Wnuk założyciela Alby, Łukasz Rychlicki, stoi po lewej stronie
Wnuk założyciela Alby, Łukasz Rychlicki, stoi po lewej stronie facebook.com/Alba1913

Dzieje firmy Alba Thyment to polska historia gospodarcza w pigułce. Firma wystartowała jeszcze w czasach, gdy w Wielkopolsce rządził cesarz Niemiec. Przetrzymała II Wojnę Światową, najazd rosyjskich oficerów i szykany ze strony władzy ludowej. Po latach przerwy, gdy obecni właściciele tułali się po Europie, wróciła do kraju. Teraz ambitnie walczy o odzyskanie dawnej pozycji na polskim rynku.

REKLAMA
Dzieje poznańskiej firmy sięgają 1913 roku, choć całkiem możliwe, że została założona jeszcze wcześniej. Obecni właściciele znaleźli bowiem informację o wygaśnięciu 10-letniej rejestracji znaku towarowego w 1917 roku. Od samego początku działalności firma zajmowała się lekami i naturalnymi kosmetykami.
Początkowo Alba prowadzona była przez Stanisława Bukowieckiego, ale jego potomkowie nie byli zainteresowani kontynuowaniem rodzinnego biznesu. Interes przejął więc Mieczysław Rychlicki – dziadek obecnego prezesa spółki i ówczesny dyrektor zarządzający. Mężczyzna odkupił prawa do wszystkich produktów i w 1931 roku nadał spółce nazwę Alba. – Po łacinie oznacza to „świt”. Podejrzewamy, że chciał zaakcentować w ten sposób nowy początek – tłumaczy obecny współwłaściciel Alby, Łukasz Rychlicki.
W dwudziestoleciu przedsiębiorstwo kwitło. Działająca przy ulicy Chlebowej w Poznaniu firma, słynęła przede wszystkim z preparatu Argol, kompozycji olejków eterycznych używanych do leczenia infekcji. – To była prawdziwa esencja karmelitańska. Mój dziadek był fanem medycyny klasztornej. Na podstawie takich receptur wypuścił na rynek ponad 40 produktów – opowiada Łukasz Rychlicki. Poza Argolem triumfy w przedwojennej Polsce święcił również krem „Mata Hari” (sprzedawany w charakterystycznych, ceramicznych słoiczkach) i pasta do zębów „Czibi”.
Początki Argolu to dla większości z nas niemal prehistoria
Początki Argolu to dla większości z nas niemal prehistoria mat. pras.
To były jednak miłe złego początki. Problemy Mieczysława Rychlickiego zaczęły się – a jakże – od najazdu Niemców w 1939 roku. – Dziadek zamurował pod sufitem willi, która stała przy zakładzie swoje skarby. Maszyny produkcyjne zostawił, a sam wraz z recepturami uciekł z miasta - opowiada pan Łukasz. Szybko zadecydował jednak o powrocie.
Firma w tym czasie dostała się jednak pod zarząd niemiecki, a za Mieczysławem Rychlickim ciągnął się list gończy. W fabryce zaczęto produkować wodę kolońską dla Wehrmachtu. Właściciel Alby ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem przez całą wojnę, dyskretnie zachodząc od czasu do czasu pod swoją fabrykę i patrząc, co dzieje się z jego biznesem.
Koniec wojny był dla jednych ulgą, dla właściciela Alby – początkiem jeszcze większych utrapień. Wycofując się z Poznania, Niemcy zabrali ze sobą całą zawartość fabryki. W willi obok ostały się tylko zamurowane w suficie kosztowności. Kurz po okupantach nie zdążył jednak jeszcze opaść, a w domu Rychlickiego już zdążyli zameldować się rosyjscy oficerowie. – Gdy opuszczali miasto dziadek przechadzał się z nadzieją po ulicach. Był pewny, że wreszcie odzyska zakład – mówi właściciel Alby.
Radość była przedwczesna – Rosjanie puścili wszystko z dymem. Dorobek życia znikł w jednej sekundzie.
Mimo działań wojennych przedsiębiorca ocalił wiele receptur, a z fabryki udało mu się wynieść pojedyncze etykiety. Dalszą sprzedaż Argolu prowadził jednak pokątnie. W 1953 rodząca się Polska Rzeczpospolita Ludowa odebrała mu bowiem fabrykę. – Do domu przychodziła milicja, zaglądali do piwnic. Dziadek zawsze zostawiał resztki produkcji na widoku, tak by zanadto nie drążyli – opowiada Rychlicki. Robił to do późnych lat 60. Zmarł w 1972 roku.
Z pożaru fabryki zachowało się nieco oryginalnych etykiet
Z pożaru fabryki zachowało się nieco oryginalnych etykiet mat. pras.
Nastąpiła długa przerwa. Syn Mieczysława Rychlickiego zaniepokojony sytuacją społeczną i polityczną w Polsce schyłku lat 70 i początku 80. wysłał żonę i dzieci do Kanady.
– Niby na wizytę do chorej ciotki. Po pewnym czasie wszyscy przenieśliśmy się do Włoch. – Gdy wraz z bratem zachorowaliśmy na dość ciężkie infekcje, nasza mama zaczęła na nowo interesować się Argolem. Z ciekawości, w kuchni odtworzyła recepturę. Efekty okazały się imponujące – opowiada pan Łukasz.
W 1987 roku rodzina Rychlickich sprzedawała już osławiony Argol w ramach działalności gospodarczej. Nadarzyła się również okazja do powrotu do Polski. – Lombardia zorganizowała targi. Znaleźliśmy dystrybutora w Polsce, ale postanowiliśmy wówczas, że możemy wrócić do kraju na stałe. I w 1991 otworzyliśmy firmę w Poznaniu – opowiada Rychlicki.
Produkt trzeba było jednak zarejestrować jako lek. A tu pojawił się kolejny problem. W 1996 roku Alba dostała rejestrację czasową, ale wiązały się z nią ograniczenia dotyczące reklamy, niechętnie na taki wyrób spoglądali również farmaceuci. A triumfy na rynku święcił w tym czasie Amol.
Obecna stylistyka Alby nawiązuje do jej  początków sprzed ponad 100 lat
Obecna stylistyka Alby nawiązuje do jej początków sprzed ponad 100 lat mat. pras.
Pełne zarejestrowanie Argolu nastąpiło w 2012 roku. Dopiero wtedy Alba mogła ruszyć pełną parą. Firma skorzystała z branżowych funduszy na eksport i zaczęła reklamować się na międzynarodowych targach. Udało się w ten sposób trafić do kilku sklepów sieciowych w Japonii, a w Hong Kongu – jak twierdzą właściciele firmy – jeszcze w tym roku ruszą lokale, działające na zasadzie franczyzy.
– Na targach we Włoszech poznaliśmy księżną z Arabii Saudyjskiej. Dzięki temu nasze produkty wykorzystywane są także w kilku miejscowych SPA. Sprzedaż nie jest wprawdzie zbyt duża, ale to dość prestiżowe lokalizacje – chwali się Rychlicki.
Alba myśli również o Stanach Zjednoczonych. A w Polsce? – Rynek produktów premium nie jest u nas jeszcze zbytnio rozwinięty. Nasze wyroby można zauważyć w sklepach na lotniskach i prestiżowych konceptach np. na Mokotowskiej w Warszawie, czy w Łodzi na Piotrkowskiej. Z większą ofensywą czekamy na moment, w którym staniemy się bardziej rozpoznawali za granicą. Chcemy wziąć rynek polski z „odbicia” – tłumaczy Rychlicki.

Napisz do autora: adam.sienko@innpoland.pl