Powie, co zrobić, kiedy Senior VP grilluje twój tyłek. Zero Bullshit Management to wyzwanie dla szkoleniowych molochów

Igor Mróz, twórca Zero Bullshit Management.
Igor Mróz, twórca Zero Bullshit Management. Fot. naTemat
Igor Mróz wali prosto z mostu: Coach i trener biznesu? „Nie chcę być z tym kojarzony”. Szkolenia z zarządzania projektami? „Większość można by porównać do kradzieży pieniędzy”. Co odpowiadają rozsądni, poukładani ludzie na pytanie: może kupicie u nas szkolenie? „Zwariowałeś, stary? Nie wywalę kasy na teoretyzowanie, nam potrzeba czegoś praktycznego”. I właśnie to chce dostarczać Mróz: wiedzę o zarządzaniu projektami, popartą doświadczeniem i umiejętnością zarządzania relacjami z innymi. I pewnie dlatego ze swoim Zero Bullshit Management uchodzi na tle branży za buntowniczy wyjątek.


Lajkuje pan fanpage „Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty” na Facebooku?

Lajkuję, ale rzadko siedzę na fejsie, więc i treści z tego fanpage'a czytuję bardzo rzadko. Mój lajk to raczej wyraz mojej opinii o tym środowisku i pewien gest . Wkurza mnie, że przez, pożal się boże, coachów i trenerów biznesu (zęby bolą mnie na sam dźwięk takiego połączenia frazeologicznego) wstyd już przyznać, że człowiek pracuje nad własnym rozwojem. Ludzie od razu myślą, że poranek rozpoczynam od napinania się do lustra z okrzykiem: „Kim jesteś?! Jesteś zwycięzcą!”


A co się niby panu nie podoba? W życiu trzeba sobą być, i jak ktoś jest zwycięzcą, to może wszystko. Czy jakoś tak.

Sensownego gościa możesz rozpoznać po tym, że mówi: nie możesz wszystkiego. Wszystko możesz, jak masz 22 lata, kieszonkowe od rodziców, pierwszą dziewczynę i zdrowie jak koń. Wydaje się, że wszystko jest super. Ale już kilkanaście lat później niewiele się zgadza.

To od początku. Jak pan „poszedł w szkolenia”?

W skrócie: całkiem niedawno i zupełnie przypadkiem. Wcześniej mam za sobą długą drogę: od robienia stron na zlecenie, a w końcu prowadzenia własnej agencji interaktywnej, przez prowadzenie projektów dla kilku korporacji (i pewnego start-upu), aż po wypalenie zawodowe, kiedy to przez pół roku dostawałem wysypki na hasło „projekt”. Dietetyczny catering, ręcznie robione fartuchy kuchenne, treningi personalne, ale i tak w końcu odnalazło mnie to, do czego zawsze miałem dryg: prowadzenie projektów i ewangelizowanie innych.


Odnalazło?

Cóż, moje „biznesy” pozwalały mi przeżyć, ale na niewiele więcej. Zwierzyłem się z problemu znajomym, a oni zaczęli namawiać: stary - znasz się na tym, jak mało kto i w dodatku masz gadane - czemu nie szkolenia? Odpowiadałem: no co ty, budowanie własnej marki to gehenna. W końcu ktoś powiedział: to się zaczep w firmie szkoleniowej. A ja na to: „Eureka!”
Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Para Polaków zrobiła biznes... na psich głowach. Sprzedają swoje rzeźby na całym świecie
0 0Stoją w kolejkach, kupują buty i sprzedają je drożej. Na parze zarabiają nawet 5 tys. zł
0 0E-sport w Polsce potrzebuje pracowników. Ale uczelnie nie potrafią ich kształcić
0 0Pływa w syrenim ogonie i uczy tego innych. "Dla syren nie ma górnej granicy wiekowej"
0 0"Piętno głupiej dziewczynki we mnie zostało". Tak po latach czują się ofiary mobbingu