
Wirtualna księgarnia Legimi od początku istnienia stawia na innowacyjne rozwiązania i podejmuje ryzykowne decyzje. I wychodzą na tym co najmniej bardzo dobrze. Niebawem zamierzają rozpocząć ekspansję na zagraniczne rynki. Jak wyglądały początki firmy? O to pytamy Mikołaja Małaczyńskiego, współzałożyciela i prezesa Legimi.
REKLAMA
Dlaczego zdecydowaliście się wejść na rynek e-booków?
Legimi istnieje od 2009 roku. W 2012 roku wprowadziliśmy abonamentowy model działalności. Firmę zakładaliśmy [razem z Mateuszem Frukaczem, przyp. red.] jako świeżo upieczeni absolwenci. Był to efekt fascynacji technologią elektronicznego papieru. Rozwiązanie było nowatorskie i było wtedy mało urządzeń, które by z niego korzystały.
Stwierdziliśmy, że to dla nas pewnego rodzaju szansa. Trzeba pamiętać, że był to jeszcze czas, gdy urządzenia mobilne nie były tak spopularyzowane. Nie było iPada, a smartfony działały głównie na Symbianie. E-ink dawał szansę stworzenia nowej kategorii urządzeń. Perspektywiczny rynek to szansa na sukces.
Dobrze, ale jak wyglądały same początki? Zaczynaliście w garażu? W mieszkaniu?
Zaczęliśmy od tułaczki po kawiarniach. W Poznaniu w tamtym czasie działało jedno miejsce, które oferowało śniadania od 8 rano. To była nasza kwatera główna. Otwieraliśmy lokal razem z kelnerkami. Funkcjonowaliśmy tak dość długo. Muszę przypomnieć, że kończyliśmy wtedy jeszcze studia, i to w różnych krajach: jeden z nas w Danii, a drugi w Niemczech.
Pierwsze prawdziwe biuro miało wymiary 3 na 3 metry – a siedzieliśmy tam w czwórkę. Mieliśmy widok na dziedziniec, na którym mieściła się piekarnia i zapachy nie dawały nam się zbyt mocno skoncentrować. Gdy pozyskaliśmy już finansowanie, mogliśmy pozwolić sobie na większe biuro.
W tak małym biurze, o którym wspominałeś musiało dochodzić do dziwnych wypadków.
W tym pierwszym biurze ochroniarz gwizdnął nam czytniki i wystawił je na Allegro. Nie było to najmądrzejsze, bo tych czytników nie było jeszcze oficjalnie na rynku. Zadzwonił do nas nawet dystrybutor z mocnymi pretensjami, bo myślał, że to my chcemy je sprzedać. Bez problemu doszliśmy do tego, co tak naprawdę się stało.
Po trzech latach działalności wprowadziliście model abonamentowy. Jak wygląda rozwój Legimi?
Przez pierwsze trzy lata uczyliśmy się wraz z rozwojem rynku. Wypracowaliśmy też narzędzie do zabezpieczania e-booków, którego nie miała konkurencja. W sierpniu tego roku wprowadziliśmy modelu znany do tej pory z telekomów z czytnikiem dostępnym za złotówkę przy abonamencie. Nikt na świecie nie testował wcześniej takiego rozwiązania.
Spotkaliśmy się z gorącym przyjęciem na rynku. Okazuje się, że e-booki i książki nie stanowią kluczowej pozycji w budżecie konsumentów. Jeśli pojawia się opcja, która miałaby im to ułatwić, to chętni z niej korzystają.
Myślicie o wyjściu poza Polskę?
Z e-bookami działamy wciąż jedynie w Polsce, ale sprzedajemy naszą technologię zabezpieczeń. Istnieje plan wejścia na rynki zagraniczne, mamy już daleko posunięte badania dotyczące niektórych miejsc. W tym powinniśmy zacząć działać.
Napisz do autora: adam.turek@innpoland.pl
