Szymon Czerwiński, znany z konkursu MasterChef. O ironio, klient Pomelo Food Company.
Szymon Czerwiński, znany z konkursu MasterChef. O ironio, klient Pomelo Food Company. Fot. Facebook / Pomelo Food Company

Szukasz pomysłu? Postaw na catering – zachwalał jeszcze kilka tygodni temu jeden z polskich portali biznesowych. – Usługi związane z wygodnym i zdrowym odżywianiem są skazane na sukces w najbliższych latach, a dynamika wzrostów będzie co najmniej dwucyfrowa – prognozuje z kolei Łukasz Sot z Cateromarket.pl. Nieco mniej optymistyczny był szef LightBox, Melchior Karpiński. – Rynek cateringu dietetycznego bardzo szybko się zmienia i czas, gdy nowe cateringi wyrastały, jak grzyby po deszczu, mamy już za sobą – oceniał. Być może wszyscy mają rację.

REKLAMA
– W tej branży pracuje się praktycznie całą dobę – opowiada INN:Poland Anna Piętka, szefowa Pomelo Food Company. – Trzeba przygotować całą pulę pakietów, jakie zostały zamówione na dzień następny: to trzeba ugotować, szybko wystudzić, poporcjować, wreszcie zapakować. Trzeba obsłużyć klientów, którzy funkcjonują w różnych, czasem niestandardowych godzinach – dodaje.
Cały ten proces obejmuje popołudnie i wieczór. O trzeciej w nocy pod firmą ustawia się sznurek samochodów – to kierowcy przyjechali po przygotowane dla klientów pakiety. Do świtu muszą one trafić do klientów. W przypadku Pomelo Food Company chodzi o jakieś 120-160 osób, w zależności od zamówień. Ale są firmy, które obsługują w ten sposób trzystu czy nawet pięciuset zamawiających. W takim przypadku zamówienie musi realizować nawet kilkudziesięciu kierowców, jeden ma zwykle do „obskoczenia” około trzydziestu adresów.
18 godzin na nogach, 6 godzin snu w aucie
Gotować każdy umie – tę filozofię w latach 90. było widać gołym okiem, gdy na ulicach polskich miast zaroiło się od lokali gastronomicznych, na rozmaitym poziomie, rzecz jasna. Z czasem ich liczba się przerzedziła, za to wraz z korporacyjnym stylem pracy i życia narodziła się branża usług cateringowych. Jeżeli wartość branży HoReCa szacuje się dziś na ponad 18 miliardów złotych, to mniej więcej czwarta tego część przypada na catering. Ile z tego na catering dietetyczny? Tego nie wiadomo – skoro niektórzy menedżerowie wieszczą tej niszy „dwucyfrowe wzrosty”, pewnie jeszcze niewiele.
Sylwia Nowak - piosenkarka, aktorka, modelka - również zalicza się do grona klientów warszawskiej Pomelo Food Company.
Sylwia Nowak - piosenkarka, aktorka, modelka - również zalicza się do grona klientów warszawskiej Pomelo Food Company. Fot. Facebook / Pomelo Food Company
Z pozoru to luksusowa nisza: całodzienny pakiet potraw, obejmujący kilka posiłków, mógł kosztować nawet do stu złotych. Jak by to tak przełożyć na realia budki z zapiekankami, wydawałoby się, że przedsiębiorcy dostarczający dietetyczne potrawy, zarabiają krocie.
Błąd. Krzysztof Wojdat z DietBox a i owszem, dzięki Grouponowi zdobył z marszu dziesiątki klientów, ale z trudem był w stanie dopiąć wszystkie działania, jakie się wiązały z obsłużeniem szybko rosnącej grupy zamawiających. Po osiemnaście godzin na nogach, sypianie w aucie, cięcie każdej zbędnej złotówki w firmie, szukanie dobrych pracowników w ciemno. Po pierwszym okresie istnienia DietBoxu, znajomi namawiali go, by firmę zamknął.
Piec za 100 tysięcy złotych
Nie odpuścił, mimo wszystko warto było zawalczyć o ten rynek. – Wiele zależy, oczywiście, od liczby obsługiwanych klientów. Moim zdaniem, firma powinna mieć ich przynajmniej 70-100, aby w ogóle jej istnienie miało sens. Taka liczba klientów oznacza przygotowanie 350-500 posiłków dziennie – szacował w jednym z wywiadów.
Ale to dopiero początek. Zacznijmy od samej kuchni: wyposażenie kupowane z drugiej ręki, to co najmniej kilkadziesiąt tysięcy złotych, dwukrotnie więcej, jeżeli celujemy w większą grupę klientów. Tylko piec konwekcyjno-parowy potrafi kosztować i 100 tys. złotych, szokówka (chłodnia szokowa) – prawie 10 tysięcy. W Pomelo Food Company pracuje kilka osób: trzy w marketingu i mniej więcej tyle samo w kuchni. Ale do tego trzeba dorzucić kierowców – każdy może obsłużyć 25-30 adresów, a więc przy np. 15 klientach trzeba już mieć 5-6 kierowców. To wszystko wynagrodzenia. No i koszty: od składników potraw kupowanych jak najszybciej po zebraniu (co oznacza: drożej), przez koszty energii potrzebnej do ogrzania, oświetlenia obiektów i funkcjonowania maszyn, po paliwo dla kierowców (w DietBoxie przejeżdżają 3-4 tys. km w ciągu miesiąca).
Pierwsze lata funkcjonowania DietBox były dla jej szefa drogą przez mękę. Było jednak warto.
Pierwsze lata funkcjonowania DietBox były dla jej szefa drogą przez mękę. Było jednak warto. Fot. Facebook / DietBox
– Nic dziwnego, że w tej branży zaroiło się w ciągu ostatniego roku od restauracji, które otwierają biznes cateringowy na marginesie swojej normalnej działalności. W końcu mają infrastrukturę oraz sporo wolnego czasu w ciągu dnia, bo zwykle pracują głównie wieczorami – mówi nam Anna Piętka. – W efekcie dziś na tym rynku funkcjonuje mnóstwo takich firm. Z drugiej strony nic dziwnego, że po pół roku mniej więcej co druga znika z rynku – dodaje.
Polak wie, co to pomidor
O klienta można zawalczyć na różne sposoby, ale ten, który daje największą szansę na upolowanie go, to – rzecz jasna – cena. Ceny zestawów dietetycznych w ciągu ostatniego roku poszły w dół, i to mocno. Nie jest wielkim kłopotem znalezienie firm oferujących całodzienne zestawy za przykładowe 39 złotych. – Jak widzę takie oferty, na potrawy, które mam piętnaście złotych drożej, to zastanawiam się, w którym miejscu oni musieli obciąć koszty – wzdycha Anna Piętka. – Promocja promocją, ale w końcu to się gdzieś musi opłacać – dorzuca.
Kalkulowanie tras, super-opłacalna umowa z dostawcą warzyw czy mięs, może efekt skali? – Jeżeli chce się serwować świeże warzywa, nabiał i mięso, to jest pewien pułap, którego się nie przeskoczy. Bez względu na to, ilu ma się klientów – kwituje Piętka. – Zwłaszcza w Polsce klient jest świadomy, jak smakuje dobry pomidor czy chleb na dobrym zakwasie. A w cateringu dietetycznym opinie rozchodzą się pocztą pantoflową i są bardzo skuteczne – podkreśla.
Mimo tej morderczej rywalizacji, szefowa Pomelo Food Company zaprzecza, by ktoś w branży stosował jakieś brudne chwyty wobec konkurencji, chociaż jakichś narzekań firm na siebie nawzajem czy elementów czarnego PR nie są się wykluczyć. – Można wyśrubować oczekiwania wobec pracowników, czy kupić tańsze pudełka, albo zapakować kierowcy więcej zestawów do auta. Ale klienci natychmiast to odczują, wychwycą i zaczną się skarżyć – mówi Piętka.
To trudny rynek: konkurencja jest coraz większa, a klienci coraz bardziej wymagający.
To trudny rynek: konkurencja jest coraz większa, a klienci coraz bardziej wymagający. Fot. Facebook / Pomelo Food Company

Przehandluję podwieczorek za piwko
– Niedawno zadzwoniła do nas pewna pani, o ósmej rano w sobotę. Pyta: gdzie jest wasz kierowca? Spóźnił się, rzeczywiście, był u klientki 10 minut później. Pani dzwoni ponownie i mówi: no, ale to jest zimne, jak mam to zjeść, przecież powinno było przyjechać ciepłe! – opowiada szefowa Pomelo Food Company.
Cóż, rzeczywiście, być może dla osób, które z takiej formy cateringu nie korzystają, jest to odpowiednik zamawiania pizzy, tylko takiej droższej i zdrowszej. Ale olbrzymia większość klientów coraz lepiej wie, co kupuje, i oczekuje coraz więcej. Przede wszystkim coraz częściej rozumieją, że catering znajdujący się w standardowej ofercie jest... standardowy. A zatem może nie odpowiadać ich szczególnym potrzebom, indywidualnemu metabolizmowi. No i indywidualnym zachciankom.
– Bywają sytuacje, gdy ktoś dostaje 1000 kalorii, a i tak nie przynosi to efektów, bo je coś, czego nie powinien – podkreśla Anna Piętka. – Ale miewamy też klientów, którzy dzwonią i mówią: pani Aniu, to może ja bym zrezygnował z podwieczorków, ale bym sobie wieczorem piwko wypił? Zwłaszcza panowie próbują się targować – „zrezygnuję ze śniadania, bo chciałbym w sobotę zaimprezować”. To się zdarza i pewnie zdarzać się będzie – śmieje się.
Generalnie jednak świadomość konsumencka w tej branży błyskawicznie się zmienia. – Spędziliśmy mnóstwo czasu, uświadamiając naszych klientów, że aby schudnąć, trzeba jeść. I od jakiegoś roku widzimy, że oni nie chcą obcinać kalorii, tylko mieć je idealnie dobrane, z optymalnych produktów – kwituje. To sygnał, że czasy, w których każdy dietetyk mógł uznać, że może się zajmować cateringiem, dobiegają końca. Biznes, który wydawał się być prosty a zarazem intratny, robi się coraz bardziej skomplikowany. Co może jednak oznaczać, że na dłuższą metę rywalizacja stanie się tutaj jeszcze bardziej zaciekła.

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl