi. W Polsce powoli ludzie zaczynają się do tego przekonywać. Do tej pory szukali bezpośredniego dostępu do właścicieli. Byle było taniej – mówi Rice.
David Rice przyznaje, że w Irlandii przedsiębiorcy mają naturalną zdolność do sprzedawania siebie i swoich pomysłów. – W Polsce to nowość. Strasznie trudno znaleźć tu dobrych sprzedawców. Zmiana przychodzi jednak wraz z młodym pokoleniem. O wiele lepiej i łatwiej im to przychodzi – mówi Rice. Opowiada też, że na początku działalności miał oczywiście problemy z biurokracją, ale i to się zmieniło. Jego zdaniem nawet bariera językowa przestaje istnieć. – Polska to świetne miejsce do robienia biznesu – kończy Rice.
Międzynarodowa logistyka
Adrien Salvat wraz z grupą XBS rozpoczął działalność projektu Shipbooster w styczniu 2015. Narzędzie ułatwia internetowym sprzedawcom obsługę zamówień i nadzorowanie dostaw. Internetowa platforma automatycznie zbiera zamówienia w jednym miejscu. Shipbooster ma swoje własne magazyny w całej Europie i współpracuje z firmami przewozowymi. Już po czterech miesiącach działania zdobył popularności i ściągnął pierwszą inwestycję od SpeedUp Group w wysokości miliona złotych.
Salvat przyjechał do Polski jako wysłannik Staci Group, jednej z największych europejskich grup na rynku logistycznym w Europie. – E-commerce w Polsce bardzo szybko się rozwija. Mówimy o 20-, 25-procentowych wzrostach co roku. Dobrze prowadzić tu biznes. Jest między innymi taniej, ale i ludzie są doświadczeni oraz dobrze wyszkoleni – mówi w rozmowie.
Zapytany o różnice jakie zaobserwował między Polską a Francją, Salvat odpowiada: – Szczerze, spodziewałem się, że różnic będzie o wiele więcej. Zaciera się powoli granica między poszczególnymi nacjami – stwierdza w rozmowie.
logo
Adrien Salvat przyznaje, że największe problemy w Polsce sprawia mu język. Fot. Archiwum prywatne
Są jednak pewne znaczące różnice. Rozpoczęcie własnej działalności w Polsce nie było dla Salvata wcale łatwe. – Największym wyzwaniem była administracja. Wszystkie sprawy trzeba załatwiać po polsku. To bardzo skomplikowane, szczególnie dla kogoś z Francji – mówi i po chwili przeprasza, twierdząc, że to jego wina, bo powinien przecież znać język.
– Byłem w urzędzie skarbowym dwa miesiące temu. Nikt nie mógł mi pomóc, bo nikt nie mówił po angielsku. Nikt nie starał się nawet być dla mnie przynajmniej miłym – mówi Salvat, ale jednocześnie dodaje, że inni przedsiębiorcy i inwestorzy są bardzo otwarci w stosunku do cudzoziemców.
Dużym wyzwaniem dla Salvata jest również zatrudnianie nowych pracowników. – Gdy rozmawiam z kandydatami posługuję się angielskim. Czasami tracę przez to wielu cennych i umiejętnych ludzi, bo peszą się podczas rekrutacji lub po prostu nie znają języka – mówi Salvat i ponownie przeprasza za swoją nieznajomość polskiego.
Pytanie brzmi jednak: kto powinien przepraszać.

Napisz do autora: adam.turek@innpoland.pl