Zdaniem Piotra Adamaczaka, przewodniczącego NSSZ Solidarność w Biedronce, w przypadku jego pracodawcy informacje o podwyżkach mają wymiar PR-owy
Zdaniem Piotra Adamaczaka, przewodniczącego NSSZ Solidarność w Biedronce, w przypadku jego pracodawcy informacje o podwyżkach mają wymiar PR-owy Wojciech Kardaś/Agencja Gazeta

Mój kolega kończył chemię. Teraz wykłada ją...w Tesco. Żart z brodą po ostatniej fali doniesień o podwyżkach w sieciach handlowych mógł nabrać zupełnie nowego znaczenia. Kasjerzy w Lidlu czy Biedronce powinni zarabiać więcej niż ludzie legitymujący się tytułem doktora na uczelniach wyższych. Można by pomyśleć, że nic tylko iść na kasę i do wykładania mrożonek.

REKLAMA
Ale zaraz, zaraz. Lud nie ruszył masowo do sklepów w poszukiwaniu pracy. Czyżby intuicyjnie wyczuwał, że w ofertach za 3400 brutto miesięcznie coś się nie zgadza?
Jeżeli tak było, intuicja Polaków nie zawiodła. Zdaniem Piotra Adamczaka, przewodniczącego NSSZ Solidarność w Biedronce, w przypadku jego pracodawcy informacje o podwyżkach mają wymiar PR-owy. – W rzeczywistości jedyną grupą, która realnie je odczuje, są zastępcy kierowników. Bo już nawet nie sami kierownicy – tłumaczy w rozmowie z INN:Poland.
Kwoty, którymi Lidl rzuca w swoich komunikatach są więc dla dużej grupy kasjerów kompletnie nieosiągalne
Kwoty, którymi Lidl rzuca w swoich komunikatach są więc dla dużej grupy kasjerów kompletnie nieosiągalne Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Adamczak zauważa, że z informacji prasowych wynika, że minimalna płaca kasjera-sprzedawcy została od kwietnia podniesiona do poziomu 2450 zł brutto. – W rzeczywistości 350 zł z tej kwoty to nagroda za 100 proc. frekwencji w danym miesiącu. Nie jest to więc podwyżka zasadniczego wynagrodzenia. Znaczna część pracowników naszej firmy to matki wychowujące małe dzieci. Dla nich ta nagroda będzie często nieosiągalna – wyjaśnia. W ten sposób dzień absencji wiąże się w Biedronce z utratą dniówki równej dziennemu wynagrodzeniu doświadczonego programisty. Aż strach chorować.
W dodatku firma obcięła pracownikom tzw. „stażowe”, miesięcznie od 60 zł w górę. Te kończy się dzisiaj na 3 latach. – Starszych stażem pracowników nikt nie docenił. A to fundament naszej firmy – utyskuje Adamczak. Wcześniej dodatek za staż był wypłacany również po 5 i 10 latach. – Dużo osób szuka nowej pracy. Nawet wczoraj byłem na spotkaniu, na którym doświadczeni pracownicy opowiadali, że chcą składać wymówienia. Czują się zmęczeni i wypaleni – dodaje związkowiec.
Palmę pierwszeństwa pod względem zarobków kasjerów dzierży dzisiaj Kaufland. Od 1 marca najniżej postawieni pracownicy zarabiają tam od 2,6 do 3,1 tys. złotych brutto. – To bardziej przeksięgowanie pieniędzy – zastrzega jednak Marzena Konieczko z NSZZ Solidarność Kaufland. Konieczko opowiada, że w zeszłym roku Kaufland obciął bowiem pensje kierownikom – cięcia sięgały nawet po 700 zł. – Firma nie wspomniała również o tym, że przestaje zatrudniać na pełen etat. Ten jest od tej pory przywilejem tylko dotychczasowych pracowników. Nowi przyjmowani są tylko na 3/4 – dodaje.
Podobnie z zatrudnieniem ma się sytuacja w Lidlu, który zapobiegliwie związkom zawodowym ukręcił głowę jeszcze w 2015 roku. Na forach, w komentarzach, czy choćby serwisie GoWork wszędzie pojawia się ta sama śpiewka – gros pracowników sieci nie pracuje w pełnym wymiarze godzin. Kwoty, którymi Lidl rzuca w swoich komunikatach, są więc dla dużej grupy kasjerów kompletnie nieosiągalne.
Jeżeli sieci handlowe nie zdobędą się na poważniejsze podwyżki, taki widok może stać się codziennością
Jeżeli sieci handlowe nie zdobędą się na poważniejsze podwyżki, taki widok może stać się codziennością Mieczysław Michalak/Agencja Gazeta
– Pensja 2850 brutto – składki daje netto około 2000 zł i teraz 3/4 etatu z tej kwoty to około 1450 zł netto – wylicza jeden ze zbulwersowanych internautów.
Ciężko się więc dziwić, że mimo kolejnych podwyżek Polacy nie garną się do pracy. Poza pensją podstawową i „frekwencyjną”, Biedronka kusi kandydatów do pracy premiami za realizowanie celów sprzedażowych – do 330 złotych brutto miesięcznie. Tylko jak wyrabiać napięte targety, kiedy w placówkach notorycznie brakuje rąk do pracy?
– Nie ma ludzi, bo pensje nie są konkurencyjne. Gdy zachęcamy ludzi do przyjścia do Biedronki, to wszyscy śmieją nam się w twarz. Słyszę: „Nigdy w życiu” – opowiada Adamczak. I dodaje, że w okolicach przygranicznych w południowej i zachodniej części Polski zdarzały się już sytuacje, że kierownicy nie otwierali rano sklepów, bo klientów nie miałby go obsługiwać. Pracownicy rzucają pracę z dnia na dzień i wyjeżdżają do Czech i Niemiec nie zostawiając nawet wypowiedzeń. Wystarczy, że ktoś obieca im 1400 euro.

Napisz do autora: adam.sienko@innpoland.pl